Podsumowanie roku 2025
Nie sądzę, żebym kiedykolwiek umieściła podsumowanie roku tak późno. Styczeń wessał mnie, przeżuł, wypluł - i wtem! mamy już luty.
Siadałam do tej notki chyba już czterokrotnie, straciłam rachubę. Może tym razem się uda?
Kiedy myślę o zeszłym roku, pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl, to poczucie zmęczenia. Nie, nie fizycznego, oczywiście - mentalnego.
Zacznijmy od tego, że sporo chorowałam (nic poważnego, ale jednak irytujące, jako że nie cierpię być chora: grypa i covid, tydzień wiosną i dwa razy po trzy tygodnie latem i jesienią; do tego covid z utratą węchu na kilka dni w bonusie, pierwszy raz mi się to przydarzyło; węch na szczęście wrócił w 100%).
Było też sporo badań i wizyt u lekarzy, zarówno moich, jak i rodziny i przyjaciół, tu jakieś drobne zabiegi, tam jakieś małe nieprzyjemności... ale generalnie wszystko byłoby w porządku i nic tak naprawdę wartego wzmianki, gdyby nie kwestia dwóch przypadków. W dwóch przypadkach bowiem (w kręgu polskiej rodziny i w kręgu przyjaciół) okazało się, że dobrze nie jest. Odbyło się więc leczenie i operacje. I tak, ogromne szczęście w nieszczęściu w obu tych przypadkach, bo ostatecznie rok pożegnaliśmy, będąc wszyscy zdrowi (za co jestem niebywale wdzięczna!), ale jednak było to wszystko męczące i kosztowało - niezależnie od mojego niegasnącego optymizmu - jakąś tam konkretną ilość zasobów emocjonalnych.
W minionym roku odszedł też Snorri, nasz najstarszy kot. Tak, wiem od zawsze, żyją krócej niż człowiek; każdy, starając się mnie pocieszyć, powtarzał, że dwadzieścia jeden lat to piękny wiek dla kota; to wszystko prawda, ale wciąż: żałoba i poczucie pustki w domu. Amputacja fragmentu serca, bez znieczulenia. A żałoba, och... ta to dopiero przynosi ze sobą zmęczenie.
Równolegle ze śmiercią Snorriego odbywało się diagnozowanie Sówki, czyli kotka średniego. Było długie (i - gdyby nie ubezpieczenie - byłoby też bardzo kosztowne), ale wreszcie znaleźliśmy się w pożądanym punkcie, czyli postawienia diagnozy i w-miarę-opanowania choroby za pomocą regularnego podawania leku. Lek co prawda musi być podawany do końca kociego życia, ale choroba nie powinna go skrócić, więc znowu ktoś nad nami czuwał; dziękuję.
Ale - byłabym niesprawiedliwa i niewdzięczna, gdybym we wspominaniu skupiła się tylko na tym, co powyżej.
Po pierwsze bowiem, wciąż wszyscy z 2024 roku - poza kotkiem S. - jesteśmy. I jesteśmy zdrowi! To jest bardzo dużo, a nawet, rzekłabym, najwięcej (i codziennie wznoszę dziękczynne modły za to, że).
Po drugie, podróże.
To był rok pod tym względem bardzo nietypowy. Po pierwsze A. - z racji planowego dokształcenia na koszt pracodawcy - miał w tym roku ciut mniej urlopu niż zwykle (parę dni musiał bowiem wydać właśnie w związku z ww., a dokupić nie mógł nic), ja zaś odwrotnie (jako że w końcu wyszło tak, ze aż dziesięć dni urlopu dokupiłam). Do tego częściowo gościliśmy, zamiast dokądś lecieć.
Ale po kolei.
Najpierw, czyli w lutym, były dwa cudowne tygodnie razem z A.: w Tajlandii (Khao Lak, Phi-Phi i okolice Phuket). Piękna przyroda; wspaniałe nurkowania (a i snorkelowania niezgorsze!); okazało się, że okulary przeciwmdłościowe na mnie niestety nie działają (ale za to w diveshopie mieli doskonałe leki przeciwko morskiej chorobie, wreszcie mam coś, co naprawdę dobrze na mnie działa); świętowanie rocznicy naszych zaręczyn na Phi-Phi; krótka wizyta w Phuket, przypominającym Las Vegas, acz gorszym (Vegas, gdy tam byliśmy, posiadało co prawda kakofonię ryczących i ogłuszających dźwięków oraz piekło migających neonów, nie dysponowało natomiast tańcami pseudoreklamowymi w wykonaniu półnagich dziewcząt o martwym wyrazie twarzy, naganiaczami usilnie pragnącymi skierować nas na ping pong show ani obezwładniającym smrodem na pewnych fragmentach ulicy), doskonałe masaże (i największy gekon, jakiego kiedykolwiek w życiu widzieliśmy, Król Gekonów!); sanktuarium słoni i gibonów (gdzie przebywają zwierzęta uratowane z wielkim trudem z przemysłu turystycznego - jeśli wybieralibyście się do Tajlandii, to gorąco zachęcam do odwiedzenia, każdy bilet to pomoc na utrzymanie zwierząt, można tez wspomóc online).
W kwietniowy długi weekend miało być Como, ale z racji kiepskiej pogody zostało przesunięte, a zamiast tego ten dzień, który wolny był tylko w Zurychu, przydał się, żebyśmy zawieźli moją Mamę na załatwianie paszportu w polskim konsulacie w Bern (gdzie ten dzień wolny nie był) oraz na górską wędrówkę. Drobna uwaga do Polaków mieszkających w Szwajcarii: czas oczekiwania na termin złożenia wniosku o paszport wyniósł dwa miesiące (!!!), później trzeba czekać jeszcze miesiąc na produkcję - zatem jeśli potrzebujecie paszportu, zaplanujcie to, jak ja, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem (albo jedźcie do Milano, tam są krótsze terminy).
Majówka, jedyne wspólne święto Polski i Szwajcarii, tym razem zamiast wyjazdu stała się dla nas okazją do goszczenia przez kilka dni przyjaciół z Warszawy. Była to ogromna radość, jako że nie widziałam się z nimi od 2023 (a A. od naszego wesela). Szwajcarię odwiedzili po raz pierwszy, a że pogoda wybitnie dopisała, mogliśmy więc pokazać im tutejszość od najpiękniejszej strony.
Jednym z elementów dokształcania przez A. był jego majowy pobyt w Londynie, gdzie dołączyłam do niego na weekend. Ponieważ rzucili słońce, i to w nader obfitej ilości, pochodziliśmy sobie po klifach Dover i zwiedziliśmy tamtejszy (olbrzymi, doskonale zachowany i bardzo interesujący, polecam) zamek.
Na kolejny długi weekend majowy znów nie wyjeżdżaliśmy - przyleciała za to z Irlandii moja przyjaciółka z córeczką (a pogoda znów była idealna!)
W trzeci długi weekend, czerwcowy, mieliśmy gościć przyjaciół z Niemiec, ale niestety się rozchorowałam.
W lipcu poleciałam z Mamą na dwa tygodnie do Egiptu - by spędzić wspólne wakacje z naszą polską rodziną. Łącznie było nas dwanaścioro (obsługa musiała codziennie złączać stoliki, żebyśmy mogli siedzieć razem!) i było po prostu wspaniale - mogliśmy nacieszyć się sobą jak nigdy, w dodatku w błogim cieple i miłych okolicznościach. Odbyłam też znowu sporo nurkowań (w tym spotkanie oko w oko z dugongiem! ale było też mnóstwo żółwi, płaszczek i innych barwnych istnień). Jedynym minusem tych wakacji była natomiast tęsknota za A. - bo po raz pierwszy, odkąd jesteśmy w związku, spędziliśmy aż dwa tygodnie z rzędu osobno. (Podstawowym elementem mojej radości z podróży jest możliwość dzielenia jej z ukochanym człowiekiem, toteż nawet nurkowania były trochę słodko-gorzkie, co z tego bowiem, że widziałam tyle fantastycznych zwierząt, skoro nie mógł ich ze mną widzieć A... No i, co oczywiste, zupełnie inaczej nurkuje się w parze z mężem, a inaczej z ludźmi obcymi, poprzedni raz nurkowałam z obcymi w 2015 roku).
Na długi weekend lipcowo-sierpniowy pojechaliśmy z A. do Como, co w jeden dzień przerodziło się w pobyt w Milano (w Como padało, a w Milano było słońce). W Milano, oprócz katedry (którą wreszcie zwiedziliśmy i którą zaliczam do tej kategorii przeżyć, co katedra św. Marka w Wenecji czy Sagrada Familia w Barcelonie: koniecznie trzeba) i wielu innych atrakcji, jak się okazało, znajduje się też absolutnie doskonały bar. Disclaimer: alkohol pijamy oboje niezbyt często i w niewielkiej ilości, zazwyczaj jest to wino. Do tego nie jestem fanką drinków, bo nie dość, ze większość barmanów wlewa do nich za dużo alkoholu, to jeszcze zazwyczaj nie są dobre w smaku. Ale ten bar, z którego można, siedząc wygodnie na tarasie, leniwie kontemplować arcydzieło, jakim jest katedra, oferuje drinki absolutnie doskonałe. W związku z czym spożyłam ich tam aż pięć (!) z sześciu opisanych w książeczce menu "Dookoła świata" i jest to mój absolutny życiowy rekord barowego drinkowania; niczego nie żałuję! (Poza tym było w Como tradycyjnie, czyli rozkoszowanie się, romantyczność, relaks - minus konsumpcjonizm, bo mój ulubiony sklep zaczął sprowadzać rzeczy nie made in Europe, więc rozczarowanie).
Rocznicę polskiego ślubu i wesela z racji niedoborów urlopowych świętowaliśmy w tym roku w restauracji zuryskiej (polecam).
W połowie sierpnia poleciałam na kilka dni do Amsterdamu - gdzie spędziłam doskonały czas z przyjaciółką z Polski (dużo rozmów, ukulturalniania i dobrego jedzenia - i po raz pierwszy od lat, odkąd została mamą, byłyśmy tylko we dwie!)
Potem był wrzesień, czyli długi weekend z okazji rocznicy ślubu cywilnego (którą przyobiecaliśmy sobie spędzać co roku w innym kraju i konsekwentnie to realizujemy). Tym razem padło na Polskę - a konkretnie Polskę południową - przy okazji spotkanie z polską rodziną i daaawno niewidzianym (od naszego wesela) kolegą. Nadrabiając brak kopalnianej edukacji A., zwiedziliśmy kopalnie węgla, złota, uranu i soli, a także Jaskinię Niedźwiedzią, zamek w Ogrodzieńcu i staropolski gród Birów.
Rok zakończyliśmy spontanicznym kilkudniowym wypadem na narty (do Saas-Fee, ze względu na idealną pogodę i świetne warunki), korzystając z faktu, ze oboje mieliśmy urlop od 19 grudnia do końca roku, a nawet dłużej (dzięki nagromadzeniu świat do pracy wracało się bowiem dopiero 5 stycznia).
W tym roku po raz pierwszy nie zrobiliśmy wyzwania 26 szczytów, jako że w szesnastu miejscach z tegorocznej edycji już byliśmy (a pięć spośród nich było nawet w edycjach z ostatnich lat). Nie oznacza to oczywiście, że nie chodziliśmy po górach - jak najbardziej chodziliśmy, tyle że znowu, jak przed laty, wyszukując szlaki samodzielnie. Zwiedziliśmy też dziesięć ruin zamków, dwie wieże widokowe i jeden most wiszący.
A co było w 2025 fajnego/nowego/po raz pierwszy/po raz pierwszy od bardzo dawna?
Miałam okazję spróbować masażu szwedzko-tajskiego (bardzo polecam!)
Widziałam koniki morskie (to nie nowe, ale zawsze pięknie), masę nowych (czyt. niewidzianych wcześniej) gatunków krabów, małą ośmiorniczkę, zapierające dech w piersiach pięknem kalmary (w efekcie nie jem już nie tylko homarów i ośmiornic, ale i kalmarów), węża podwodnego (nie po raz pierwszy, ale wcześniej widzieliśmy je dekadę temu, na Bali), rekiniątka, morskie ślimaki, niebieską rybę skorpionową (wcześniej widziałam je w innych kolorach, niebieską pierwszy raz), płastugi, mnóstwo żółwi, murenę w całości (zawsze cieszy, zazwyczaj widzi się głowę), płaszczki w błękitne kropki, hiszpańską tanecznicę, płaszczkę tygrysią i dugonga.
W dżungli to mnie udało się odnaleźć ciąg dalszy ścieżki w miejscu, gdzie większość ludzi się gubiła (co opisywali w recenzjach szlaku), widzieliśmy też skórę zrzuconą przez węża (i węże śpiące na drzewach oraz małpy, skaczące dla zabawy do wody).
Uratowaliśmy zaplątaną w sieć rybkę i krewetkę morską, natomiast mój mąż uratował mnie - przed utopieniem się (i nie ma w tym cienia przesady, zimno mi na samą myśl o tym, jak niewiele brakowało...)
Widzieliśmy świecący plankton (wzruszające); krewetkę słodkowodną; kąpiącego się i pływającego niedźwiedzia; maleńką żmijkę; a także kilka rodzin kozic górskich; mysz wspinającą się po linie; małe kozice, skaczące po skałach (mam na to za słabe nerwy!), żuberka, pijącego matczyne mleko; z bardzo bliska świstaki (nie po raz pierwszy, ale zawsze cieszy), i śnieżną kurę alpejską (wreszcie!!! tyle lat i w końcu się udało!), czarną czaplę; czaplę siwą z bardzo, bardzo bliska.
Piłam herbatę imbirową z ananasem i kawę w najgłębiej położonej restauracji na świecie, jadłam berberysowe parfait, kakigori, roesti jabłkowe, lody z buraka, malinowe tiramisu, tagliatelle z borówkami, własnoręcznie zebrane leśne poziomki i jagody, rurki z bitą śmietaną, pączki i drożdżówki (nie po raz pierwszy, oczywiście, ale zawsze cieszy, tu ich nie ma), tradycyjne jedzenie holenderskie, największą pizzę ever. Upiekliśmy też pierwszy w życiu mazurek (wyszedł bardzo smaczny!) i Mailaenderli z czekoladą (lepsze niż tradycyjna wersja).
Zgubiliśmy (jednego dnia) i odzyskaliśmy (drugiego dnia) plecak w herbaciarni w UK.
Dostaliśmy zniżkę na taksówkę od Irańczyka, bo lubił Polaków.
Dwóch moich bratanków zdało prawo jazdy, a starszy z nich - maturę!
Doprowadziłam do odzyskania telefonu, zgubionego przez moją przyjaciółkę.
Odwiedziliśmy interaktywne wystawy - o Tutenchamonie i o Titanicu (interesujące i z całkiem niezłym VR).
Kelnerka załatwiła dla głodnej mnie tatar - cztery minuty przed zamknięciem restauracyjnej kuchni; w inny dzień nakarmiono nas w restauracji, mimo że kuchnia była jeszcze oficjalnie zamknięta (a w Szwajcarii czas otwarcia i zamknięcia jest święty!)
Głosowałam najwcześniej w życiu (o 07:30 rano).
Przechodziłam szlakiem z dwoma tunelami (częściowo zabarykadowanymi śniegiem i lodem).
Znalazłam bób w Szwajcarii! (w tureckim sklepie)
W sklepie z biżuterią zostałyśmy z Mamą obdarowane prezentami.
Brodziłam w stawie Kneippa.
Dzięki życzliwości pracownika linii lotniczych udało mi się bezpłatnie zarejestrować bagaż sportowy w dzień wylotu.
Jeździłam quadem po pustyni.
Brałam udział w party basenowym z balonami i dmuchanymi flamingami, w piana party i colour party.
Polska kelnerka załatwiła dla nas w pewnej restauracji najlepszy stolik z widokiem.
Wygrałam bilety na festiwal włoskiego wina musującego oraz bilety na Station X - połączenie performance, teatru i kolacji (doskonale się bawiliśmy, jedzenie i alko też bdb, polecam!)
Zwiedziliśmy piekarnię (mrrr, te zapachy...)
Odzyskałam kontakt z kimś bardzo lubianym, kto od lat się nie odzywał.
Płynęłam najdłuższą podziemną trasą w Polsce.
Dzieci przyjaciół zrobiły dla nas prezent (wzrusz).
Mieliśmy najbardziej udany "zakupowo" rok ever (spokojnie, oszczędzę szczegółów ;-)
Dzięki życzliwości mamy mojego przyjaciela udało nam się załatwić w Polsce pewną bardzo ważną sprawę.
Dużo podróży, chwil w naturze, sportu, dobrego jedzenia, przeczytanych książek, zwiedzonych wystaw i muzeów, nowych przeżyć. Ale przede wszystkim - dużo czasu z najważniejszymi dla mnie ludźmi i zwierzętami. W globalnej niepewności wszystkiego, w niemożności wpływu na... tradycyjnie proszę tylko o jedno: żebym za rok mogła znowu pisać, że wciąż jesteśmy wszyscy razem.
Dobrego 2026!
PS Poprzednie podsumowanie, jeśli ktoś chce, jest tutaj.
Phi-Phi, luty 2025

Komentarze
Prześlij komentarz