Przejdź do głównej zawartości

Posty

Latanie - czyli przygody w podróży takie i owakie.

Wspominałam tu kiedyś na pewno, jak bardzo lubię latać. Może dlatego, że dosłownie wszystkie podróże samolotami, jakie w życiu odbyłam, były wyjazdami na krótsze czy dłuższe urlopy?* Może powodem jest to - jako że nie znoszę długich podróży pociągiem czy samochodem - że od pierwszego lotu cieszyła mnie prędkość docierania na miejsce? A może dlatego, że ponad chmurami zawsze świeci słońce?** Cokolwiek nie jest powodem, latać uwielbiam. Bardzo lubię też lotniska... a najbardziej ten moment, gdy nada się już bagaż***, przejdzie przez security - i można w pełni oddać się radosnemu oczekiwaniu. (Tak, po prawie dziewięciu latach regularnych podróży wciąż mam motyle w brzuchu, oczekując na wylot na wakacje... nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że po paru godzinach na pokładzie zacznie mi być niewygodnie, czy że spanie w samolocie w klasie ekonomicznej jest dalekie od porządnego wypoczynku). 
Powyższy opis dotyczy większości lotów, jakie odbyłam... takich, gdy wszystko szło jak należy, a ja zja…
Najnowsze posty

Dlaczego nie tylko Sandomierz, ale także Seszele?

Do "Wyborczej", podobnie jak i innych polskich gazet online, zaglądam rzadko, ale czasem jednak się zdarza. Zwykle wtedy, gdy ktoś na Twitterze podrzuca jakiś link. Tym razem przeczytałam ten wywiad - z profesorem Marcinem Królem. (Gdy go czytałam, nie był za paywallem, a Wyborcza pisała, że to w ramach otwarcia wszystkich tekstów powiązanych z koronawirusem. Teraz już jest za paywallem, nie mam pojęcia czemu. Nieważne. Na szczęście "W Polityce" udostępniło najsmakowitsze cytaty tutaj).  
Pomijam już hurrapesymistyczny* wydźwięk całego wywiadu z profesorem Królem; zdaję sobie sprawę, że jeśli ktoś upiera się, by widzieć szklankę do połowy pustą, nikt i nic na świecie mu nie pomoże i można co najwyżej współczuć. 
Ale padło tam zdanie, od którego całkowicie opadły mi ręce:
Moja przyjaciółka jedzie obejrzeć zorzę polarną, kto inny jedzie na Seszele. Za przeproszeniem: po cholerę? Jak można pojechać do np. Sandomierza, który jest przepiękny. 
Stwierdzenie to jest tak a…

Czy Szwajcaria to państwo policyjne? - czyli bzdury takie i owakie.

Dla tych co tl; dr - jakie głupoty krążą w polskim internecie na temat Szwajcarii.
W pięknym kraju nadreńskim zamieszkałam prawie dziewięć lat temu. Przez ten czas miałam możliwość zetknąć się z różnymi bzdurami, opowiadanymi o życiu w Szwajcarii (najczęściej przez osoby, które albo nigdy tu nie były albo pojawiły się przelotnie). Dziś notka o tych najpopularniejszych. Inspiracje - pewne polskie forum emigranckie oraz konto instagramowe dziewczyny, która wyemigrowała do innego kraju, a swego czasu spytała kogoś o różnicę między krajem swego zamieszkania a Szwajcarią - i uzyskała odpowiedź taką, że czytając to, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. (N., jeśli to czytasz - bardzo mi to ułatwiło napisanie dzisiejszej notki, dzięki!)
Bzdura nr 1, czyli "Szwajcaria to państwo policyjne"
Czytając to, zawsze popadam w pewną zadumę. Państwo policyjne, to znaczy jakie? Takie, w którym nikt nie ufa obywatelowi, a władze kontrolują wiele jego prywatnych decyzji życiowych, np. doty…

Koronawirus - tęsknota.

Leżę na tarasie. Wpatruję się w częściowo przesłonięte chmurami nocne niebo i migoczące na nim trzy świetlne punkty. Gwiazdy? Chyba nie, wydaje się, że się poruszają... Może satelity? A może po prostu samoloty - wysłane w dalekie zakątki świata, żeby ściągnąć ludzi do domu? Wzrusza mnie to, swoją drogą - że tak wiele państw wysłało specjalne czartery po swoich obywateli, żeby tylko mogli wrócić. Wiem, wiem, nikt z decydujących nie robi tego z sentymentu, ale i tak... 
Jak czuje się człowiek, który poleciał w podróż i okazało się, że nie może z niej wrócić? Zwyczajna kolej rzeczy to przecież - nieunikniony, zdawałoby się - smutek kończących się wakacji. Wypierany jest z wolna przez rezygnację, poddanie się nieuchronnej kolei rzeczy, gdy z kartą pokładową w ręku lub na telefonie idziemy wolno w kierunku właściwej bramki, jeszcze łapiemy ostatnie sekundy wolności i beztroski, pozbywając się resztek nieprzydatnych już "wakacyjnych" pieniędzy, robiąc ostatnie zakupy w wolnocłowy…

Koronawirus - na (nie)wesoło.

Dla tych co tl;dr - #firstworldproblems w podkręconych kolorach.
No więc mamy pandemię! Miliony ludz^hhh sławnych i bogatych, żyjących z przelatywania z jednej sesji zdjęciowej/jednego planu filmowego na drugi, krzyczą "hurra, wreszcie mamy czas na selfie w wypielęgnowanych wnętrzach jednego z naszych stu mieszkań, w którym nigdy dotąd nie spędzaliśmy czasu!" Ci, którzy mogą sobie odpocząć i się wyspać, bo nie mogą chodzić do pracy (a nie posiadają na stanie dzieci), zanudzają wszystkich tekstami "och, jak mi się nudzi, co ja mam teraz robić, opanowałam już setny język obcy, przeczytałem 1 GB książek na Kindlu, obejrzałam 1 TB seriali i mam zupełnie pomarszczoną skórę od tysięcznej kąpieli relaksującej... co Wy robicie, żeby zabić nudę?..." W tym czasie bardzo wielu innych pracuje w pocie czoła w dalszym ciągu dokładnie tak jak przedtem i zgrzyta zębami (a świadomi tego dentyści zacierają dłonie i rozmyślają, czy kierownicę w najnowszym lamborghini inkrustować bry…

Koronawirus - końca nie widać...

Ta notka miała być o czymś innym. Źle dzisiaj* spałam, śniły mi się jakieś irytujące bzdury, obudziłam się w złym humorze, który - gdy tylko zapoznałam się z wiadomościami - błyskawicznie zmienił się w smutek. A potem w dojmujący żal z powodów, hm, w porównaniu z problemami większości ludzi błahych - bo nie mogę zobaczyć się z przyjaciółmi i większością rodziny, bo nie mogę podróżować, bo nie mogę pójść do restauracji, teatru, kina... Miałam o tym pisać, ale zamiast tego - pojechaliśmy w góry. Żal i smutek zniknęły gdzieś na szlaku - może roztopione w bólu mięśni, może rozpłynęły się w dźwiękach alpejskiego rogu, a może po prostu wypaliło je słońce? Gdy wracałam, towarzyszyły mi już całkiem inne myśli - więc i ta notka nie będzie już taka, jaka byłaby, gdybym napisała ją rano**.
Truizmem będzie stwierdzenie, że każda i każdy z nas żyje w tej chwili pod olbrzymią presją. Nawet jeżeli należymy do szczęśliwego grona osób, które wciąż mają pracę, są zdrowe i zdrowi są wszyscy ich bliscy.…

Koronawirus - czyli kronika czasów zarazy.

Musiałam dziś pojechać do centrum miasta, załatwić parę spraw. Ostatnio byłam tam dziewiątego marca. Szesnaście dni temu. Tylko szesnaście, a wydaje się jak miesiąc albo dwa. Tak bardzo zdążyła zmienić się sytuacja w związku z pandemią...
Wczesny poranek. Piękny, słoneczny; choć samochód ostrzega, że na zewnątrz zimowo - zaledwie dwa stopnie powyżej zera. Ulice nie są aż tak puste, jak się spodziewałam - tradycyjny o tej porze korek wciąż jest, choć zredukowany do zaledwie paru minut zamiast zwyczajowych piętnastu. Widzę kilka osób na rowerach, są też piesi - ale bardzo nieliczni. Na ulicach, jeszcze niedawno o tej porze zatłoczonych spieszącymi się do pracy ludźmi, widać dosłownie pojedyncze osoby. Większość z nich nosi maski. Mija mnie tramwaj. W środku - oprócz motorniczego - siedzi jedna osoba.
Dojeżdżam do szpitala. Pierwsze zaskoczenie - miejsca parkingowe, gdzie zwykłam stawać, mają tabliczki, informujące o zakazie parkowania tu aż do czerwca. W pobliżu młody chłopak w masce, …