wtorek, 13 czerwca 2017

Alpy. I więcej nic.

Dla tych, co tl;dr - o tym, co kocham, czyli o górach.


Z pewnym zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że nigdy nie poświęciłam żadnej notki aktywności, którą uwielbiam i która stanowi znaczną część mojego życia w Szwajcarii - a mianowicie chodzeniu po górach. Gdy tylko pogoda dopisuje, spędzam na wędrówkach praktycznie każdy dzień wolny. (Skalę zjawiska być może zilustruje fakt, że minęło ponad pięć lat, a ja nadal tak samo cieszę się i wyczekuję na każdy słoneczny weekend. To musi być miłość...)



Nie jest oczywiście możliwe, żebym opisała każde z miejsc, jakie odwiedziłam w ciągu ostatnich pięciu lat; a to z prostego powodu - są ich setki. Należę do osób, które w restauracji czy barze zamawiają przede wszystkim te rzeczy, których jeszcze nie znają, jeśli tylko są takie w menu - i ta sama tendencja widoczna jest w innych aspektach mojego życia, na przykład właśnie wycieczkach górskich. Wpływ na wybór miejsca ma również pogoda - niejednokrotnie jeździłam na drugi koniec Szwajcarii właśnie dlatego, że tylko tam miało być słonecznie. Tym sposobem zdążyłam odwiedzić już każdy kanton, w którym znajdują się góry.


Prócz tego, jako zapalona fanka kolejek linowych i szynowych, postawiłam sobie za cel skorzystanie przynajmniej raz z każdej takiej kolejki w Szwajcarii (listy można znaleźć np. tu i tu, nie wiem, na ile się pokrywają - noszę się z zamiarem połączenia ich). Kolejki bywają tu bardzo różne - od tradycyjnych krzesełkowych, po rozmaite gondolowe - maleńkie i duże, staromodne i zupełnie nowe, "kabrioletowe" (bez połowy ścian lub z możliwością wejścia na dach) i obrotowe... Najbardziej lubię te maleńkie, samoobsługowe - jeżdżą 24h/dobę i zazwyczaj nie ma do nich żadnych... kolejek.


Istnieje natomiast wspólny mianownik wszystkich miejsc, w jakich tu byłam - a mianowicie wszędzie jest pięknie. Obojętnie, czy przyjeżdżacie do Szwajcarii na urlop, czy tu mieszkacie, niezależnie, jakim zapasem gotówki dysponujecie (najsłynniejsze miejsca turystyczne są niestety drogie lub bardzo drogie; najdroższym jest Jungfraujoch, gdzie wjechać można wyłącznie pociągiem, a cena biletu za 1 osobę to ok. 200 CHF) - jeśli tylko jest piękna pogoda, na jakikolwiek szlak się nie wybierzecie, ręczę, że nie będziecie rozczarowani.


Oznakowane szlaki szwajcarskie (w górach i dolinach, tzw. Wanderweg) to ok. 65 tys. kilometrów, można więc wybierać i przebierać! Są takie odpowiednie dla ludzi z bardzo dobrą kondycją i dla "niedzielnych" turystów; dla ludzi z dziećmi w wózkach i z nieco starszymi; na najróżniejszej wysokości (co pozwala np. zakosztować zimy w lecie, jeśli ktoś ma takie pragnienie), biegnące przez kompletne pustkowia (to rzadkość) lub poprzez pastwiska krów i gospodarstwa górskie (gdzie często nabyć można swojskie sery i kiełbasę), w pobliżu jezior, rzek i wodospadów...


 Godnymi polecenia serwisami, z których czasem korzystam przy planowaniu wycieczek, są ten oraz ten. Mają one dobre wyszukiwarki, pozwalające wybrać np. trasy letnie czy zimowe, poziom trudności i wiele innych zmiennych. Poza tym każdy kanton/gmina drukuje bezpłatne ulotki i mapy dla turystów - można je znaleźć w informacji w danym mieście, na dworcach i przy kasach kolejek. Zazwyczaj drukowane są osobno mapy/przewodniki zimowe oraz letnie (sezon zimowy w Alpach - zależnie od wysokości - trwa mniej więcej od końca października do maja).


Na prawie wszystkich szlakach można też liczyć na to, że po drodze będzie co najmniej jedna restauracja. (Uwaga, w kwietniu i w maju, czyli w tzw. międzysezonie sporo restauracji jest zamkniętych; to samo zresztą tyczy się kolejek). W większości z nich jedzenie jest dobre lub bardzo dobre; wyjątkiem są zazwyczaj te samoobsługowe. W części francuskojęzycznej trzeba też niestety pamiętać, że ciepłe jedzenie (lub jakiekolwiek jedzenie w ogóle) serwowane jest, modą francuską, li tylko w określonych godzinach. (W kantonach francusko- i włoskojęzycznych mam też negatywne doświadczenia z obsługą - jest najczęściej baaaardzo powolna, nierzadko też niezbyt miła).


W słynnych miejscach turystycznych (np. Jungfraujoch czy obrotowa restauracja Piz Gloria na Schilthornie, filmowana w którymś z Bondów) warto wcześniej zarezerwować stolik, bo obłożenie bywa znaczne. Warto też pamiętać o takiej oczywistości, jak sprawdzenie temperatury w miejscu, do którego się wybieramy - i zabranie odpowiednich ubrań/butów, bo może się okazać, że szorty i krótki rękaw, dobre u stóp góry, gdzie w gorącym sierpniowym słońcu jest +30, słabo sprawdzą się na trzech tysiącach metrów, gdzie jest +2. (Oczywistości typu okulary przeciwsłoneczne, krem z mocnym filtrem czy nakrycie głowy są jasne chyba dla każdego).


Jeżeli mamy szczęście, możemy napotkać w Alpach ich stałych lokatorów (i nie mam tu na myśli krów, kóz ani owiec, których całe stada pasą się dosłownie wszędzie, a dźwięk ich dzwonków natychmiastowo przywodzi mi na myśl słoneczny letni dzień w górach...) Z moich doświadczeń wynika, że najłatwiejsze jest to w Wallis. Do tej pory udało mi się zobaczyć borsuka, kozice górskie, zająca śnieżnego, świstaki oraz orła (a także oczywiście sarny, jelenie, zaskrońce i setki jaszczurek...)  

O ile góry kocham o każdej porze roku, mój ulubiony sezon rozpoczął się właśnie teraz - łąki pełne kwiatów, pierwsze poziomki, dłuuugie dni i mnóstwo słońca...    





poniedziałek, 12 czerwca 2017

Słów kilka o przygodach w kraju ojczystym.

Jako że A. parę miesięcy temu zadał mi pewne ważne pytanie, a ja udzieliłam na to pytanie odpowiedzi pozytywnej, planuję wkrótce zmienić tak zwany stan cywilny. Ponieważ odbędzie się to w Szwajcarii, tym samym miałam okazję zapoznać się z wymaganiami, które trzeba spełnić, aby zmiana ww. stanu stała się prawnie możliwa. (Rozpatrywany przypadek dotyczy ślubu Szwajcara i Polki, nie mam pojęcia, jak wygląda to przy innych kombi- - nomen omen - nacjach).

Otóż, co zapewne nikogo nie zdziwi, najpierw zgromadzić należy kilka papierów. W przypadku moim, czyli cudzoziemki, konkretnie są to: dowód osobisty lub paszport, poświadczający obywatelstwo (w przypadku posiadania kilku obywatelstw, jeśli chcemy mieć informację o nich w ślubnych papierach, trzeba posiadać odpowiednio kilka dowodów lub paszportów; jeśli takiej informacji nie chcemy, w zupełności wystarczy jeden); kopia permitu; odpis zupełny aktu urodzenia oraz jego tłumaczenie przysięgłe, a także zaświadczenie o stanie cywilnym lub zaświadczenie o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego (w obydwu przypadkach potrzebujemy również tłumaczenia przysięgłego). 

Jako że od momentu, gdy kierownik biura paszportowego w Gdańsku (nie pozdrawiam) odmówił mi parę lat temu przyjęcia wniosku o paszport - łamiąc zarazem prawo, ale któż by tam dbał o takie drobiazgi - bujałam się po świecie bez jakichkolwiek ważnych polskich dokumentów, stanęłam przed koniecznością wyrobienia sobie polskiego dowodu osobistego.
Szczęśliwie złożyło się tak, że kilka miesięcy wcześniej, podczas pobytu w Polsce, założyłam i uwierzytelniłam sobie konto ePUAP - myśląc, że może kiedyś podejmę znów kolejną próbę zdobycia jakichś polskich dokumentów... i że lepiej byłoby wówczas przy składaniu wniosku mieć kontakt z czymś, co w imię bezinteresownej nienawiści bliźniego prawa nie łamie; na przykład własnym laptopem.

Złożyłam zatem wniosek o dowód osobisty przy pomocy systemu ePUAP, uczyniwszy to z rozsądnym ponad trzydziestodniowym wyprzedzeniem, by nikt nie mógł na przykład rzec mi później z triumfującym uśmieszkiem, że nie było na wyrobienie dokumentu dość czasu. Z duszą na ramieniu oczekiwałam jeszcze, czy zeskanowane zdjęcie biometryczne jest aby na pewno zeskanowane prawidłowo (podane są bowiem jedynie wymagane jego wymiary minimalne), ale tadam! wniosek został przyjęty, ba, podano mi nawet przewidywaną datę odbioru dowodu! (Data przewidywana zmienia się w pewnej chwili w datę ustaloną, ale by tę móc sobie później sprawdzić, trzeba posiadać numer wniosku, którego to numeru mimo żmudnych i drobiazgowych poszukiwań oraz bezproblemowego władania językiem polskim nie udało mi się znaleźć ani na moim elektronicznym wniosku, ani na urzędowej odpowiedzi na tenże. Ale nie bądźmy drobiazgowi, wniosek został przyjęty, było to - prawdę mówiąc - dużo więcej niż oczekiwałam!)

O załatwienie dwóch pozostałych dokumentów chciał zatroszczyć się mój tata, jednak w urzędzie uświadomiono go natychmiast, iż o ile może pobrać dla mnie odpis zupełny aktu urodzenia, o tyle po zaświadczenie o stanie cywilnym zjawić muszę się osobiście. Wiadomo, polska legislatura szacuje wysoko kontakty międzyludzkie i nie uważa za stosowne, by urzędnicy i petenci pozbawieni zostali tak cenionej przez obie strony rozkoszy obcowania ze sobą, toteż takie bezduszne zwyczaje, jak w niehumanitarnej Szwajcarii, gdzie praktycznie wszystkie dokumenty, z dowodem włącznie, można wysłać pocztą do domu delikwenta, nie wchodzą w grę.

Ale dość tych peanów, wracajmy do meritum. W czwartek, gdy przylatywałam do Polski, urząd miejski w Gdańsku czynny był do szesnastej, a przynajmniej taka oficjalna informacja widniała na jego stronie internetowej. Ze względu na spóźnienie samolotu, do urzędu dotarłam za trzynaście czwarta. Z działu odpowiedzialnego za dowody osobiste wyszłam z nowym dowodem w ręku za sześć czwarta; minutę zajęło mi dobiegnięcie na piętro, zajmowane przez urząd stanu cywilnego. Lecz niestety! Przyzwyczajona do szwajcarskiej pedanterii, w myśl której koniec pracy o szesnastej oznacza koniec pracy o szesnastej, nie pomyślałam, że za pięć szesnasta maszyna do wydawania numerków petentom będzie już chytrze wyłączona. Usiłując do ostatniej chwili walczyć z losem, nieśmiało zapukałam do właściwych drzwi i przedstawiłam pokorną prośbę, czy mogłabym może jednak jeszcze... Pani urzędniczki na mój widok skrzywiły z niechęcią usta i rzekły, iż komputery są już wyłączone i wszystko wylogowane i w ogóle to mogłam była zadzwonić wcześniej i uprzedzić, że, ale skoro nie zadzwoniłam, to. (Ano nie zadzwoniłam, myślałam, że szesnasta oznacza szesnastą, mój błąd). Łaskawie zasugerowano mi przyjście następnego dnia rano - przed ósmą! (Urząd czynny jest oficjalnie od ósmej). Cóż było robić, są chwile, gdy nawet ja wiem, że sytuacja jest stracona. Pożegnałam się uprzejmie; i wróciłam dnia następnego.

Dnia następnego zaś maszyna do wydawania numerków była już co prawda włączona, jednakowoż numerki nad drzwiami tkwiły uparcie na pozycjach startowych i nie chciały się zmieniać. By nie myśleć o tym, jak bardzo się spieszę, studiowałam ogłoszenia i obwieszczenia, znajdujące się w wiszącej przede mną gablotce. I wtem! doczytałam oto, że po uprzednim umówieniu telefonicznym lub internetowym można wejść bez kolejki! Moje umówienie było co prawda osobiste, nie telefoniczne lub internetowe, niemniej jednak natychmiast ochoczo wtargnęłam do gabinetu (odkrywając zarazem, że w środku nie było żadnego petenta, zatem moje oczekiwanie, aż ktoś z wytęsknionego pokoju wyjdzie, mogło trwać w tych warunkach do szesna... przepraszam, do za pięć szesnasta). Pani urzędniczka jednak rozpoznała mnie, prawie się uśmiechnęła na mój widok - a co najważniejsze, miała wszystko potrzebne w systemie, więc już po kilku minutach trzymałam w ręku upragnione zaświadczenie o stanie cywilnym!

Kwestia przetłumaczenia go jest już niewarta wzmianki; tłumacz był co prawda człowiekiem wysoce oryginalnym, jednakowoż robotę wykonał rzetelnie i w zapowiedzianym czasie pięciu minut, a i stawka była dużo mniejsza, niż oczekiwałam (trzydzieści parę złotych). Tym samym mogliśmy złożyć w szwajcarskim urzędzie komplet dokumentów (uzupełniony o wniosek o zawarcie ślubu, do wydrukowania z internetu - i kopię paszportu A.; kopie dokumentów wykonywane są w urzędzie stanu cywilnego, nie trzeba przygotowywać ich wcześniej) - ja zaś, rozochocona niebywałymi sukcesami odniesionymi w polskich urzędach, poważnie myślę o kolejnym podejściu do złożenia wniosku o polski paszport.  

poniedziałek, 1 maja 2017

Notka bez tytułu.

Ostatnio pisanie mi nie idzie. Cokolwiek nie napiszę, zaraz wykasowuję. Nie bardzo czuję się na siłach przekazywać jakikolwiek sensowny komunikat i nie bardzo też wiem, czego miałby on dotyczyć. Rzeczywistość bowiem wygląda tak, że praca-dom, praca-dom... weekend (jeśli tylko pogoda pozwala, to zazwyczaj w górach) - i apiać od nowa. Nie, nie narzekam - wprost przeciwnie, uznaję mądrość chińskiego przekleństwa "obyś żył w ciekawych czasach" i gdybym się kiedykolwiek do jakiegokolwiek bóstwa modliła, to właśnie o to, aby czasy były nudne, spokojne i bezpieczne. 
Nie czytam serwisów newsowych; to zaś, co przecieknie na Twitterze - starannie wypieram. I jakoś to idzie, do przodu, pod moim komfortowym i niewielkim, ściśle (prawie!...) przylegającym kloszem. Tymczasem kruche, a bliskie mi wszechświaty tuż obok doznają straszliwych wstrząsów; jestem bezradna, gdyż w obliczu pewnych zdarzeń mogę dokładnie nic. Staram się z tą myślą oswoić, ale z urodzenia i charakteru jestem buntowniczką; i nawet jeśli jest to bunt sensu jakiegokolwiek pozbawiony, to wyzbycie się go nie przychodzi łatwo; a i tak zostaje gorzki posmak na języku. 
Pielęgnuję mniej lub bardziej pracowicie rzeczywistość wokół, siłuję się na rękę z losem, z niechęcią ulepszam, z oporem poprawiam, bo zmęczenie, zmęczenie... ale jednak - do przodu. Chodzę po górach (zapadając się w kwietniowym śniegu po biodra - dosłownie, nie metaforycznie), oddycham głęboko, przytulam mocno. Myślę o tym, jakie mam szczęście. 

piątek, 21 kwietnia 2017

Rozważania lingwistyczne, część n-ta.

Jedną z rzeczy najbardziej dla mnie fascynujących w nauce języków są słowa, które nie istnieją w polskim. Jednym z takich zgrabnych niemieckich wyrazów, znanym zresztą pewnie każdemu, bo wszedł na stałe do użycia w polskim (czyż nie znamienne, że akurat ten?), jest Schadenfreude - czyli radość z cudzej szkody/kłopotów/problemu. Jak widać - co w niemieckim jest jednym słowem, po polsku wymaga dłuższego opisu. Innym, bardzo fajnym i brakującym w polskim słowem jest Zweisamkeit. Einsamkeit po niemiecku to samotność; dosłownie pojedynczość, bo ein to jeden. Zwei to z kolei dwa - czyli Zweisamkeit to w dosłownym rozumieniu podwójność - "samotność" we dwoje, ale w znaczeniu bynajmniej nie pejoratywnym (dlatego ujęłam to w cudzysłów), tylko intymności dzielonej przez dwie osoby. Innym niemieckim słowem, doskonale oddającym pewną bardzo życiową kwestię, jest Vorfreude - czyli radość z oczekiwania na coś (dosł. przed-radość). Analogicznie jest z Hinterbliebene - czyli rodziną osoby zmarłej, dosł. pozostawieni za.

Wspominałam już tutaj kiedyś o szwajcarskiej tendencji do zdrabniania praktycznie wszystkiego, niemniej wciąż zdarzają się sytuacje, gdy jestem zaskoczona, że można chcieć zdrobnić nawet to!... Ostatnio, jadąc pociągiem, miałam możliwość przysłuchiwania się dialektowi w wydaniu śpiewanym - tuż obok mnie siedział bowiem chłopczyk, który przez godzinę śpiewał w kółko tę samą piosenkę, monotonnie jak litanię. (Po pół godzinie wyjęłam słuchawki; odczuwając zarazem głębokie współczucie i podziw dla hartu ducha taty chłopczyka, który zapewne był w taki sposób torturowany na co dzień). Ze względu na dialekt, nie byłam w stanie zrozumieć całości treści, była to natomiast ponad wszelką wątpliwość piosenka wielkanocna, opisująca taniec zajęcy oraz ich ogonki. Ale... słowo w niej użyte nie było słowem Tanz (taniec), tylko jego zdrobnieniem - Tänzli. Jak to właściwie przetłumaczyć na polski?... Tańczyk? Tańczątko? Tańczuszek?...

Innym interesującym aspektem nauki języków - i zarazem częstokroć mówiącym coś o danym społeczeństwie - jest kwestia, jak różne płcie nadawane są tym samym rzeczownikom. Najlepszym przykładem jest tu samochód - w Polsce to on, w Niemczech - ono, Francuzi zaś uważają, że to kobieta. A. nieodmiennie i przekornie wydziwia też nad faktem, że kot jest po polsku w rodzaju męskim - skoro wiadomo, że taką grację, urok i niebezpieczeństwo zarazem reprezentować może tylko kobieta (die Katze). Albo takie serce... nijakie w polskim i niemieckim, w hiszpańskim jest mężczyzną (el corazón). W tym samym hiszpańskim istnieje również dość wulgarne słowo na penis - które jest rodzaju... żeńskiego (la polla; nie należy - np. w restauracji - mylić z el pollo, czyli kurczakiem!) 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Parę słów o Wielkanocy.

W większości kantonów szwajcarskich wolne są zarówno Wielki Piątek (nazywany tutaj "Karfreitag"), jak i Poniedziałek Wielkanocny (czyli "Ostermontag"). O ile znaczenie słowa "Ostermontag" jest zupełnie jasne, bo dokładnie takie, jak i w polskim, o tyle swego czasu zaintrygował mnie "Karfreitag" (a także Wielki Czwartek, czyli tutaj "Gründonnerstag"). Jak się okazało, "Kar" w staroniemieckim oznacza "skargę" czy też "smutek". "Grün" w niemieckojęzycznym Wielkim Czwartku nie ma natomiast nic wspólnego z kolorem zielonym. Wyjaśnienia są dwa: jedno prezentowane przez teologów (ma chodzić o staroniemieckie słowo "greinen" - "skomleć", "jęczeć"), drugie zaś przez językoznawców - wg nich, słowa "grün" używano w XIV-XVI wieku w znaczeniu "świeży", "bezgrzeszny". Jako że w kościele katolickim Wielki Czwartek to dzień odnowy przysiąg kapłańskich, a w protestanckim (m.in.) przystrajanie kościołów bielą, jako symbolem niewinności - druga interpretacja wydaje się mieć nieco więcej sensu. Nawiasem mówiąc, szwajcarskie laickie wychowanie, jak i brak tendencji do rozprawiania o religiach, daje się nader łatwo zaobserwować na co dzień, przynajmniej wśród moich współpracowników - wystarczy na przykład zacząć zadawać pytania, czym właściwie różnią się obchody tego czy innego święta w kościołach katolickim i protestanckim. Najpierw zapada zakłopotana cisza, później koledzy nieśmiało usiłują wygrzebać coś z pamięci, w ich oczach widzę natomiast znaki zapytania: że właściwie po jaką cholerę mi ta wiedza. (Ba, chwilami mam wręcz wrażenie, że popełniam jakieś - śladowe co prawda - faux pas. Mnie natomiast, wychowaną w kraju - przynajmniej teoretycznie - na wskroś katolickim, zwyczajnie to ciekawi). Dzisiejsze próby dyskusji o szwajcarskiej Wielkanocy najlepiej podsumował jeden z kolegów. Stwierdził mianowicie, że tradycją wielkanocną jest wyjazd na urlop, a tą konkretną Wielkiego Piątku - stanie w korku pod Gotthardem*. Nie sposób odmówić mu racji - dokładnie tak to tu wygląda!




*Gotthard to potoczne określenie na prowadzący pod przełęczą o takiej nazwie tunel, którym jedzie się ze Szwajcarii do Włoch. Jest to najbardziej zakorkowane miejsce w całej Szwajcarii, jako że Szwajcarzy wszelakie krótkie urlopy lubią spędzać właśnie we Włoszech, ze względu na pogodę - za tamtym pasmem gór zwykle bywa lepsza.

wtorek, 28 marca 2017

Neutralność.

Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzi na myśl, gdy myśli się o Szwajcarii. Szczęśliwy kraj, który praktycznie nie ucierpiał podczas obydwu wojen światowych (a przynajmniej nie ucierpiał w porównaniu z resztą Europy). Kilka pokoleń ludzkich, wychowywanych ani nie przez ofiary, ani też nie przez (mniej lub bardziej bijących się w pierś) katów. Wynik eksperymentu społecznego pt. "jakich ludzi otrzymamy po kilku pokoleniach dobrobytu i bez wojen". Interesujące bardzo zwłaszcza z pozycji Polki czy Polaka. Pamięć - najbardziej o drugiej wojnie światowej - jest wciąż w Polsce świeża. Ba, najczęściej to nie tylko sama pamięć, ale towarzyszą jej też wciąż silne emocje. (Oczywiste, zniszczone życia milionów jednostek siłą rzeczy odbijają się echem bardzo długo - niestety także w dzieciach, wnukach, prawnukach...) Emocje te - czytane czy też słyszane przez większość życia, chłonięte niejako przez dyfuzję - niewątpliwie warunkują też wielu ludzi na współodczuwanie... albo raczej trafniej byłoby to ująć - zaangażowanie emocjonalne.
Szwajcarzy jako społeczeństwo są niewątpliwie współczujący; widać to na przykładzie wskaźnika choćby takiego, jak wysokość datków, hojnie przelewanych w różne miejsca kraju i świata, na pomoc potrzebującym; widać na podstawie liczby rozmaitych wolontariuszy. Czego jednak nie widać - a przynajmniej mnie nie udało się jak dotąd zaobserwować - to właśnie wyżej wspomnianego zaangażowania emocjonalnego. Neutralność, będącą tytułem notki, czuje się w ludzkich reakcjach, ilekroć rozmowa zejdzie na tematy okołowojenne (niezależnie, o którą z licznych byłych lub trwających na naszym pięknym globie wojen chodzi) czy np. wrogich aneksji czyjegoś terytorium. Współczują - tak, owszem. (Być może trafniej byłoby napisać, że odczuwają litość, ale litość w języku polskim jest zawsze nacechowana tym delikatnym, prawie niewidocznym odcieniem pogardy...) Ale jednocześnie patrzą na to bez zaangażowania właśnie, trochę jakby chłodnym okiem naukowca - który zlicza cierpliwie trupy, gwałty czy miny, uważa, że to nieludzkie, że to straszne, że tak być nie powinno i gotów jest to głosić przed całym światem - jednocześnie jednak nie będąc tym do głębi poruszony, nie wizualizując odruchowo, jakby to było, gdyby dotknęło to jego - tak, jakby taka możliwość w ogóle nie wchodziła w rachubę. 
Nie wiem, może być tak (i miałoby to sens), że to szczególne zaangażowanie emocjonalne typowe jest dla potomków ofiar. Pamiętam wyjazd na Cypr, gdy odwiedzaliśmy część północną wyspy, przejętą w 1974 przez Turcję. Byliśmy grupą (głównie)niemiecko-szwajcarską (plus ja - Polka); nasza przewodniczka - Cypryjka, Greczynka - opowiadała o inwazji tureckiej. Żyła ongiś właśnie na północy wyspy i opowiadała gwałtownie, w sposób emocjonalny; trudno się zresztą temu dziwić i mnie nie dziwiło to wcale. Reszta współpasażerów natomiast... kilka osób miało na twarzach wyraźne uśmieszki zażenowania; widać było z całą mocą, że ta opowieść - nie przedstawiana w tonie suchym i obojętnym, w tonie neutralnym i wypranym z zaangażowania - jest czymś dla nich zupełnie nowym, czymś, do czego nie przywykli, co w pewien sposób ich uwiera i czyni słuchanie niekomfortowym. Że wygodniej byłoby nie musieć oceniać, patrzeć do przodu, nie zajmować emocjonalnego stanowiska; bo owszem, stało się, ale przecież rozsądniej jest się nie skupiać na, rozsądniej jest iść do przodu i patrzeć tylko w przód, bo i cóż da rozpamiętywanie win i krzywd, trzeba szukać rozwiązań, trzeba stonować głos, bo krzykiem niczego się nie osiągnie, trzeba szukać metod współpracy. I to prawda. Trzeba. Zgadzam się z tym - w przeciwnym razie niczego się nie zbuduje, a krwawe vendetty nie miałyby końca. A jednak, jednak... w tym wszystkim coś uwiera. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak się ma nałóg do Connie Willis.

Dla tych co tl;dr - egzaltacja wywołana nawrotem uzależnienia. Oraz, jeśli nie znacie: koniecznie przeczytajcie Connie Willis.

W wieku lat czterech popadłam w nałóg. Nałóg, jak to zwykle nałogi, miał najrozmaitsze negatywne konsekwencje: a to cierpiały na jego skutek moje relacje społeczne; a to czasem oceny w szkole, gdy zamiast się uczyć, oddawałam się nałogowi; o fatalnej kondycji moich osobistych, dziecięco-nastoletnich finansów nie wspominając - jako że nałóg, jak to nałogi do siebie mają, był drogi. Czytałam. Czytałam w szkole na przerwach; po powrocie do domu, nie zdejmując czasem nawet kurtki, butów ni plecaka; gdy składałam wizytę u rodziny czy znajomych (och, oburzone matki szkolnych koleżanek, skarżące się na mnie mojej mamie po tym, gdy z własnego przyjęcia urodzinowego wymknęłam się chyłkiem na czas dłuższy, żeby sobie poczytać!...) Gdy miałam lat osiem, tata zapisał mnie do biblioteki miejskiej - do dziś pamiętam to oszałamiające uczucie znalezienia się w raju: takie bezmierne bogactwo, tyle nowych książek, których jeszcze nie czytałam!... Wkrótce zapisana już byłam do wszystkich bibliotek w mieście oraz tej szkolnej; szkoła i jedna z bibliotek - w ramach nagrody za zajmowanie pierwszych miejsc, jeśli chodzi o liczbę wypożyczonych książek - nagradzały mnie (o radości!) kolejnymi książkami. Czytałam zachłannie, gorączkowo, szaleńczo; byłam niewybredna - czytałam wszystko: bajki i baśnie dla dzieci, mity i legendy, encyklopedie, lektury obowiązkowe i nadobowiązkowe, powieści historyczne, przygodowe, obyczajowe, komiksy; w wieku lat dwunastu zetknęłam się po raz pierwszy z fantastyką (i to zaliczam do jednego z najważniejszych momentów w moim życiu), gdy byłam ciut starsza, nie omieszkałam również sięgnąć po kryminały i romanse (choć nigdy nie stałam się fanką tych gatunków). Czytałam własne książki po n razy, a gdy znałam je niemalże na pamięć, sprzedawałam w antykwariacie, by za uzyskane pieniądze kupić takie, jakich jeszcze nie czytałam. Czytałam. 
Potem poszłam na studia. Najpierw na pierwsze - jako że nie musiałam wówczas jeszcze pracować, wciąż czytałam całkiem sporo, choć zaczęłam też poświęcać zdecydowanie więcej czasu pielęgnowaniu kontaktów międzyludzkich. Potem na drugie - wraz z nimi nastąpiło kilka dość gwałtownych zmian w moim życiu, między innymi taka, że od drugiego roku musiałam podjąć pracę (wówczas jeszcze na pół etatu, więcej się nie dało, jako że studia były dzienne). Ponieważ moja sytuacja finansowa nie przedstawiała się wtedy najlepiej, łatałam swój budżet jak się dało - także najrozmaitszymi fuchami. Dodając do tego, że studia numer dwa były zdecydowanie bardziej wymagające niż studia numer jeden, nie zostawało mi wiele czasu na cokolwiek. Oczywiście, nałóg zawsze upomni się o swoje, czytałam więc dalej (kilka minut tu, parę minut tam, szybka działka literek dla człowieka na głodzie) - choć już zdecydowanie mniej. Ba, po raz pierwszy w życiu zaczęłam musieć "przedłużać" wypożyczone książki. 
Później skończyłam drugie studia i wyjechałam z Polski. Wpłynęło to nader pozytywnie na stan moich finansów, mogłam się więc spokojnie po raz pierwszy w życiu oddać rozpuście kupowania tylu książek, ile tylko kupić chciałam... natomiast z niemiłym zaskoczeniem zauważyłam, że obietnice, które kryły się w pachnącym świeżym drukiem stosach, nagle przestały być kuszące. Czytałam co prawda dalej (nałóg to nałóg, ma swoje prawa), ale - w większości tylko książki, które już znałam. Jakoś nie potrafiłam się przemóc, by sięgnąć po nowe; czyniłam to rzadko i z niechęcią, może raz na tydzień, może nawet rzadziej. A i wtedy jakoś ciężko było mi skupić uwagę, skoncentrować się na tym, co czytam - z doprawdy nielicznymi wyjątkami. Po raz pierwszy w życiu miałam więcej książek, niż byłam w stanie przeczytać; po raz pierwszy w życiu fakt posiadania tylu nieprzeczytanych jeszcze książek mnie nie cieszył. Po pracy, zamiast czytać, surfowałam po necie czy grałam, orgii czytania oddając się już tylko na urlopach. I tak sytuacja ta trwała - do niedawna.
Nie nastąpiło żadne wyraźne "wtem!", żaden przełom czy przeskok. Po prostu poczułam któregoś dnia dawno zapomnianą, acz całkiem nagle wyraźną chęć na coś nowego - że może by tak... Sądzę, że nie bez znaczenia pozostawać może fakt, że od końca grudnia do końca stycznia chorowałam - będąc na zwolnieniach lekarskich - zaś prawie cały luty spędziłam na urlopie. Oznacza to dwa miesiące odpoczynku od pracy, dwa miesiące, gdy mój mózg miał szansę odpocząć od ciągle bombardujących go bodźców i wysiłku posługiwania się na co dzień trzema różnymi językami (dwa to jednak czasami znacząco mniej niż trzy), gdy wyłączyć mogłam działający na co dzień w tle proces, bezustannie analizujący szwajcarski dialekt (w - większości daremnych - próbach zrozumienia go, zajmujący jednak sporo zasobów poznawczych). Truizmem będzie stwierdzenie, że z pracy w Polsce nie wracałam nigdy tak zmęczona - i rzecz bynajmniej nie w kwestii realizowanych zadań. Najwidoczniej obciążenie poznawcze, razem wzięte, wszystkie te bodźce, to dla mnie zbyt wiele. Być może to kwestia wieku, nieubłaganie i powoli? A może po prostu potrzebowałam czasu, żeby przywyknąć, przestawić się na nowe tory? Zobaczymy... Fakt pozostaje faktem - pochłonęłam ostatnio kilka zupełnie nowych (z jednym wyjątkiem, ale czytałam go jakieś dwadzieścia lat temu, więc) książek - w tym trzy Connie Willis ("Przejście", "Księga Sądu Ostatecznego" i "Nie licząc psa"). Wszystkie trzy wessały mnie bez pardonu, istna czarna dziura - ba, zarwałam noc na czytanie, co nie zdarzyło mi się od lat. Nie jestem dobra w pisaniu recenzji, niewiele ich w życiu spłodziłam - ale Willis pisze tak, że zapiera dech; maluje rzeczywistość tak realną, że - po prostu - jest się tam, teleport do gdzie indziej. Obdarzona imponującą wiedzą historyczną, wplataną lekko, mimochodem, pisze, jak mam wrażenie, by pod płaszczykiem opowieści poruszać kwestie zawsze aktualne, ciężkie i nierzadko ponure... by zostawiać z głową pełną pytań bez odpowiedzi i mrocznych przemyśleń, a jednocześnie także, w jakiś paradoksalny i przewrotny sposób - z ulgą.