Przejdź do głównej zawartości

Posty

Taka tam codzienność, czyli WhatsApp i góry w czasach covida.

Nowa notka (o Paryżu) tak w ogóle jest już napisana, ale oczywiście muszę zrobić jeszcze drobny fact checking i dodać zdjęcia, w związku z czym od ponad tygodnia draft sobie leży odłogiem. Słusznie mówi mądrość ludowa, że 90% czasu zajmuje ostatnie 10% projektu.  Poza tym znowu zdecydowanie mniej instagramuję, bo nie da się ukryć, że schemat za każdym razem jest ten sam: po dłuższej przerwie wchodzę tylko na kilka minut dziennie, po czym przez dwa-trzy tygodnie ten czas się wydłuża... aż kończy się scrollowaniem przez godzinę czy dwie. Ponoć wielu ludzi szuka na Instagramie inspiracji... cóż, jeśli chodzi o mnie, przeglądanie feedu zmienia mnie raczej w bezmyślne zombie; a im dłużej to robię, tym bardziej zanika mi jakakolwiek kreatywność i zostaje wyłącznie zmęczenie. Ciągle bawię się też myślą o usunięciu tego konta - ale z drugiej strony znajomi, PanOdFrancuskiego i konta yogowe, więc. (A tak swoją drogą jakaś alternatywa dla Insta, ktoś, coś?)  Jednakowoż Marek Z., posuwając oficja
Najnowsze posty

Impresje czytelnicze za rok 2020.

[Z dedykacją dla K., bo gdyby nie ona, to pewnie nigdy bym tej notki nie dokończyła. Dziękuję!] Kto regularnie czyta bloga, ten wie, że w 2019 chciałam policzyć, ile czytam rocznie. Efektem było kilka notek na Insta, a potem - gdy zawiesiłam tam konto -  ta notka na blogu . W tym roku nie chce mi się liczyć, ile dokładnie książek przeczytałam, ale chcę uwzględnić, co... zwłaszcza że korzystając z amazonowej promocji, po pięciu latach zdecydowałam się nabyć nowego Kindle'a: a to, co przeczytane, chcę ze starego usunąć, nim się przesiądę na nowy. (Tę notkę zaczęłam pisać w sierpniu 2020. Nowy Kindle wciąż jeszcze leży w szufladzie... kolejny dowód na to, że mimo iż już zdecydowanie bardziej przemyśliwuję wydawanie pieniędzy, to jednak wciąż za mało). Opisuję tu wyłącznie e-booki, książek papierowych nie, choć i tych trochę przeczytałam w tym roku - ale w papierze (w przeciwieństwie do e-booków) nie przeczytałam niczego po raz pierwszy.  No, to lecimy. Na czerwono zaznaczyłam to, co n

2020 to był dobry (dla mnie) rok. Nawet jeśli covid.

Ostatni dzień grudnia. I kolejne podsumowanie roczne, takie jak robiłam wcześniej dla 2019 tutaj i tu , dla 2018 tutaj , a 2017 - tu .   Po raz n-ty w swoim życiu czuję się szczęściarą: bo dla mnie - pomimo pandemii - był to dobry rok. W porywach nawet do bardzo dobrego. Przywilej, jaki dany był nie tak znowu dużej grupie ludzi; o tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Spośród najbliższych mi ludzi nikt nie zmarł. Zachorowała na covid jedna bliska osoba - i wyzdrowiała, bez żadnych skutków ubocznych. Nikt z rodziny i przyjaciół nie stracił pracy.  Dzięki temu, że mieszkam w Szwajcarii, żyłam w zasadzie w bańce: po wiosennym lockdownie (w postaci zamknięcia restauracji i większości sklepów, bo wychodzić było nam wolno - bez żadnych ograniczeń dotyczących odległości, tak więc jeździłam w góry czy chodziłam na spacery tak jak zwykle) więcej lockdownów nie było... aż do teraz, 22 grudnia, gdy zamknięto restauracje (ale nie sklepy; są po prostu czynne o godzinę krócej). Co oznacza, że m

Takie tam, o świętach.

Że polskie kolędy wywołują u mnie wzruszenie, jest zrozumiałe - są częścią mojego dzieciństwa; polskiej kultury, w której wyrosłam. Z jakiejś jednak przyczyny podobnie jednak działają anglojęzyczne - te najstarsze, takie jak O Come All Ye Faithful , Good King Wenceslas , Deck The Halls czy God Rest Ye Merry, Gentlemen  - albo Joy To The World . Jednym z błogosławieństw internetu jest nie tylko to, że można znaleźć słowa do każdej z nich (co pozwoliło mi swego czasu dokładnie zapoznać się z treścią i nauczyć garści całkiem nowych angielskich słów), ale też to, że znaleźć można każdej z nich genezę. Czy zastanawialiście się na przykład kiedykolwiek nad tekstem do Twelve Days Of Christmas ? Jeśli tak, to tutaj jest (bardzo interesujące!) wyjaśnienie. (Swoją drogą, komentarz pod tym video na YT, "let's do the math", jest doskonały!) Świętowanie trwa: dziś po szwajcarsku, czyli byliśmy w górach. Zmęczeni i zdyszani po przedzieraniu się przez śnieg, z twarzami wyszczypanymi o

Boże Narodzenie już za kilka dni...

Dziś ostatnia niedziela adwentu - na wieńcu płoną cztery świeczki. Oświetlona ich blaskiem (licencia poetica; tak naprawdę piszę do Was z pokoju "komputerowego", a przyświeca mi niewielka lampka - ale świece dziś także płonęły, owszem), myślami wybiegam do czekających nas świąt. Kot (mój najstarszy, szesnastolatek) mruczy mi na kolanach.   Ostatnie dni były dla mnie bardzo intensywne - prócz tego, że dużo działo się w pracy, starałam się także bez wytchnienia jak najbardziej skrócić moją TODO listę. Lubię domykać sprawy - jak najwięcej - przed urlopem świątecznym; tak, by później móc rozkoszować się czasem wolnym z błogą świadomością, że absolutnie nic nie wisi mi nad głową, a w nowy rok wchodzę bez obciążeń. To, oczywiście, sprawia, że okres przedświąteczny jest dla mnie najbardziej zajętym czasem roku - choć nawet i wtedy niepozbawionym przyjemności typu randki z A. Swoją drogą, jak dobrze, że odwiedziliśmy ostatnio dwie restauracje, do których od dłuższego czasu bardzo chc

Nic do powiedzenia.

Najczęściej piszę wtedy, gdy mam natchnienie. Tak, wiem, czytałam te wszystkie porady, że pisać powinno się codziennie, trenować, ćwiczyć... cóż robić, gdy cała moja natura burzy się przeciwko temu. To jak jeść, gdy nie jest się głodną. Pić, gdy nie jest się spragnioną. Z natury rzeczy źle znoszę każdy przymus, a tego typu porady-nakazy budzą we mnie co najwyżej dziecinną chęć pokazania języka - a właśnie że nie, nie będę!... i co mi zrobisz? Ale, wracając do meritum... (o tak, mistrzyni dygresji ze mnie, płynę ze swoim słowotokiem dokładnie tam, gdzie ten mnie unosi).  Było o natchnieniu. Czy też, jeśli ktoś woli - o tym momencie, gdy słowa układają się w głowie w kompletny tekst, a mnie pozostaje jedynie go spisać. Otóż ten kompletny tekst mam w głowie zazwyczaj wtedy, gdy kładę się spać. Zgadnijcie, czy wychodzę wówczas z łóżka, brnę przez ciemności do sąsiedniego pokoju, tego z komputerami, starając się nie obudzić A. i ze świadomością w tyle głowy, że jutro trzeba wstać wcześnie r

Poniedziałek, czyli krótka notka pod wpływem chwili.

Mam dziś w sobie wewnętrznego kota. Jest zjeżony i prycha.   Poniedziałek. Po-niedzieli. Koniec weekendu, koniec odpoczynku. Dźwięk budzika, oznaczający koniec wolności - bezlitosne wrzucenie w rolę Osoby Dorosłej, która ma Obowiązki. I nawet jeśli przyjemne - to ostatnio sam fakt, że trzeba gdzieś coś, że dotrzeć na czas na spotkanie, że zakupić to, załatwić tamto... jakoś mnie krzywdzi. Jest bowiem we mnie senność. Senność, powolność i rozwlekłość. Ciepłopuchatoszlafrokowanie, dopasowane idealne do aury za oknem (szarość).  Jestem nadąsana. Przecież ja wcale nie chcę się ubierać. Chcę, w piżamie i szlafroku, zakopać się pod ulubionym kocem, pomarańczowym i puszystym. Czytać, czytać zachłannie, pożerać kolejne książki, nie ruszać się, za cały wysiłek mieć przewracanie ich stron. Pić herbatę, zajadać jeszcze ciepłe ciasto, wygrzebywać z puszki kolejne ciasteczka (to nic, do świąt jeszcze czas, upiecze się kolejną partię).  A tymczasem poniedziałek.  Wstańprysznicubierzsięzjedzśniadanie