Przejdź do głównej zawartości

Odpowiedź to 42*. Pytanie - ile plaż znajduje się w Florianopolis (Brazylia, cz. II)

Kolejnym, dwutygodniowym etapem naszej podróży po Brazylii było Florianopolis, zwane też "miastem tysiąca wysp". Rozciąga się ono częściowo na kontynencie, częściowo zaś na pobliskich wyspach i wysepkach, z których największą jest Santa Catarina Island. Przyznam szczerze, że na Floripę (jak nazywają je pieszczotliwie mieszkańcy) ostrzyłam sobie zęby od paru lat -  polecił mi ją mój kolega (który kilka lat tam przemieszkał i wciąż tam bywa), zachwalając piękno tamtejszych plaż i najlepsze owoce morza na świecie.

typowa ulica na wyspie 

plaża Forte

Florianopolis znane jest jako najlepsze miejsce do życia w Brazylii - w związku z tym bardzo bezpieczne. Było to widać: w dzielnicy, w której mieścił się nasz hotel, było bardzo wiele domów - żaden z nich nie był otoczony płotem; wszystko wyglądało czysto, schludnie i zasobnie (w Rio co "bogatsze" budynki mieszkalne bez wyjątku otoczone były płotami z drutem kolczastym czy pod napięciem, w oknach były kraty, itp.) Jedynym miejsce we Floripie, które przypominało, że Brazylia jako kraj nie jest najbezpieczniejszym miejscem, był... bank. 

fort São José da Ponta Grossa

plaża Forte

(A. od dłuższej chwili był już w banku, postanowiłam wejść i ja. Wmaszerowałam beztrosko do środka tylko po to, żeby zderzyć się z wewnętrzną przezroczystą ścianą i drzwiami obrotowymi, pilnowanymi przez znajdującego się po ich drugiej stronie strażnika, który gestem wskazał mi rząd zamykanych na kluczyk szafek, gdzie złożyć miałam swoją torebkę. Wzruszywszy ramionami, wyjęłam z niej telefon, upchnęłam torebkę w szafce i podeszłam znów do pilnowanych drzwi, które ostrzegawczo zapiszczały. Strażnik pokazał mi niewielką klapkę, przez którą musiałam podać mu mój telefon... i oto wreszcie mogłam wejść, a właściwie wepchnąć się do środka - drzwi były wąskie i z trudem się obracały. Nie wiem, jak Państwo, ale na miejscu potencjalnego rabusia rozważyłabym raczej uskładanie na bilet do Europy). 


plaża Jurerê

na szlaku Trilha Do Gravatá

Santa Catarina Island jest wyspą niewielką - z północnego krańca, gdzie mieścił się nasz hotel, jechało się na południowy kraniec wyspy zaledwie godzinę. Wypożyczenie auta jest tam natomiast niezbędne - podobno transport lokalny pozostawia wiele do życzenia. Ruch na szczęście jest prawostronny, a lokalsi jeżdżą w sposób akceptowalny dla Europejczyka (porównałabym do Polski - uważać trzeba, ale da się normalnie poruszać po drogach. Zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż w Rio**).  No i gdy mamy auto... wszystkie plaże są nasze!

widok z Villa Fatima

ujście rzeki przy plaży Lagoinha do Leste

Tym bowiem głównie zajmowaliśmy się podczas pobytu na wyspie: prawie każdego dnia jechaliśmy na inną plażę. Różniły się one od siebie zarówno temperaturą wody (przy plażach od strony kontynentu ocean był oczywiście ciut cieplejszy), widokami, ukształtowaniem terenu (niektóre płaskie, inne zamknięte z obu stron porośniętymi dżunglą wzgórzami, po których nie omieszkaliśmy się powspinać, jeszcze inne otoczone skałami, schowane za lasem lub ukryte na końcu wędrówki klifami albo przez dżunglę i wzgórza) czy wreszcie - piaskiem... na jednej z plaż był on dosłownie tak drobny i mięciutki jak mąka, podczas gdy gdzie indziej zwyczajnie miękki, twardszy lub zupełnie gruboziarnisty; w odcieniach od prawie-że-bieli aż do ciemnej żółci. Były plaże bardziej popularne i w związku z tym bardziej zatłoczone (niewielki to zresztą problem w Brazylii - miejscowi gromadzą się zawsze przy wejściu, więc wystarczy pójść dziesięć minut dalej i można rozkoszować się przestrzenią), jak i te samotne, na których z trudem dało się dostrzec w oddali ludzkie figurki. Miały za to jeden wspólny mianownik - wszystkie były piękne...

plaża Lagoinha do Leste



Przyznam szczerze, że o ile bez trudu uwierzyłam koledze w urodę plaż, o tyle w kwestii najlepszości owoców morza byłam nieco sceptyczna. Uwielbiam je i jadłam w bardzo już wielu miejscach na świecie, nie sądziłam zatem, że Brazylia może mnie pod tym względem czymś zaskoczyć. Jak się okazało - niesłusznie. 
Floripa jest otóż, nie bójmy się tego słowa, Mekką owoców morza - są tam one absolutnie DOSKONAŁE. Ten capslock musi być tu użyty, nigdy i nigdzie nie jadłam tak absolutnie rewelacyjnych ostryg, tak świetnych krewetek, tak wspaniałych małży, tak przepysznych kalmarów... aaa, na samo wspomnienie cieknie mi ślinka!... Owoce morza ao bafo ("na parze"), smażone albo zapiekane w cieście, ostrygi zalane żółtym serem, kraby w cieście... i do tego frytki: z batatów i absolutnie nieprzesolone... ach! 


plaża Moçambique

Czy można chcieć czegoś więcej? Oczywiście - np. pizzy: kolejna rzeczy, która Brazylijczykom wychodzi doskonale. Jadłam tam po raz pierwszy pizzę w wersji na słodko (z czekoladą i owocami) i była wyśmienita. Mają też świetne ciastka w kształcie ogromnych pierogów: z nadzieniem na słodko i słono, w bardzo wielu wersjach - gdzie ciasto jest cieniutką formą dookoła nadzienia. 
Do Brazylii na pewno jeszcze powrócę - właśnie ze względu na jedzenie. Choć... zaliczyłam tam i jedno rozczarowanie: otóż słynne brazylijskie steki nie dorównują w żaden sposób szwajcarskim. Mięso było tłuste i żylaste - coś, co tutaj nie zdarza się nigdy. 

plaża da Cachoeira de Bom Jesus

   









*są źródła, które podają również liczbę 60. Ale, jak tak pomyśleć - liczenie plaż nie jest łatwym zadaniem... widzę też szerokie pole do sporów, gdzie właściwie kończy się jedna plaża i zaczyna druga.

**w Rio jazda samochodem to sport ekstremalny: wygląda to trochę tak, jakby mieszkańcy usiłowali urządzać nieustanne wyścigi. Pasy na jezdni traktowane są bardzo umownie - zwłaszcza że gdy zajmie się dwa naraz, ma się większe szanse wyminąć i tych z lewej i tych z prawej; pięć centymetrów czy dwa, zupełnie nieważne, wymijanie z lewej czy z prawej, zupełnie nieważne. Poruszaliśmy się tam tylko taksówką, ale i tak miałam w niej co chwilę mini ataki serca. Podobno nawet wielu ludzi urodzonych i wychowanych w Rio nie ma odwagi siadać tam za kierownicą.  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Motoryzacyjnie.

Dla tych, co tl;dr - ja vs samochód, historia prawdziwa. 
Moja historia, związana z prowadzeniem pojazdów typu samochód jest długa - i gdyby miała konto na Facebooku, niewątpliwie musiałybyśmy ustawić status relacji na "to skomplikowane". 
Większość osób z mojego otoczenia zdała prawo jazdy w wieku lat szesnastu, tuż przed lub po tym fakcie rozpoczynając regularną jazdę i ćwicząc tym samym na co dzień świeżo nabyte umiejętności. Ja zaś żyłam sobie w wersji "jestem dzieckiem", czyli wożona od czasu do czasu tu i tam - wkrótce zaś potem "wybyta" na studia, daleko od domu rodzinnego. Tym samym woziłam się już sama - komunikacją miejską. Nie było niestety opcji, by ktoś kupił mi samochód, sama również nie miałam na to środków - kwestia posiadania prawa jazdy nie zaprzątała mi zatem zbytnio głowy.  
Nadszedł wszakże moment w moim życiu, gdy odpowiednie władze zadecydowały, że dziś co prawda jeszcze kurs prawa jazdy kosztuje x, wszelako od dnia n, w związku z …

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …