czwartek, 3 maja 2018

Kwietniowe wspominki.

Czas pędzi, tematy do notek pojawiają się w mojej głowie najczęściej wtedy, gdy słucham radia (czyli też wtedy, gdy prowadzę samochód i nie mam jak ich zanotować); lista spraw do załatwienia, choć wciąż się skraca, jednocześnie też wciąż się wydłuża - a jednocześnie człowiek nie jest przecież taki, żeby nie pójść w góry, jeśli tylko pozwala na to pogoda. Tym też sposobem minął cały kwiecień i - czego wszyscy jesteśmy świadomi - zaczął się już piąty miesiąc tego roku.

W międzyczasie zdążyłam odwiedzić polską stolicę. Kibicujących mi w dramatycznej historii dowodu osobistego informuję, że urząd stołeczny stanął na wysokości zadania i wyprodukował go na czas - znowu mogę więc być identyfikowana jako Polka. Poza tym Warszawa zaprezentowała wersję Polski w demo, czyli pogoda była cudowna, ciastka od Lukullusa i chleb z Rozbrat20 rewelacyjne, ślub i wesele kumpla nad wyraz udane, a taksówkarze... eee... taksówkarze to już nie była wersja demo (podobnie jak hotel i smog, ale nie bądźmy drobiazgowi; zresztą hotelowi stosowne opinie już wystawiłam). Pierwszy z nich uznał za stosowne skarcić nas za wezwanie go w miejsce nieodpowiednie*, następnie zaś pouczał długo i namiętnie, jakie miejsca są odpowiednie oraz wyjaśniał, dlaczego miejsca nieodpowiednie są nieodpowiednie i jak bardzo są nieodpowiednie, drugi zaś okazał wyraźną dezaprobatę z racji, że musiał przenieść swoje rzeczy z bagażnika, żebyśmy mogli tam zmieścić swoje walizki.
Rozumiem, klient pragnący przewozu to zawsze przykra sprawa i utrapienie... w efekcie więc podczas tego pobytu korzystaliśmy głównie z Ubera. Trafił się nam dokładnie jeden Polak, który wypowiedział się między innymi stanowczo na temat, że w Polsce jesteśmy bardzo gościnni, ale dla turystów, a nie emigrantów (być może podejrzewając, że A., żonaty z Polką, może snuć niecne plany stałego pobytu w polskim raju) - a także zwierzył się, że poza granicami polskimi był raz w życiu, w kraju bratnim NRD i mu się tam nie podobało (i słusznie, po co gdzieś wyjeżdżać, jeśli i tak wiadomo, że najlepiej jest w domu). Pozostałymi kierowcami byli emigranci, czyli Ukraińcy - którzy dla odmiany nie wypowiadali się na żadne tematy, cicho i sprawnie przewożąc nas z miejsca z miejsce. 

Poza tym co. Wiosna w pełni, w Alpach okres przejściowy. Śnieg utrzymuje się jeszcze w tej chwili na wysokości mniej więcej 1700 m n.p.m. - co oznacza, że jeśli pragnie się szlaków wiosennych, to trzeba się pogodzić z tym, że chadza się nieco niżej niż zwykle. Za to pogoda rozpieszczała nas tutaj temperaturami iście letnimi (które się niestety w okolicach tego poniedziałku skończyły). Koty mimo tego nalegają na balkonowanie; najmłodszy z nich zaś - ku mojej ogromnej radości - okazał się być zapamiętałym łowcą i pożeraczem pająków. Hurra, wreszcie ktoś będzie mnie bronił, gdy A. nie ma w domu!  


   





*czekaliśmy przy bocznej ulicy, gdzie nie było miejsc parkingowych 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz