Przejdź do głównej zawartości

Posty

Rozważania mediowospołecznościowe (aka social media rozdrapy).

Dla tych, co tl;dr - notka o tym co mam nt. w głowie, sama nie wiem, co z tego wyjdzie. Takie tam smęcenie.
Z natury mam tak, że chciałabym zjeść ciastka - i mieć zarazem pełny ich koszyk. To się uwidacznia w dość wielu aspektach mojego życia. I tak z jednej strony chciałabym całkowicie chronić moją prywatność i nie marnować czasu (czemu sprzyjałoby nieudzielanie się na absolutnie żadnych mediach społecznościowych), z drugiej - mam przecież znajomych internetowych. Mowa o osobach, z którymi w jakiś sposób trzymam stały kontakt, nawet nieregularny. Z niektórymi raz na ileś widzimy się w tzw. realu, z niektórymi nie, ale jakaś więź jest. Niektórych po prostu lubię czytać, oglądać ich zdjęcia, kibicuję ich życiu, lubię wiedzieć, co u nich. To raz. Dwa, że czasem są takie sytuacje, że potrzeba powiedzmy tego konta na fejsie, żeby dostać free wifi zagramanicą (gdzie się karty SIM nie kupiło, bo było to niemożliwe lub się nie opłacało, bo za krótki pobyt, na przykład na jeden dzień tylko),…
Najnowsze posty

New York, New York, czyli USA cz. I.

W maju tego roku wyruszyliśmy w prawie miesięczną podróż po USA (kolejna zresztą przyczyna niepisania na blogu). Pierwszym przystankiem było wschodnie wybrzeże - a konkretnie Nowy Jork.
Był to mój pierwszy raz w Stanach Zjednoczonych. Do tamtej pory "znałam" je wyłącznie z filmów, seriali i książek. Nikogo chyba nie zdziwię, pisząc, że na filmach wszystko wygląda lepiej: ładniej, czyściej, wreszcie - bogaciej. To ostatnie było chyba moim największym zaskoczeniem, jeśli chodzi o USA. Wystarczy bowiem wyjechać z wielkich miast (a czasem nawet i to nie jest potrzebne) i już widać biedę - i to biedę taką, że przypomina tę w tzw. krajach trzeciego świata. Zaskoczeniem było dla mnie też ubóstwo infrastruktury - kiepska (widać od dawna nieremontowana) nawierzchnia wielu autostrad czy brak zasięgu telefonu.

Potwierdził się natomiast mój prywatny stereotyp, dotyczący wszystkich Amerykanów, których miałam okazję poznać - że są to ludzie niezwykle kontaktowi. Bardzo łatwo wejść z nimi…

Ślub i wesele.

Dla tych, co tl;dr - szczegóły i wspomnienia odnośnie mojego ślubu i wesela.

Jedną z rzeczy, które zajęły mnie tak bardzo, że nie miałam czasu na bloga, była organizacja własnego ślubu i wesela. Ślub cywilny, jak niektórzy z Was może pamiętają, wzięliśmy w Szwajcarii - była to jednak ceremonia skromna, wyłącznie w gronie najbliższej rodziny i mojej przyjaciółki, która była świadkową. Drugi ślub i wesele natomiast zdecydowaliśmy się urządzić w Polsce - z kilku powodów. Po pierwsze, oboje uwielbiamy polskie wesela; natomiast szwajcarskie tradycje weselne właściwie nie istnieją. Drugi powód był oczywiście finansowy (za tę samą liczbę jednostek monetarnych w Polsce można mieć znacznie więcej), trzecim - finansowy ze względu na polskich gości (uznaliśmy, że to rodzinie i przyjaciołom A. będzie łatwiej przemieścić się do Polski). Czwartym - większość osób z rodziny i przyjaciół A. nigdy nie była w Polsce, toteż nadarzała się doskonała okazja, żeby pokazać mój kraj od najlepszej strony (jeś…

Dżungla i wodospady - czyli Foz do Iguaçu (Brazylia, cz. III).

Wreszcie nadszedł trzeci etap podróży po Brazylii - czyli dżungla. A konkretnie: Foz do Iguaçu. W miejscu tym stykają się trzy państwa: Brazylia, Argentyna i Paragwaj. Właśnie tam znajduje się też największy na świecie kompleks wodospadów. 
Dżungla (a w niej - wodospady) stanowi park narodowy. Znajdują się w nim dwa hotele - jeden po brazylijskiej, a drugi po argentyńskiej stronie. My zdecydowaliśmy się na ten po stronie brazylijskiej: hotel Belmond, skądinąd uroczy budynek (argentyński Sheraton wygląda z kolei jak budowla z czasów socrealizmu), a co najważniejsze... trzy minuty na piechotę od tarasu widokowego na wodospady! Jako że park otwierany jest dopiero o 09:00 (a zamykany już o 17:00!), jeśli mieszka się w hotelu w środku parku i wstanie się rano (lub podejdzie wieczorem), nietrudno ponapawać się widokiem wodospadów tylko we dwoje. I tak właśnie też robimy.


Widok zapiera dech w piersiach - żadne zdjęcia nie są w stanie oddać majestatu i piękna tego miejsca... to po prostu trz…

Rasizm (kulturowy) w Szwajcarii.

Tak właściwie nie jestem do końca pewna, jakiego tu użyć słowa, aczkolwiek podgatunkiem rasizmu jest rasizm kulturowy - i chyba to określenie pasuje tu najtrafniej. Jako osoba biała, dodatkowo o jasnym fenotypie, jestem uprzywilejowana: nie mam żadnych możliwości przekonać się, czym jest dyskryminacja oparta o kolor skóry. Mam natomiast niestety możliwość - jak każdy z nas, pochodzący np. "zza muru" (mimo że muru od tylu lat już nie ma!...) - doznawać rasizmu kulturowego.
Nie od dziś wiemy, że Europa od lat dzieli sie na tę "lepszą" i "gorszą". Ta "lepsza" to np. Niemcy, Szwajcarzy, Francuzi, Holendrzy czy Brytyjczycy... "gorsza" to natomiast Grecy, Portugalczycy, Polacy czy Ukraińcy. Oczywiście, w "gorszej" dla wielu ludzi istnieją jeszcze podpodziały, ale nie widzę żadnego sensu, by się w to zagłębiać i spierać, czy więcej rasizmu doznają Polacy, czy Portugalczycy. Myślę też, że nie ma to znaczenia - każda forma rasizmu je…

Zeszwajcarzenie. (Albo i nie).

Zdaję sobie sprawę, że nie pisałam bardzo długo - i biję się w piersi! Na usprawiedliwienie dodam, że działo się w moim życiu nadzwyczaj dużo; sporo zarówno podróży, jak i czasochłonnych zmian... część z nich zresztą czeka na opisanie tutaj, ale jak szybko uda mi się to nadgonić - czas pokaże.  W każdym razie od pewnego czasu jestem znów zatrudniona - tym razem, dla odmiany, w banku. Ponieważ to moja pierwsza praca w tej branży, mam okazję do przyswojenia zupełnie nowej wiedzy (skądinąd - wbrew stereotypom i początkowym moim obawom - interesującej). Oczywiście, wraz z powrotem do pracy, mój czas wolny znacząco się skurczył, co jest jednym z wyjaśnień dla tak drastycznego zaniedbania bloga. (Zastanawiam się, ile osób zdążyło go już usunąć z czytnika czy zakładek... aczkolwiek i tak tu przecież prawie wcale nie komentujecie, pff!) 
Tymczasem, podczas wdrażania się w nowe, minęła mi niepostrzeżenie siódma rocznica pobytu w Szwajcarii (*przerwa na wznoszenie okrzyków o treści zbliżonej d…

Kwietniowe wspominki.

Czas pędzi, tematy do notek pojawiają się w mojej głowie najczęściej wtedy, gdy słucham radia (czyli też wtedy, gdy prowadzę samochód i nie mam jak ich zanotować); lista spraw do załatwienia, choć wciąż się skraca, jednocześnie też wciąż się wydłuża - a jednocześnie człowiek nie jest przecież taki, żeby nie pójść w góry, jeśli tylko pozwala na to pogoda. Tym też sposobem minął cały kwiecień i - czego wszyscy jesteśmy świadomi - zaczął się już piąty miesiąc tego roku.
W międzyczasie zdążyłam odwiedzić polską stolicę. Kibicujących mi w dramatycznej historii dowodu osobistego informuję, że urząd stołeczny stanął na wysokości zadania i wyprodukował go na czas - znowu mogę więc być identyfikowana jako Polka. Poza tym Warszawa zaprezentowała wersję Polski w demo, czyli pogoda była cudowna, ciastka od Lukullusa i chleb z Rozbrat20 rewelacyjne, ślub i wesele kumpla nad wyraz udane, a taksówkarze... eee... taksówkarze to już nie była wersja demo (podobnie jak hotel i smog, ale nie bądźmy drob…