środa, 20 września 2017

"Mała zagłada", Anna Janko

Książka jest wstrząsająca. Tym bardziej dlatego, że opisuje drobny przecież wycinek wojennej rzeczywistości - ułamek tej potworności, niemożliwej do ogarnięcia rozumem - zagładę zaledwie jednej wioski. Kilkadziesiąt konkretnych odebranych istnień - a były ich przecież miliony. Rozum, jak zwykle w takich wypadkach, drętwieje na myśl o tym; nawet kilkadziesiąt to zbyt wiele, jedna wieś to zbyt wiele - a setki, tysiące, miliony? W jaki sposób można to sobie wyobrazić, jak pojąć, co właściwie się stało? Jak pokazać te wszystkie indywidualne przecież życia, stare, młode, dziecięce? Czy listą nazwisk? Zapełniłaby wiele tomów - a i tak byłaby przecież niekompletna. Autorka wspomina, że niemowlęce wózki, rekwirowane więźniom w Auschwitz, prowadzono z przechowalni na stację - rzędami po pięć -  przez godzinę. Tylko jeden obóz zagłady. Tylko jedna wieś.
Traf chciał, że przeczytałam tę książkę zaraz po biografii Lema. (Nie raz zaobserwowałam w moim życiu, jak bardzo - choć przecież przypadkowo - elementy następujące łączą się w moim życiu z poprzedzającymi; drobne najczęściej rzeczy, a jednak. Tak było i tym razem). Orliński w wielu miejscach podkreśla, jak bardzo "unde malum" (łac. "skąd bierze się zło") było motorem napędowym prozy Lema. Autorka - dziecko "ocalałej, prowadzonej na rzeź" - wychowana w cieniu tamtej potwornej traumy, wyssawszy ją z mlekiem matki, stawia w swojej książce dokładnie to samo pytanie. W bezradnym braku odpowiedzi na nie, usiłując zrozumieć, na kanwie tragedii ludobójstwa nazistowskiego sięga też po inne, współczesne i znane nam przypadki (Jugosławia, Tutsi i Hutu, Czerwoni Khmerzy). Próbuje szukać odpowiedzi w psychologii - być może tzw. pruski dryl jest odpowiedzialny za konkretny przypadek bestialstwa nazistowskiego... ale co z innymi przypadkami? Innych kultur, innych czasów? To już zresztą sam koniec książki, ześlizgnięcie w to pytanie bez odpowiedzi. Większość napisana została bowiem w celu uwiecznienia tych konkretnych kilkudziesięciu ofiar, zdmuchnięcia z nich pyłu anonimowości statystyki - i zarazem w próbie wyrzucenia z siebie traumy, która położyła się cieniem na całym życiu autorki, mimo iż "tylko" odziedziczona.  
We fragmencie świata, w którym miałam szczęście wyrosnąć i żyć, na tej szerokości i długości geograficznej i w konkretnym odcinku czasowym, wojna jest albo literaturą albo zdjęciami z telewizji. Zardzewiałymi bombami i pociskami, znajdowanymi od czasu do czasu w ziemi (po ilu latach przestaniemy je znajdować? Najwyraźniej siedemdziesiąt to za mało, sto zapewne też... Tysiąc? Albo może nigdy?) A przecież pokolenie, które jej doświadczyło, to ci, których zdążyłam jeszcze poznać - pokolenie rodziców moich rodziców. Tak niewiele czasu, tak bardzo przed chwilą. A przecież hydra znów podnosi głowę - ileż w internecie czy niektórych stacjach telewizyjnych zjadliwego, pełnego nienawiści bełkotu człowieka przeciw człowiekowi; szczucia; nagonki. Mimo tych wszystkich doświadczeń na wyciągnięcie pokoleniowej dłoni, mimo świadectw - tak łatwo jest wzniecać nienawiść.
Obyśmy nie byli następni. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Garść myśli. Niezbyt uczesanych.

Zaniepokojonych brakiem notek zapewniam, że żyję i mam się dobrze, aczkolwiek ostatnio zajęta jestem dość intensywnie życiem pozainternetowym. Prędzej czy później pojawi się pewnie notka, co dokładnie mnie zajmowało i dlaczego, ale nie dziś, jeszcze nie dziś. Dziś tylko garść refleksji i wspomnień.

Ostatnio byłam w Polsce. I jeździłam po niej samochodem, po ponad sześciu latach. Wnioski? Miałam wrażenie, że byłam tam jedyną osobą, przestrzegającą limitów prędkości. Gwoli sprawiedliwości muszę dodać jednak, że miałam również wrażenie, iż naród się zrobił - drogowo przynajmniej - milszy i nie tak agresywny: zdecydowanie mniej trąbienia na siebie nawzajem, a więcej wpuszczania. Chyba że był to przejaw polskiej gościnności, jako że jeździłam samochodem z niepolską rejestracją. Jak by nie było - pozytyw. Okazało się też, że parkingi w centrach handlowych, które ongiś wydawały mi się tak ciasne, dziś (w porównaniu ze szwajcarskimi) są wręcz doskonale szerokie.
Poza tym słuchałam radia. W którym - nie przesadzam - 99% reklam dotyczyło leków lub produktów okołomedycznych. (Pominę to milczeniem). Z pozostałego 1% w prawdziwy stupor wprawiła mnie jednak reklama o treści "Dziś dzieci rządzą w Auchan. W związku z tym... tabletki do zmywarki zaledwie x złotych!!!" No proszę, ledwo człowiek z Polski wyjechał i oto, jakie zmiany kulturowe zaszły! (Tzn. w sumie dalej nie wiem, jakie zaszły: tabletki do zmywarki nową zabawką? Dzieci nowym podręcznym niewolnikiem do obsługi zmywarki? Mamy zbyt dużo dzieci i należy je likwidować, karmiąc tabletkami do zmywarki? Eeee...)

W Warszawie taksówkarz opowiedział mi wstrząsającą i smutną historię swojego szwagra. Który to szwagier, człowiek zdrowy i w kwiecie wieku, posiadający szczęśliwą rodzinę w postaci żony i dwóch malutkich córeczek, wylądował z dnia na dzień na OIOM-ie, w głębokiej śpiączce - z powodu wypadku motocyklowego. Prędkość w chwili wypadku: 40-50 km/h. W chwili, gdy piszę te słowa, człowiek ten prawdopodobnie już nie żyje - ponieważ na konsylium miano potwierdzić decyzję o odłączeniu go od aparatury. Każdego dnia na całym świecie miliony ludzi giną lub są trwale okaleczane w wypadkach drogowych. Miliony ludzi umierają też na skutek chorób związanych z otyłością. A mimo to, gdy wielu z nich trzęsie się ze strachu (co jasno i wyraźnie widać na przykład w internecie), to jest to strach przed terroryzmem. Podczas gdy siedząc za kierownicą beztrosko gapią się w telefon - albo z całkowitym spokojem pożerają kolejnego hamburgera. Wiem, statystyka i rachunek prawdopodobieństwa to tylko nudne matematyczne pojęcia.        

Byłam też nad jeziorami. Tutejszymi. Nad polskim morzem też teoretycznie mogłam, ale nie; pogoda nie rozpieszczała, a marznięcie na plaży nie należy do moich ulubionych zajęć. Na szczęście lato szwajcarskie dostarczyło w tym roku jak należy. A jeziora tu są piękne i czyste; kto widział, ten wie. Miałam również okazję zjechać do jednego z nich z trzydziestometrowej zjeżdżalni, kończącej się uroczą skocznią. Jako zapalona fanka takich zabaw, nie mogłam sobie tego rzecz jasna odmówić. Po zjechaniu natomiast zrozumiałam, dlaczego przy kupnie biletu kazano mi podpisać papierek o tym, że zjazdu dokonuję na własną odpowiedzialność i nie zaciągnę nikogo później przed oblicze stosownego sądu. Otóż przekonałam się na własnej skórze o tym, co omawiano na lekcjach fizyki - a mianowicie, że woda, do której wpada się z dużej wysokości i z dużą prędkością, wykazuje podobne właściwości co beton. Przybranie natomiast odpowiedniej pozycji, gdy leci się w powietrzu, wcale takie proste nie jest. Tym samym zaliczyłam na prawym podudziu największego i najczarniejszego sińca w moim całym życiu. Co oznacza, że miałam dużo szczęścia! Bywały bowiem osoby, które spadały na płask. Lub na twarz...

Gdy byłam w Polsce, akwizytor pewnego banku usiłował (jak mu obowiązek służbowy nakazuje) namówić mnie na skorzystanie ze sprzedawanego przez siebie produktu. W pewnym momencie rozmowy padło z mojej strony stwierdzenie, że "gdy wylatuję do Polski", na co on poprawił mnie "chyba miała na myśli, że gdy pani przylatuje". Otóż nie, nie miałam. Wyloty - to odwiedzanie miejsc obcych. Przyloty zarezerwowane są już od długiego czasu dla Szwajcarii. Tak samo jak delikatne, acz radosne drgnięcie serca, gdy jadąc autostradą, widzę już charakterystyczny kształt pewnej góry. Kształt, który mówi mi, że już za chwilę będę w domu.

piątek, 7 lipca 2017

Miasto cariocas - Rio de Janeiro. (Brazylia, cz. I)

Nie wiem, czy wspominałam już o tym na blogu (zapewne tak), ale jestem istotą bardzo ciepłolubną; o czym wie zresztą doskonale każdy, kto miał ze mną styk. W związku z tym urlop staram się planować w tych miesiącach, gdy w Europie jest zimno, ponuro i szaro. Najgorszym dla mnie miesiącem w roku jest luty - już po świętach, więc nie ma na co czekać (uwielbiam święta), do wiosny daleko... i depresja zimowa uderza z pełną mocą. 
W tym roku jednak udało mi się jej uciec - lecąc na  kontynent, gdzie jeszcze ani razu mnie nie było: czyli do Ameryki Południowej. A konkretnie Brazylii - z pobytem w Rio de Janeiro, Florianopolis oraz Foz do Iguaçu. (Ponieważ niemożliwe jest, by zmieścić kilkutygodniowy pobyt w jednym wpisie, ta notka zawiera obrazki z części pierwszej, czyli Rio).

Kocham latać. (Będzie kiedyś o tym notka typowo grafomańska, mam ją gotową na telefonie, ale, jak widać, jeszcze nie udało mi się jej tu zamieścić). Niewiele momentów w życiu jest dla mnie tak ekscytujących, jak chwila, gdy zasiadam w samolocie i czuję rozkoszny dreszcz na myśl o tym, że już za chwilę rykną silniki, przyspieszenie wciśnie mnie w fotel, a za kilka-kilkanaście godzin naprzemiennego podziwiania krajobrazów w dole i czytania, zobaczę kolejne miejsce z listy tych, które kiedyś były tylko martwym zbiorem liter w podręczniku do geografii. Dodatkowo, jako typowy szczur lądowy*, czuję się zwycięska i triumfująca, gdy morza i oceany przebywam, oglądając je bezpiecznie z góry. (Prawdę mówiąc, wątpię, że zdecydowałabym się na dalekie podróże, gdybym do celu musiała tydzień czy dwa płynąć. Brr. Jeśli chodzi o poruszanie się po powierzchni wody, lubię wyłącznie jachty, przemieszczające się spokojnie i leniwie np. od jednej dużej wyspy do drugiej małej, na krótkie i pozbawione wielkich fal dystanse). 

Lot do Brazylii był dodatkowo przyjemny z dwóch kolejnych względów - po pierwsze, bezpośredni do Rio, co oznaczało, że odpadał jakikolwiek stres o zgubienie bagażu czy zdążenie na przesiadkę, po drugie - jako że po raz pierwszy w życiu dane mi było zakosztować udogodnień klasy biznes. Czyli - w momencie gdy klasa ekonomiczna dopiero wsiadała do samolotu - ja już rozpierałam się na siedzeniu z kieliszkiem prosecco w dłoni, a nogami wyciągniętymi wygodnie na całą ich długość. (Przyjemność ta nie była wszelako tak duża, żeby przekonać mnie do nabycia w przyszłości biletów do klasy biznes po cenie tzw. normalnej, zwłaszcza że słowo "normalne" jest w tym kontekście, hm, pewnym nadużyciem).

Dziesięć godzin minęło szybko - a potem było już Rio. Nagle, znikąd - błękitny jedwab oceanu ustąpił miejsca niekończącemu się morzu budynków. Wylądowaliśmy. Chłód samolotu i lotniskowej klimatyzacji zniknął, zastąpiony wonną, ciepłą wilgocią. (Za chwilę niestety powrócił w postaci klimatyzacji w taksówce - niemniej, mimo że angielski zdecydowanie nie jest w Brazylii praktycznym językiem do porozumiewania się, miałam szczęście - taksówkarz pojął, czego oczekuję i przykręcił klimę, śmiejąc się zarazem z idei, że komuś może być za zimno. Pff). 

I oto...

...jedna z najsłynniejszych plaż świata - Copacabana. Tuż obok równie piękna Ipanema. Połacie złocistego piasku i potężne fale oceanu. Zbyt silne, by wypłynąć gdzieś dalej od brzegu - za to temperatura wody i powietrza sprawia, że skakać i nurkować w falach można cały dzień. Tuż obok - miasto, w tle - wzgórza, wyspy, wysepki. 


Na plaży (jak się później okaże, dotyczy to całej Brazylii) brak tradycyjnych leżakołóżek - dostępne są wyłącznie leżakokrzesła. Tu bowiem tylko turyści śpią w słońcu - Brazylijczycy siedzą, grono rodziny i przyjaciół, gwar rozmów, caipirinha. 


Po plażach krążą sprzedawcy: oferują wodę i alkohol; owoce i świeżo wyciskane soki owocowe; lody; churros, które - w przeciwieństwie do tych sprzedawanych w Europie - tu są sprzedawane pojedynczo: grube i nadziewane, np. Nutellą czy kajmakiem; różne rodzaje popularnych tu ciastek, m.in. tradycyjne Globo; smażone/grillowane mięso/kiełbasę/owoce morza (!), grillowane sery (!!!)**, stroje kąpielowe, pareo i kapelusze, filtry i okulary przeciwsłoneczne, biżuterię... cokolwiek jest Ci potrzebne, nie musisz ruszać się z miejsca - za moment z pewnością w zasięgu wzroku pojawi się osoba, która to sprzedaje. Na plaży wypożyczyć można też w wielu miejscach parasole - są tu one niezbędne, jeśli pragnie się choćby skrawka cienia.


...ogród botaniczny. Tysiące różnych gatunków drzew, krzewów i kwiatów - imponująca kolekcja kaktusów i sukulentów, ogromne palmy, leżące tu i ówdzie owoce chlebowca. 


Wielkie kwiaty i liście; rosnące na świeżym powietrzu rośliny, znane w Europie wyłącznie w wersji doniczkowej. Jaszczurki, brązowe wiewiórki z nad wyraz puszystymi ogonami, motyle - od całkiem malutkich po takie wielkości dwóch złożonych dłoni; we wszystkich barwach tęczy. Srogie, poważne chrząszcze. 


...góry: Corcovado i Głowa Cukru. Obydwie oferują cudowne widoki. Na tę pierwszą, z gigantycznym pomnikiem Chrystusa Zbawiciela (Christo Redemptor), wjechać można kolejką szynową. Zupełnym przypadkiem mamy świetny timing: docieramy, kupujemy bilety i za chwilę już wsiadamy. Przy pomniku wraz z nami tłum - czyli pozostali pasażerowie kolejki. Na szczęście większość osób cyka tylko pospieszne zdjęcia i znika, toteż za jakieś dwadzieścia minut robi się przyjemnie pustawo. Tu i ówdzie porozkładane są maty do położenia się - z pozycji stojącej nie sposób bowiem zmieścić na zdjęciu cały pomnik. Chłonę widoki, zastanawiając się, w którą stronę patrzeć - wszędzie jest pięknie...




Góra druga - czyli Głowa Cukru. Na tę wjeżdża z kolei kolejka linowa (notabene wykonana przez szwajcarską firmę Frey AG Stans, która produkuje większość kolejek w Szwajcarii; dodatkowym szwajcarskim akcentem jest możliwość zakupu "brazylijskiej" wersji scyzoryka Victorinox). Szczyty są tak naprawdę dwa - by dostać się na drugi, trzeba znów wsiąść w kolejkę. 



Na pierwszej górze jest ścieżka, pozwalająca na dłuższy spacer poprzez las bambusowy; docieramy nią do niewielkiego, prawie pustego baru ze słonecznym tarasem. Spontanicznie decydujemy się tam przysiąść na dłuższą chwilę. Widok zapiera dech w piersi. Sączę leniwie drinka i myślę o tym, jak bardzo kocham to w podróżach - brak pośpiechu, napiętego grafiku; możliwość dysponowania czasem zupełnie swobodnie i robienia tego, na co ma się w tej chwili ochotę. Na przykład wpatrywania się w ocean... Zostajemy na Górze Cukrowej aż do zachodu słońca - obserwujemy go z niewielkiego balkoniku restauracji, znajdującej się tuż przy stacji kolejki. 




...park narodowy Tijuca. Fragment lasu tropikalnego w środku miasta - podobnego największego takiego na świecie. Lekce sobie ważąc ostrzeżenia o tym, że iść powinno się w większej grupie, a najlepiej wynająć przewodnika, idziemy sami. Zorganizowane grupki turystów trzymają się blisko biegnącej przez park asfaltowej drogi (a przewodnicy nieustannie ponaglają biedaków do pośpiechu), toteż - gdy skręcamy w głąb lasu - szybko znikają nam z oczu. 



W ciągu kolejnych godzin napotkamy jedną tylko osobę - przemiłego Brazylijczyka o imieniu Rodrigo. Znajomość zadzierzgamy na wyjątkowo trudnym fragmencie szlaku - gdzie spontanicznie oferuje nam pomoc we wspinaczce. Wspólnie zdobywamy szczyt góry i rozkoszujemy się widokiem. Rodrigo zna po angielsku tylko parę słów, nie mówi też po niemiecku, francusku ani - rzecz jasna - polsku, my zaś nie mówimy po portugalsku - ale nie przeszkadza nam to w osiągnięciu porozumienia. Dzielimy się jedzeniem, a później przez kolejnych parę godzin wędrujemy razem, zdobywając kolejne szczyty. Zabiera nas również na ukryty w środku lasu porzucony most-taras, z którego rozciąga się piękny widok na Rio. Od czasu do czasu wskazuje nam pewne rośliny, zwierzęta (ostronosy, aguti) czy insekty; niektóre z nich ciężko byłoby nam samodzielnie zauważyć. Rodrigo ma w planach zdobycie wszystkich szczytów Tijuca, toteż w pewnym momencie żegnamy się i udajemy w kierunku wodospadów oraz pochłoniętych przez dżunglę ruin. W paru spośród wodospadów, które miniemy, można się kąpać - jest to prawdziwa przyjemność, biorąc pod uwagę wysoką temperaturę. 



Na wędrówce po lesie i górach spędzamy calutki dzień - gdy w końcu docieramy do wyjścia, jesteśmy tak zmęczeni, że w taksówce milczymy. W lusterku wstecznym widzę, że taksówkarz spogląda na nas co jakiś czas, wydaje się zatroskany. W końcu gdzieś dzwoni, rozmawia przez chwilę i podaje mi telefon. W słuchawce odzywa się kobiecy głos, mówiący łamanym angielskim. Jak się okazuje, jest to żona taksówkarza. On sam nie mówi po angielsku, uznał natomiast nasze milczenie i brak uśmiechu za wyraz przerażenia, że zostaliśmy przez niego porwani - toteż zadzwonił do żony, by wyjaśniła nam, że absolutnie nic takiego nie ma miejsca i nie musimy się martwić, jest uczciwym człowiekiem. Gdy słucham tych wyjaśnień, sama nie wiem, czy bardziej chce mi się śmiać, czy jestem rozczulona. 

Tijuca to nasz ostatni dzień w Rio - kolejnego lecimy na wyspę Florianopolis.






* co mi przypomina, że niedawno nauczyłam się, iż odpowiednikiem "wilka morskiego" w niemieckim jest Seebär - "niedźwiedź morski"

** sprzedawcy mają je ze sobą w postaci surowej i grillują przy sprzedaży, na noszonym ze sobą mini-grillu - dostaje się potem taki ciepły ser, wbity na patyk

piątek, 30 czerwca 2017

Motoryzacyjnie.

Dla tych, co tl;dr - ja vs samochód, historia prawdziwa. 

Moja historia, związana z prowadzeniem pojazdów typu samochód jest długa - i gdyby miała konto na Facebooku, niewątpliwie musiałybyśmy ustawić status relacji na "to skomplikowane". 

Większość osób z mojego otoczenia zdała prawo jazdy w wieku lat szesnastu, tuż przed lub po tym fakcie rozpoczynając regularną jazdę i ćwicząc tym samym na co dzień świeżo nabyte umiejętności. Ja zaś żyłam sobie w wersji "jestem dzieckiem", czyli wożona od czasu do czasu tu i tam - wkrótce zaś potem "wybyta" na studia, daleko od domu rodzinnego. Tym samym woziłam się już sama - komunikacją miejską. Nie było niestety opcji, by ktoś kupił mi samochód, sama również nie miałam na to środków - kwestia posiadania prawa jazdy nie zaprzątała mi zatem zbytnio głowy.  

Nadszedł wszakże moment w moim życiu, gdy odpowiednie władze zadecydowały, że dziś co prawda jeszcze kurs prawa jazdy kosztuje x, wszelako od dnia n, w związku z nowymi i błyskotliwymi reformami, kosztować będzie dwukrotność tej sumy. Poruszyło mnie to do głębi i pomyślałam sobie "ha! płacić dwa razy więcej za to samo, o nie, nie ze mną te numery!" Przedstawiwszy swoje rozumowanie rodzicom, uzyskałam niezbędne na opłacenie kursu środki, zaciągnęłam na kurs jedną ze studyjnych koleżanek i oto zaczynała się otwierać przed nami droga jasna i świetlista... a przynajmniej tak się wówczas wydawało. O ile bowiem kształcenie teoretyczne-praktyczne przebiegało z sukcesami, uzyskiwałam pochwały od instruktorów, a zarówno manewry na placu, jak i jazda po mieście nie przedstawiały sobą żadnego kłopotu, ba! szczerze to lubiłam, o tyle dzień egzaminu praktycznego zweryfikował wszystko. Dość powiedzieć, że z całej grupy oczekującej tego dnia na pierwszy w życiu egzamin na prawo jazdy zdała jedna, jedyna osoba. I nie byłam to ja. 

(Pamiętam zresztą młodzieńca, który zdał, dość dobrze - bo jako jedyny trzymał się z dala od reszty z nas, popatrując li tylko od czasu do czasu z drwiącym i pełnym wyższości uśmieszkiem. Sam zdenerwowania nie okazywał w ogóle; być może wiedział już, że zda - nie od dziś wiadomo bowiem, że są równi i równiejsi. Szeptano też w kuluarach, że w owym czasie, gdy tyle osób prawa jazdy w Gdańsku nie zdawało, PORD szykował się do zakupu autobusu egzaminacyjnego. Ale, oczywiście, być może, że wszystko to były plotki, rozpuszczane przez ludzi do szczętu złych i do głębi niesprawiedliwych, nie mówię, że nie).

Jak było tak było, w efekcie jednak otrzymanie dokumentu uprawniającego do prowadzenia pojazdów kategorii B kosztowało zarówno koleżankę, jak i mnie przysłowiową krew, pot i łzy. (W tym miejscu mogłabym wstawić jeszcze mnóstwo uroczych anegdotek zarówno o podjeździe, na którym znajdował się plac manewrowy, jak i dzielnicy, w której egzamin się odbywał; na podejściu egzaminatorów kończąc - ale, powodowana lenistwem, nie zrobię tego; zresztą ci, którzy podobne przejścia mieli, wiedzą doskonale o czym mowa, ci zaś, którzy nie, i tak wywracają w tym miejscu oczami, a ich myśli szybują wzgardliwie w rejony przysłów związanych z baletnicami). 

W tym  miejscu muszę Państwu wyznać, że zdawałam w życiu swym egzaminów bardzo wiele, na jednych studiach, na drugich studiach, tu gdzieś certyfikat w pracy, tam jakiś certyfikat językowy... i tylko jeden jedyny PORD zdołał w finale wycisnąć ze mnie łzy szczęścia, że oto! wreszcie się udało. (Najwidoczniej uczelnie starały się za słabo, politechnika doprowadziła co prawda do skoków i okrzyków szczęścia po zaliczeniu tak wdzięcznych przedmiotów jak matematyka dyskretna i podstawy teorii obliczeń, ale, bądźmy szczerzy, cóż to jest w porównaniu z zalaniem się łzami?) 

Niemniej koniec końców trzymałam oto w ręku upragniony dokument! Trzymałam - po czym został wsunięty do portfela, gdzie przeleżał bezużyteczny kolejnych kilka lat. Przypominam bowiem, że samochodu nie miałam. (Po drodze zdarzył się co prawda jeden dzień, gdy - starając się o pracę, do której wymagano posiadania prawa jazdy - odświeżałam umiejętności w vanie kolegi, ale koniec końców nawet nie odpisano mi na CV. A jeden dzień, cóż, niewiele dodał mi do doświadczenia w byciu kierowcą - nie licząc wspomnień, jak fajnie patrzy się z góry na większość użytkowników drogi. Przyjemność ta nie była jednak tak wielka, żebym rozważyła zrobienie prawa jazdy kategorii C).

Parę lat minęło. W międzyczasie w życiu moim osobistym zadziało się tak, że los postanowił uchronić mnie od marznięcia na przystankach, w oczekiwaniu na wiecznie spóźniający się autobus - i oto mogłam zacząć dojeżdżać do pracy samochodem mojego ówczesnego chłopaka. Jako że PORD, mimo wszelkich starań, nie zdołał zabić we mnie przyjemności z prowadzenia samochodu, cieszyłam się bardzo. I tak sobie jeździłam, czas dość krótki, może miesiąc, może dwa. Żyłam wtedy w silnym stresie, co objawiało się m.in. problemami z koncentracją. Fatalna rzecz za kierownicą. Zwłaszcza gdy się człowiek zamyśli, stojąc na połączeniu między dwoma pasami i czekając na możliwość włączenia się do ruchu... i zapomni, że ściśle tuż obok - tyle że skierowany w drugą stronę - stoi inny samochód. I wtedy taki zamyślony człowiek może nagle ze wstrząsem usłyszeć zgrzyt, gdy uszkadza komuś czujniki parkowania. 

Powiecie - żaden dramat, nie wypadek przecież, drobna stłuczka. Dobrzy ludzie (a konkretnie człowiek L., pamiętam!) poratowali mnie wtedy nawet namiarami na warsztat, który dokonał napraw ww. czujników za bardzo rozsądną cenę (nie było bowiem opcji, by skorzystać z ubezpieczenia, które mogłoby to pokryć). Szybko jednak okazało się, że ta drobna stłuczka, gdy prowadziłam samochód nienależący do mnie, a finanse moje były w stanie nieprzewidującym kilkusetzłotowych wydatków na naprawy cudzych samochodów, zaowocowała traumusią.

Od tego momentu bowiem, gdy tylko usiadłam za kierownicą, przyjemności z prowadzenia auta już nie było. W zamian sztywniały mi wszystkie mięśnie, pociły się dłonie, a serce szybko waliło - i nijak nie mogłam przetłumaczyć własnemu ciału, że to drobiazg był, nic wielkiego, nic się przecież nie stało; o co ci, do cholery, chodzi! Owszem, prowadziłam jeszcze jakiś miesiąc-dwa samochód regularnie, później zaś - po wyjeździe do Szwajcarii - przez parę kolejnych miesięcy bardzo okazjonalnie. Wreszcie opcja "auto" po raz wtóry na parę lat zniknęła z mojego życia. Nie brakowało mi jej. Zbiorkom w mieście, gdzie zamieszkałam - w przeciwieństwie do polskiego - był bez zarzutu. Samochód bywał mi potrzebny bardzo rzadko i jeśli już, wówczas po prostu wozili mnie inni (głównie taksówkarze).

Czas płynął, w życiu prywatnym pojawiła mi się ponownie opcja prowadzenia auta, wybierałam jednak głównie bycie pasażerką. Echo traumusi wciąż tkwiło w umyśle i miało się dobrze. A. nie naciskał, służąc mi na każde zawołanie jako kierowca,  sugerował jednak od czasu do czasu, że może spróbowałabym się przełamać. Zawsze jednak pojawiała się wymówka a, wymówka b, wymówka c... gdy tymczasem paraliżował mnie nieuzasadniony lęk. (Owszem, prowadziłam czasami, ale zawsze z A. siedzącym obok, jakby samą swoją obecnością mógł uchronić mnie od wypadku. Wot, myślenie magiczne).  

W końcu podjęłam decyzję. Nie zaopatrzyłam się w bilet miesięczny. W zamyśle w dniu zero podjechać miałam tuż obok, na wizytę lekarską, po czym udać się do pracy. Los jednak chciał inaczej. Okazało się otóż, że wizyta jest w... szpitalu nazywającym się tak samo, ale położonym w innej miejscowości. (Tak, było to napisane w stosownym papierku. Nie, nie zauważyłam tego). Gdy recepcjonistka w niewłaściwym szpitalu spytała, czy jestem samochodem, prawdomównie przytaknęłam - by za chwilę usłyszeć, że w tym właściwym zaczekają na mnie, ale mam wsiadać w auto i jechać tam, już, zaraz. Pół godziny dalej, autostradą, inne miasto. 

Wsiadłam. I pojechałam. Całkiem sama, po raz pierwszy od kilku lat. Spanikowana tak, że poleciało kilka łez. Nie, nie spowodowałam żadnego wypadku, stłuczki ani nawet niebezpiecznej sytuacji na drodze. Dotarłam cało i na czas, nie myląc drogi, zaparkowałam bez zarzutu, z przejęcia gubiąc jedynie kartę parkingową. (Znalazłam ją po półgodzinnych późniejszych poszukiwaniach pod samochodem - to nauczyło mnie myśleć o tym, co z nią robię i dokąd chowam).

Od tego czasu prowadzę regularnie. Codziennie do pracy, bardzo często do innych miast czy gdzieś w góry. Przejechałam w tym czasie setki kilometrów. Wyćwiczyłam odruchy. Wyćwiczyłam umiejętności parkowania (choć wciąż nie zawsze umiem zaparkować od jednego razu oraz mam problemy z parkowaniem równoległym). Nauczyłam się wymijania w tunelach, które początkowo napawało mnie panicznym strachem. Jakiekolwiek fizyczne objawy zdenerwowania, które miałam na skutek traumusi - rozpłynęły się w niebycie. Lęk zniknął. Ba, nie tylko zniknął - po paru miesiącach powróciła, dawno zapomniana, przyjemność z prowadzenia samochodu.

Dziś, jak kiedyś, dawno temu - znów lubię jeździć. Za kierownicą czuję się odprężona. No, w miarę - żywię bowiem nader ograniczone zaufanie do innych użytkowników drogi. (Co prawda Szwajcarzy jeżdżą dobrze, ryzykowne sytuacje zdarzają się rzadko - najczęstszym grzechem jest brak migacza przy zmianie pasa na autostradzie - jednak licho nie śpi). Lubię samotne trasy (byle nie za długie, bo zaczynam się nudzić - godzina to tak akurat) i śpiew razem z radiem. A., określając mój styl prowadzenia, używa niemieckiego słowa "Bleifuss" (dosł. ołowiana stopa) - w czasie jazdy autostradą należę bowiem głównie do wymijających, nie wymijanych oraz, co wyznaję ze wstydem, zdarza mi się przekraczać dozwoloną prędkość. (Acz staram się pilnować - kary w Szwajcarii są wysokie, z odebraniem prawa jazdy włącznie. W związku z czym zawsze dziwi mnie widok tych, którzy - gdy ja jadę 123 przy dozwolonym 120 - wymijają mnie ze świstem i znikają w oddali. Ale wiadomo, zaglądanie komuś do portfela jest niegrzeczne - jeśli ktoś lubi wydawać swoje pieniądze na mandaty, jestem ostatnią osobą, która chciałaby tego zabronić. Tak poza tym, to trochę ich rozumiem. Też uwielbiam ten moment, gdy wciskam pedał gazu do dechy i słyszę ryk silnika...)
Zwykle jestem też tu pierwszą osobą ruszającą na zielonym świetle (w Polsce umiejętność ta wpajana jest bowiem uczącemu się bardzo szybko, przy wydatnej pomocy klaksonów współużytkowników drogi). 

Dużo mówi się o wartości przełamywania lęku. Nie twierdzę, że jest to zawsze możliwe. Nie wiem, jak byłoby to u mnie, gdybym brała udział na przykład w wypadku, zamiast drobnej stłuczce. Każdy zresztą ma inną wrażliwość. Niemniej, na podstawie własnych doświadczeń, twierdzę, że warto jest spróbować. I że jest pewna prawda - zarówno bardziej dosłowna, jak i ta metaforyczna - w powiedzeniu: "rób to, czego się boisz".

wtorek, 13 czerwca 2017

Alpy. I więcej nic.

Dla tych, co tl;dr - o tym, co kocham, czyli o górach.


Z pewnym zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że nigdy nie poświęciłam żadnej notki aktywności, którą uwielbiam i która stanowi znaczną część mojego życia w Szwajcarii - a mianowicie chodzeniu po górach. Gdy tylko pogoda dopisuje, spędzam na wędrówkach praktycznie każdy dzień wolny. (Skalę zjawiska być może zilustruje fakt, że minęło ponad pięć lat, a ja nadal tak samo cieszę się i wyczekuję na każdy słoneczny weekend. To musi być miłość...)



Nie jest oczywiście możliwe, żebym opisała każde z miejsc, jakie odwiedziłam w ciągu ostatnich pięciu lat; a to z prostego powodu - są ich setki. Należę do osób, które w restauracji czy barze zamawiają przede wszystkim te rzeczy, których jeszcze nie znają, jeśli tylko są takie w menu - i ta sama tendencja widoczna jest w innych aspektach mojego życia, na przykład właśnie wycieczkach górskich. Wpływ na wybór miejsca ma również pogoda - niejednokrotnie jeździłam na drugi koniec Szwajcarii właśnie dlatego, że tylko tam miało być słonecznie. Tym sposobem zdążyłam odwiedzić już każdy kanton, w którym znajdują się góry.


Prócz tego, jako zapalona fanka kolejek linowych i szynowych, postawiłam sobie za cel skorzystanie przynajmniej raz z każdej takiej kolejki w Szwajcarii (listy można znaleźć np. tu i tu, nie wiem, na ile się pokrywają - noszę się z zamiarem połączenia ich). Kolejki bywają tu bardzo różne - od tradycyjnych krzesełkowych, po rozmaite gondolowe - maleńkie i duże, staromodne i zupełnie nowe, "kabrioletowe" (bez połowy ścian lub z możliwością wejścia na dach) i obrotowe... Najbardziej lubię te maleńkie, samoobsługowe - jeżdżą 24h/dobę i zazwyczaj nie ma do nich żadnych... kolejek.


Istnieje natomiast wspólny mianownik wszystkich miejsc, w jakich tu byłam - a mianowicie wszędzie jest pięknie. Obojętnie, czy przyjeżdżacie do Szwajcarii na urlop, czy tu mieszkacie, niezależnie, jakim zapasem gotówki dysponujecie (najsłynniejsze miejsca turystyczne są niestety drogie lub bardzo drogie; najdroższym jest Jungfraujoch, gdzie wjechać można wyłącznie pociągiem, a cena biletu za 1 osobę to ok. 200 CHF) - jeśli tylko jest piękna pogoda, na jakikolwiek szlak się nie wybierzecie, ręczę, że nie będziecie rozczarowani.


Oznakowane szlaki szwajcarskie (w górach i dolinach, tzw. Wanderweg) to ok. 65 tys. kilometrów, można więc wybierać i przebierać! Są takie odpowiednie dla ludzi z bardzo dobrą kondycją i dla "niedzielnych" turystów; dla ludzi z dziećmi w wózkach i z nieco starszymi; na najróżniejszej wysokości (co pozwala np. zakosztować zimy w lecie, jeśli ktoś ma takie pragnienie), biegnące przez kompletne pustkowia (to rzadkość) lub poprzez pastwiska krów i gospodarstwa górskie (gdzie często nabyć można swojskie sery i kiełbasę), w pobliżu jezior, rzek i wodospadów...


 Godnymi polecenia serwisami, z których czasem korzystam przy planowaniu wycieczek, są ten oraz ten. Mają one dobre wyszukiwarki, pozwalające wybrać np. trasy letnie czy zimowe, poziom trudności i wiele innych zmiennych. Poza tym każdy kanton/gmina drukuje bezpłatne ulotki i mapy dla turystów - można je znaleźć w informacji w danym mieście, na dworcach i przy kasach kolejek. Zazwyczaj drukowane są osobno mapy/przewodniki zimowe oraz letnie (sezon zimowy w Alpach - zależnie od wysokości - trwa mniej więcej od końca października do maja).


Na prawie wszystkich szlakach można też liczyć na to, że po drodze będzie co najmniej jedna restauracja. (Uwaga, w kwietniu i w maju, czyli w tzw. międzysezonie sporo restauracji jest zamkniętych; to samo zresztą tyczy się kolejek). W większości z nich jedzenie jest dobre lub bardzo dobre; wyjątkiem są zazwyczaj te samoobsługowe. W części francuskojęzycznej trzeba też niestety pamiętać, że ciepłe jedzenie (lub jakiekolwiek jedzenie w ogóle) serwowane jest, modą francuską, li tylko w określonych godzinach. (W kantonach francusko- i włoskojęzycznych mam też negatywne doświadczenia z obsługą - jest najczęściej baaaardzo powolna, nierzadko też niezbyt miła).


W słynnych miejscach turystycznych (np. Jungfraujoch czy obrotowa restauracja Piz Gloria na Schilthornie, filmowana w którymś z Bondów) warto wcześniej zarezerwować stolik, bo obłożenie bywa znaczne. Warto też pamiętać o takiej oczywistości, jak sprawdzenie temperatury w miejscu, do którego się wybieramy - i zabranie odpowiednich ubrań/butów, bo może się okazać, że szorty i krótki rękaw, dobre u stóp góry, gdzie w gorącym sierpniowym słońcu jest +30, słabo sprawdzą się na trzech tysiącach metrów, gdzie jest +2. (Oczywistości typu okulary przeciwsłoneczne, krem z mocnym filtrem czy nakrycie głowy są jasne chyba dla każdego).


Jeżeli mamy szczęście, możemy napotkać w Alpach ich stałych lokatorów (i nie mam tu na myśli krów, kóz ani owiec, których całe stada pasą się dosłownie wszędzie, a dźwięk ich dzwonków natychmiastowo przywodzi mi na myśl słoneczny letni dzień w górach...) Z moich doświadczeń wynika, że najłatwiejsze jest to w Wallis. Do tej pory udało mi się zobaczyć borsuka, kozice górskie, zająca śnieżnego, świstaki oraz orła (a także oczywiście sarny, jelenie, zaskrońce i setki jaszczurek...)  

O ile góry kocham o każdej porze roku, mój ulubiony sezon rozpoczął się właśnie teraz - łąki pełne kwiatów, pierwsze poziomki, dłuuugie dni i mnóstwo słońca...    





poniedziałek, 12 czerwca 2017

Słów kilka o przygodach w kraju ojczystym.

Jako że A. parę miesięcy temu zadał mi pewne ważne pytanie, a ja udzieliłam na to pytanie odpowiedzi pozytywnej, planuję wkrótce zmienić tak zwany stan cywilny. Ponieważ odbędzie się to w Szwajcarii, tym samym miałam okazję zapoznać się z wymaganiami, które trzeba spełnić, aby zmiana ww. stanu stała się prawnie możliwa. (Rozpatrywany przypadek dotyczy ślubu Szwajcara i Polki, nie mam pojęcia, jak wygląda to przy innych kombi- - nomen omen - nacjach).

Otóż, co zapewne nikogo nie zdziwi, najpierw zgromadzić należy kilka papierów. W przypadku moim, czyli cudzoziemki, konkretnie są to: dowód osobisty lub paszport, poświadczający obywatelstwo (w przypadku posiadania kilku obywatelstw, jeśli chcemy mieć informację o nich w ślubnych papierach, trzeba posiadać odpowiednio kilka dowodów lub paszportów; jeśli takiej informacji nie chcemy, w zupełności wystarczy jeden); kopia permitu; odpis zupełny aktu urodzenia oraz jego tłumaczenie przysięgłe, a także zaświadczenie o stanie cywilnym lub zaświadczenie o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego (w obydwu przypadkach potrzebujemy również tłumaczenia przysięgłego). 

Jako że od momentu, gdy kierownik biura paszportowego w Gdańsku (nie pozdrawiam) odmówił mi parę lat temu przyjęcia wniosku o paszport - łamiąc zarazem prawo, ale któż by tam dbał o takie drobiazgi - bujałam się po świecie bez jakichkolwiek ważnych polskich dokumentów, stanęłam przed koniecznością wyrobienia sobie polskiego dowodu osobistego.
Szczęśliwie złożyło się tak, że kilka miesięcy wcześniej, podczas pobytu w Polsce, założyłam i uwierzytelniłam sobie konto ePUAP - myśląc, że może kiedyś podejmę znów kolejną próbę zdobycia jakichś polskich dokumentów... i że lepiej byłoby wówczas przy składaniu wniosku mieć kontakt z czymś, co w imię bezinteresownej nienawiści bliźniego prawa nie łamie; na przykład własnym laptopem.

Złożyłam zatem wniosek o dowód osobisty przy pomocy systemu ePUAP, uczyniwszy to z rozsądnym ponad trzydziestodniowym wyprzedzeniem, by nikt nie mógł na przykład rzec mi później z triumfującym uśmieszkiem, że nie było na wyrobienie dokumentu dość czasu. Z duszą na ramieniu oczekiwałam jeszcze, czy zeskanowane zdjęcie biometryczne jest aby na pewno zeskanowane prawidłowo (podane są bowiem jedynie wymagane jego wymiary minimalne), ale tadam! wniosek został przyjęty, ba, podano mi nawet przewidywaną datę odbioru dowodu! (Data przewidywana zmienia się w pewnej chwili w datę ustaloną, ale by tę móc sobie później sprawdzić, trzeba posiadać numer wniosku, którego to numeru mimo żmudnych i drobiazgowych poszukiwań oraz bezproblemowego władania językiem polskim nie udało mi się znaleźć ani na moim elektronicznym wniosku, ani na urzędowej odpowiedzi na tenże. Ale nie bądźmy drobiazgowi, wniosek został przyjęty, było to - prawdę mówiąc - dużo więcej niż oczekiwałam!)

O załatwienie dwóch pozostałych dokumentów chciał zatroszczyć się mój tata, jednak w urzędzie uświadomiono go natychmiast, iż o ile może pobrać dla mnie odpis zupełny aktu urodzenia, o tyle po zaświadczenie o stanie cywilnym zjawić muszę się osobiście. Wiadomo, polska legislatura szacuje wysoko kontakty międzyludzkie i nie uważa za stosowne, by urzędnicy i petenci pozbawieni zostali tak cenionej przez obie strony rozkoszy obcowania ze sobą, toteż takie bezduszne zwyczaje, jak w niehumanitarnej Szwajcarii, gdzie praktycznie wszystkie dokumenty, z dowodem włącznie, można wysłać pocztą do domu delikwenta, nie wchodzą w grę.

Ale dość tych peanów, wracajmy do meritum. W czwartek, gdy przylatywałam do Polski, urząd miejski w Gdańsku czynny był do szesnastej, a przynajmniej taka oficjalna informacja widniała na jego stronie internetowej. Ze względu na spóźnienie samolotu, do urzędu dotarłam za trzynaście czwarta. Z działu odpowiedzialnego za dowody osobiste wyszłam z nowym dowodem w ręku za sześć czwarta; minutę zajęło mi dobiegnięcie na piętro, zajmowane przez urząd stanu cywilnego. Lecz niestety! Przyzwyczajona do szwajcarskiej pedanterii, w myśl której koniec pracy o szesnastej oznacza koniec pracy o szesnastej, nie pomyślałam, że za pięć szesnasta maszyna do wydawania numerków petentom będzie już chytrze wyłączona. Usiłując do ostatniej chwili walczyć z losem, nieśmiało zapukałam do właściwych drzwi i przedstawiłam pokorną prośbę, czy mogłabym może jednak jeszcze... Pani urzędniczki na mój widok skrzywiły z niechęcią usta i rzekły, iż komputery są już wyłączone i wszystko wylogowane i w ogóle to mogłam była zadzwonić wcześniej i uprzedzić, że, ale skoro nie zadzwoniłam, to. (Ano nie zadzwoniłam, myślałam, że szesnasta oznacza szesnastą, mój błąd). Łaskawie zasugerowano mi przyjście następnego dnia rano - przed ósmą! (Urząd czynny jest oficjalnie od ósmej). Cóż było robić, są chwile, gdy nawet ja wiem, że sytuacja jest stracona. Pożegnałam się uprzejmie; i wróciłam dnia następnego.

Dnia następnego zaś maszyna do wydawania numerków była już co prawda włączona, jednakowoż numerki nad drzwiami tkwiły uparcie na pozycjach startowych i nie chciały się zmieniać. By nie myśleć o tym, jak bardzo się spieszę, studiowałam ogłoszenia i obwieszczenia, znajdujące się w wiszącej przede mną gablotce. I wtem! doczytałam oto, że po uprzednim umówieniu telefonicznym lub internetowym można wejść bez kolejki! Moje umówienie było co prawda osobiste, nie telefoniczne lub internetowe, niemniej jednak natychmiast ochoczo wtargnęłam do gabinetu (odkrywając zarazem, że w środku nie było żadnego petenta, zatem moje oczekiwanie, aż ktoś z wytęsknionego pokoju wyjdzie, mogło trwać w tych warunkach do szesna... przepraszam, do za pięć szesnasta). Pani urzędniczka jednak rozpoznała mnie, prawie się uśmiechnęła na mój widok - a co najważniejsze, miała wszystko potrzebne w systemie, więc już po kilku minutach trzymałam w ręku upragnione zaświadczenie o stanie cywilnym!

Kwestia przetłumaczenia go jest już niewarta wzmianki; tłumacz był co prawda człowiekiem wysoce oryginalnym, jednakowoż robotę wykonał rzetelnie i w zapowiedzianym czasie pięciu minut, a i stawka była dużo mniejsza, niż oczekiwałam (trzydzieści parę złotych). Tym samym mogliśmy złożyć w szwajcarskim urzędzie komplet dokumentów (uzupełniony o wniosek o zawarcie ślubu, do wydrukowania z internetu - i kopię paszportu A.; kopie dokumentów wykonywane są w urzędzie stanu cywilnego, nie trzeba przygotowywać ich wcześniej) - ja zaś, rozochocona niebywałymi sukcesami odniesionymi w polskich urzędach, poważnie myślę o kolejnym podejściu do złożenia wniosku o polski paszport.  

poniedziałek, 1 maja 2017

Notka bez tytułu.

Ostatnio pisanie mi nie idzie. Cokolwiek nie napiszę, zaraz wykasowuję. Nie bardzo czuję się na siłach przekazywać jakikolwiek sensowny komunikat i nie bardzo też wiem, czego miałby on dotyczyć. Rzeczywistość bowiem wygląda tak, że praca-dom, praca-dom... weekend (jeśli tylko pogoda pozwala, to zazwyczaj w górach) - i apiać od nowa. Nie, nie narzekam - wprost przeciwnie, uznaję mądrość chińskiego przekleństwa "obyś żył w ciekawych czasach" i gdybym się kiedykolwiek do jakiegokolwiek bóstwa modliła, to właśnie o to, aby czasy były nudne, spokojne i bezpieczne. 
Nie czytam serwisów newsowych; to zaś, co przecieknie na Twitterze - starannie wypieram. I jakoś to idzie, do przodu, pod moim komfortowym i niewielkim, ściśle (prawie!...) przylegającym kloszem. Tymczasem kruche, a bliskie mi wszechświaty tuż obok doznają straszliwych wstrząsów; jestem bezradna, gdyż w obliczu pewnych zdarzeń mogę dokładnie nic. Staram się z tą myślą oswoić, ale z urodzenia i charakteru jestem buntowniczką; i nawet jeśli jest to bunt sensu jakiegokolwiek pozbawiony, to wyzbycie się go nie przychodzi łatwo; a i tak zostaje gorzki posmak na języku. 
Pielęgnuję mniej lub bardziej pracowicie rzeczywistość wokół, siłuję się na rękę z losem, z niechęcią ulepszam, z oporem poprawiam, bo zmęczenie, zmęczenie... ale jednak - do przodu. Chodzę po górach (zapadając się w kwietniowym śniegu po biodra - dosłownie, nie metaforycznie), oddycham głęboko, przytulam mocno. Myślę o tym, jakie mam szczęście.