Przejdź do głównej zawartości

Posty

Spokój.

Na dzisiejszy protest w solidarności z Polkami, w Bern, w końcu - mimo chęci - się nie wybrałam. Mama w międzyczasie zachorowała (na szczęście nie corona, jakiś inny wirus), A. też nie czuł się super, zostaliśmy więc w domu. Z dala od ruchomych obrazków w social media i tv, z dala od spraw ważnych i bardzo ważnych, ale i ogromnie wyczerpujących emocjonalnie, angażujących bez pardonu w palący, bezsilny gniew.  Zamiast tego była spokojna sobota; leniwy, błogi poranek - a potem puzzle domowych obowiązków. Układając w spiżarni ostatnie duże zakupy, obrabiając na cztery ręce dynię (krojenie, pieczenie, miksowanie, napełnianie woreczków i wstawianie do zamrażarki), porządkując lodówkę, nastawiając kolejne prania i rozwieszając pachnące, czyste rzeczy, piekąc ciasto mandarynkowe, pucując razem z A. samochód (bardzo dokładnie, w środku i na zewnątrz, zajęło nam to 1.5 godziny, ale wygląda idealnie!), gotując zupę antygrypową - czułam spokój i głęboką wdzięczność. Wdzięczność, że w moim małym w
Najnowsze posty

Feminizm i #strajkkobiet, czyli kilka mniej lub bardziej rozkosznych anegdotek.

 Byłam feministką, "zanim to było modne".  Ciężko mi stwierdzić, kiedy właściwie się nią stałam. Wychowana w normalnym, kochającym domu, gdzie nikt nie mówił mi, że coś „nie jest dla dziewczynek” albo że z powodu bycia dziewczynką muszę cokolwiek innego niż kupować podpaski czy tampony (nie, w tamtych czasach nie było jeszcze kubeczków menstruacyjnych, a i podpaski zagranicznych firm oraz tampony dopiero zdobywały polski rynek), żyłam sobie mniej lub bardziej szczęśliwie, od czasu do czasu zauważając rzeczy. Jakie? A, na przykład takie, że moja przyjaciółka, w identycznym co ja wtedy wieku lat 14, musiała opiekować się młodszym, 3-letnim braciszkiem - mimo że w tym samym gospodarstwie domowym był jej drugi brat, 11-letni, który równie dobrze mógł był się owym braciszkiem zająć. On jednak nie musiał. Nie musiał też prać, gotować, zmywać - ani nie wysłuchiwał od mamusi, że „babie do garów i do pieluch studia niepotrzebne”. Pamiętam, jak strasznie mierziła mnie tamta sytuacja i

O ciszy - nie tylko tej na Seszelach, ale także tej w mojej głowie. A może przede wszystkim.

Jestem szczęściarą. W świecie covidowym, dzięki korzystnemu splotowi okoliczności (posiadane pieniądze plus fakt, że mieszkam w Szwajcarii, która w danym momencie była na seszelskiej białej liście plus fakt, że seszelski rząd zareagował na niebezpieczeństwo w taki sposób, że chorych było niewielu i nikt nie zmarł, więc Seszele są de facto bezpieczniejsze do przebywania niż Europa, czyli nie są na czarnej liście BAG ), mogłam wyjechać na wytęskniony i wyczekiwany dwutygodniowy urlop. Oczywiście, wyjazd był obarczony ryzykiem sporych strat finansowych - ubezpieczenia niechętnie oferują jakiekolwiek zwroty na skutek strat okołocovidowych, a czy polecimy, nie wiedzieliśmy do ostatniego momentu. Żeby móc lecieć, potrzebowaliśmy bowiem negatywnych wyników testów na covid, nie starszych niż 72h. Wylot zaplanowany był na sobotę, testy musieliśmy więc zrobić najwcześniej w czwartek. Dopiero w piątek - gdy przysłali informację, że są negatywne - wiedzieliśmy, że lecimy. Polecieliśmy więc. I było

Samochód w Szwajcarii - czyli co się z tym wiąże.

Dawno nie było już notki z cyklu informacyjnego o rozmaitych aspektach codzienności w Szwajcarii. Ta, którą właśnie czytacie, nadrabia to. Dziś bowiem o samochodzie - a konkretnie: co takiego się wiąże z posiadaniem go. Prawo jazdy. Jeśli przyjeżdżasz do Szwajcarii, posiadając prawo jazdy, masz dokładnie rok (od daty przyjazdu), żeby wymienić je na szwajcarskie. Kosztuje to między 80 a 140 CHF, zależnie od kantonu. Wypełnić trzeba specjalny formularz, załączyć opinię okulisty, jedno zdjęcie oraz kopię zezwolenia na pobyt (permitu). Stare prawo jazdy zostanie zabrane i odesłane do kraju pochodzenia. Na nowe czeka się jakieś 24 h do dwóch dni... a na ten niebywale długi czas oczekiwania dostaje się specjalny dokument, zaświadczający, że wolno nam auto prowadzić.  Import samochodu. Jeśli przyjechaliśmy do Szwajcarii (z) własnym autem, mamy również dokładnie rok - albo na to, żeby samochód przerejestrować albo odwieźć z powrotem do kraju pochodzenia. Przerejestrowanie oznacza, że auto prze

Nie zawsze jest super, czyli problemy na wakacjach (i jak sobie z nimi radzić).

Jak każda i każdy z nas dobrze wie, wakacje to nie zawsze czas spędzony idealnie - zdarzają się podczas nich także różnorakie problemy i kłopoty (których pozytywną stroną jest to, że można później stworzyć na przykład wpis na bloga). Oto kilka moich... wraz z rozwiązaniami. W końcowym akapicie możecie natomiast przeczytać, co wchodzi w skład naszej podróżnej apteczki.   Osoby (nad)wrażliwe w kwestiach fizjologicznych oraz głęboko religijne proszone są o zaprzestanie czytania w tym miejscu. Dalej czytasz na własną odpowiedzialność.  Zaczynamy!   Na Mauritiusie dostałam zapalenia pęcherza. Afrykańskie bakterie skolonizowały mój biedny europejski pęcherz analogicznie miło i przyjaźnie, jak ongiś zrobili to na afrykańskim kontynencie biali koloniści. Dość powiedzieć, że w ciągu dwóch godzin od pierwszych bóli próbka mojego moczu wyglądała już nie jak mocz, ale jak krew. Tym sposobem wylądowałam w gabinecie prześlicznej hinduskiej pani doktor, która wyglądała na najwyżej szesnaście lat; na

Dokumentiada, czyli jak to było ze zdobyciem polskiego paszportu.

Pisałam Wam już kiedyś całkiem sporo o moich kontaktach z polskimi urzędami, np. o zdobywaniu polskiego dowodu osobistego czy o wymianie tegoż... nigdy chyba natomiast nie opisałam, jak to było z paszportem (opisałam tylko, jak to było z wcześniejszą odmową jego wydania). Bezwzględnie muszę to nadrobić! A z paszportem było otóż tak: Pomna wcześniejszych doświadczeń , w paszportowni zjawiłam się chytrze pół godziny przed zamknięciem, myśląc triumfalnie "no! tym razem już mi chyba nie powiecie, że przyszłam za późno i wyłączyliście komputery!" Emanując zblazowaniem, podeszłam do Pani W Okienku, by uiścić opłatę... i mina mi zrzedła, gdy pani obrzuciła mnie pobłażliwym spojrzeniem i rzekła, że opłaty mi nie przyjmie, bo zostało już tylko pół godziny do zamknięcia urzędu, w związku z czym muszę wystąpić z prośbą do urzędników, czy ktokolwiek jeszcze w ogóle raczy mnie przyjąć. Przybierając wygląd lichy i durnowaty (a, wrrróć, to nie ta opowieść...), posłusznie powlokłam się pr

Latanie - czyli przygody w podróży takie i owakie.

Wspominałam tu kiedyś na pewno, jak bardzo lubię latać. Może dlatego, że dosłownie wszystkie podróże samolotami , jakie w życiu odbyłam, były wyjazdami na krótsze czy dłuższe urlopy?* Może powodem jest to - jako że nie znoszę długich podróży pociągiem czy samochodem - że od pierwszego lotu cieszyła mnie prędkość docierania na miejsce? A może dlatego, że ponad chmurami zawsze świeci słońce?** Cokolwiek nie jest powodem, latać uwielbiam. Bardzo lubię też lotniska... a najbardziej ten moment, gdy nada się już bagaż***, przejdzie przez security - i można w pełni oddać się radosnemu oczekiwaniu. (Tak, po prawie dziewięciu latach regularnych podróży wciąż mam motyle w brzuchu, oczekując na wylot na wakacje... nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że po paru godzinach na pokładzie zacznie mi być niewygodnie, czy że spanie w samolocie w klasie ekonomicznej jest dalekie od porządnego wypoczynku).  Powyższy opis dotyczy większości lotów, jakie odbyłam... takich, gdy wszystko szło jak należy, a ja