Przejdź do głównej zawartości

Posty

Appkowo (czyli Twint, Treatwell, CodeCheck, Visana i Revolut).

Dziś trochę szwajcarskiej (i nie tylko) codzienności w aspektach praktycznych - a konkretnie: appki. 


Kiedyś narzekałam tutaj na kwestie parkowania - ale nie umiem teraz znaleźć tej notki. Chodziło w niej w każdym razie o to, że żeby zapłacić za miejsce parkingowe - szczególnie na ulicy, raczej nie na parkingach podziemnych - trzeba było zawsze mieć ze sobą monety. Czasami, o zgrozo, konkretne nominały... były automaty, które przyjmowały np. wyłącznie półfrankówki. Ten problem jest już wreszcie od - bodajże ponad roku - rozwiązany! 

Teraz na każdym automacie są naklejki z kodami QR. Wystarczy zeskanować kod - najlepiej za pomocą appki TWINT - i już można płacić za parking. Przy pierwszym użyciu trzeba podać tylko numer rejestracyjny samochodu. Później appka ładuje go już automatycznie, podobnie jak adres, przy którym parkujemy. My wybieramy wyłącznie czas parkowania (kręcąc kółkiem na ekranie), po czym zatwierdzamy płatność. I tu kolejny plus tej formy opłaty: jeśli wrócimy do samochodu…
Najnowsze posty

Moja mała stabilizacja.

Urlop minął jak sen jaki złoty - tylko opalenizna i zdjęcia zaświadczają, że rzeczywiście, jeszcze przed chwilą... Drzewa są wciąż jeszcze w większej części zielone i żółte, chociaż dywan z liści powoli zaczyna zaścielać chodniki. W powietrzu - mimo ciepła i słońca - wyraźnie pachnie jesienią.  O dziwo, w tym roku czuję się na nią gotowa; podobnie jak na nieuchronne nadejście zimy. Zapewne znacząco pomaga w tym słońce. Koniec października, a ciepło jak w lecie. Wczoraj i dziś byłam na spacerze - mając na sobie bluzkę z krótkim rękawem. Nie marzłam. 
Skoro i tak zaczęliśmy już tradycyjnie od pogody, pominę może kolejną tradycję, czyli kwestie niedoboru czasu i przejdę do meritum notki (choć prawdę mówiąc, nie wiem jeszcze, jakie ono jest. Ale przecież żadne być nie musi, nie ma obowiązku). 
Łapię się na tym, że chciałabym Wam przekazać konkretne obrazy z minionych miesięcy - załączając do nich przynależne im emocje. Sporo jest we mnie tych obrazów i prawie nigdy nie czuję się tak bardzo …

Osiem lat... czyli podsumowanie emigracji do Szwajcarii: odcinek kolejny.

Nie da się nie dostrzec, że zdumiewanie się prędkością, z jaką upływa czas, stało się już tradycyjną rozrywką na łamach tego bloga. I owszem, wrzesień śmignął w takim tempie, że mimo najszczerszych chęci nie dałam rady zamieścić żadnej notki. Połowa października to natomiast kolejna rocznica mojego przyjazdu do Szwajcarii. Jak zdradza tytuł notki - to już ósma rocznica. (Ładna cyfra. W pewnym sensie okrągła, bo potęga dwójki).

Jakąś część tego, co się przez te osiem lat działo, zrelacjonowałam tu. Krótkie podsumowanie: zdążyłam się w ciągu tych ośmiu lat czterokrotnie przeprowadzić (w tym - dwukrotnie do innego kantonu); trzykrotnie zmienić pracę; wyjść za mąż; pochować jednego ukochanego kota i przygarnąć dwa kolejne; zapoznać w praktyce ze szwajcarskim bezrobociem; odbyć kilkaset wypraw w góry, około setki do ruin zamków i na wieże widokowe, kilkanaście na jarmarki świąteczne, 180 lotów (po)za granicę/ami i tym samym odwiedzić pięć kontynentów; przeczytać około tysiąca książek; obe…

Woźniak-Starak a sprawa polska.

Nie wiem, czy uda mi się dziś precyzyjnie przekazać, co mam na myśli - jako że notka ta powstaje pod wpływem wzburzenia. Ale spróbuję, bo to jednak dość ważne.
Domniemywam, że prawie każdy polskojęzyczny/a czytał/a/słyszała/a już o śmierci Piotra Woźniaka-Staraka. Wiele osób zauważyło też pewnie, że komentarze pod artykułami odnośnie - najpierw - relacji z poszukiwań, a później informacji o rzeczonej śmierci, zostały wyłączone. Wielu komentującym nie przeszkodziło to jednak umieszczać wpisów o tym pod tematami zupełnie ze sprawą niezwiązanymi, wreszcie - na forach i innych mediach społecznościowych.
Tak, od czasu do czasu czytam komentarze. Czasem rozmyślnie, a czasem po prostu ciężko tego uniknąć, gdy wzrok wędruje do końca tekstu i komentarze - przynajmniej te pierwsze - czytają się same. Czasami (choć rzadko) zaglądam też na fora internetowe albo wchodzę na Twittera. Moment, gdy tego żałuję, przychodzi zawsze prędzej niż później. Bywa i tak, że natychmiast.
Woźniak-Starak był młod…

Oznaki życia na blogu, czyli dlaczego usunęłam Instagrama.

Jest początek lipca*, a właśnie dotarł do mnie mejling, zachęcający do nabycia ciuchów na  Oktoberfest. Nie czuję się zdziwiona (Mikołaje z czekolady pojawią się zapewne w sklepach już we wrześniu), ale jednak nieco zirytowana. Jak to. Ja tu mam lato, słońce, upał, a oni mi wyskakują z październikiem?! Że jesień, kolorowe liście, chłód i krótsze dni? Pff. Bez sensu. Absolutnie się nie zgadzam!       Zmartwionych moim zniknięciem z Instagrama uspokajam, że nie dzieje się nic złego - wprost przeciwnie. Już kiedyś (trzy lata temu?!) pisałam o pewnej zmianie w moim życiu, dotyczącej spędzania wolnego czasu - i dlaczego nie na internecie. Instagram i tak trzymał się mocno: był moim fotograficznym pamiętnikiem; ba - nierzadko dziennikiem! - przez pięć lat. To bardzo długo. 
Być może ktoś z obserwujących zauważył, że od prawie roku zdjęć publikowałam coraz mniej. Coraz bardziej czułam się jak własny paparazzo. Co prawda z zasady (za wyjątkiem paru fotografii ślubnych) nie wrzucałam zdjęć ro…

Szczęście jest najprostszą rzeczą.

Jak często myślicie o wdzięczności?


Mnie w ciągu ostatnich lat zdarzało się to coraz częściej, a w ciągu ostatnich miesięcy - prawie codziennie. 


Żyję. Otoczona miłością - wokół mnie jest spore grono istot, które kocham i które kochają i wspierają na wszelkie sposoby mnie: mąż, rodzina, przyjaciele, koty. Mieszkam w fantastycznym kraju, którego rozmaite fajne aspekty ciągle odkrywam - a zapewne sporo jeszcze do odkrycia pozostało. Pracuję w wymarzonym zawodzie - który nie wymaga nadmiernego zaangażowania czasowego, przy jednoczesnych zarobkach takich, że mogę pozwolić sobie na moją najukochańszą aktywność, czyli podróże. Mam dostęp do setek, jeśli nie tysięcy, świetnych książek i źródeł wiedzy. Głód i pragnienie jestem w stanie zaspokoić z wielką przyjemnością i ponad potrzeby. Żyję w miejscu spokojnym i bezpiecznym. Mam sprawne ciało - mogę biegać, chodzić po górach, nurkować...


...Wyliczać mogłabym jeszcze długo. Przeczytawszy powyższe słowa, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że żyję życie…

Notka pełna nienawiści - czyli dlaczego rekruterzy (w większości) są bezwartościowi.

[Ta notka została napisana w okolicach listopada zeszłego roku, ale aż do dziś jej nie publikowałam, bo miałam zamiar dokładnie policzyć, z iloma rekruterami miałam styczność... i dopiero teraz to zrobiłam].

Dla tych, co tl;dr - emocjonalny opis moich bardzo złych doświadczeń z rekruterami i co z tego wynikło.

Zacznijmy może od tego, co wiem. Opowiadano mi, że praca większości rekruterów jest ciężka, niewdzięczna i kiepsko płatna; że mają wyśrubowane normy; że rotacja w firmach rekruterskich jest ogromna. Wiem to wszystko - i w ogóle nie przyjmuję w ramach usprawiedliwienia. Sama na początku swojej drogi zawodowej wykonywałam bardzo kiepsko płatną i bardzo niewdzięczną pracę (m.in. helpdesk) - i wykonywałam ją bardzo dobrze - więc sorry, ale jeśli chodzi o ciężki los rekruterski, to: #wypłaczmitakorzeke.
Skoro już ustaliliśmy, że wiem i mimo tego smutny los rekrutera w ogóle nie zmiękcza mojego serca twardego jak makaroniki Luxemburgerli, przechowywane przez siedem lat (zamiast podle…