Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2018

Moje osobiste podsumowanie roku 2018.

Kategorie takie jak w zeszłym roku, czyli: 
1) kategoria "życie osobiste":
najważniejszym wydarzeniem roku był dla mnie mój i A. ślub (tym razem polski) oraz nasze wesele, które świętowaliśmy w najlepszym z możliwych towarzystwie: naszej rodziny, przyjaciół i znajomych. Miałam możliwość przekonać się, jak wyglądają polskie tradycje i rytuały weselne od tej drugiej strony, od jakiej ja ich jeszcze nie znałam: wzruszenie towarzyszące wybieraniu sukni ślubnej i welonu (i opijanie podjętego wyboru - wraz z przyjaciółką - niezwłocznie zaserwowanym nam szampanem!); przymiarki; szukanie z mamą butów; przygotowania pierwszego tańca... a potem lot do Polski: życzenia i prezenty na pokładzie samolotu; i poranek weselny: bycie czesaną i malowaną; mama i przyjaciółki upinające mi welon; a potem już sama uroczystość: tata prowadzący mnie do A.; składanie przysięgi i wymiana obrączek; przyjmowanie życzeń i uścisków; błogosławieństwo ze strony rodziców; rzucanie kieliszkami; bycie przenos…

Wielki Kanion i Sedona - czyli o tym, jak pięknie jest w USA cz. III

(Sprawy praktyczne: jeśli pragniecie mieszkać w hotelu, z okien którego będziecie mieć widok na Wielki Kanion - trzeba ten hotel zarezerwować ok. roku wcześniej. My o tym nie wiedzieliśmy, toteż siłą rzeczy - zamiast w centrum parku - mieszkaliśmy na jego obrzeżach, jakiś kwadrans samochodem od wyznaczonego na terenie parku parkingu. Bilet wstępu do parku można kupić na parę dni, uprawnia on też do jazdy kursującymi tam autobusami). 
Mroczne lasy w  okolicach południowej krawędzi Wielkiego Kanionu powitały nas wieczorną mgłą i widokiem jelenia, stojącego w zadumie na przyhotelowym trawniku. (Jeleni - jak i innych zwierząt - w okolicy jest sporo, toteż trzeba naprawdę bardzo uważać, gdy prowadzi się przez tamtejsze lasy samochód. Raz zdarzyło się nam wyhamować dosłownie centymetry od jelenia... na szczęście nic się nie stało). 


Wykończeni jazdą, padliśmy spać... po to, by następnego dnia zerwać się o świcie i podjechać autobusem na sam koniec szlaku, biegnącego wzdłuż Wielkiego Kanion…

O tym, dlaczego odeszłam z poprzedniej pracy - czyli syndrom boreout (zanudzenia) w praktyce.

Jak to mówią - człowiek całe życie się uczy. Nauczyłam się w zeszłym roku czegoś nowego i ja: że niezależnie jak fajne jest szefostwo czy atmosfera w pracy, niezależnie jak przyzwoite pieniądze, to - jeśli zadania są nudne, a zbyt długo zwleka się ze zmianą - kończy się to źle. Stało się tak i w moim przypadku: padłam ofiarą syndromu boreout (nie mylić z burnoutem - syndromem wypalenia zawodowego - choć obydwa zaczynają się podobnie, a czasami boreout prowadzi do burnoutu. Na szczęście nie stało się tak w moim przypadku).
Jakie były główne objawy? Przede wszystkim - jak sama nazwa wskazuje - bezbrzeżna, wszechogarniająca nuda. Gałąź biznesowa, w której wtedy pracowałam, mimo usilnych moich dążeń do wzbudzenia w sobie zainteresowania nią... nie dawałam rady. Powinnam była wiedzieć lepiej, bo przecież od dziecka zapamiętywałam bez trudu i na zawsze wszystko, co było dla mnie interesujące, błyskawicznie natomiast zapominałam (jeśli w ogóle byłam w stanie przyswoić) informacje dla mnie n…

W drodze oraz Hoover Dam, czyli USA cz. II

Gdy wylatywaliśmy z Nowego Jorku, było deszczowo, wietrznie i bardzo zimno - jakieś piętnaście stopni. Przy pomocy samolotu zadziała się zwykła magia i już po paru godzinach wysiadaliśmy w zupełnie innym klimacie - na środku pustyni: w Las Vegas. Bezpośrednio z lotniska udaliśmy się do wypożyczalni samochodów, skąd odebraliśmy (jak 99% innych osób) naszego Mustanga kabrio... i ruszyliśmy w kierunku południowej krawędzi Wielkiego Kanionu.


(widok z okna naszego hotelu)
Pierwszym naszym przystankiem było Hoover Dam (zapora Hoovera). Było to też pierwsze zetknięcie z USA-ńską rzeczywistością spoza wielkich miast - czyli przestrzenią. Europa, jak wszyscy wiemy, jest mała. Szwajcaria w ogóle jest maleńka - da się przejechać z jednego jej końca na drugi w raptem cztery godziny; dodatkowo sporo miejsca zajmują tu góry. Co się z tym wiąże, brak tu takiej zwykłej, fizycznej przestrzeni. Parkingi bardzo często są ciasne, to samo z ulicami. Pokoje hotelowe również nie są zbyt wielkie (choć to ak…

Krótkie ogłoszenie parafialne.

Odnośnie komentarzy, bo ostatnio nie dało się ich zostawiać spod konta googlowskiego:

NIE moderuję komentarzy w żaden sposób.
Jeśli Wasz komentarz nie pojawił się natychmiast po skomentowaniu, to znaczy, że Blogger coś skopał i trzeba próbować jeszcze raz.
Czyli jak zwykle: ctrl+c najlepszą praktyką przed kliknięciem wyślij/opublikuj/etc.

Rozważania mediowospołecznościowe (aka social media rozdrapy).

Dla tych, co tl;dr - notka o tym co mam nt. w głowie, sama nie wiem, co z tego wyjdzie. Takie tam smęcenie.
Z natury mam tak, że chciałabym zjeść ciastka - i mieć zarazem pełny ich koszyk. To się uwidacznia w dość wielu aspektach mojego życia. I tak z jednej strony chciałabym całkowicie chronić moją prywatność i nie marnować czasu (czemu sprzyjałoby nieudzielanie się na absolutnie żadnych mediach społecznościowych), z drugiej - mam przecież znajomych internetowych. Mowa o osobach, z którymi w jakiś sposób trzymam stały kontakt, nawet nieregularny. Z niektórymi raz na ileś widzimy się w tzw. realu, z niektórymi nie, ale jakaś więź jest. Niektórych po prostu lubię czytać, oglądać ich zdjęcia, kibicuję ich życiu, lubię wiedzieć, co u nich. To raz. Dwa, że czasem są takie sytuacje, że potrzeba powiedzmy tego konta na fejsie, żeby dostać free wifi zagramanicą (gdzie się karty SIM nie kupiło, bo było to niemożliwe lub się nie opłacało, bo za krótki pobyt, na przykład na jeden dzień tylko),…

New York, New York, czyli USA cz. I.

W maju tego roku wyruszyliśmy w prawie miesięczną podróż po USA (kolejna zresztą przyczyna niepisania na blogu). Pierwszym przystankiem było wschodnie wybrzeże - a konkretnie Nowy Jork.
Był to mój pierwszy raz w Stanach Zjednoczonych. Do tamtej pory "znałam" je wyłącznie z filmów, seriali i książek. Nikogo chyba nie zdziwię, pisząc, że na filmach wszystko wygląda lepiej: ładniej, czyściej, wreszcie - bogaciej. To ostatnie było chyba moim największym zaskoczeniem, jeśli chodzi o USA. Wystarczy bowiem wyjechać z wielkich miast (a czasem nawet i to nie jest potrzebne) i już widać biedę - i to biedę taką, że przypomina tę w tzw. krajach trzeciego świata. Zaskoczeniem było dla mnie też ubóstwo infrastruktury - kiepska (widać od dawna nieremontowana) nawierzchnia wielu autostrad czy brak zasięgu telefonu.

Potwierdził się natomiast mój prywatny stereotyp, dotyczący wszystkich Amerykanów, których miałam okazję poznać - że są to ludzie niezwykle kontaktowi. Bardzo łatwo wejść z nimi…