wtorek, 13 listopada 2018

Rasizm (kulturowy) w Szwajcarii.

Tak właściwie nie jestem do końca pewna, jakiego tu użyć słowa, aczkolwiek podgatunkiem rasizmu jest rasizm kulturowy - i chyba to określenie pasuje tu najtrafniej. Jako osoba biała, dodatkowo o jasnym fenotypie, jestem uprzywilejowana: nie mam żadnych możliwości przekonać się, czym jest dyskryminacja oparta o kolor skóry. Mam natomiast niestety możliwość - jak każdy z nas, pochodzący np. "zza muru" (mimo że muru od tylu lat już nie ma!...) - doznawać rasizmu kulturowego.

Nie od dziś wiemy, że Europa od lat dzieli sie na tę "lepszą" i "gorszą". Ta "lepsza" to np. Niemcy, Szwajcarzy, Francuzi, Holendrzy czy Brytyjczycy... "gorsza" to natomiast Grecy, Portugalczycy, Polacy czy Ukraińcy. Oczywiście, w "gorszej" dla wielu ludzi istnieją jeszcze podpodziały, ale nie widzę żadnego sensu, by się w to zagłębiać i spierać, czy więcej rasizmu doznają Polacy, czy Portugalczycy. Myślę też, że nie ma to znaczenia - każda forma rasizmu jest po prostu zła i krzywdzi jakiegoś człowieka. Szkody te bywają zarówno fizyczne, jak i - znacznie częściej - psychiczne (na szczęście niewielu ludzi ugodzi nożem niewinną osobę, ale ilu np. podczas rekrutacji odrzuci czyjeś CV ze względu na kraj pochodzenia?...)

Mogę wyliczać polskie osiągi do utraty tchu (aczkolwiek po co? Czy nie zasługuję już na starcie znajomości na domyślny szacunek, po prostu jako człowiek?), a i tak nie zmieni to faktu, że istnieją ludzie, którzy słysząc, skąd pochodzę, krzywią się - w mniej lub bardziej wyraźny sposób... albo po prostu bez cienia refleksji uruchamia im się stereotyp pt. "aha, zza muru, biedny/złodziejski/prymitywny Wschód". Szczęśliwie szkalowana przez tak wielu poprawność polityczna uczy ludzi (przynajmniej na zachodzie Europy) powściągać lub kryć takie reakcje; uczy, że nie są one właściwe ani społecznie akceptowane. A to już coś. 

Naturalnie, można kontrolować ludzkie wypowiedzi, ale nie ludzkie myśli i podejmowane na ich podstawie działania. Wróćmy do przykładu z CV. Jeśli ktoś odrzuci moje, nie wiem, czy spowodowane to było faktycznym uznaniem, że moje kompetencje nie są właściwe lub wystarczające na dane stanowisko, czy też niechęć wywołała moja płeć czy kraj pochodzenia - a może wiek? Oczywiście, problem ten można by rozwiązać w banalnie prosty sposób. W większości zawodów nie jest bowiem istotne, jak dana osoba wygląda, w jakim jest wieku czy skąd pochodzi. Liczy się edukacja, doświadczenie zawodowe i kompetencje. Gdyby wysyłać takie CV, niewątpliwie wiele zmieniłoby się, jeśli chodzi o zapraszanie takich czy innych ludzi na rozmowy... (oczywiście, wtedy wchodzimy w problem osób, które mimo poznania kogoś osobiście - co w wielu przypadkach zmienia już negatywne, zawdzięczane stereotypom nastawienie - w dalszym ciągu zioną niechęcią, wpływającą na proces oceny potencjalnego pracownika).

Jest to tzw. dyskryminacja ukryta. Mierzy się ją dość ciężko (zwłaszcza że większość ludzkości we wszelkiego rodzaju badaniach stara się wykreować swój wizerunek lepszy, niż jest w rzeczywistości), udowadnia jeszcze ciężej - w związku z tym nie skupiam się na niej za bardzo. Wychodzę z prostego założenia, że kto chciałby współpracować na co dzień z człowiekiem o horyzontach tak wąskich, że nie rozumie prostego faktu, iż pochodzenie nie powoduje, że każdy obywatel danego kraju jest klonem pozostałych? Niewątpliwie są w Szwajcarii ludzie, którzy nie lubią mnie za fakt bycia Polką, ale nie mam jak tego sprawdzić - wprost nikt nigdy mi tego nie powiedział.

A teraz pora przejść do meritum (w notkach blogowych - przeciwnie niż w życiu - trochę to zwykle u mnie trwa). Tak jak pisałam wyżej, w przypadku przejawów bardzo subtelnych - trudno orzec, jest-li to rasizm czy też zwykła antypatia. Stąd nie odpowiem Wam na pytanie, w jakim stopniu Szwajcarzy nie lubią cudzoziemców. Na co dzień tego się w każdym razie nie odczuwa. Z rzeczy trochę bardziej namacalnych: w ciągu minionych siedmiu lat dwukrotnie zdarzyło mi się, że gdy w sklepie wraz z Mamą rozmawiałyśmy po polsku, sprzedawczyni zaczęła krążyć w pobliżu i patrzeć nam na ręce (zachowanie w Szwajcarii bardzo nietypowe, więc wyraźnie odnotowalne). Więcej do tych sklepów po prostu nie poszłam. Natomiast soczysty i wyraźny przykład dyskryminacji niewątpliwej - pierwszy, odkąd tu mieszkam - przeżyłam kilka miesięcy temu... (Mimo początkowego bardzo silnego zdenerwowania, zdążyłam już zresztą o nim zapomnieć - pewnie dlatego, że był jednostkowy. Wspomnienie wróciło, gdy przeglądałam TODO listę, szukając dla Was tematów do notek).     
  
Poszłam otóż, jak zwykle, na siłownię - tym razem na zajęcia grupowe. Miały to konkretnie być moje drugie zajęcia z jogi. Pierwsze całkiem mi się spodobały (choć nie aż tak, jak te, na które uczęszczałam w poprzednim mieście). Przyszłam kilka minut przed czasem, nauczycielki jeszcze nie było. Po chwili się zjawiła - okazało się jednak, że to inna osoba niż poprzednio. Podobnie jak na moich pierwszych zajęciach - podeszłam, powiedziałam, że jestem tu nowa i poprosiłam grzecznie o poprowadzenie zajęć w Hochdeutschu, bo moja znajomość dialektu jest zbyt słaba, żeby zrozumieć wydawane w nim polecenia z jogi. Nauczycielka odpowiedziała coś w dialekcie, na co znów wyjaśniłam jej po niemiecku, że niestety, nie rozumiem dialektu. Ona znowu odpowiedziała w dialekcie, na co ja powtórzyłam moją prośbę po niemiecku po raz trzeci i wróciłam na matę. 

Zajęcia się zaczęły. Poprowadziła je w dialekcie. Dłuższą chwilę czekałam, myśląc, że może chce mówić i w dialekcie i po niemiecku - ale nic na to nie wskazywało, cały czas nadawała w dialekcie... W końcu przerwałam jej, mówiąc, że nie rozumiem i proszę o przełączenie na niemiecki. Zacisnęła usta, przez chwilę nic nie mówiła, po czym się odezwała - do całej grupy... znów w dialekcie. Wstałam, powiedziałam jej, że to co robi jest zwyczajnie wredne i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Wśród grupy wszczęła się w międzyczasie dyskusja - ktoś (w dialekcie) bronił nauczycielki, ktoś mnie. Wyszłam, a razem ze mną inna (obca mi) dziewczyna - Szwajcarka, która na pożegnanie rzuciła nauczycielce, że nie ma ochoty na zajęcia w takiej atmosferze.

(Gdyby czytał to ktoś, kto w szwajcarskich realiach niespecjalnie się orientuje - wyjaśniam, że niemiecki jest jednym z oficjalnych języków Szwajcarii i zna go absolutnie każdy Szwajcar z części niemieckojęzycznej. Po niemiecku prowadzi się zajęcia w szkole, po niemiecku pisane są wszelkie dokumenty i książki). 

Zeszłyśmy na dół, do obsługi, gdzie dziewczyna opowiedziała sytuację po szwajcarsku, a ja dołożyłam swoje - po niemiecku. Osoba z obsługi niby nam przytakiwała, ale miałam wrażenie, że niespecjalnie się przejęła. Trzęsąc się ze złości, zadzwoniłam do A. Mąż mój jest zazwyczaj bardzo spokojnym człowiekiem, ale wtedy - po raz pierwszy odkąd go znam - dostał szału. Jak się później okazało, zadzwonił niezwłocznie na siłownię, by objechać obsługę z góry do dołu (rozmówczyni tłumaczyła mu, że tamta nauczycielka "zawsze jest taka uparta"), wieczorem zaś napisał oficjalną skargę, pod którą się podpisałam i którą wysłaliśmy listem poleconym.

Przy mojej następnej bytności na siłowni skargę ze mną omówiono, twierdząc, że rasistowska nauczycielka brana jest tylko na zastępstwo podczas urlopu osoby normalnie pełniącej te obowiązki - i że więcej już jej na to zastępstwo nie zatrudnią. Nie wiem, na ile postąpili tak rzeczywiście, a na ile obliczone to było na uspokojenie mnie. Już tam nie chodzę (nie, nie ze względu na rasistkę). Powiem Wam jednak, że w całej tej niefajnej sytuacji duże znaczenie miało dla mnie to, że zareagowała tamta obca dziewczyna. Niby nic, drobny gest, po prostu wyszła ze mną z zajęć - a jednak... Inni tylko mówili, ona jedna rzeczywiście pokazała, że postawy nauczycielki nie akceptuje.

Traf chciał, że o rasizmie rozmawiałam niedawno z moją bliską koleżanką. Jej dzieci urodziły się w Szwajcarii i chodzą do zuryskiej szkoły - konglomeratu dzieciaków wszelkich ras, wyznań i narodowości. Córeczka spytała moją koleżankę, co to jest rasizm. Matka odpowiedziała jej, że to wtedy, gdy nie lubimy kogoś ze względu na to, że się od nas różni - na przykład kolorem skóry... na co mała, wychowana w multikulturowym tyglu, spontanicznie zareagowała: "ale przecież to głupie!"

Jeśli to pokolenie będzie właśnie takie, to - jest nadzieja! 
I z tym optymistycznym akcentem Państwa zostawiam: życząc zarazem miłego dnia.

wtorek, 6 listopada 2018

Zeszwajcarzenie. (Albo i nie).

Zdaję sobie sprawę, że nie pisałam bardzo długo - i biję się w piersi! Na usprawiedliwienie dodam, że działo się w moim życiu nadzwyczaj dużo; sporo zarówno podróży, jak i czasochłonnych zmian... część z nich zresztą czeka na opisanie tutaj, ale jak szybko uda mi się to nadgonić - czas pokaże. 
W każdym razie od pewnego czasu jestem znów zatrudniona - tym razem, dla odmiany, w banku. Ponieważ to moja pierwsza praca w tej branży, mam okazję do przyswojenia zupełnie nowej wiedzy (skądinąd - wbrew stereotypom i początkowym moim obawom - interesującej). Oczywiście, wraz z powrotem do pracy, mój czas wolny znacząco się skurczył, co jest jednym z wyjaśnień dla tak drastycznego zaniedbania bloga. (Zastanawiam się, ile osób zdążyło go już usunąć z czytnika czy zakładek... aczkolwiek i tak tu przecież prawie wcale nie komentujecie, pff!) 

Tymczasem, podczas wdrażania się w nowe, minęła mi niepostrzeżenie siódma rocznica pobytu w Szwajcarii (*przerwa na wznoszenie okrzyków o treści zbliżonej do jak-ten-czas-leci*), co uświadomiłam sobie tak naprawdę dopiero teraz. Sprowokowało mnie to do przemyśleń, jak bardzo "zeszwajcarzałam" podczas mieszkania tutaj: zarówno jeśli chodzi o większe sprawy, jak i zupełne drobiazgi... 

Cóż. Nie ma się czym chwalić, ale po siedmiu latach nadal miewam/mam potężne problemy z rozumieniem dialektu(ów). O ile najczęściej nie zmuszam już ludzi do przechodzenia na Hochdeutsch w sprawach drobno-codziennych typu sklep czy recepcja u lekarza, o tyle wciąż jestem bez szans, gdy rozmowa wchodzi w ramy swobodnej konwersacji o czymkolwiek. Oczywiście, wiele zależy od tego jaki to dialekt; akcentu i szybkości wypowiedzi osoby mówiącej; czy rozmowa jest twarzą w twarz czy przez telefon... niemniej problem jak był, tak wciąż jest. (Na szczęście tym razem pracuję w środowisku międzynarodowym, więc na co dzień mówię nawet nie po niemiecku, tylko po angielsku; banał. No chyba, że rozmawiam z kimś z Indii).

W dalszym ciągu mam też, że tak pojadę stereotypem, stosunek do pieniędzy zdecydowanie raczej polski niż szwajcarski (w tym miejscu przepraszamy oszczędnych i/lub skromnie żyjących Polaków oraz hojnych i/lub rozrzutnych Szwajcarów... znam oczywiście wielu zarówno jednych, jak i drugich, ale czym byłoby życie bez stereotypów!) - co oznacza między innymi, że w dalszym ciągu wydaje mi się, iż wydawanie na prezent urodzinowy dla kolegi/koleżanki raptem 30 CHF przez dobrze (a nawet bardzo dobrze) zarabiającą osobę to śmiesznie mało... aleee... w tym miejscu przychodzi mi na myśl anegdota opowiedziana mi przez przyjaciółkę. Otóż zjawiła się ona wraz z mężem na przyjęciu urodzinowym jego szefa (człowiek z dochodami ok. 2 mln CHF rocznie) i tenże szef urządził zbiórkę na... zwrot kosztów, jakie poniósł w związku z urodzinowym cateringiem. Czy mają Państwo jeszcze jakieś pytania? 

Po siedmiu latach w dalszym ciągu nieodmiennie raduje mnie uprzejmość obsługi w sklepach (najwidoczniej kilkudziesięcioletnie zbiory ran, zadanych w tej materii w kraju mym rodzinnym, wciąż jeszcze nie uległy zagojeniu). W ogóle - uprzejmość. Takt. I dobre wychowanie. Wciąż na to zwracam uwagę.

Na co uwagi już nie zwracam, a na czym złapałam się, porządkując szafę... ha, nie do uwierzenia, że kiedy tu przyjechałam, praktycznie wszystkie moje buty miały wysokie obcasy; i letnie i zimowe. Teraz wkładam takie buty z tzw. okazji (a i to nie zawsze, bo mi się najzwyczajniej w świecie nie chce). Kiedy tu przyjechałam, nie potrafiłam też automatycznie odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech nieznajomej osoby na ulicy - teraz już umiem, nawet nie wiem od kiedy, wydaje się to tak naturalne... Od bardzo długiego też czasu irytują mnie ludzie wiecznie skrzywieni, narzekający i nieszczęśliwi - co rzuca mi się czasem w oczy, gdy bywam w Polsce (acz najczęściej, gdy czytam tzw. polskie internety).    

W dalszym ciągu (po, przypominam, siedmiu latach!) trochę przeszkadza mi brak handlu w niedzielę (otwarte są tylko sklepy w pasażach przy dworcach głównych) - podobnie jak przeszkadza mi, że nikomu to nie przeszkadza (co oznacza brak nadziei na zmianę).

Przyzwyczaiłam się do panującej wszędzie czystości (razi mnie teraz jej brak w wielu innych krajach), do tego, że urzędnicy są mili i kompetentni (j.w.). W dalszym ciągu natomiast cieszy, że w większości przypadków wierzy się tu ludziom na słowo, a sprawy rozstrzyga na ich korzyść. Przyzwyczaiłam, że codzienność nie szykuje utrudnień ani pułapek, czyhających na niczego nieświadomego mieszkańca kraju. Że tenże mieszkaniec w opałach nie jest pozostawiony sam sobie. Przyzwyczaiłam do większej liczby słonecznych dni niż w PL - i mniejszej liczby mroźnych (przynajmniej na płaskim, czyli tzw. Flachland, bo w górach - wiadomo). Przyzwyczaiłam, że góry są w zasięgu ręki, a dobre pączki (i drożdżówki!) bardzo daleko. Że wszyscy podróżują do fajnych miejsc i zawsze jest kogo spytać o wskazówki, bo ktoś już na pewno tam był. Do systemu płatności za śmieci w postaci albo specjalnych worków albo naklejek. Do recyklingu praktycznie wszystkiego co możliwe. Do ciasnych miejsc parkingowych (ale parkowania równoległego wciąż, jeśli tylko mogę, unikam).

Zauważyłam też (co pewnie dość oczywiste), że - wolno acz stopniowo - powiększa się moja wiedza odnośnie Szwajcarii jako takiej. Historii, kultury, gospodarki. Nazwy firm, które kiedyś nic mi nie mówiły, dziś są oczywiste. Podobnie dania kuchni szwajcarskiej czy nazwy popularnych miejsc albo kurortów. I oczywiście, pewnych informacji szukam aktywnie - ale mowa o tych, które po prostu przesączyły się do mojej świadomości na skutek życia tutaj. 

Podobnie dotarło do mnie, że mój ukochany styl życia ("Ordnung muss sein!") wbrew stereotypowi nie jest, niestety, podzielany tu przez wszystkich (wyjątki - co nie dziwi - to najczęściej pracownicy nisko opłacani). Że tu także zdarzają się czasem irytujący kurierzy (składałam na delikwenta skargę trzykrotnie i pewnie nie byłam jedyna, bo w końcu go zwolnili), opóźnienia czy pomyłki, za które nie zawsze ktoś jest chętny wziąć odpowiedzialność. Opisywałam zresztą kiedyś tu na blogu sprawę składania reklamacji w Manorze (przysłano mi bluzkę w złym kolorze i żądano najpierw odesłania jej na mój koszt; paradne). Jakiś czas temu reklamowaliśmy też uszkodzoną nawigację - trwało to prawie dwa miesiące, bo... zaginęła w trakcie. (Przysłano nam nową). W poprzednim mieszkaniu z kolei dwukrotnie doliczono nam do kosztów telewizję kablową (której ani nie zamawialiśmy, ani z niej nie korzystaliśmy) - trzeba było więc reklamować rachunki (wystawili potem skorygowane). Bank, który przechowywał moje pieniądze, zgromadzone na drugim filarze emerytalnym, zamiast po prostu przelać je do kasy nowego pracodawcy, zażądał wypełnienia specjalnego dodatkowego formularza, nim to zrobił - a potem jeszcze musiałam wysłać dodatkowo wzór mojego podpisu, bo ten na formularzu nie zgadzał im się z tym, który mieli (w wywołanym irytacją akcie zemsty zabrałam od nich również środki zgromadzone na filarze trzecim). Będąc w Ticino, zdarzyło mi się natomiast nabyć zapleśniały dżem. Wysłałam sklepowi zdjęcia dżemu i paragonu, prosząc zarazem grzecznie (po niemiecku i angielsku, włoskiego nie znam) o zwrot kosztów na podany rachunek. Po dwóch miesiącach bez reakcji wystawiłam negatywny komentarz m.in. na Google - wraz ze zdjęciami - który zresztą do tej pory obejrzało już ponad tysiąc osób. Dopiero wówczas sklep się odezwał: odpisując mi po... włosku - jeśli Google translate przetłumaczył poprawnie - że mogę do nich przyjechać, to wymienią mi dżem na inny. (Tak, już biegnę jechać 200 km, oczywiście).

A poza tym zaczęłam lubić listopad. Gdy mieszkałam w Polsce, był to zawsze najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc - deszczowy, szary i ponury... a do tego ten zimny wicher... Tu dni słonecznych jest więcej - także w listopadzie - co zupełnie zmienia postać rzeczy. Wciąż jest zimno, owszem, ale po lecie i początku jesieni, które tu zwykle są cudownie ciepłe (a już w tym roku w ogóle CUDOWNE!), o tej porze roku nie brakuje mi jeszcze przemieszczania się na zewnątrz (to przyjdzie w styczniu). Przemieszczam się od podziemnego garażu do podziemnego garażu, w trakcie jazdy ciesząc oko barwą liści na drzewach; a w weekendy i po powrocie z pracy moszczę pod miękkim kocykiem, wkładam ciepłe i puchate kapcie, piję gorącą herbatę - i oddaję orgii czytelniczej/oglądaniu seriali/głaskaniu kotów/zakupom online/itp. I powoli-powolutku czuję już w powietrzu zapach moich ukochanych Świąt*...  






* tak, tak, wiem, że wielu z Was nie cierpi Bożego Narodzenia. A ja uwielbiam - i już.    

czwartek, 3 maja 2018

Kwietniowe wspominki.

Czas pędzi, tematy do notek pojawiają się w mojej głowie najczęściej wtedy, gdy słucham radia (czyli też wtedy, gdy prowadzę samochód i nie mam jak ich zanotować); lista spraw do załatwienia, choć wciąż się skraca, jednocześnie też wciąż się wydłuża - a jednocześnie człowiek nie jest przecież taki, żeby nie pójść w góry, jeśli tylko pozwala na to pogoda. Tym też sposobem minął cały kwiecień i - czego wszyscy jesteśmy świadomi - zaczął się już piąty miesiąc tego roku.

W międzyczasie zdążyłam odwiedzić polską stolicę. Kibicujących mi w dramatycznej historii dowodu osobistego informuję, że urząd stołeczny stanął na wysokości zadania i wyprodukował go na czas - znowu mogę więc być identyfikowana jako Polka. Poza tym Warszawa zaprezentowała wersję Polski w demo, czyli pogoda była cudowna, ciastka od Lukullusa i chleb z Rozbrat20 rewelacyjne, ślub i wesele kumpla nad wyraz udane, a taksówkarze... eee... taksówkarze to już nie była wersja demo (podobnie jak hotel i smog, ale nie bądźmy drobiazgowi; zresztą hotelowi stosowne opinie już wystawiłam). Pierwszy z nich uznał za stosowne skarcić nas za wezwanie go w miejsce nieodpowiednie*, następnie zaś pouczał długo i namiętnie, jakie miejsca są odpowiednie oraz wyjaśniał, dlaczego miejsca nieodpowiednie są nieodpowiednie i jak bardzo są nieodpowiednie, drugi zaś okazał wyraźną dezaprobatę z racji, że musiał przenieść swoje rzeczy z bagażnika, żebyśmy mogli tam zmieścić swoje walizki.
Rozumiem, klient pragnący przewozu to zawsze przykra sprawa i utrapienie... w efekcie więc podczas tego pobytu korzystaliśmy głównie z Ubera. Trafił się nam dokładnie jeden Polak, który wypowiedział się między innymi stanowczo na temat, że w Polsce jesteśmy bardzo gościnni, ale dla turystów, a nie emigrantów (być może podejrzewając, że A., żonaty z Polką, może snuć niecne plany stałego pobytu w polskim raju) - a także zwierzył się, że poza granicami polskimi był raz w życiu, w kraju bratnim NRD i mu się tam nie podobało (i słusznie, po co gdzieś wyjeżdżać, jeśli i tak wiadomo, że najlepiej jest w domu). Pozostałymi kierowcami byli emigranci, czyli Ukraińcy - którzy dla odmiany nie wypowiadali się na żadne tematy, cicho i sprawnie przewożąc nas z miejsca z miejsce. 

Poza tym co. Wiosna w pełni, w Alpach okres przejściowy. Śnieg utrzymuje się jeszcze w tej chwili na wysokości mniej więcej 1700 m n.p.m. - co oznacza, że jeśli pragnie się szlaków wiosennych, to trzeba się pogodzić z tym, że chadza się nieco niżej niż zwykle. Za to pogoda rozpieszczała nas tutaj temperaturami iście letnimi (które się niestety w okolicach tego poniedziałku skończyły). Koty mimo tego nalegają na balkonowanie; najmłodszy z nich zaś - ku mojej ogromnej radości - okazał się być zapamiętałym łowcą i pożeraczem pająków. Hurra, wreszcie ktoś będzie mnie bronił, gdy A. nie ma w domu!  


   





*czekaliśmy przy bocznej ulicy, gdzie nie było miejsc parkingowych 

poniedziałek, 26 marca 2018

Kwestie ważne i ważniejsze.

Gdy jechałam dziś o poranku na spotkanie, w radiu szwajcarskim SRF 1 w międzyczasie roztrząsano ważną kwestię. Zadzwonił otóż słuchacz, mający za sobą dłuższe już doświadczenie życiowe - i oznajmił, że kiedyś, gdy jadło się jajka ugotowane na twardo, skorupka odchodziła od nich bez problemu. Dziś zaś - człowiek próbuje usunąć skorupkę, a ta odchodzi wraz z białkiem; marnotrawstwo! Radio zwróciło się o pomoc w wyjaśnieniu tego jakże ważnego problemu do specjalisty. Specjalista zaś oznajmił, że kiedyś jajka docierały do sklepów po znacznie dłuższym czasie niż dziś; a ponoć im świeższe jajko, tym gorzej odchodzi od niego skorupka po ugotowaniu. Nie wiem, jak Państwo, ale ja czuję ulgę, że ten ważki problem nie będzie mi spędzał już snu z powiek!*

Poza tym nie wiem, może być, że urzędnicy polscy śledzą mojego bloga!... Po wylaniu z siebie goryczy w jednej z ostatnich notek, podjęłam trud komunikacji z polską ambasadą w Szwajcarii. Po dłuższej wymianie e-maili udało mi się ustalić, że ambasada z dużym prawdopodobieństwem (korespondent starannie unikał bezpośredniej odpowiedzi na moje pytanie) uwierzytelni mi konto ePUAP, jeśli przedstawię im ważny dokument, poświadczający rejestrację mojego małżeństwa w polskim USC oraz nieważny polski dowód. Wyruszyłam, z głęboką nadzieją, że godzina jazdy wte i godzina wewte nie pójdzie na darmo. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą również ważny niepolski paszport, wszelkie inne ważne i niepolskie dokumenty, które noszę ze sobą zawsze w portfelu oraz odpis aktu urodzenia (polskiego). Tak przygotowana, stanęłam u wrót^hhh okienka i okazało się, że:
a) zostałam obsłużona miło i uprzejmie (!)
b) potrzebne okazało się tylko to, co zostało wymienione w e-mailu (!!)
c) sprawa została załatwiona pozytywnie, to jest - uwierzytelniono mi profil (!!!)
(Co prawda, cała operacja potrwała ok. pół h, podczas gdy poprzednie uwierzytelnianie profilu - w warszawskim mBanku - zajęło dwie minuty; ale nie bądźmy małostkowi, liczy się efekt końcowy). 

Napędzana euforią, pognałam do domu. Tam sumiennie przeskanowałam swe zdjęcie biometryczne, zalogowałam się do ePUAP, wypełniłam formularz, kliknęłam "podpisz" i... otrzymałam błąd. W postaci niemożności wysłania do mnie przez system kodu potwierdzającego (który niezbędny jest, żeby formularz został podpisany profilem zaufanym i wysłany). Spróbowałam po raz drugi i trzeci - z tym samym skutkiem. Westchnęłam, zamknęłam przeglądarkę Chrome i otworzyłam przeglądarkę Firefox. Zalogowałam się, wypełniłam formularz, zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na niewłaściwą rozdzielczość (poprawiłam), zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na niewłaściwą rozdzielczość (poprawiłam raz jeszcze), zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na zawieranie wirusa (załkałam, skopiowałam plik i wkleiłam go obok pierwszego, załączyłam kopię), zdjęcie zostało przyjęte!, kliknęłam "podpisz", wklepałam otrzymany SMS-em kod i... już po chwili zobaczyłam komunikat, że "Twój wniosek o wysłanie dowodu osobistego został pomyślnie wysłany".  

!!! Co za walka, proszę Państwa, co za walka - czy Wy czujecie te emocje?!
Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dowód wyprodukowany zostanie z należytą prędkością, tak, bym mogła go odebrać w czasie, gdy będę w Polsce - stay tuned!

Wymiana wszystkich dokumentów szwajcarskich (oraz kart lojalnościowych) przebiegła z nieekscytującą i bezproblemową rutyną; przy użyciu drogi pocztowej. Najszybszy był Urząd Ruchu Drogowego (nowe prawo jazdy w mniej niż 24 h), najwolniejszy zaś - Urząd Emigracyjny (ok. 2 tygodni czekania - od momentu wysłania im permitu ze starym nazwiskiem - aż przyślą nowy).    
     







*(oraz teraz muszę, po prostu muszę przetestować tę teorię empirycznie)

czwartek, 8 marca 2018

Kilka puzzli codzienności.

Dopiero co miałam pisać notkę o tym, jakie to uczucie gdy prowadzi się samochód po autostradzie w śnieżycy i ciemnościach. Gdy śnieg sypie obficie i gęsto, a płatki wirują w ten sposób, że człowiek ulega złudzeniu optycznemu, że oto nie ma świata wokół, tylko tunel podprzestrzenny, jak z filmów s-f... 

...a wtem przyszła już wiosna. Pierwszy jej dzień tutaj - taki naprawdę ciepły, że mogę siedzieć na tarasie restauracji: bez płaszcza i grubych ubrań; i rozkoszować się słońcem. Co prawda, sądząc po wolno, ale nieubłaganie nadciągających z boku chmurach, rozkoszowanie się będzie mieć przedwczesny koniec, ale cóż. Carpe diem.

Za każdym razem, gdy parkuję na moim ulubionym parkingu w samym centrum miasta, widzę ten sam billboard: uświadamiający ludzkości, jak straszną rzeczą są choroby płuc, poprzez obraz dziecka, jeżdżącego na rowerku po wypełnionym wodą pokoju i z trudem utrzymującego głowę nad powierzchnią. Za każdym razem mam wrażenie, że to ja się duszę - i rozmyślam posępnie nad wrażliwością osób, kreujących wszelkiego rodzaju kampanie reklamowe i społeczne. (Najgorszą widziałam w Brazylii - drastyczne zdjęcia porozjeżdżanych samochodami jaguarów. W kampanii chodziło o to, by ludzie zaczęli bardziej uważać, prowadząc w pobliżu parku narodowego...) No, ale ja z tych, którzy pragnęliby ostrzeżeń na książkach, jeśli zawierają one sceny torturowania bądź mordowania zwierząt czy dzieci. Są ostrzeżenia o przemocy na grach - dlaczego nie na książkach?

Żeby nie było, że życie na emigracji jest wyłącznie mlekiem i miodem płynące, a tradycyjne polskie narzekanie stało mi się zupełnie obce - łyżka dziegciu w beczce miodu, czyli szwajcarskie banki. Ogólnie rzecz biorąc, nie mam do mojego banku większych zastrzeżeń - natomiast, po spędzonych tu latach, wciąż nie umiem zrozumieć, dlaczego brak jest podglądu do blokad środków na karcie kredytowej. W polskim banku ten podgląd miałam - oczywiście nie w historii rachunku, bo chodziło o operacje jeszcze niezaksięgowane, ale było miejsce, gdzie dało się blokady podejrzeć. Tu - ni cholery. Oczywiście, widać, jaka ilość środków jest wciąż jeszcze dostępna, ale nie widać nigdzie operacji dokonanych, a jeszcze niezaksięgowanych. Także, z niewyjaśnionej przyczyny, gdy doładowuję kartę kredytową (wydaną przez mój bank), środki są na niej natychmiast, ale gdy robię normalną jej spłatę, przelewem - trwa to dwa-trzy dni. Kwestia przelewów też mnie zadziwia: otóż nie można wykonać ich tego samego dnia, nawet w obrębie tego samego banku - najwcześniej wychodzą dnia następnego. Można więc zapomnieć o błyskawicznych operacjach, trwających kilka sekund, jak wtedy, gdy w Polsce przesyłamy pieniądze z konta na konto w obrębie tego samego banku. Jak na kraj, który ze swojej bankowości słynie, dość to zacofane metody obrotu pieniądzem...

Z pozytywów - posiadanie ubezpieczeń i składanie reklamacji bardzo się opłaca, nawet jeśli trzeba wykazać się cierpliwością. Niedawno bowiem - po kilku miesiącach - przysłano nam zwrot pieniędzy za opłaconą przez nas naprawę lusterka, uszkodzonego w wypożyczonym na Seszelach aucie (nie wiem, może to tyle trwało, bo wymieniali w tym czasie papierowe listy z seszelską wypożyczalnią?...) To było jednak znacznie mniejsze zaskoczenie, niż fakt, że nieoczekiwanie wpłynęła nam na konto przyjemna kwota, będąca efektem skargi na pewną linię lotniczą, złożonej w odpowiedniej Agencji Ruchu Powietrznego. Skargę, dodam, złożyliśmy około dwóch lat temu. Agencja, jak widać, nierychliwa - ale sprawiedliwa. (A skargę składaliśmy, bo wskutek trzydziestominutowego i niczym nieusprawiedliwionego opóźnienia na starcie, nie zdążyliśmy na przesiadkę w Niemczech do Polski; przepadła nam 1 noc w hotelu i 1 dzień wypożyczenia samochodu; ale te kwoty były znacząco niższe od rekompensaty). Zatem reklamujcie, skarżcie się i miejcie cierpliwość!

Oraz Państwo mnie tu czytacie, wiem, bo widzę w statystykach - ale bardzo rzadko piszecie, żadnych komentarzy, więc często nawet nie wiem, kto taki dokładnie mnie czyta... Bardzo uprzejmie proszę o więcej odzewu, każdy mnie bardzo cieszy! Koniec końców, to blog, nie piszę tego sobie a muzom, a dla Was właśnie. 

czwartek, 1 marca 2018

O absurdach i łamaniu prawa, czyli skrótowo o polskich urzędach.

Jakiś czas temu, podczas bytności w Polsce, założyłam sobie profil ePUAP. Bardzo się ucieszyłam, że jest taka możliwość i odtąd większość spraw (niestety nie np. złożenie wniosku o paszport) będę w stanie załatwić przez internet. W Polsce bywam rzadko, więc jest to mi bardzo na rękę. 

Biorąc pod uwagę, że jakiś czas temu wyszłam za mąż, a przy tej okazji zmieniłam nazwisko - myślałam, że jak tylko polski urząd zostanie o mojej zmianie nazwiska poinformowany, wprowadzą zmiany (lub ja sama będę mogła je wprowadzić) w systemie ePUAP i tym samym bez kłopotu złożę wniosek o nowy dowód: z nowym nazwiskiem. Jakaż byłam naiwna...

Pomijam już fakt, że USC z jakichś przedziwnych względów potrzebuje trzech tygodni (!) na przyjęcie do wiadomości zmiany stanu cywilnego - i że odmówili przyjęcia tej informacji, gdy próbowała to załatwić upoważniona osoba spoza rodziny... Otóż taka osoba rzekomo potrzebuje upoważnienia notarialnego. Przypominam, że aby je dostać, trzeba stawić się u notariusza we dwójkę OSOBIŚCIE; wiele źródeł w internecie twierdzi też, że powinno wystarczyć upoważnienie zwykłe. Mniejsza o to; urzędniczka stwierdziła, że upoważnienie nienotarialne ważne jest wyłącznie dla najbliższych członków rodziny. Przyjęłam to do wiadomości, sprawę - mimo odległości - ostatecznie załatwić musiał mój tata. 

Teraz okazuje się jednak, że... nie ma opcji zaktualizowania nazwiska w systemie ePUAP! Profil zaufany trzeba najpierw unieważnić (to można zrobić - cóż za łaska! - przez internet), później wystąpić OSOBIŚCIE z wnioskiem o nowy dowód. Następnie, dopiero po - znów OSOBIŚCIE - odebraniu go (co dla osoby mieszkającej poza Polską oznacza konieczność już dwóch wizyt; konsulaty dowodów nie wystawiają), móc uwierzytelnić wniosek o nowy profil ePUAP (jakby inaczej: OSOBIŚCIE!)

Jeśli chciałabym aktualny polski paszport, wówczas musiałabym lecieć po raz trzeci - bo zarówno złożenie wniosku, jak i odbiór, muszą zostać dokonane (kto zgadnie?) OSOBIŚCIE. Tak przy okazji - próbowałam już raz złożyć w Polsce wniosek o paszport, nie mając ważnego polskiego paszportu ani polskiego dowodu osobistego (tzn. data ważności w dowodzie była ok, ale przestał być ważny z racji zmiany adresu: wyprowadzki z Polski i wymeldowania). Miałam natomiast przy sobie inne ważne dokumenty ze zdjęciem (m.in. ważny paszport innego kraju oraz prawo jazdy), aktualny odpis polskiego świadectwa urodzenia, stary polski dowód i stary polski paszport. 

Podpunkt trzeci stosownej ustawy mówi o tym, że jeśli obywatela nie można zidentyfikować na podstawie ważnego dowodu ani paszportu, należy zidentyfikować go na podstawie innego ważnego dokumentu ze zdjęciem - jednakże kierownik biura paszportowego w Gdańsku stwierdził, cytuję, że "podpunkt trzeci jest mniej ważny" (!!!) i że jak chcę, to sobie mogę składać wniosek o paszport w konsulacie szwajcarskim. Pamiętam, że poczułam się jak w "Misiu" - dosłownie opadły mi ręce...
Domniemywam, że myśl ukryta w tym konkretnym przypadku złamania polskiego prawa była taka, żeby a) zionąć bezinteresowną nienawiścią bliźniego i móc zrobić mi problem b) żebym za paszport zapłacić musiała 500 PLN (bo taka jest jego cena w konsulacie polskim w Szwajcarii - podczas gdy w Polsce to 140 PLN).

Mieszkam w Szwajcarii - kraju dla mnie obcym, którego obywatelką nie jestem - od ponad sześciu lat. Nigdy, ani razu, w żadnym urzędzie nikt nie próbował tu zrobić mi jakiegokolwiek problemu. A miałam styczność z wieloma więcej urzędami niż w Polsce: emigracyjnym, podatkowym, celnym, urzędami miejskimi w paru miastach; dwukrotnie potrzebowałam wymienić prawo jazdy, uzyskać prawo jazdy międzynarodowe i po upływie ważności je też wymienić, dostać zaświadczenie o niekaralności czy braku długów... i jeszcze pewnie kilka rzeczy by się znalazło. 
Nikt nigdy nie próbował mi tutaj niczego utrudniać, opóźniać, udawać, że mnie nie rozumie - o łamaniu prawa nie wspominając. W urzędzie emigracyjnym stawić się OSOBIŚCIE musiałam tylko raz: była to rozmowa powitalna, okraszona otrzymaniem permitu oraz miliona pomocnych książeczek, wyjaśniających różne aspekty życia w Szwajcarii.
Potem już permit dostawałam za każdym razem pocztą (nawet nie musiałam wnioskować o nowy przy zmianie adresu, sami wysyłali!), to samo z prawami jazdy. Pytać o międzynarodowe poszłam za pierwszym razem osobiście - dostałam je do ręki po pięciu minutach. Przy wymianie z powodu zmiany nazwiska dostałam nowe prawo jazdy pocztą w mniej niż 24 h od złożenia wniosku. Można? Można. 

W Polsce mieszkałam znacząco dłużej, jednak styku z urzędami miałam zdecydowanie mniej: za to w pakiecie ogrom kłopotów. Prawie zawsze ktoś próbował tworzyć taki czy inny problem, podawane mi informacje były fałszywe lub niekompletne, musiałam stawiać się w różnych sprawach wyłącznie OSOBIŚCIE, czas oczekiwania na jakiekolwiek zaświadczenia wynosił minimum dwa tygodnie (!) Tu mogłabym wstawić np. jeszcze rozkoszną historię o tym, dlaczego nigdy nie dostałam zwrotu podatku za mój ostatni rok pracy w Polsce, ale ta notka jest już i tak długa; może innym razem. 
  
Jednym słowem, widać jasno, że cały ten system, z urzędnikami na czele, został stworzony i jest prowadzony w taki sposób, żeby obywatelowi maksymalnie utrudnić życie i wskazać mu, że jego miejsce jest na samym, samiutkim dole hierarchii. Że urzędnik nie jest po to, żeby petentowi pomóc - ale by mu przeszkodzić, nawet jeśli ma być to równoważne z łamaniem prawa. Oczywiście, każdy ma prawo złożyć skargę lub podać do sądu (czy to jest skuteczne, to już zupełnie inny temat). Mieszkając w Polsce, wielokrotnie to robiłam - acz nie uważam, że życie wypełnione ciągłym składaniem skarg jest życiem przyjemnym i optymalnym. 

Szkoda, że Polska tak bardzo nienawidzi własnych obywateli. 

piątek, 23 lutego 2018

Odpowiedź to 42*. Pytanie - ile plaż znajduje się w Florianopolis (Brazylia, cz. II)

Kolejnym, dwutygodniowym etapem naszej podróży po Brazylii było Florianopolis, zwane też "miastem tysiąca wysp". Rozciąga się ono częściowo na kontynencie, częściowo zaś na pobliskich wyspach i wysepkach, z których największą jest Santa Catarina Island. Przyznam szczerze, że na Floripę (jak nazywają je pieszczotliwie mieszkańcy) ostrzyłam sobie zęby od paru lat -  polecił mi ją mój kolega (który kilka lat tam przemieszkał i wciąż tam bywa), zachwalając piękno tamtejszych plaż i najlepsze owoce morza na świecie.

typowa ulica na wyspie 

plaża Forte

Florianopolis znane jest jako najlepsze miejsce do życia w Brazylii - w związku z tym bardzo bezpieczne. Było to widać: w dzielnicy, w której mieścił się nasz hotel, było bardzo wiele domów - żaden z nich nie był otoczony płotem; wszystko wyglądało czysto, schludnie i zasobnie (w Rio co "bogatsze" budynki mieszkalne bez wyjątku otoczone były płotami z drutem kolczastym czy pod napięciem, w oknach były kraty, itp.) Jedynym miejsce we Floripie, które przypominało, że Brazylia jako kraj nie jest najbezpieczniejszym miejscem, był... bank. 

fort São José da Ponta Grossa

plaża Forte

(A. od dłuższej chwili był już w banku, postanowiłam wejść i ja. Wmaszerowałam beztrosko do środka tylko po to, żeby zderzyć się z wewnętrzną przezroczystą ścianą i drzwiami obrotowymi, pilnowanymi przez znajdującego się po ich drugiej stronie strażnika, który gestem wskazał mi rząd zamykanych na kluczyk szafek, gdzie złożyć miałam swoją torebkę. Wzruszywszy ramionami, wyjęłam z niej telefon, upchnęłam torebkę w szafce i podeszłam znów do pilnowanych drzwi, które ostrzegawczo zapiszczały. Strażnik pokazał mi niewielką klapkę, przez którą musiałam podać mu mój telefon... i oto wreszcie mogłam wejść, a właściwie wepchnąć się do środka - drzwi były wąskie i z trudem się obracały. Nie wiem, jak Państwo, ale na miejscu potencjalnego rabusia rozważyłabym raczej uskładanie na bilet do Europy). 


plaża Jurerê

na szlaku Trilha Do Gravatá

Santa Catarina Island jest wyspą niewielką - z północnego krańca, gdzie mieścił się nasz hotel, jechało się na południowy kraniec wyspy zaledwie godzinę. Wypożyczenie auta jest tam natomiast niezbędne - podobno transport lokalny pozostawia wiele do życzenia. Ruch na szczęście jest prawostronny, a lokalsi jeżdżą w sposób akceptowalny dla Europejczyka (porównałabym do Polski - uważać trzeba, ale da się normalnie poruszać po drogach. Zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż w Rio**).  No i gdy mamy auto... wszystkie plaże są nasze!

widok z Villa Fatima

ujście rzeki przy plaży Lagoinha do Leste

Tym bowiem głównie zajmowaliśmy się podczas pobytu na wyspie: prawie każdego dnia jechaliśmy na inną plażę. Różniły się one od siebie zarówno temperaturą wody (przy plażach od strony kontynentu ocean był oczywiście ciut cieplejszy), widokami, ukształtowaniem terenu (niektóre płaskie, inne zamknięte z obu stron porośniętymi dżunglą wzgórzami, po których nie omieszkaliśmy się powspinać, jeszcze inne otoczone skałami, schowane za lasem lub ukryte na końcu wędrówki klifami albo przez dżunglę i wzgórza) czy wreszcie - piaskiem... na jednej z plaż był on dosłownie tak drobny i mięciutki jak mąka, podczas gdy gdzie indziej zwyczajnie miękki, twardszy lub zupełnie gruboziarnisty; w odcieniach od prawie-że-bieli aż do ciemnej żółci. Były plaże bardziej popularne i w związku z tym bardziej zatłoczone (niewielki to zresztą problem w Brazylii - miejscowi gromadzą się zawsze przy wejściu, więc wystarczy pójść dziesięć minut dalej i można rozkoszować się przestrzenią), jak i te samotne, na których z trudem dało się dostrzec w oddali ludzkie figurki. Miały za to jeden wspólny mianownik - wszystkie były piękne...

plaża Lagoinha do Leste



Przyznam szczerze, że o ile bez trudu uwierzyłam koledze w urodę plaż, o tyle w kwestii najlepszości owoców morza byłam nieco sceptyczna. Uwielbiam je i jadłam w bardzo już wielu miejscach na świecie, nie sądziłam zatem, że Brazylia może mnie pod tym względem czymś zaskoczyć. Jak się okazało - niesłusznie. 
Floripa jest otóż, nie bójmy się tego słowa, Mekką owoców morza - są tam one absolutnie DOSKONAŁE. Ten capslock musi być tu użyty, nigdy i nigdzie nie jadłam tak absolutnie rewelacyjnych ostryg, tak świetnych krewetek, tak wspaniałych małży, tak przepysznych kalmarów... aaa, na samo wspomnienie cieknie mi ślinka!... Owoce morza ao bafo ("na parze"), smażone albo zapiekane w cieście, ostrygi zalane żółtym serem, kraby w cieście... i do tego frytki: z batatów i absolutnie nieprzesolone... ach! 


plaża Moçambique

Czy można chcieć czegoś więcej? Oczywiście - np. pizzy: kolejna rzeczy, która Brazylijczykom wychodzi doskonale. Jadłam tam po raz pierwszy pizzę w wersji na słodko (z czekoladą i owocami) i była wyśmienita. Mają też świetne ciastka w kształcie ogromnych pierogów: z nadzieniem na słodko i słono, w bardzo wielu wersjach - gdzie ciasto jest cieniutką formą dookoła nadzienia. 
Do Brazylii na pewno jeszcze powrócę - właśnie ze względu na jedzenie. Choć... zaliczyłam tam i jedno rozczarowanie: otóż słynne brazylijskie steki nie dorównują w żaden sposób szwajcarskim. Mięso było tłuste i żylaste - coś, co tutaj nie zdarza się nigdy. 

plaża da Cachoeira de Bom Jesus

   









*są źródła, które podają również liczbę 60. Ale, jak tak pomyśleć - liczenie plaż nie jest łatwym zadaniem... widzę też szerokie pole do sporów, gdzie właściwie kończy się jedna plaża i zaczyna druga.

**w Rio jazda samochodem to sport ekstremalny: wygląda to trochę tak, jakby mieszkańcy usiłowali urządzać nieustanne wyścigi. Pasy na jezdni traktowane są bardzo umownie - zwłaszcza że gdy zajmie się dwa naraz, ma się większe szanse wyminąć i tych z lewej i tych z prawej; pięć centymetrów czy dwa, zupełnie nieważne, wymijanie z lewej czy z prawej, zupełnie nieważne. Poruszaliśmy się tam tylko taksówką, ale i tak miałam w niej co chwilę mini ataki serca. Podobno nawet wielu ludzi urodzonych i wychowanych w Rio nie ma odwagi siadać tam za kierownicą.  

niedziela, 11 lutego 2018

Wielki powrót #mzf.

Im dłużej tu mieszkam, tym ciężej jest mi kontynuować cykl #mzf - z uwagi na to, że wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie nowe i kontrastowe w stosunku do rzeczywistości polskiej, przeszły płynnie w coś zupełnie normalnego, do czego jestem w pełni przyzwyczajona. Niemniej parę rzeczy wciąż jeszcze się uzbiera.

W przypadku wznoszenia toastu w Szwajcarii, używa się słowa "prosit" lub - znacznie częściej - dialektowej wersji "pröstli" (słowo to pochodzi z łaciny i oznacza w wolnym tłumaczeniu "niech idzie na pożytek", "niech uczyni dobrze" - czyli po prostu "na zdrowie!") Niemieckie "zum Wohl" słychać tu raczej rzadko. Co natomiast przy wznoszeniu toastu ze Szwajcarem jest bardzo istotne - to, żeby w momencie, gdy stukamy swoim kieliszkiem/szklanką w jego, patrzeć mu prosto w w oczy. Jeśli tego nie robimy, zostanie to źle odebrane.

W bardzo wielu szwajcarskich restauracjach sztućce przewidziane są do... wielorazowego użytku. Czyli jeśli jemy dwa dania, wymagające widelca i noża, po zjedzeniu pierwszego powinniśmy sztućce odłożyć na bok, a nie na brudny talerz. Niemniej jeśli zapomnimy się i zostawimy je na talerzu, obsługa zabierająca go położy je nam z powrotem na stole. Mnie najwyraźniej wciąż nie do końca mieści się to w głowie, bo nagminnie o tym zapominam.
W Szwajcarii czynnością w restauracjach bardzo częstą, która nikogo nie krępuje, jest też wycieranie chlebem resztek sosu z talerza.

Jak mawia moja koleżanka, mieszkająca tu od ponad dekady, w przypadku konwersacji ze Szwajcarami zwrócić uwagę trzeba nie tylko na to, co mówią - ale też na to, czego nie mówią. Powszechnie akceptowanym sposobem konwersacji jest tutaj owijanie w bawełnę - z zachowaniem wszelkiego rodzaju możliwych form grzecznościowych (typu "mógłbyś" zamiast "możesz" czy używaniem eufemizmów - eufemizmy są zresztą czymś BARDZO szwajcarskim). Bezpośredniość bywa uważana tu za niegrzeczną czy wręcz prostacką; a czasami nawet szokującą. Jako osobie ceniącej sobie szczerość i bezpośredniość, zdarzyło mi się już kiedyś usłyszeć np. na rozmowie kwalifikacyjnej, że jestem "szokująco szczera". 
   
W związku z powyższym, czasami mam też wrażenie, że Szwajcarzy nie wiedzą co to bunt. Raz, że kontrola okazywanych emocji jest w tutejszym społeczeństwie bardzo silna, dwa - mam wrażenie, że ten niemalże genetyczny sprzeciw, cechujący większość Polaków, tutaj praktycznie nie istnieje; że ludzie przyjmują zmienne okoliczności losu z eleganckim, pełnym doskonałego opanowania uśmiechem, kwitując je co najwyżej nacechowaną subtelną ironią uwagą. Czasami to podziwiam - a czasami irytuje mnie tak, że miałabym chęć nimi potrząsnąć i wrzasnąć "ale powiedzże, co naprawdę myślisz!"             

środa, 7 lutego 2018

Ogłoszenia parafialne.

W tak zwanym międzyczasie blog dorobił się fanpage'a na Facebooku - będę tam wrzucać informacje o nowych postach oraz publikować teksty zbyt małe na notki. Zapraszam!

wtorek, 23 stycznia 2018

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.

Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną kiełbasę") W przenośnym znaczeniu: kaprys lepszego traktowania - bo wiadomo, lepiej dwie kiełbasy w garści niż... eee, dobra, to szło jakoś inaczej. 

Jeśli niemieckojęzyczny chce podkreślić, że chodzi o coś ważnego, wówczas powie: "es geht um die Wurst!" ("chodzi o kiełbasę!") Osoba, która nie pozwala się bezkarnie krzywdzić, nie pozwala zabrać sobie kiełbasy z chleba ("sich die Wurst vom Brot nehmen/ziehen lassen") - a skrzywdzona to z kolei "biedna kiełbaska ("armes Würstchen"). Osobnik, który nie ściąga kiełbasy z talerza ("keine Wurst vom Teller ziehen"), musi być - rzecz jasna - pozbawiony energii (bo gdyby ją miał, oczywiste, że wykorzystałby ją na dorwanie się do kiełbasy!) Jeśli chcemy zaś komuś odpłacić pięknym za nadobne, odpłacamy - no, jak myślicie? Kiełbasą za kiełbasę ("Wurst wider Wurst"). 

Zgłodniały Polak zje byle co ("dobry chleb i z ości, jak się kto przepości"). Niemieckojęzyczni w identycznej trudnej sytuacji zjedzą natomiast chętnie... kiełbasę - by podkreślić dramatyzm: bez chleba! ("in der allergrößten Not schmeckt die Wurst auch ohne Brot" - "w biedzie kiełbasa smakuje również bez chleba").

I z tą, nieprawdaż, społeczno-kulturowo-historyczną konkluzją Państwa zostawiam, życząc dobrej nocy. (Łaknący wiedzy mogą natomiast sobie jeszcze sprawdzić, co znaczy "sich die Wurst pellen" - czyli "obierać sobie kiełbasę"...) 






*jeżeli komuś przychodzą do głowy jakieś inne, to niech wpisuje w komentarzach!