środa, 6 grudnia 2017

Oszczędzanie konsumenckie w Szwajcarii.

Tytuł brzmi bardzo poważnie. Ale nie, to nie jest notka o tym, jaką wybrać lokatę albo czy warto inwestować w nieruchomości. Jak również nie poradnik odnośnie gry na giełdzie czy inwestycji w bitcoiny.  Może kiedyś.

Jak można więc jeszcze oszczędzać w pięknym helweckim kraju, znanym skądinąd także np. z wysokich cen usług? Sposobów jest kilka, a choć żaden z nich specjalnie odkrywczy, zdecydowałam się zebrać je tutaj. Być może komuś się to przyda.

Sposób pierwszy - czyli częściowa sprzedaż naszej prywatności. Konkretnie mam na myśli udział we wszelkiego rodzaju programach lojalnościowych. W Szwajcarii te najbardziej wartościowe oferują moim zdaniem sieci spożywcze - Coop i Migros - oraz sieci domów towarowych: Globus i Manor. 
Zarówno w Coopie, jak i Migrosie za każdy zakup otrzymuje się punkty. (Punkty otrzymuje się też za zakup w paru innych sklepach, należących do sieci - sprzedających elektronikę, meble, artykuły sportowe, AGD, itp. itd.) Obydwie sieci oferują też appki, w których pokazane są aktualnie dostępne kupony na pomnażanie punktów (o ile jednak Migros pokazuje wszystkie kupony, także te, które dostaliśmy w wersji papierowej po dokonaniu płatności, o tyle papierowe z Coopa niestety nie trafiają do appki - trzeba je nosić ze sobą. W związku z czym zazwyczaj nigdy o nich nie pamiętam). Kupony te można szybko i łatwo (jednym klikiem) aktywować podczas robienia zakupów. 
W przypadku Coopa zebranymi punktami można zapłacić w sklepie - ale tylko w ciągu kilku wybranych dni w roku. Kasjerzy i kasjerki zwykle o tym informują, appka również - tak więc któregoś dnia jest się po prostu mile zaskoczonym, że akurat dzisiaj nie trzeba wydać pieniędzy na zakupy. Migros natomiast co dwa miesiące wymienia punkty na bony frankowe - oferując ok. 5% zwrot wydanych przez nas pieniędzy. Bonami tymi można albo zapłacić podczas następnych zakupów, albo wykorzystać je do zniżek podczas korzystania z migrosowej szkoły językowej, biura podróży i wielu innych. Szczegóły są w ulotce, którą dostaje się razem z bonami. Osobiście zawsze wydaję je po prostu na zakupy. Coop, jak już tu wspominałam, organizuje z kolei np. targi winne - gdzie można zamówić doskonałe wino (przy dwunastu lub większej liczbie butelek dostaje się zniżkę). 

Jeżeli chodzi o Globusa i Manora - nie są to z pewnością sklepy tanie, ale oferują w zamian bardzo dobrą jakość. Osobiście jestem zwolenniczką teorii, że lepiej mieć ubrań, butów czy torebek mniej - ale takich, które są doskonałej jakości i w nienagannym stanie posłużą dłużej, a nie będą wyglądać na zużyte po pierwszym praniu czy jednym sezonie. Cenię też materiały naturalne, takie jak bawełna, jedwab czy kaszmir. (Świetne podsumowanie, czym charakteryzują się dostępne na rynku materiały, jakie mają wady i zalety i które z nich warto kupować, znajduje się tutaj). Tym samym, wydając więcej jednokrotnie, tak naprawdę oszczędzamy - o tym właśnie mechanizmie wspominał zresztą Terry Pratchett w jednej ze swoich książek
Zarówno Globus jak i Manor oferują oczywiście także karty lojalnościowe. Są one pewnym rodzajem karty kredytowej - tzn. możemy za ich pomocą robić zakupy (limit zostanie wyznaczony na podstawie informacji o naszych rocznych zarobkach; jeśli nie chcemy jej podać, dostaniemy najniższy); rachunek przychodzi po ok. miesiącu. Nie jest to jednak przymus - możemy, posiadając te karty, korzystać z wszelkiego rodzaju oferowanych przez nie promocji, a płacić gotówką. Co kto lubi i jak komu pasuje. Punkty wymieniane są na kupony zniżkowe. W ciągu roku dla posiadaczy kart jest też wiele akcji zniżkowych typu -20% albo 20 CHF zwrotu za każde wydane 100 CHF.

Sposób drugi: jeśli mamy samochód: zarówno Migros jak i Coop oferują również kupony na tańszą benzynę na swoich stacjach. Wszelkich napraw, przeglądów czy wymiany opon warto dokonywać w warsztatach nienależących do żadnego salonu dealerskiego - cena potrafi być nawet dwukrotnie niższa! Można też, oczywiście - jeśli ktoś ma czas i kalkulują mu się koszty benzyny - pojechać do Niemiec albo Francji. 

Ano właśnie - to jest sposób trzeci: Niemcy i Francja. Francja jest moim zdaniem doskonałym miejscem na kupowanie butów, ubrań czy torebek; nie dość, że mają normalną (tzn. polską ;-) rozmiarówkę - a nie zawyżoną, jak to się często zdarza w Niemczech - to jeszcze jest taniej i duży wybór fajnych rzeczy (polecam zakupy w Mulhouse, Colmar czy Strasbourgu). Niemcy -  nie dość, że taniej, to dostaniemy jeszcze zwrot podatku. To samo tyczy się zresztą usług. Szwajcarzy dzielą się tu na dwa obozy - są tacy, którzy na zakupy do Francji czy Niemiec jeżdżą (ci z miast przygranicznych nawet bardzo regularnie) i nie dość, że oszczędzają na zakupach, to dostają potem jeszcze zwrot podatku - ale są też tacy, którzy uważają to za niepatriotyczne i Szwajcarii szkodzące (tzw. dane anecdatyczne: albo bardzo młodzi albo bardzo bogaci). Kiedy jeszcze mieszkałam w Bazylei, duże zakupy spożywcze robiłam zawsze raz na miesiąc w Niemczech. Obecnie jestem tam raczej raz na parę miesięcy - i przy okazji załatwiam inne sprawy, jak wysyłka listów czy paczek (Niemcy należą, jak wiadomo, do Unii Europejskiej, więc tym samym unika się niebezpieczeństwa zatrzymania paczki na cle; i oczywiście jest sporo taniej) - albo odbiór paczek, których nie mogłam zamówić do Szwajcarii (bardzo wiele sklepów z terenów UE nie wysyła zamówień do państw spoza UE). 

Tym samym wchodzimy płynnie w sposób czwarty - żeby wspomniany wyżej problem można było obejść, powstała firma Grenzpaket, która umożliwia zamawianie do tzw. Paketshopów - będących oczywiście na terenie Niemiec: czyli zamawiając, można podać niemiecki adres. Działa to wszystko bardzo płynnie. Gdy przychodzi przesyłka, dostajemy powiadomienie mejlem i SMS-em i od tego momentu mamy dwa tygodnie na jej odbiór (choć z moich doświadczeń, jeśli paczka nie jest duża, można przechować ją tam nawet parę dni dłużej bez żadnych dodatkowych opłat - wystarczy poprosić). Godziny otwarcia Paketshopów są przyjazne, zwykle jest to też sobota; o wszelkich zmianach sumiennie informują mejlem, a opłata za przechowanie przesyłek jest niewielka (parę EUR, zależy to od wielkości paczki). Można płacić również we frankach. 
Dla zwizualizowania, ile można dzięki niemieckiemu adresowi jednorazowo zaoszczędzić - kiedy kupowałam automaty do karmienia kotów, za dokładnie ten sam produkt kupowany w Niemczech zapłaciłam 30 CHF mniej. Czyli na dwóch automatach zaoszczędziłam dokładnie 60 CHF (!) Dodatkowo należy pamiętać o tym, że o ile przy wwozie osobistym towaru do Szwajcarii cło naliczane jest powyżej 300 CHF na głowę, o tyle przy paczkach pocztowych już od 60 CHF... (pewne produkty są z oclenia wyłączone, np. książki - ale ubrania czy płyty DVD niestety nie).

Sposób piąty - dotyczy wynajmu mieszkania. Nim się je wynajmie, warto zorientować się, czy budynek ma ściany pokryte izolacją, a okna są nowe i szczelne. Jeśli nie, możemy później słono zapłacić za ogrzewanie (zwłaszcza jeśli ktoś jest ciepłolubny, jak na przykład ja - i chce utrzymać w mieszkaniu odpowiednio wysoką temperaturę. Z moich doświadczeń wynika również, że ogrzewanie podłogowe - nawet w bardzo dobrze izolowanym budynku - jest mniej efektywne, a droższe od kaloryferów). Nie polecam też mieszkań z ogrzewaniem gazowym czy gazowymi bojlerami - gaz również generuje wysokie koszty. Bywają też mieszkania, gdzie czynsz jest relatywnie niewielki, ale wysokie są opłaty dodatkowe (tzw. Nebenkosten) - warto wcześniej się zorientować, jakie są ich prognozy i co dokładnie wchodzi w skład. Trzeba też pamiętać, że za miejsce w garażu zwykle płaci się dodatkowo.

Sposób szósty - sprawdzać co roku, nie później niż w okolicach września, czy któraś z sensownych (tzn. niemających złej opinii) firm ubezpieczeniowych oferuje niższe koszty ubezpieczenia niż nasza obecna. Jeśli tak, mamy dość czasu, by wypowiedzieć zarówno ubezpieczenie podstawowe, jak i dodatkowe. To samo tyczy się wszelkich innych ubezpieczeń oraz internetu - warto w odpowiednim czasie sprawdzać oferty konkurencji.

Sposób siódmy - opłaca się uiszczać opłaty za rzeczy typu bilet miesięczny, ubezpieczenie czy abonament za coś (np. Spotify) za cały rok z góry - wiele firm oferuje opcję, że tym samym płacimy jak za dziewięć-dziesięć miesięcy, a nie za dwanaście.  

Sposób ósmy - nowy telefon warto jest brać w ofercie od operatora, zwłaszcza jeśli jesteśmy z tego operatora zadowoleni i nie planujemy zmieniać.     
    
Sposób dziewiąty - nie oszczędzać na dobrej jakości jedzeniu, sprawiać sobie przyjemności, nie zapominać o co najmniej dwutygodniowym urlopie przynajmniej raz w roku, wysypiać się i patrzeć na świat pozytywnie! Statystycznie daje to duże szanse na uniknięcie późniejszych wysokich (lub bardzo wysokich) rachunków za... leczenie.        

piątek, 1 grudnia 2017

Głodnych nakarmić... - i tak w podobie.

Jak wszyscy już wiedzą i jak większość z nas* zdążyła napisać na wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych - zrobiło się zimno oraz spadł śnieg. Tym samym pogoda stała się pogodą idealną do aktywności pozaplenerowych. 
Nie wiem, jak rzecz przedstawia się u P.T. czytelników, ale ja osobiście uwielbiam być peelingowana, nacierana, nawilżana, masowana... a także siedzieć w saunie, kąpieli czy jacuzzi; o szaleństwach we wszelkiego rodzaju parkach wodnych (świetne zjeżdżalnie w zuryskim Alpamare albo położonym nieopodal Basel Aquabasilea!) nawet nie wspominając. Szwajcaria oferuje pod tym względem szereg możliwości - np. hammam w Bern (który zresztą polecam, lubię tam wracać). Ostatnio wybraliśmy się właśnie tam. Jako że Bern odległe jest od mojego miejsca zamieszkania o ponad godzinę drogi, dotarliśmy do celu po mniej więcej trzech godzinach od zjedzenia śniadania. Był to poważny błąd logistyczny, bo organizm mój cechuje się wyjątkową nieekonomicznością - muszę zjadać posiłki co trzy godziny, w przeciwnym razie mam mdłości z głodu. I jak tu w takich warunkach rozkoszować się pobytem gdziekolwiek? Pech chciał, że była to sobota; jedyna piekarnia, jaką wskazało GoogleMaps w rozsądnej odległości od hammamu, była zamknięta. Do tego lało jak z cebra, a temperatura była akurat taka, żeby ręce grabiały z zimna - i żeby z każdym krokiem coraz goręcej marzyć o ucieczce do jakiegokolwiek ogrzewanego pomieszczenia. Liczba minut, jakie pozostały do stawienia się w drzwiach hammamu, topniała nieubłaganie. W tych właśnie okolicznościach, gdy wracaliśmy spod zamkniętej piekarni, przyuważyłam małą restaurację. Najwyraźniej otwartą. Weszliśmy do środka, zobaczyłam świeży chleb, najwyraźniej przygotowany do serwowania w zestawach śniadaniowych, gwałtownie przełknęłam ślinę. A. w tym czasie rozmawiał z panią kelnerką - po to tylko, by ustalić, że nie mają w sprzedaży żadnych croissantów ani niczego w tym stylu, co można by wziąć na wynos i natychmiast zjeść. Spytałam, czy w sprzedaży mają może chleb - na kromki. Pani z uśmiechem odparła, że nie ma takiej możliwości, ale jeżeli to rozwiąże nasz problem, to po prostu da mi jedną za darmo. Już za chwilę rwałam zębami grubą, chrupiącą pajdę i myślałam sobie (nie po raz pierwszy w życiu zresztą), jak wiele czasem znaczą małe gesty.

Kwestia przesyłek, paczek i listów wygląda w Szwajcarii różnie. Są paczki, które kurierzy bez pytania zostawiają w holu budynku lub tzw. Milchkaestli (skrzynce na mleko**); są też takie, które zabierają z powrotem ze sobą, by spróbować dostarczyć po raz kolejny, odwożą samoczynnie do tzw. Paketshopów - albo które można samodzielnie do takiego Paketshopu/miejsca pracy/gdziekolwiek indziej przekierować. Nie udało mi się jak dotąd ustalić, czy strategia postępowania z paczką zależy od firmy kurierskiej, rodzaju paczki, firmy paczkę wysyłającej czy czegoś jeszcze innego. Większość przesyłek i listów, wysyłanych na terenie Szwajcarii, nie jest pocztą poleconą - toteż nie wymaga podpisu odbiorcy. (W przypadku poleconych można natomiast złożyć na poczcie dyspozycję, by trafiały do skrzynki - oczywiście na własną odpowiedzialność). Niemniej niektóre wymagają - i z tego powodu właśnie musiałam zjawić się dzisiaj na poczcie, przyszło bowiem zamówienie, które złożyliśmy na targach winnych (fajna rzecz, sponsorowana przez sieć sklepów Coop - targi odbywają się raz do roku i umożliwiają degustację oraz zamawianie różnych rodzajów wina, zazwyczaj takiego, które nie jest dostępne w sprzedaży detalicznej. Wstęp jest bezpłatny, dostaje się zaproszenie: dla siebie i osoby towarzyszącej). Pani z poczty przywiozła moją paczkę miniaturowym wagonikiem, otaksowała ją i mnie wzrokiem, po czym spytała życzliwie, czy podjechałam samochodem. Odparłam, że tak, zastanawiając się jednocześnie w popłochu, czy dam radę w ogóle donieść przesyłkę do auta - a jeśli tak, to czy bez uszkodzenia zawartości lub siebie. Jakby w odpowiedzi na moje myśli, pani zasugerowała, żebym ze względu na ciężar paczki podwiozła ją sobie do auta tym właśnie pocztowym wagonikiem. Już za chwilę odbierałam na tyłach budynku wagonik z tkwiącą w nim paczką, a gdy komfortowo i beztrosko dowoziłam ją sobie do samochodu, w głowie dlaczegoś przewijały mi się strzępy obrazków z moich życiowych doświadczeń z Pocztą Polską... 

A tymczasem, skoro mamy już 1 grudnia i coraz bliżej święta (na znaną wszystkim melodię producenta napoju cukrowego) - jeśli dysponujecie odrobiną gotówki, którą możecie dowolnie rozdysponować - to tu, o, jest kilka linków:







Każda wpłata się liczy. Jeden uszczęśliwiony człowiek, nakarmiony kot czy wyleczony pies - to bardzo dużo. No i przede wszystkim - to z kropel składa się morze. 














*z wyjątkiem oczywiście szczęściarzy, żyjących w ciepłych miejscach tej ładnej planety
**Czytelnicy w wieku zbliżonym lub starsi ode mnie wiedzą o czym mowa; reszta zajrzy np. tutaj 

wtorek, 24 października 2017

O poli(a może raczej mono?)tyce słów parę.

Po relatywnie nieciekawym wrześniu, jesień w tym roku stała się cudowna. Koniec października - a ja siedzę na tarasie, bez płaszcza, w lekkim sweterku (i jest mi ciepło!) Pozwoliło mi to nawet pogodzić się z bolesnym faktem powrotu z najpiękniejszego miejsca na Ziemi, w jakim do tej pory byłam (czyli Seszeli, gdzie udaliśmy się podróży poślubną). Co prawda, i Szwajcarii w kwestii piękna niczego nie brakuje - widok, jaki rozciąga się w tej chwili przed moimi oczami, kiedy unoszę wzrok znad laptopa, nieodmiennie mnie zachwyca i prowokuje do odruchowych konstatacji, jakie mam szczęście, że tu mieszkam.   

Zdaję sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach zaniedbywałam bloga - postaram się to zmienić (na ile mi się to uda, to już inna kwestia). Tematów nie brakuje - zarówno tych podróżniczych, jak i szwajcarskich. Im bardziej bowiem poprawia się moje rozumienie dialektu, tym więcej informacji o codzienności jestem w stanie wychwycić - głównie dzięki słuchaniu radia. (Tv nie oglądam, a serwisów newsowych unikam - z rzadka robiąc wyjątek dla Neue Zuercher Zeitung).
 
Jako że nie mam szwajcarskiego obywatelstwa, głosować nie mogę - niemniej interesuję się zwykle głosowaniami, w których bierze udział A. Pod koniec września odbyło się jedno z ważniejszych. Otóż społeczeństwo szwajcarskie, jak większość europejskich, starzeje się. Oznacza to problemy związane z wypłacaniem emerytur z I filaru - i ubóstwem emerytów. Padła propozycja, aby problemy te rozwiązać poprzez podwyżkę (o jakąś doprawdy niewielką kwotę, bodajże 40 CHF, czyli w sposób de facto nieodczuwalny), a pieniądze na tę podwyżkę wziąć... z podwyżki podatku VAT. Doprawdy, wyśmienity pomysł, milordzie - dajmy emerytom cztery dychy, a jednocześnie zabierzmy im (i reszcie społeczeństwa!) bogowie tylko wiedzą ile - z racji wzrostu cen wszystkich produktów. Na szczęście Szwajcarzy odrzucili ten "genialny" pomysł. Szkoda, że nie mieli takiej możliwości Polacy, gdy pięć lat temu podnoszono VAT na okres trzech lat...

Ktoś zarabiający na życie tworzeniem statystyk (zapewne szwajcarski urząd statystyczny?) pokusił się ostatnio o sprawdzenie zmiennej w postaci wieku szwajcarskich emigrantów. Okazuje się, że najliczniejszą emigrancką grupą wiekową są osoby 40+. Fakt ten nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę, że większość tutejszych expatów to ściągani tu za grube i jeszcze grubsze pieniądze specjaliści - czyli ludzie z wieloma latami doświadczenia w danej branży. Pokazuje to również, że przesadzone są rozmaite obawy grupy emigrantom niechętnej (a zarazem najmniej ich znającej, czyli szwajcarskiej wsi). Ale wiadomo, statystyki statystykami, a jednostka, zwłaszcza im bardziej w lewą stronę rozkładu Gaussa się skierujemy, wie swoje - jeśli natomiast jej wiedza nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów.

Miałam okazję rozmawiać ostatnio z pewnym Niemcem, o stażu emigracyjnym zbliżonym do mojego. W pewnej chwili Niemiec ten wyznał, że póki sam nie wyemigrował, nie rozumiał za bardzo mechanizmu tworzenia się gett - i że żywił nawet pewne pretensje do zamieszkujących je grup, pretensje związane z niedostatecznym poziomem ich zintegrowania. Kiedy jednak sam wyjechał - ha, wówczas przekonał się szybko, że integracja jak najbardziej jest możliwa... ale trzeba do niej dobrej woli obu stron. Obu. Nie tylko tej przyjezdnej.

I z tym Państwa zostawiam, a sama zmykam do ciepłego wnętrza restauracji, jako że słońce już zachodzi.                    

środa, 20 września 2017

"Mała zagłada", Anna Janko

Książka jest wstrząsająca. Tym bardziej dlatego, że opisuje drobny przecież wycinek wojennej rzeczywistości - ułamek tej potworności, niemożliwej do ogarnięcia rozumem - zagładę zaledwie jednej wioski. Kilkadziesiąt konkretnych odebranych istnień - a były ich przecież miliony. Rozum, jak zwykle w takich wypadkach, drętwieje na myśl o tym; nawet kilkadziesiąt to zbyt wiele, jedna wieś to zbyt wiele - a setki, tysiące, miliony? W jaki sposób można to sobie wyobrazić, jak pojąć, co właściwie się stało? Jak pokazać te wszystkie indywidualne przecież życia, stare, młode, dziecięce? Czy listą nazwisk? Zapełniłaby wiele tomów - a i tak byłaby przecież niekompletna. Autorka wspomina, że niemowlęce wózki, rekwirowane więźniom w Auschwitz, prowadzono z przechowalni na stację - rzędami po pięć -  przez godzinę. Tylko jeden obóz zagłady. Tylko jedna wieś.
Traf chciał, że przeczytałam tę książkę zaraz po biografii Lema. (Nie raz zaobserwowałam w moim życiu, jak bardzo - choć przecież przypadkowo - elementy następujące łączą się w moim życiu z poprzedzającymi; drobne najczęściej rzeczy, a jednak. Tak było i tym razem). Orliński w wielu miejscach podkreśla, jak bardzo "unde malum" (łac. "skąd bierze się zło") było motorem napędowym prozy Lema. Autorka - dziecko "ocalałej, prowadzonej na rzeź" - wychowana w cieniu tamtej potwornej traumy, wyssawszy ją z mlekiem matki, stawia w swojej książce dokładnie to samo pytanie. W bezradnym braku odpowiedzi na nie, usiłując zrozumieć, na kanwie tragedii ludobójstwa nazistowskiego sięga też po inne, współczesne i znane nam przypadki (Jugosławia, Tutsi i Hutu, Czerwoni Khmerzy). Próbuje szukać odpowiedzi w psychologii - być może tzw. pruski dryl jest odpowiedzialny za konkretny przypadek bestialstwa nazistowskiego... ale co z innymi przypadkami? Innych kultur, innych czasów? To już zresztą sam koniec książki, ześlizgnięcie w to pytanie bez odpowiedzi. Większość napisana została bowiem w celu uwiecznienia tych konkretnych kilkudziesięciu ofiar, zdmuchnięcia z nich pyłu anonimowości statystyki - i zarazem w próbie wyrzucenia z siebie traumy, która położyła się cieniem na całym życiu autorki, mimo iż "tylko" odziedziczona.  
We fragmencie świata, w którym miałam szczęście wyrosnąć i żyć, na tej szerokości i długości geograficznej i w konkretnym odcinku czasowym, wojna jest albo literaturą albo zdjęciami z telewizji. Zardzewiałymi bombami i pociskami, znajdowanymi od czasu do czasu w ziemi (po ilu latach przestaniemy je znajdować? Najwyraźniej siedemdziesiąt to za mało, sto zapewne też... Tysiąc? Albo może nigdy?) A przecież pokolenie, które jej doświadczyło, to ci, których zdążyłam jeszcze poznać - pokolenie rodziców moich rodziców. Tak niewiele czasu, tak bardzo przed chwilą. A przecież hydra znów podnosi głowę - ileż w internecie czy niektórych stacjach telewizyjnych zjadliwego, pełnego nienawiści bełkotu człowieka przeciw człowiekowi; szczucia; nagonki. Mimo tych wszystkich doświadczeń na wyciągnięcie pokoleniowej dłoni, mimo świadectw - tak łatwo jest wzniecać nienawiść.
Obyśmy nie byli następni. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Garść myśli. Niezbyt uczesanych.

Zaniepokojonych brakiem notek zapewniam, że żyję i mam się dobrze, aczkolwiek ostatnio zajęta jestem dość intensywnie życiem pozainternetowym. Prędzej czy później pojawi się pewnie notka, co dokładnie mnie zajmowało i dlaczego, ale nie dziś, jeszcze nie dziś. Dziś tylko garść refleksji i wspomnień.

Ostatnio byłam w Polsce. I jeździłam po niej samochodem, po ponad sześciu latach. Wnioski? Miałam wrażenie, że byłam tam jedyną osobą, przestrzegającą limitów prędkości. Gwoli sprawiedliwości muszę dodać jednak, że miałam również wrażenie, iż naród się zrobił - drogowo przynajmniej - milszy i nie tak agresywny: zdecydowanie mniej trąbienia na siebie nawzajem, a więcej wpuszczania. Chyba że był to przejaw polskiej gościnności, jako że jeździłam samochodem z niepolską rejestracją. Jak by nie było - pozytyw. Okazało się też, że parkingi w centrach handlowych, które ongiś wydawały mi się tak ciasne, dziś (w porównaniu ze szwajcarskimi) są wręcz doskonale szerokie.
Poza tym słuchałam radia. W którym - nie przesadzam - 99% reklam dotyczyło leków lub produktów okołomedycznych. (Pominę to milczeniem). Z pozostałego 1% w prawdziwy stupor wprawiła mnie jednak reklama o treści "Dziś dzieci rządzą w Auchan. W związku z tym... tabletki do zmywarki zaledwie x złotych!!!" No proszę, ledwo człowiek z Polski wyjechał i oto, jakie zmiany kulturowe zaszły! (Tzn. w sumie dalej nie wiem, jakie zaszły: tabletki do zmywarki nową zabawką? Dzieci nowym podręcznym niewolnikiem do obsługi zmywarki? Mamy zbyt dużo dzieci i należy je likwidować, karmiąc tabletkami do zmywarki? Eeee...)

W Warszawie taksówkarz opowiedział mi wstrząsającą i smutną historię swojego szwagra. Który to szwagier, człowiek zdrowy i w kwiecie wieku, posiadający szczęśliwą rodzinę w postaci żony i dwóch malutkich córeczek, wylądował z dnia na dzień na OIOM-ie, w głębokiej śpiączce - z powodu wypadku motocyklowego. Prędkość w chwili wypadku: 40-50 km/h. W chwili, gdy piszę te słowa, człowiek ten prawdopodobnie już nie żyje - ponieważ na konsylium miano potwierdzić decyzję o odłączeniu go od aparatury. Każdego dnia na całym świecie miliony ludzi giną lub są trwale okaleczane w wypadkach drogowych. Miliony ludzi umierają też na skutek chorób związanych z otyłością. A mimo to, gdy wielu z nich trzęsie się ze strachu (co jasno i wyraźnie widać na przykład w internecie), to jest to strach przed terroryzmem. Podczas gdy siedząc za kierownicą beztrosko gapią się w telefon - albo z całkowitym spokojem pożerają kolejnego hamburgera. Wiem, statystyka i rachunek prawdopodobieństwa to tylko nudne matematyczne pojęcia.        

Byłam też nad jeziorami. Tutejszymi. Nad polskim morzem też teoretycznie mogłam, ale nie; pogoda nie rozpieszczała, a marznięcie na plaży nie należy do moich ulubionych zajęć. Na szczęście lato szwajcarskie dostarczyło w tym roku jak należy. A jeziora tu są piękne i czyste; kto widział, ten wie. Miałam również okazję zjechać do jednego z nich z trzydziestometrowej zjeżdżalni, kończącej się uroczą skocznią. Jako zapalona fanka takich zabaw, nie mogłam sobie tego rzecz jasna odmówić. Po zjechaniu natomiast zrozumiałam, dlaczego przy kupnie biletu kazano mi podpisać papierek o tym, że zjazdu dokonuję na własną odpowiedzialność i nie zaciągnę nikogo później przed oblicze stosownego sądu. Otóż przekonałam się na własnej skórze o tym, co omawiano na lekcjach fizyki - a mianowicie, że woda, do której wpada się z dużej wysokości i z dużą prędkością, wykazuje podobne właściwości co beton. Przybranie natomiast odpowiedniej pozycji, gdy leci się w powietrzu, wcale takie proste nie jest. Tym samym zaliczyłam na prawym podudziu największego i najczarniejszego sińca w moim całym życiu. Co oznacza, że miałam dużo szczęścia! Bywały bowiem osoby, które spadały na płask. Lub na twarz...

Gdy byłam w Polsce, akwizytor pewnego banku usiłował (jak mu obowiązek służbowy nakazuje) namówić mnie na skorzystanie ze sprzedawanego przez siebie produktu. W pewnym momencie rozmowy padło z mojej strony stwierdzenie, że "gdy wylatuję do Polski", na co on poprawił mnie "chyba miała na myśli, że gdy pani przylatuje". Otóż nie, nie miałam. Wyloty - to odwiedzanie miejsc obcych. Przyloty zarezerwowane są już od długiego czasu dla Szwajcarii. Tak samo jak delikatne, acz radosne drgnięcie serca, gdy jadąc autostradą, widzę już charakterystyczny kształt pewnej góry. Kształt, który mówi mi, że już za chwilę będę w domu.

piątek, 7 lipca 2017

Miasto cariocas - Rio de Janeiro. (Brazylia, cz. I)

Nie wiem, czy wspominałam już o tym na blogu (zapewne tak), ale jestem istotą bardzo ciepłolubną; o czym wie zresztą doskonale każdy, kto miał ze mną styk. W związku z tym urlop staram się planować w tych miesiącach, gdy w Europie jest zimno, ponuro i szaro. Najgorszym dla mnie miesiącem w roku jest luty - już po świętach, więc nie ma na co czekać (uwielbiam święta), do wiosny daleko... i depresja zimowa uderza z pełną mocą. 
W tym roku jednak udało mi się jej uciec - lecąc na  kontynent, gdzie jeszcze ani razu mnie nie było: czyli do Ameryki Południowej. A konkretnie Brazylii - z pobytem w Rio de Janeiro, Florianopolis oraz Foz do Iguaçu. (Ponieważ niemożliwe jest, by zmieścić kilkutygodniowy pobyt w jednym wpisie, ta notka zawiera obrazki z części pierwszej, czyli Rio).

Kocham latać. (Będzie kiedyś o tym notka typowo grafomańska, mam ją gotową na telefonie, ale, jak widać, jeszcze nie udało mi się jej tu zamieścić). Niewiele momentów w życiu jest dla mnie tak ekscytujących, jak chwila, gdy zasiadam w samolocie i czuję rozkoszny dreszcz na myśl o tym, że już za chwilę rykną silniki, przyspieszenie wciśnie mnie w fotel, a za kilka-kilkanaście godzin naprzemiennego podziwiania krajobrazów w dole i czytania, zobaczę kolejne miejsce z listy tych, które kiedyś były tylko martwym zbiorem liter w podręczniku do geografii. Dodatkowo, jako typowy szczur lądowy*, czuję się zwycięska i triumfująca, gdy morza i oceany przebywam, oglądając je bezpiecznie z góry. (Prawdę mówiąc, wątpię, że zdecydowałabym się na dalekie podróże, gdybym do celu musiała tydzień czy dwa płynąć. Brr. Jeśli chodzi o poruszanie się po powierzchni wody, lubię wyłącznie jachty, przemieszczające się spokojnie i leniwie np. od jednej dużej wyspy do drugiej małej, na krótkie i pozbawione wielkich fal dystanse). 

Lot do Brazylii był dodatkowo przyjemny z dwóch kolejnych względów - po pierwsze, bezpośredni do Rio, co oznaczało, że odpadał jakikolwiek stres o zgubienie bagażu czy zdążenie na przesiadkę, po drugie - jako że po raz pierwszy w życiu dane mi było zakosztować udogodnień klasy biznes. Czyli - w momencie gdy klasa ekonomiczna dopiero wsiadała do samolotu - ja już rozpierałam się na siedzeniu z kieliszkiem prosecco w dłoni, a nogami wyciągniętymi wygodnie na całą ich długość. (Przyjemność ta nie była wszelako tak duża, żeby przekonać mnie do nabycia w przyszłości biletów do klasy biznes po cenie tzw. normalnej, zwłaszcza że słowo "normalne" jest w tym kontekście, hm, pewnym nadużyciem).

Dziesięć godzin minęło szybko - a potem było już Rio. Nagle, znikąd - błękitny jedwab oceanu ustąpił miejsca niekończącemu się morzu budynków. Wylądowaliśmy. Chłód samolotu i lotniskowej klimatyzacji zniknął, zastąpiony wonną, ciepłą wilgocią. (Za chwilę niestety powrócił w postaci klimatyzacji w taksówce - niemniej, mimo że angielski zdecydowanie nie jest w Brazylii praktycznym językiem do porozumiewania się, miałam szczęście - taksówkarz pojął, czego oczekuję i przykręcił klimę, śmiejąc się zarazem z idei, że komuś może być za zimno. Pff). 

I oto...

...jedna z najsłynniejszych plaż świata - Copacabana. Tuż obok równie piękna Ipanema. Połacie złocistego piasku i potężne fale oceanu. Zbyt silne, by wypłynąć gdzieś dalej od brzegu - za to temperatura wody i powietrza sprawia, że skakać i nurkować w falach można cały dzień. Tuż obok - miasto, w tle - wzgórza, wyspy, wysepki. 


Na plaży (jak się później okaże, dotyczy to całej Brazylii) brak tradycyjnych leżakołóżek - dostępne są wyłącznie leżakokrzesła. Tu bowiem tylko turyści śpią w słońcu - Brazylijczycy siedzą, grono rodziny i przyjaciół, gwar rozmów, caipirinha. 


Po plażach krążą sprzedawcy: oferują wodę i alkohol; owoce i świeżo wyciskane soki owocowe; lody; churros, które - w przeciwieństwie do tych sprzedawanych w Europie - tu są sprzedawane pojedynczo: grube i nadziewane, np. Nutellą czy kajmakiem; różne rodzaje popularnych tu ciastek, m.in. tradycyjne Globo; smażone/grillowane mięso/kiełbasę/owoce morza (!), grillowane sery (!!!)**, stroje kąpielowe, pareo i kapelusze, filtry i okulary przeciwsłoneczne, biżuterię... cokolwiek jest Ci potrzebne, nie musisz ruszać się z miejsca - za moment z pewnością w zasięgu wzroku pojawi się osoba, która to sprzedaje. Na plaży wypożyczyć można też w wielu miejscach parasole - są tu one niezbędne, jeśli pragnie się choćby skrawka cienia.


...ogród botaniczny. Tysiące różnych gatunków drzew, krzewów i kwiatów - imponująca kolekcja kaktusów i sukulentów, ogromne palmy, leżące tu i ówdzie owoce chlebowca. 


Wielkie kwiaty i liście; rosnące na świeżym powietrzu rośliny, znane w Europie wyłącznie w wersji doniczkowej. Jaszczurki, brązowe wiewiórki z nad wyraz puszystymi ogonami, motyle - od całkiem malutkich po takie wielkości dwóch złożonych dłoni; we wszystkich barwach tęczy. Srogie, poważne chrząszcze. 


...góry: Corcovado i Głowa Cukru. Obydwie oferują cudowne widoki. Na tę pierwszą, z gigantycznym pomnikiem Chrystusa Zbawiciela (Christo Redemptor), wjechać można kolejką szynową. Zupełnym przypadkiem mamy świetny timing: docieramy, kupujemy bilety i za chwilę już wsiadamy. Przy pomniku wraz z nami tłum - czyli pozostali pasażerowie kolejki. Na szczęście większość osób cyka tylko pospieszne zdjęcia i znika, toteż za jakieś dwadzieścia minut robi się przyjemnie pustawo. Tu i ówdzie porozkładane są maty do położenia się - z pozycji stojącej nie sposób bowiem zmieścić na zdjęciu cały pomnik. Chłonę widoki, zastanawiając się, w którą stronę patrzeć - wszędzie jest pięknie...




Góra druga - czyli Głowa Cukru. Na tę wjeżdża z kolei kolejka linowa (notabene wykonana przez szwajcarską firmę Frey AG Stans, która produkuje większość kolejek w Szwajcarii; dodatkowym szwajcarskim akcentem jest możliwość zakupu "brazylijskiej" wersji scyzoryka Victorinox). Szczyty są tak naprawdę dwa - by dostać się na drugi, trzeba znów wsiąść w kolejkę. 



Na pierwszej górze jest ścieżka, pozwalająca na dłuższy spacer poprzez las bambusowy; docieramy nią do niewielkiego, prawie pustego baru ze słonecznym tarasem. Spontanicznie decydujemy się tam przysiąść na dłuższą chwilę. Widok zapiera dech w piersi. Sączę leniwie drinka i myślę o tym, jak bardzo kocham to w podróżach - brak pośpiechu, napiętego grafiku; możliwość dysponowania czasem zupełnie swobodnie i robienia tego, na co ma się w tej chwili ochotę. Na przykład wpatrywania się w ocean... Zostajemy na Górze Cukrowej aż do zachodu słońca - obserwujemy go z niewielkiego balkoniku restauracji, znajdującej się tuż przy stacji kolejki. 




...park narodowy Tijuca. Fragment lasu tropikalnego w środku miasta - podobnego największego takiego na świecie. Lekce sobie ważąc ostrzeżenia o tym, że iść powinno się w większej grupie, a najlepiej wynająć przewodnika, idziemy sami. Zorganizowane grupki turystów trzymają się blisko biegnącej przez park asfaltowej drogi (a przewodnicy nieustannie ponaglają biedaków do pośpiechu), toteż - gdy skręcamy w głąb lasu - szybko znikają nam z oczu. 



W ciągu kolejnych godzin napotkamy jedną tylko osobę - przemiłego Brazylijczyka o imieniu Rodrigo. Znajomość zadzierzgamy na wyjątkowo trudnym fragmencie szlaku - gdzie spontanicznie oferuje nam pomoc we wspinaczce. Wspólnie zdobywamy szczyt góry i rozkoszujemy się widokiem. Rodrigo zna po angielsku tylko parę słów, nie mówi też po niemiecku, francusku ani - rzecz jasna - polsku, my zaś nie mówimy po portugalsku - ale nie przeszkadza nam to w osiągnięciu porozumienia. Dzielimy się jedzeniem, a później przez kolejnych parę godzin wędrujemy razem, zdobywając kolejne szczyty. Zabiera nas również na ukryty w środku lasu porzucony most-taras, z którego rozciąga się piękny widok na Rio. Od czasu do czasu wskazuje nam pewne rośliny, zwierzęta (ostronosy, aguti) czy insekty; niektóre z nich ciężko byłoby nam samodzielnie zauważyć. Rodrigo ma w planach zdobycie wszystkich szczytów Tijuca, toteż w pewnym momencie żegnamy się i udajemy w kierunku wodospadów oraz pochłoniętych przez dżunglę ruin. W paru spośród wodospadów, które miniemy, można się kąpać - jest to prawdziwa przyjemność, biorąc pod uwagę wysoką temperaturę. 



Na wędrówce po lesie i górach spędzamy calutki dzień - gdy w końcu docieramy do wyjścia, jesteśmy tak zmęczeni, że w taksówce milczymy. W lusterku wstecznym widzę, że taksówkarz spogląda na nas co jakiś czas, wydaje się zatroskany. W końcu gdzieś dzwoni, rozmawia przez chwilę i podaje mi telefon. W słuchawce odzywa się kobiecy głos, mówiący łamanym angielskim. Jak się okazuje, jest to żona taksówkarza. On sam nie mówi po angielsku, uznał natomiast nasze milczenie i brak uśmiechu za wyraz przerażenia, że zostaliśmy przez niego porwani - toteż zadzwonił do żony, by wyjaśniła nam, że absolutnie nic takiego nie ma miejsca i nie musimy się martwić, jest uczciwym człowiekiem. Gdy słucham tych wyjaśnień, sama nie wiem, czy bardziej chce mi się śmiać, czy jestem rozczulona. 

Tijuca to nasz ostatni dzień w Rio - kolejnego lecimy na wyspę Florianopolis.






* co mi przypomina, że niedawno nauczyłam się, iż odpowiednikiem "wilka morskiego" w niemieckim jest Seebär - "niedźwiedź morski"

** sprzedawcy mają je ze sobą w postaci surowej i grillują przy sprzedaży, na noszonym ze sobą mini-grillu - dostaje się potem taki ciepły ser, wbity na patyk

piątek, 30 czerwca 2017

Motoryzacyjnie.

Dla tych, co tl;dr - ja vs samochód, historia prawdziwa. 

Moja historia, związana z prowadzeniem pojazdów typu samochód jest długa - i gdyby miała konto na Facebooku, niewątpliwie musiałybyśmy ustawić status relacji na "to skomplikowane". 

Większość osób z mojego otoczenia zdała prawo jazdy w wieku lat szesnastu, tuż przed lub po tym fakcie rozpoczynając regularną jazdę i ćwicząc tym samym na co dzień świeżo nabyte umiejętności. Ja zaś żyłam sobie w wersji "jestem dzieckiem", czyli wożona od czasu do czasu tu i tam - wkrótce zaś potem "wybyta" na studia, daleko od domu rodzinnego. Tym samym woziłam się już sama - komunikacją miejską. Nie było niestety opcji, by ktoś kupił mi samochód, sama również nie miałam na to środków - kwestia posiadania prawa jazdy nie zaprzątała mi zatem zbytnio głowy.  

Nadszedł wszakże moment w moim życiu, gdy odpowiednie władze zadecydowały, że dziś co prawda jeszcze kurs prawa jazdy kosztuje x, wszelako od dnia n, w związku z nowymi i błyskotliwymi reformami, kosztować będzie dwukrotność tej sumy. Poruszyło mnie to do głębi i pomyślałam sobie "ha! płacić dwa razy więcej za to samo, o nie, nie ze mną te numery!" Przedstawiwszy swoje rozumowanie rodzicom, uzyskałam niezbędne na opłacenie kursu środki, zaciągnęłam na kurs jedną ze studyjnych koleżanek i oto zaczynała się otwierać przed nami droga jasna i świetlista... a przynajmniej tak się wówczas wydawało. O ile bowiem kształcenie teoretyczne-praktyczne przebiegało z sukcesami, uzyskiwałam pochwały od instruktorów, a zarówno manewry na placu, jak i jazda po mieście nie przedstawiały sobą żadnego kłopotu, ba! szczerze to lubiłam, o tyle dzień egzaminu praktycznego zweryfikował wszystko. Dość powiedzieć, że z całej grupy oczekującej tego dnia na pierwszy w życiu egzamin na prawo jazdy zdała jedna, jedyna osoba. I nie byłam to ja. 

(Pamiętam zresztą młodzieńca, który zdał, dość dobrze - bo jako jedyny trzymał się z dala od reszty z nas, popatrując li tylko od czasu do czasu z drwiącym i pełnym wyższości uśmieszkiem. Sam zdenerwowania nie okazywał w ogóle; być może wiedział już, że zda - nie od dziś wiadomo bowiem, że są równi i równiejsi. Szeptano też w kuluarach, że w owym czasie, gdy tyle osób prawa jazdy w Gdańsku nie zdawało, PORD szykował się do zakupu autobusu egzaminacyjnego. Ale, oczywiście, być może, że wszystko to były plotki, rozpuszczane przez ludzi do szczętu złych i do głębi niesprawiedliwych, nie mówię, że nie).

Jak było tak było, w efekcie jednak otrzymanie dokumentu uprawniającego do prowadzenia pojazdów kategorii B kosztowało zarówno koleżankę, jak i mnie przysłowiową krew, pot i łzy. (W tym miejscu mogłabym wstawić jeszcze mnóstwo uroczych anegdotek zarówno o podjeździe, na którym znajdował się plac manewrowy, jak i dzielnicy, w której egzamin się odbywał; na podejściu egzaminatorów kończąc - ale, powodowana lenistwem, nie zrobię tego; zresztą ci, którzy podobne przejścia mieli, wiedzą doskonale o czym mowa, ci zaś, którzy nie, i tak wywracają w tym miejscu oczami, a ich myśli szybują wzgardliwie w rejony przysłów związanych z baletnicami). 

W tym  miejscu muszę Państwu wyznać, że zdawałam w życiu swym egzaminów bardzo wiele, na jednych studiach, na drugich studiach, tu gdzieś certyfikat w pracy, tam jakiś certyfikat językowy... i tylko jeden jedyny PORD zdołał w finale wycisnąć ze mnie łzy szczęścia, że oto! wreszcie się udało. (Najwidoczniej uczelnie starały się za słabo, politechnika doprowadziła co prawda do skoków i okrzyków szczęścia po zaliczeniu tak wdzięcznych przedmiotów jak matematyka dyskretna i podstawy teorii obliczeń, ale, bądźmy szczerzy, cóż to jest w porównaniu z zalaniem się łzami?) 

Niemniej koniec końców trzymałam oto w ręku upragniony dokument! Trzymałam - po czym został wsunięty do portfela, gdzie przeleżał bezużyteczny kolejnych kilka lat. Przypominam bowiem, że samochodu nie miałam. (Po drodze zdarzył się co prawda jeden dzień, gdy - starając się o pracę, do której wymagano posiadania prawa jazdy - odświeżałam umiejętności w vanie kolegi, ale koniec końców nawet nie odpisano mi na CV. A jeden dzień, cóż, niewiele dodał mi do doświadczenia w byciu kierowcą - nie licząc wspomnień, jak fajnie patrzy się z góry na większość użytkowników drogi. Przyjemność ta nie była jednak tak wielka, żebym rozważyła zrobienie prawa jazdy kategorii C).

Parę lat minęło. W międzyczasie w życiu moim osobistym zadziało się tak, że los postanowił uchronić mnie od marznięcia na przystankach, w oczekiwaniu na wiecznie spóźniający się autobus - i oto mogłam zacząć dojeżdżać do pracy samochodem mojego ówczesnego chłopaka. Jako że PORD, mimo wszelkich starań, nie zdołał zabić we mnie przyjemności z prowadzenia samochodu, cieszyłam się bardzo. I tak sobie jeździłam, czas dość krótki, może miesiąc, może dwa. Żyłam wtedy w silnym stresie, co objawiało się m.in. problemami z koncentracją. Fatalna rzecz za kierownicą. Zwłaszcza gdy się człowiek zamyśli, stojąc na połączeniu między dwoma pasami i czekając na możliwość włączenia się do ruchu... i zapomni, że ściśle tuż obok - tyle że skierowany w drugą stronę - stoi inny samochód. I wtedy taki zamyślony człowiek może nagle ze wstrząsem usłyszeć zgrzyt, gdy uszkadza komuś czujniki parkowania. 

Powiecie - żaden dramat, nie wypadek przecież, drobna stłuczka. Dobrzy ludzie (a konkretnie człowiek L., pamiętam!) poratowali mnie wtedy nawet namiarami na warsztat, który dokonał napraw ww. czujników za bardzo rozsądną cenę (nie było bowiem opcji, by skorzystać z ubezpieczenia, które mogłoby to pokryć). Szybko jednak okazało się, że ta drobna stłuczka, gdy prowadziłam samochód nienależący do mnie, a finanse moje były w stanie nieprzewidującym kilkusetzłotowych wydatków na naprawy cudzych samochodów, zaowocowała traumusią.

Od tego momentu bowiem, gdy tylko usiadłam za kierownicą, przyjemności z prowadzenia auta już nie było. W zamian sztywniały mi wszystkie mięśnie, pociły się dłonie, a serce szybko waliło - i nijak nie mogłam przetłumaczyć własnemu ciału, że to drobiazg był, nic wielkiego, nic się przecież nie stało; o co ci, do cholery, chodzi! Owszem, prowadziłam jeszcze jakiś miesiąc-dwa samochód regularnie, później zaś - po wyjeździe do Szwajcarii - przez parę kolejnych miesięcy bardzo okazjonalnie. Wreszcie opcja "auto" po raz wtóry na parę lat zniknęła z mojego życia. Nie brakowało mi jej. Zbiorkom w mieście, gdzie zamieszkałam - w przeciwieństwie do polskiego - był bez zarzutu. Samochód bywał mi potrzebny bardzo rzadko i jeśli już, wówczas po prostu wozili mnie inni (głównie taksówkarze).

Czas płynął, w życiu prywatnym pojawiła mi się ponownie opcja prowadzenia auta, wybierałam jednak głównie bycie pasażerką. Echo traumusi wciąż tkwiło w umyśle i miało się dobrze. A. nie naciskał, służąc mi na każde zawołanie jako kierowca,  sugerował jednak od czasu do czasu, że może spróbowałabym się przełamać. Zawsze jednak pojawiała się wymówka a, wymówka b, wymówka c... gdy tymczasem paraliżował mnie nieuzasadniony lęk. (Owszem, prowadziłam czasami, ale zawsze z A. siedzącym obok, jakby samą swoją obecnością mógł uchronić mnie od wypadku. Wot, myślenie magiczne).  

W końcu podjęłam decyzję. Nie zaopatrzyłam się w bilet miesięczny. W zamyśle w dniu zero podjechać miałam tuż obok, na wizytę lekarską, po czym udać się do pracy. Los jednak chciał inaczej. Okazało się otóż, że wizyta jest w... szpitalu nazywającym się tak samo, ale położonym w innej miejscowości. (Tak, było to napisane w stosownym papierku. Nie, nie zauważyłam tego). Gdy recepcjonistka w niewłaściwym szpitalu spytała, czy jestem samochodem, prawdomównie przytaknęłam - by za chwilę usłyszeć, że w tym właściwym zaczekają na mnie, ale mam wsiadać w auto i jechać tam, już, zaraz. Pół godziny dalej, autostradą, inne miasto. 

Wsiadłam. I pojechałam. Całkiem sama, po raz pierwszy od kilku lat. Spanikowana tak, że poleciało kilka łez. Nie, nie spowodowałam żadnego wypadku, stłuczki ani nawet niebezpiecznej sytuacji na drodze. Dotarłam cało i na czas, nie myląc drogi, zaparkowałam bez zarzutu, z przejęcia gubiąc jedynie kartę parkingową. (Znalazłam ją po półgodzinnych późniejszych poszukiwaniach pod samochodem - to nauczyło mnie myśleć o tym, co z nią robię i dokąd chowam).

Od tego czasu prowadzę regularnie. Codziennie do pracy, bardzo często do innych miast czy gdzieś w góry. Przejechałam w tym czasie setki kilometrów. Wyćwiczyłam odruchy. Wyćwiczyłam umiejętności parkowania (choć wciąż nie zawsze umiem zaparkować od jednego razu oraz mam problemy z parkowaniem równoległym). Nauczyłam się wymijania w tunelach, które początkowo napawało mnie panicznym strachem. Jakiekolwiek fizyczne objawy zdenerwowania, które miałam na skutek traumusi - rozpłynęły się w niebycie. Lęk zniknął. Ba, nie tylko zniknął - po paru miesiącach powróciła, dawno zapomniana, przyjemność z prowadzenia samochodu.

Dziś, jak kiedyś, dawno temu - znów lubię jeździć. Za kierownicą czuję się odprężona. No, w miarę - żywię bowiem nader ograniczone zaufanie do innych użytkowników drogi. (Co prawda Szwajcarzy jeżdżą dobrze, ryzykowne sytuacje zdarzają się rzadko - najczęstszym grzechem jest brak migacza przy zmianie pasa na autostradzie - jednak licho nie śpi). Lubię samotne trasy (byle nie za długie, bo zaczynam się nudzić - godzina to tak akurat) i śpiew razem z radiem. A., określając mój styl prowadzenia, używa niemieckiego słowa "Bleifuss" (dosł. ołowiana stopa) - w czasie jazdy autostradą należę bowiem głównie do wymijających, nie wymijanych oraz, co wyznaję ze wstydem, zdarza mi się przekraczać dozwoloną prędkość. (Acz staram się pilnować - kary w Szwajcarii są wysokie, z odebraniem prawa jazdy włącznie. W związku z czym zawsze dziwi mnie widok tych, którzy - gdy ja jadę 123 przy dozwolonym 120 - wymijają mnie ze świstem i znikają w oddali. Ale wiadomo, zaglądanie komuś do portfela jest niegrzeczne - jeśli ktoś lubi wydawać swoje pieniądze na mandaty, jestem ostatnią osobą, która chciałaby tego zabronić. Tak poza tym, to trochę ich rozumiem. Też uwielbiam ten moment, gdy wciskam pedał gazu do dechy i słyszę ryk silnika...)
Zwykle jestem też tu pierwszą osobą ruszającą na zielonym świetle (w Polsce umiejętność ta wpajana jest bowiem uczącemu się bardzo szybko, przy wydatnej pomocy klaksonów współużytkowników drogi). 

Dużo mówi się o wartości przełamywania lęku. Nie twierdzę, że jest to zawsze możliwe. Nie wiem, jak byłoby to u mnie, gdybym brała udział na przykład w wypadku, zamiast drobnej stłuczce. Każdy zresztą ma inną wrażliwość. Niemniej, na podstawie własnych doświadczeń, twierdzę, że warto jest spróbować. I że jest pewna prawda - zarówno bardziej dosłowna, jak i ta metaforyczna - w powiedzeniu: "rób to, czego się boisz".