wtorek, 14 marca 2017

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne

Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. 
Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Natomiast jako miejsce do życia, spędzania szarej codzienności - pracowo-zakupowo-złopogodowej... cóż, cenię sobie poczucie bycia w samym środku cywilizacji. Oraz anonimowość - zarówno moją własną, jak i mijanych ludzi. A także fascynujący konglomerat twarzy i strojów, jak na przykład w londyńskim metrze. Cenię, gdy w mieście jest międzynarodowe lotnisko, wybór spośród wielu kin, teatry, wystawy, opera; gdy pójście na zakupy oznacza możliwość wyboru spośród wielu dużych centrów handlowych albo setek małych sklepików oraz można na te zakupy pójść niezależnie od dnia tygodnia; gdy wsiadając w tramwaj, trolejbus, autobus czy metro - widzę wiele linii, co do których nie mam pojęcia, co czeka na przykład na ostatnim przystanku (swoją drogą, uwielbiałam tak zwiedzać moje rodzinne miasto, gdy byłam jeszcze nastolatką). Gdy, niezadowolona z usług lekarza czy manikiurzystki, mam możliwość wyboru pomiędzy dziesiątkami czy setkami innych. Gdy restauracje oferują wszystkie możliwe kuchnie świata. Gdy jakakolwiek rozrywka się zamarzy, jest w danym mieście dostępna. Gdy wreszcie późnymi wieczorami życie nie zamiera (tak jak tutaj, bo najpóźniej o północy zamyka się większość lokali) - ale ciągle tętni. Szwajcarskie miasta są bezpieczne, komfortowe, ładne - ale butikowe, "sypialniane"... małe. Za małe. (Największe z nich, Zurych, ma raptem niecałe 400 tys. mieszkańców). I gdybym mogła, bardzo chętnie przenosiłabym się na późną jesień, większość zimy i wczesną wiosnę do Paryża, Londynu czy Seulu...   

piątek, 10 marca 2017

Wiosna.

Wreszcie przyszła. Wciąż siedząc za pracowym biurkiem, spoglądam za okno i uśmiecham się do siebie. Słońce mocno grzeje, myśli szybują gdzieś w inne rejony. Uwalnia się konglomerat bliżej niezidentyfikowanych emocji, o którym jedno powiedzieć mogę na pewno - że jest przeciwieństwem nostalgii. W takie dni czuję się znowu tak, jak wtedy, gdy miałam lat -naście i absolutnie wszystko przed sobą. W takie dni żadne problemy, duże ani małe - nie mają znaczenia; liczy się tylko ta wypełniająca po brzegi, buzująca wesoło radość oczekiwania. Na dni, które nadejdą - gdy na drzewach znów pojawią się liście, a na alpejskich łąkach kwiaty. Gdy koty wygrzewać się będą na balkonie, a ja wędrować górskimi szlakami; w czystej radości tych wszystkich godzin, kiedy piękno wokół zatyka dech w piersiach, a wysiłek moich mięśni, powietrze wtłaczane do płuc, bijące serce, pozwala dotrzeć w miejsca magiczne: gdzie brakuje tylko smoczych sylwetek, przelatujących na tle górskiej ściany. Gdy kolacje będziemy mogli znów jeść na balkonie, ogrzewani promieniami zachodzącego słońca. Gdy będę mknąć przed siebie na rowerze, rozkoszując się pędem i ciepłym powietrzem. Dni spacerów po uroczych uliczkach szwajcarskich miast i miasteczek, odkrywania tego, czego jeszcze się nie widziało,  przeżywania fajności, których jeszcze się nie przeżyło.
Przyszła wiosna, więc plotę głupstwa i śmieję się bez powodu.

czwartek, 9 marca 2017

Jednostki miary i zaraza.

Zeszło nam dziś było przy porannej kawie na jednostki miary, najpierw te współczesne, potem - dawniejsze. O ile w języku niemieckim istnieje słowo "tuzin" (das Dutzend), o tyle z zainteresowaniem dowiedziałam się, że ponoć nie mają odpowiednika słowa "kopa"... a przynajmniej ani moi koledzy, ani słownik Pons nie byli w stanie w tej materii niczego podpowiedzieć. Ale pokopałam głębiej, jako że nie chciało mi się wierzyć, że w Polsce takie jednostki miary byłyby używane, a w krajach niemieckojęzycznych już nie - zwłaszcza że słowa "mendel" czy "gros" pochodzą w oczywisty sposób z niemieckiego! I otóż znalazłam, "kopa" to "Schock", który składał się z trzech "Stiegen", czterech "Mandel" (to już znajome słowo, nieprawdaż?) i oczywiście pięciu "Dutzend". Także i "Gros", które dziś, jak w polskim, znaczy "większość", kiedyś określało dwanaście tuzinów, czyli sto czterdzieści cztery sztuki (zwane też było "tuzin tuzinów", "ein Dutzend Dutzend"). 

Podczas tej samej przerwy na kawę kolega uraczył nas także opowiastką z od zawsze interesującej mnie dziedziny, a mianowicie - etymologii. Czy wiecie, skąd wzięło się słowo "kwarantanna"? Pochodzi ono - co można było podejrzewać, nawet gdy się jej, jak ja, nie zna - z łaciny. A wzięło się podobno stąd, że gdy szalała zaraza (kolega użył słowa "Pest", które - o ile wiem - oznacza zarówno "dżumę", jak i po prostu "zarazę", nie wiem więc, co dokładnie miał na myśli) wówczas przypływające statki, na których byli chorzy, musiały czekać na redzie czterdzieści (łac. "quarantena") dni, nim załodze pozwalano zejść na ląd.  

środa, 1 marca 2017

O podróżowaniu po szwajcarsku.

Wszystko kiedyś się kończy - w związku z czym, po trzech tygodniach rozkoszowania się brazylijskim słońcem, powróciłam na łono mojej nowej ojczyzny. (Hm, językowo jest to określenie zupełnie bez sensu - jako że mój tata nie jest Szwajcarem. Trzeba by stworzyć w języku polskim słowo do określania Kraju-W-Jakim-Się-Na-Stałe-Mieszka-A-Który-Nie-Jest-Krajem-Pochodzenia. Biorąc pod uwagę liczbę polskich emigrantów, niewątpliwie byłoby ono użyteczne). W międzyczasie co prawda w Szwajcarii zniknął problem temperatury ujemnej, niestety jednak jej wartości oscylują wciąż boleśnie daleko od +30. Co wiąże się z tym, że znowu musiałam włożyć na siebie kilka warstw ubrań oraz kozaki (które, notabene, na lotnisku w Rio wywoływały ludzkie zdumienie w sposób zauważalny; pewnie się zastanawiali, z jakiej to mroźnej krainy przybyłam). 

Jako że jednym z miejsc, które odwiedziliśmy, było Foz do Iguaçu - a są to okolice, gdzie pojawiają się komary, przenoszące żółtą febrę - tuż przed wyjazdem zaszczepiłam się na tę właśnie chorobę. (Należy to zrobić najpóźniej dziesięć dni przed wyjazdem). W każdym szwajcarskim kantonie jest co najmniej kilka przychodni "tropikalnych" (w moim są trzy), gdzie można dokonać potrzebnych szczepień. Warto porównać ceny, jako że potrafią być bardzo różne (różnica nawet do 100 CHF!) - a ubezpieczenie podstawowe nie zwraca pieniędzy za tę akurat szczepionkę (za to Zusatzversicherung - i owszem; w przypadku mojego ubezpieczyciela jest to zwrot do 200 CHF rocznie). Procedura jest nieskomplikowana, jak to w Szwajcarii - przychodzisz, otrzymujesz zastrzyk i żółtą książeczkę szczepień, płacisz. Lekarze podający szczepienie chętnie odpowiadają na wszystkie dodatkowe pytania (jak np. to, ile wynosi statystyczna skuteczność takiej szczepionki).

Jeżeli dużo podróżujemy, warto zaszczepić się również przeciwko innym, bardziej popularnym chorobom zakaźnym, jako że szczepionki, które otrzymaliśmy w dzieciństwie, należy odnawiać najdalej po dwudziestu latach. Osobiście zaszczepiona jestem przeciwko odrze, śwince i różyczce (trzy w jednym, szczepionka zwana MMR), żółtaczce typu A i B (jedna szczepionka podawana w trzech osobnych dawkach, przy czym trzecia dawka jest tzw. dawką przypominającą - tzn. że ochrona powinna być zapewniona już po dwóch pierwszych dawkach) oraz dyfterytowi, tężcowi, polio i krztuścowi (cztery w jednym - jak jedyna z ww. podziałała na mnie dosyć kiepsko, przez ok. dwa dni czułam się, jakbym miała grypę). Ubezpieczenie podstawowe, z tego co pamiętam, zwróciło mi za poczwórną i potrójną szczepionkę - przy czym za potrójną zdaje się dlatego, że namawiano dorosłych do szczepień w związku ze zwiększoną wtedy liczbą zachorowań na odrę, świnkę i różyczkę. Szczepienie przeciwko żółtaczce musiałam opłacić sama.

Kolejną rzeczą, jaką warto posiadać, gdy sporo się podróżuje, jest międzynarodowe prawo jazdy. W Szwajcarii jego wyrobienie trwa... pięć minut (dosłownie!) Trzeba wypełnić krótki formularz oraz przynieść ze sobą zdjęcie typu paszportowego - i oczywiście swoje aktualne prawo jazdy. Urzędnik wykonuje kopię naszego dokumentu, a zdjęcie wkleja do międzynarodowego prawa jazdy, w którym wpisuje nasze dane. Całą tę procedurę można załatwić również drogą pocztową. Opłata wynosi ok. 15 CHF. Uwaga - międzynarodowe prawo jazdy ważne jest trzy lata, potem trzeba wyrobić nowe. Chyba że liczy się na łut szczęścia i jedzie np. do Brazylii, gdzie - jak poinformował mnie mieszkający tam od kilku lat kumpel - w przypadku zaczepienia przez policję należy mówić po polsku czy niemiecku. Wówczas podobno machają ręką i puszczają wolno, bo nie chce im się wdrażać całej procedury, związanej z wiezieniem na posterunek, szukaniem tłumacza, itp. Oczywiście, zawsze można mieć pecha i trafić na tego jednego nadgorliwego policjanta na stu.

Jeżeli marzy się nam nurkowanie, trzeba pamiętać o tym, że potrzebne będzie zaświadczenie od lekarza ogólnego - iż stan naszego zdrowia pozwala na taką aktywność. Zaświadczenie takie jest w stanie wydać w Szwajcarii każdy lekarz ogólny. Oczywiście, są kraje, gdzie (za odpowiednią opłatą lub nawet przy jej braku) przymkną oko na brak takiego zaświadczenia, ale prościej (i bezpieczniej!) jest je po prostu mieć. Nie pamiętam, ile kosztuje, ale to jakaś bardzo niewielka kwota.

Jako że Szwajcarzy kochają wojaże, w sklepach (a nawet na każdej poczcie) znaleźć można całą masę przydatnych w podróży gadżetów - od poduszek podróżnych; rajstop czy skarpet, zapobiegających puchnięciu nóg podczas lotu; adapterów międzynarodowych, umożliwiających podłączenie sprzętu do każdego typu gniazdek na świecie; poprzez zestawy pustych 100 ml buteleczek, umożliwiających przewiezienie w bagażu podręcznym potrzebnych nam płynów; miniaturki wszelkiego rodzaju kosmetyków, a nawet leków - aż po specjalne uchwyty np. do kubków w samolocie czy ładowarki do telefonu... na korbkę. Firmy ubezpieczeniowe oferują oczywiście milion opcji ubezpieczenia podróżnego oraz ubezpieczenia zdrowotnego za granicami kraju. 

Informacji i wskazówek o celu podróży najczęściej nie trzeba nawet szukać na żadnych forach internetowych - wystarczy zagadać do kilku osób w pracy i prawie na pewno okaże się, że ta czy inna osoba już w danym kraju była i chętnie podzieli się wiedzą; albo wskaże kogoś np. z innego teamu, kto był. Podróże są tu zresztą często i chętnie poruszanym tematem; dzięki czemu miałam m.in. możliwość dowiedzieć się, jak wyglądało wojażowanie po świecie trzydzieści lat temu, bez internetu i kart kredytowych. Cennym źródłem, do którego warto zajrzeć, planując wyjazd, jest opis danego kraju na stronie szwajcarskiego ministerstwa - opcja w menu "Vertretungen und Reisehinweise"). Ministerstwo aktualizuje informacje regularnie - np. o dane dotyczące aktualnej sytuacji politycznej w regionie. 

Zdecydowanym plusem podróżowania ze Szwajcarii są też, jeśli ktoś jeszcze o nich nie słyszał, czarterowe linie lotnicze Edelweiss - latają one z Zurychu bezpośrednio do wielu pięknych miejsc. Ceny nie są wysokie, a zarówno klasa ekonomiczna, jak i biznesowa zdecydowanie warte polecenia. To moje ulubione linie. Na drugim miejscu plasuje się Qatar Airways, a na trzecim - Singapore Airlines. Niestety, lot QA ze Szwajcarii wymaga oczywiście przesiadki - w Katarze.

Opisując to wszystko, rozmarzyłam się. Ach, polecieć by gdzieś znowu, daleko, zgodnie ze sloganem Edelweissa - w stronę słońca... 

piątek, 20 stycznia 2017

Miasto tapas i cavy.

Pod koniec roku 2012 w trakcie rozmowy z K. wpadłyśmy na pomysł wspólnego wyjazdu. My dwie i tylko my dwie, żadnych mężczyzn, niezależnie od kwestii bycia aktualnie w związku czy też nie. Jak uradziłyśmy, tak i zrobiłyśmy. Jako że mieszkamy w różnych państwach, trzeba było wybrać cel, do którego z obydwu naszych lokalizacji da się wygodnie dolecieć. Padło na Hiszpanię, a konkretnie - Barcelonę. Poleciałyśmy tam pod koniec kwietnia 2013.

Bardzo wczesnym rankiem, drżąc z chłodu, wsiadam do samolotu i pocieszam się myślą, że za dwie godziny będę w miejscu znacznie cieplejszym. Wiadomym jest, że przylecę kilka godzin wcześniej niż K. - rano, toteż plan jest taki, że zrobię szybkie rozpoznanie terenu, zamelduję się w hotelu, a potem wrócę na lotnisko, odebrać K. Dolatuję o czasie, jednak pogoda w Hiszpanii zawodzi - jest zimno i pada. Nie tracąc dobrego nastroju, wyszukuję autobus do centrum miasta. Bogatsza o mapki z informacji i wskazówki miejscowych, docieram metrem w pobliże hotelu. W tym momencie leje już jak z cebra, parasol jest właściwie bezużyteczny. I tak jestem już cała mokra - toteż zamykam go i w strugach deszczu, po dziesięciominutowym spacerze, docieram do hotelu. Recepcjonistki wydają okrzyki przerażenia, gdy staję w progu hotelu, cała ociekająca wodą. Mimo, że pokój teoretycznie nie jest jeszcze gotowy, pozwalają mi się zameldować bez żadnych dodatkowych opłat. Wreszcie mogę się osuszyć i ogrzać. W tym momencie los płata kolejnego figla - lot K. opóźnia się. Najpierw nie wiadomo jest, kiedy samolot w końcu wyleci, wreszcie staje się jasne, że już nie tego dnia. Ruszam więc w miasto sama - przede wszystkim z misją nabycia cieplejszych ubrań... jako że - bardzo optymistycznie i bardzo nierozsądnie - zabrałam ze sobą wyłącznie zwiewne sukienki i delikatne sandałki.



Wychodzę z ostatniego sklepu - w nowo zakupionych dżinsach, grubym swetrze i półbutach. Wciąż jednak jestem przemarznięta, a także głodna - toteż bez wahania wchodzę do pierwszej z brzegu restauracji, na rogu La Rambla. Wybór - zwłaszcza owoców morza - jest oszałamiający. Nie potrafię się zdecydować... zwłaszcza że to mój pierwszy dzień po zakończeniu dorocznej, wiosennej diety. Jedzenie jest przepyszne; w tym momencie obiecuję sobie, że na emeryturze przeprowadzę się właśnie do Hiszpanii. Nim skończę posiłek, deszcz prawie ustaje, jednak szare chmury wciąż wiszą nisko nad głową. Niezrażona, zabieram się za odkrywanie najsłynniejszej barcelońskiej ulicy. Zaglądam do straganów z pamiątkami i biżuterią, zachwycam się architekturą. Gdzie się nie spojrzy, wszędzie da się wypatrzeć jakiś fascynujący szczegół: zdobienie budynku, gargulce, freski, rzeźby, latarnie... i oczywiście słynny chiński smok i parasolki.


Oglądam wystawy sklepów (najbardziej zapadają mi w pamięć dwa - pełne asortymentu we wszelkich możliwych kolorach, kształtach i smakach: jeden - cukierków, a drugi - kondomów) i kościoły, pozwalam sobie zgubić się w wąziutkich zaułkach. Fotografuję graffiti i ludzi - żywe pomniki. 



Znajduję przytulnie wyglądającą knajpkę z tapas - która zapewnia mi istny orgazm kulinarny (jakiś czas później dowiem się, że to jedna z najwyżej notowanych na TripAdvisor). I tylko palmy, kołysane silnymi podmuchami wiatru, wyglądają surrealistycznie na tle szarego nieba; a morze jest wzburzone i nieprzyjazne... ale i tak jestem oczarowana Barceloną.



K. dociera do naszego hotelu dopiero w środku nocy. Następne dwa dni - znów w deszczu - spędzamy, włócząc się razem po La Rambli i okolicach. Oglądamy barcelońskie oceanarium, pełne zachwycających stworzeń. Świetnie bawimy się też w tamtejszym kąciku dla dzieci, urządzając sobie sesję fotograficzną.


 Zwiedzamy muzeum seksu. Ekspozycja, barwna i interesująca, zawiera między innymi filmy porno z okresu początków kinematografii. Zaczynamy oglądać. Po kolejnych dziesięciu minutach na filmie wciąż nie dzieje się praktycznie nic. Jedna z aktorek najwyraźniej wykonuje samobadanie piersi - acz wygląda na szczerze zdumioną, że w ogóle posiada taką część ciała. W tym czasie jej małżonek flirtuje w kuchni ze służącą. Po kolejnych pięciu minutach ziewamy i ruszamy dalej; być może sto lat temu rzeczywiście film ten był w stanie kogoś podekscytować, dziś jednak ciężko to sobie wyobrazić.


Zajadamy się gorącymi churros z czekoladą; zabieram K. do znalezionej dzień wcześniej tapasiarni, pijemy cavę. Bąbelki błyskawicznie uderzają do głowy; już po jednym kieliszku śmiejemy się trochę za głośno. Wbiegamy do muzeum muzem figur woskowych. Przez dłuższą chwilę jesteśmy zupełnie same.  Mroczna, wielka sala, pełna nieruchomych ludzkich figur, wywołuje ciarki. K. robi mi zdjęcie z Cezarem; dygam przed Marią Antoniną i piszczę na widok Hana Solo. Udajemy się na poszukiwanie ogromnego kota, wykonanego przez rzeźbiarza Botero. 

Drzewa mandarynkowe, zalane deszczem, wyglądają dziwnie nie na miejscu. Kupujemy przeróżne rozkoszne, pamiątkowe drobiazgi. Fotografuję tłustego, rudego kota; kot majestatycznie mnie ignoruje. Przed wejściem do parku Güell wstępujemy do maleńkiej sali kinowej, gdzie oglądamy króciutki film, inspirowany Gaudim - najlepiej zrobiony film 5D, jaki zdarzyło mi się widzieć. 

 

Biegamy zachwycone po parku, robiąc milion zdjęć; jeszcze tego samego dnia obejrzymy też Casa Batllo - budynek, który od tamtej chwili zajmuje pierwsze miejsce na mojej prywatnej liście cudów architektury.       

       
Następnego dnia rano okazuje się, że chmury zniknęły i na dworze świeci słońce! Skaczemy ze szczęścia na ulicy. Barcelona, jak nietrudno się spodziewać, w świetle słonecznym jest jeszcze piękniejsza. Idziemy na targ i podziwiamy stosy apetycznych, jędrnych owoców, zwisające ogromne połcie szynki, kiełbasy i innych mięs, palety warzyw i małże w ogromnych siatkach, dziesiątki gatunków oliwek, wielobarwne galaretki, różnorakie gatunki grzybów i orzechów... póki nie dochodzimy do tych owoców morza, które - jak się okazuje - wciąż się ruszają. Jako że żadna z nas nie lubi być przedstawiana swojemu jedzeniu, tracimy ochotę na dalsze oględziny targowiska. 





Rozkoszujemy się słońcem i ciepłem w parku Ciutadella, podziwiamy Łuk Triumfalny i architekturę fontanny, robimy sobie zdjęcia z ogromnym mamutem, by wreszcie przepaść na wiele godzin w ogromnym zoo z wielkimi, świetnie zaprojektowanymi wybiegami i rewelacyjną delfiniarnią. Rozkosznie śpiące w słońcu kangury, tłuściutkie kapibary, wydające się uśmiechać delfiny, płochliwe jeżozwierze... Nie obejrzymy zoo w całości, mimo że zwiedzamy je aż do zamknięcia. 


Nasz ostatni nasz dzień w Hiszpanii, cudownie upalny i słoneczny. Wjeżdżamy zabytkową kolejką na wzgórze Tibidabo (512 m n.p.m.). Kościół de Sagrat Cor, z miniaturą Jezusa z Rio de Janeiro, zachwyca architektonicznie.




Zwiedzamy wszystkie jego zakamarki, ciesząc oczy każdym szczegółem. Wspinamy się też pracowicie na wieże, skąd oczywiście widok na Barcelonę i lśniące, błękitne morze jest jeszcze lepszy.


Wzgórze oferuje jednak jeszcze inną atrakcję - a mianowicie lunapark. Przez resztę czasu pozostałego do odlotu K. (ma samolot wcześniej niż ja) szalejemy na wszystkich dostępnych urządzeniach, od tradycyjnej karuzeli z łańcuchami aż po rollercoastery. Właściwie rollercoasterki, nie są zbyt duże, ale w pełni wystarczające, żeby z gardła wyrywał się krzyk strachu i ekscytacji zarazem. To tam po raz pierwszy staram się odpędzić myśl, czy aby Hiszpanie są narodem na tyle odpowiedzialnym, by należycie konserwować urządzenia (odpędzę ją na tyle skutecznie, że w kolejnych latach zdecyduję się na szaleństwa lunaparkowe w Grecji czy Turcji). 



Potem robi się późno i K. w pośpiechu gna na lotnisko, podczas gdy ja, mając jeszcze parę godzin, po raz ostatni rozkoszuję się hiszpańskim jedzeniem, usiłując jednocześnie na zapas wchłonąć barcelońską atmosferę. Przemiła obsługa przynosi mi kolejny kieliszek cavy - tym razem w gratisie. Gdy tak popijam, zamyślona, nagle - znów - okazuje się, że jest już późno, tym razem dla mnie - i trzeba pędzić na lotnisko...  


czwartek, 19 stycznia 2017

O tym, że życie nie jest idealne.

Po paru tygodniach chorowania niedawno wróciłam do biura. Odwykła od codziennej rutyny, przy wciąż nienajlepszym samopoczuciu, czuję się rozdarta. Z jednej strony uwielbiam fakt samodzielnego zarabiania sensownych pieniędzy oraz to, że dzięki mojemu wkładowi intelektualnemu powstaje coś nowego, niezbędnego dla dużej grupy osób. Lubię swoich kolegów z pracy i atmosferę w firmie. Oraz - co najważniejsze - niewiele rzeczy daje mi takie poczucie satysfakcji i kopa endorfin, jak ukończenie interesującego zadania. Z drugiej zaś strony... gdy niezależnie od aury (a zasypało moją część Szwajcarii dość obficie), stopnia niewyspania, kiepskości samopoczucia muszę udać się do biura; gdy zadania, które tam realizuję, są nudne; gdy myślę o tym, że większość życia spędzam obecnie przed komputerem - zazdroszczę nieco większości ekspatek z mojego środowiska zawodowego. W większości przypadków to dziewczyny/żony "przy" chłopakach/mężach: bądź niezajmujące się pracą zawodową w ogóle, bądź dłubiące coś pomalutku na przysłowiowe waciki. Jeśli są bezdzietne, a sprzątanie mieszkania załatwia tzw. pomoc profesjonalna - mają czas się wyspać, w spokoju i bez pośpiechu zjeść śniadanie, udać się na długi spacer (na przykład żeby porobić zdjęcia) albo relaksujące zakupy w porze, gdy nie ma żadnych tłumów. Mogą uczęszczać na intensywny kurs językowy (moje marzenie, nie do zrealizowania przy etacie 100%), poznawać zakamarki miasta, zakopać się pod kocykiem na sofie, czytając interesującą książkę... słowem, robić to wszystko, co robiłam ja podczas pierwszych studiów. Ech. Dajcie mi kocyk i sofę.

Po długiej przerwie przestałam być ekologiczna, a stałam się wygodna, w związku z czym zaczęłam codziennie jeździć do pracy samochodem. Trzeba przyznać, że dla mnie - wielbicielki wysokich temperatur - jest coś odrobinę pocieszającego w fakcie, że jeśli nie mam nic do załatwienia na mieście, dzięki jeździe autem w ogóle nie muszę wychodzić na zewnątrz (i czuć mrozu na twarzy). Mówicie, że kłóci się to z akapitem powyżej, a konkretnie kwestią o wychodzeniu na spacer? Ależ. Spacer, gdy świeci słońce i gdy się tego spaceru pragnie, jest czymś zupełnie innym niż wymuszone wywlekanie się na mróz, gdy na świecie wciąż jest ciemno i wydaje się niemożliwe, że jeszcze kiedykolwiek będzie wiosna. 

Chciałam napisać coś jeszcze, ale własnoręczny melodramatyzm, zawarty w końcówce ostatniego zdania, tak mnie przytłoczył, że kompletnie nie pamiętam. Życie moje obfitowało bowiem ostatnio głównie w wizyty u lekarzy oraz śnieg. W związku z byciem chorą nie chodziłam na francuski, nie chodziłam na siłownię (wczoraj pierwsza wizyta po chorobowej przerwie, zaprawdę powiadam Wam, łatwiej kondycyję utracić, niż ją potem odzyskiwać), nie łapałam Pokemonów ani nie robiłam miliona żadnych innych fajnych, interesujących rzeczy (oraz nie mogłam rozpocząć natychmiastowej realizacji noworocznych postanowień, co uczyniło mnie nieszczęśliwą, bo jestem z definicji osobą o typie działającym oraz niecierpliwą). Oby zatem do weekendu, czego i Państwu życzę. 

sobota, 31 grudnia 2016

Mały skrawek raju.

Bardzo lubię wracać myślą do jedynych w moim życiu wakacji, na których byłam sama. Z jakichś przyczyn wiele osób obawia się samotnego podróżowania - czego nie potrafię zrozumieć. Owszem, zgadzam się, że najprzyjemniej jest dzielić radość z wyjazdu z kimś bardzo bliskim, ale jeśli takiej możliwości nie ma - zdecydowanie wolę pojechać sama niż w towarzystwie osób zaledwie lubianych albo całkiem przypadkowych (zwłaszcza na dłużej). Tak właśnie też zrobiłam w październiku 2013, udając się na Karaiby.

Wyczerpana psychicznie, ogromnie potrzebowałam wtedy odpoczynku. Był to dodatkowo mój pierwszy wyjazd poza Europę, toteż pamiętam do dziś uczucie ekscytacji, gdy koła samolotu, zabierającego mnie na Dominikanę, odrywały się od płyty lotniska. Jak nigdy wcześniej odczułam, że wreszcie opłacił mi się cały trud włożony zarówno w edukację, jak i zdobywanie doświadczenia zawodowego. Oto za własnoręcznie zarobione pieniądze uciekałam zimnu i niskim temperaturom, lodowatym deszczom i depresji jesiennej, lecąc w kierunku słońca i lata!... Upajające uczucie.
Lot był bezpośredni, trwał więc zaledwie siedem godzin; wylądowaliśmy w nocy. Wysiadając, poczułam zapach taki, jakbym znalazła się w szklarni - powietrze było wilgotne i ciepłe. Czekając na płycie lotniskowej na autobus, z coraz szerszym uśmiechem na twarzy pozbywałam się kolejnych warstw ubrań...
...i tak trafiłam do raju.


Dwa tygodnie cudownych upałów, rozkosznie oślepiającego słońca, oszałamiająco turkusowej wody, palm kołyszących się nad głową w podmuchu lekkiej bryzy. Dwa tygodnie naprzemiennego czytania, pływania, spacerów po plaży czy wreszcie - spania w słońcu. Dwa tygodnie ciszy i milczenia. (Jako że pojechałam sama, przez większość dnia nie muszę nic mówić - nie licząc składania zamówień w restauracjach czy krótkich konwersacji z tubylcami lub innymi turystami). Dwa tygodnie rozkoszowania się pysznym jedzeniem, zwłaszcza owocami tropikalnymi (w tym - najlepszym na świecie ananasem; a wcześniej sądziłam, że za nim nie przepadam!); a także doskonałą guacamole. Dwa tygodnie samej dla siebie, z własnymi myślami i cudownym spokojem w głowie.  


Dominikańczycy i Dominikanki, których przelotnie poznaję, są nastawieni bardzo przyjaźnie, a mężczyźni, choć nieodmiennie chętni do flirtu, nie są natrętni ani nie zachowują się w sposób obraźliwy po odrzuceniu propozycji (to samo dotyczy zresztą też współturystów). Po jakimś czasie męczy mnie co prawda nieco wyrażane przez dosłownie każdą osobę zdumienie, że przyjechałam na wakacje sama - niemniej wszechobecna atmosfera flirtu, ciągłe próby podrywu, uśmiechy i zasypywanie komplementami wprawiają w doskonały nastrój. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu Europejek Karaiby są zagłębiem seksturystyki, toteż cierpliwie odrzucam propozycje spotkań i tłumaczę, że nie, nie jestem zainteresowana. Większość przyjmuje to do wiadomości najdalej po kilku powtórzeniach, choć jest i wyjątek... Kelner z restauracji, gdzie codziennie jem śniadanie, bardzo przystojny chłopak o regularnych rysach i idealnych zębach, przez ponad tydzień nie daje za wygraną, nadskakując na wszelkie możliwe sposoby. Konsekwentnie odmawiam randki - by wreszcie znaleźć na stoliku napisaną łamanym angielskim wiadomość: z prośbą o spotkanie w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie. Na spotkaniu się nie zjawiam, a następnego dnia aż do końca pobytu mój stolik obsługiwany jest przez inne osoby; "mojego" kelnera widuję tylko w przelocie. Obsługuje stoliki położone daleko ode mnie i stara się w ogóle nie patrzeć w moim kierunku. 


Dzień, gdy poznaję zamieszkałych w Punta Cana Niemca i Szwajcarkę. Jedno z nich zawiezie mnie do, drugie zaś odwiezie z prowadzonego przez nich sklepu z biżuterią. (Tylko na Dominikanie znaleźć można pewien błękitny kamień, zwany larimar - a że ja uwielbiam biżuterię, to...) Szwajcarka, kobieta starsza, twarda i żylasta, narzeka na Dominikańczyków w roli pracowników. Twierdzi, że nie potrafią podjąć zobowiązań, że popracują miesiąc czy dwa i rzucają robotę bez słowa ostrzeżenia. Niemiec - mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki, o twardych rysach i czujnych oczach - zwiedził Karaiby bardzo dokładnie, mieszkając kolejno we wszystkich położonych na nich krajach. Mówi, że choć jego zdaniem najpiękniejsze kobiety to Kubanki, to najgorzej żyło mu się właśnie na Kubie. Opowiada o biednym życiu, jakie wiedzie większość mieszkańców Karaibów - i że mimo tej właśnie biedy umieją czuć się szczęśliwi i doskonale bawić; mam wrażenie, że w jego głosie pobrzmiewa nuta szacunku. Mówi, że przysłowiowy gorący temperament Dominikańczyków objawia się również w postaci gwałtownych kłótni i strzelanin - i że sam był już kilkakrotnie świadkiem takiej strzelaniny. Ostrzega mnie też, żebym w nocy nie wychodziła sama poza kompleks hotelowy, jako że na Dominikanie nie jest to dobra pora dla samotnej dziewczyny. W pewnej chwili zadaje mi też pytanie, czy jestem Ślązaczką - gdy potwierdzam i pytam zaskoczona, skąd wie, wyjaśnia, że rozpoznał to po moim akcencie - że identyczny miała jego babcia, która pochodziła właśnie ze Śląska. Czuję się w pewien absurdalny sposób miło zaskoczona - że ktoś jest w stanie zidentyfikować mnie tyle tysięcy kilometrów od domu.   


Wieczór, gdy spaceruję sama po ciemnej plaży. Gdzieś z oddali dobiegają mnie ludzkie śmiechy, ale na plaży nie ma nikogo. Piasek o tej porze dnia jest chłodny, bezszelestnie ugina się pod stopami. Jedyne źródło światła to blask księżyca w pełni. Panuje cisza - słychać wyłącznie plusk fal, a ja jestem bezpiecznie ukryta w ciemności i nikt na całym świecie nie wie, gdzie dokładnie się w tej chwili znajduję. Oczarowuje mnie ta świadomość, chwila samotności absolutnej. Przysiadam na dłuższą chwilę w tym utkanym z ciemności i ciszy kokonie - i wpatruję się w gwiazdy. Inne od tych, które znam, bo przecież jestem kilka tysięcy kilometrów od domu. 


Dzień, gdy płyniemy jachtem na niewielką sąsiednią wyspę, Isla Saona. Załoga hojnie rozdziela drinki z rumem. Współtowarzysze wycieczki - głównie Francuzi i Niemcy, ale też i kilka osób z Ameryki Południowej - piją ochoczo; robi się coraz bardziej wesoło. Ja także nie odmawiam drinków i słyszę kilka zdumionych szeptów, gdy po kolejnych nadal nie wykazuję zauważalnych oznak upojenia alkoholowego. (Na łodzi nie ma innych Polaków ani Rosjan, toteż jestem jedyną przedstawicielką narodów z przysłowiowo mocnymi głowami).
Wyspa jest częścią parku narodowego - zabronione jest wywożenie z niej czegokolwiek, toteż muszę powstrzymać mój odruch zbierania pięknych muszli i zadowolić się tylko ich widokiem. Plaża jest piękna, jak wszystkie tutaj - biały piasek, palmy kołysane delikatnymi podmuchami bryzy... Jest też niewielka - większość wyspy to bowiem dżungla, bez żadnych widocznych ścieżek. Spaceruję tylko chwilę - jako że zaraz podają posiłek (grillowane homary, jeden z głównych punktów, który przekonał mnie do wyboru tej właśnie wycieczki). Później odpoczynek w słońcu i pływanie; w pobliżu znajduje się też kolonia przepięknych rozgwiazd.      


Dzień, gdy decyduję, że chcę się nauczyć nurkować - nurkować naprawdę, z butlą, nie maską. W związku z tym z zapałem uczę się przez dwa dni teorii i oglądam filmy instruktażowe. Potem przychodzi czas na ćwiczenia w basenie, wreszcie - wypływamy na morze. Kolejnego dnia mam mieć egzamin - jestem szalenie podekscytowana i jednocześnie boję się tak bardzo, że nie powiedzie mi się ćwiczenie z gubienia i szukania na nowo aparatu oddechowego, że nie umiem zasnąć. Następnego dnia, częściowo pochłonięta lękiem, że zrobię coś nie tak i się utopię, częściowo rejestrująca z zachwytem podwodne krajobrazy, zdaję egzamin na podstawowy certyfikat. Jestem z siebie bardzo dumna, jako że od dziecka - choć wodę kocham - jednocześnie się jej boję i nurkowanie jest dla mnie nie tylko cudowną przygodą, ale też przełamywaniem lęku.    


Pojedynczy poranek, gdy wstaję i wtem! niebo zasnuwają szare chmury. Mży. Nie zwlekając, udaję się więc do SPA - na zabiegi i masaże. (Uwielbiam, gdy ktoś zajmuje się moją twarzą i ciałem - lubię być masowana, peelingowana, nacierana olejkami i balsamami, obkładana maseczkami...) Na sam koniec lokalna masażystka zabiera się za moją twarz. Gdy wychodzę i zerkam w lustro, jestem osłupiała ze zdziwienia. Wyglądam jak osiemnastolatka - wszystkie zarysowujące się oznaki wieku zniknęły. Niestety, cudów nie ma, efekt utrzymuje się tylko około kwadransa - czuję się jak po krótkiej podróży w wehikule czasu. (Niemniej do dziś żałuję, że nie mogłam spytać masażystki, jak właściwie udało się jej to osiągnąć. Niestety nie mówiła po angielsku, a moja znajomość hiszpańskiego po latach przerwy jest zdecydowanie bardziej bierna niż czynna).     


         
Dni kolejnych wycieczek - na wyspę Catalina, parowcem po rzece, na plantację kawy i czekolady. Po raz pierwszy w życiu widzę na żywo owoce kakaowca i krzewy kawowe. Nauka zwijania cygar. Popijanie mleka kokosowego. Podziwianie widoków na rzekę, na której filmowano bodajże "Rocky'ego". Fałszywe rzymskie ruiny, wybudowane przez kogoś z Hollywoodu. Jazda konno przez las, wzdłuż brzegu oceanu - chłonę rozpościerające się wokół widoki i czuję wręcz obezwładniająco szczęśliwa.    



Przejazd przez wsie i miasteczka pozwala mi też zobaczyć inną twarz Dominikany: domy (a właściwie baraki) z blachy falistej. Pilnujących posterunków na autostradzie mężczyzn z długą bronią. Śmieci na poboczu. Porzucone budowy. Ubogie kioski, pełniące rolę sklepów. Stragan rzeźnika, gdzie mięso wisi ot tak, w temperaturze +30 stopni C, bez żadnych chłodziarek. Wychudzone krowy, pasące się na poboczu. Wszechobecne skutery, jako że większości mieszkańców nie stać na kupno samochodu. Mówiąc w skrócie - biedę, biedę taką, jakiej w Europie już prawie nigdzie nie można zobaczyć. Ale też wciąż - nieodmiennie - zachwycająco piękną przyrodę. I wszystko zalane słonecznym blaskiem. 


I wreszcie - lokalna muzyka, bachata. Grana jest niemal wszędzie, także w każdej z hotelowych restauracji. Szczególnie podoba mi się jedna piosenka, nie mam jednak pojęcia, co to. Indagowana w tej materii obsługa restauracji nie zna tytułu. Gdy słyszę sprzątacza, pogwizdującego znaną mi melodię, pytam jego. Nie zna angielskiego, ale przy pomocy gestów, nucenia i hiszpańskiego słowa "tytuł" udaje mi się wreszcie uzyskać pożądaną informację - chłopak zapisuje mi na kawałku kartonu tytuł piosenki i nazwę wykonawcy. Do teraz, gdy tylko chcę powrócić znów na Dominikanę - wystarczy, że posłucham tego...