czwartek, 22 września 2016

Jak to z kupowaniem biletu było, czyli historyjka z morałem*

Bilety kolejowe można w Szwajcarii nabywać przy pomocy aplikacji na telefon. Jest to bardzo wygodne, dlatego od długiego czasu kupuję je tylko w ten sposób. A że rzadko kiedy chce mi się przejazd dokładnie zaplanować, najczęściej nabywam je w drodze na dworzec albo wręcz tuż przed wejściem do pociągu. 
Jakiś czas temu zdarzyło się, że zdążyłam (w ostatniej chwili!) na wcześniejszy pociąg niż sądziłam, że zdążę. Bilet kupowałam - dosłownie - wsiadając. Naciśnięcia przycisku "kupuj" dokonałam w momencie, kiedy zamknęły się za mną drzwi, a pociąg ruszył. Ale... zamiast zobaczyć powiadomienie o pomyślnie zakończonej operacji, widziałam wciąż ekran oczekiwania. A za chwilę - timeout. Operacja nie powiodła się, brak kontaktu z serwerem. Nic to, zdarzyć się przecież może, pomyślałam, klikając znowu w "kupuj" i jednocześnie przypominając sobie o tym, że jestem w wagonie pierwszej klasy, a bilet kupuję na drugą, więc trzeba by do tej drugiej klasy przejść. No to idę. Tymczasem znów - timeout. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale kliknęłam w "kupuj" po raz kolejny... a za chwilę po raz kolejny... jednocześnie idąc i szukając wolnego miejsca. Zamiast wolnego miejsca wtem! objawił się konduktor. I w tym momencie - mimo pięciu lat pobytu tutaj - z niewiadomego powodu odruchowo zareagowałam po polsku, a mianowicie strachem, że nie mam biletu i że lepiej, żeby tego nie widział. W efekcie, zamiast po prostu normalnie wyjaśnić sprawę (jak już kiedyś zrobiłam na przykład w zbliżonej sytuacji w pociągu niemieckim - i jak najbardziej poskutkowało), naiwnie spróbowałam pójść dalej, wciąż wpatrując się gorączkowo w telefon.

Konduktor oczywiście zatrzymał mnie, zwracając się z uprzejmą prośbą o bilet. Gdy nie zareagowałam, zajęta telepatycznym wspieraniem wysłanych do serwera kolejowego pakietów - powtórzył prośbę, zdecydowanie chłodniej. Bąknęłam, że biletu nie mam, ale cały czas próbuję go kupić i nie mogę... tu, o tu! - podstawiłam mu pod nos mój telefon, który był uprzejmy po raz kolejny wyświetlić informację o timeoucie. Wciąż jeszcze miałam szansę, jako że konduktor - choć nastroszony - najwyraźniej miał po szwajcarsku dobre serce i zdecydował się odpuścić mi winę (mimo widocznego przekonania, że próbowałam go oszukać). Już-już miał wypisać mi bilet papierowy, z ceną powiększoną tylko o opłatę manipulacyjną za wypisanie w pociągu, gdy kolnęło mnie coś w serce, że oto biorą mnie za oszustkę, a ja przecież chciałam kupić ten cholerny bilet i to ich wina, że serwer im nie działa!... W efekcie z ust wyfrunęło mi pytanie, gdzie mogę złożyć skargę na niedziałający serwer. Konduktor spojrzał na mnie wrogo i oznajmił krótko, że jemu działa i że skoro chcę, proszę bardzo, wystawi mi tu oto papier za jazdę bez ważnego biletu, a w zgłoszeniu opisze zaraz dokładnie moją skargę, ależ proszę bardzo. Wszelkie moje dyplomatyczne wysiłki naprawienia błędu spełzły oczywiście w tym momencie na niczym, z pociągu zaś wysiadłam z podpisanym przez siebie mandatem, rozżalona sama nie wiem czym bardziej: czy tym, że oto bezpowrotnie straciłam sto franków, które mogłam była wydać na milion przyjemniejszych rzeczy, czy też tym, że zostałam ukarana za niewinność, bo przecież chciałam ten nieszczęsny bilet jak najbardziej kupić!...

Ponieważ jednak z mlekiem matki wyssałam piękną narodową cechę, a mianowicie to, że poddawanie się (zwłaszcza w obliczu sytuacji wyglądających na beznadziejne!) jest mi obce - po powrocie do domu napisałam mejla. No dobra, "napisałam" nie jest do końca prawdziwe, jako że tekst pierwotnie napisany przeze mnie został przez A. przyobleczony w znacznie zgrabniejsze frazy i konstrukcje - ale sens był mój. (Poza tym, gdybym pisała po polsku, machnęłabym takie pismo od ręki, więc pff). W każdym razie w piśmie tym wyłuszczyłam kolejom szwajcarskim całą prawdę i tylko prawdę: a mianowicie, że bilety zawsze kupuję przez ich aplikację na telefon, że aplikacja do tej pory działała absolutnie bezawaryjnie, skutkiem czego pokładałam w niej takie zaufanie, że do głowy mi nie przyszło, iż któregoś dnia może nie zadziałać; że bilet intensywnie próbowałam nabyć i mimo najszczerszych chęci - nie mogłam. I że proszę o skreślenie z listy oszustów. (W Szwajcarii, gdy dostanie się mandat za jazdę bez biletu, sprawdzane jest, czy zdarzyło się to delikwentowi po raz pierwszy. Jeśli tak - płaci kwotę a. Jeśli jest recydywistą, płaci podwyższoną kwotę b). 

Po tygodniu koleje odpisały uprzejmie, że biorąc pod uwagę moją regularność w korzystaniu z ich aplikacji, wierzą w prawdziwość mojej wersji wydarzeń i w związku z tym nie zostanę obciążona mandatem, a li tylko opłatą za bilet (plus, oczywiście, opłatą manipulacyjną). Innymi słowy, stratna z powodu niedziałającego serwera będę o dziesięć franków, nie sto. Co robi różnicę. Oczywiście, finansowo taki efekt mogłam osiągnąć z konduktorem. Konduktor jednakże mi nie wierzył, a koleje uwierzyły - co miało spore znaczenie w tej historii. Właściwie nawet - zdecydowanie większe niż pieniądze.


*historyjka zawiera kilka prostych morałów; wyciągnięcie ich pozostawiam jednak czytelniczce/czytelnikowi

czwartek, 15 września 2016

Takie tam, o szukaniu pracy w Szwajcarii.

Przyszła jesień. Dzisiaj. Coś chciałam, ale co? Miałam jakieś tematy na notkę, ale już nie pamiętam. Marznę w pracy, jak zwykle. Koledzy nie marzną, jak zwykle. Nie wiem, ile razy już usłyszałam w Szwajcarii "ale jak to, przecież Ty jesteś z Polski, a tam to w ogóle jest ZIMNO!" Szczytem wszystkiego było, kiedy w poprzedniej pracy ja trzęsłam się z zimna, a kolega twierdził, że jest przyjemnie rześko. Kolega pochodził z Kamerunu.
Życie jest niesprawiedliwe, a mężczyźni bardziej odporni na zimno. Udowodnione badaniami naukowymi, opisane np. tu. (Kiedy nadejdzie ten dzień, że będę ścigana przez headhunterów, ścielących mi pod stopy niesamowite kontrakty, zażyczę sobie własnego biura, w którym temperatura nie będzie nigdy spadać poniżej +30 C. Howgh).

A właśnie, co do headhunterów, a właściwie zatrudnienia jakiego takiego w pięknym kraju nadreńskim... Co się przydaje, żeby mieć i za co ceni się tu polskich pracowników? Rozpatrzę to na przykładzie dobrze mi znanym, czyli inżynierów/magistrów "technicznych" płci obojga.

Jeśli pracy szukamy po prostu z ogłoszenia, nie znając tu nikogo (i nie mając tym samym szansy na bycie przez kogoś poleconym) - niewątpliwie przydaje się dyplom ukończenia szkoły wyższej. Szwajcarzy cenią bowiem dyplomy, certyfikaty i wszelkiej maści papiery potwierdzające oficjalnie, że umiemy to co umiemy. Najwyżej cenione są oczywiście papiery wydane przez uczelnie szwajcarskie, ze szczególnym uwzględnieniem ETH, ale jako że miejsc pracy jest dużo, a wykwalifikowanych pracowników helweckich o wiele mniej, nie gardzi się też kandydaturą absolwentów z innych rejonów Europy (i świata). 
Oczywiście pod warunkiem, że w ślad za tą kandydaturą idzie wiedza i jakieś - przynajmniej niewielkie - doświadczenie zawodowe. Naturalnie, im doświadczenie większe, tym lepiej dla delikwenta. W przypadku wielu stanowisk otrzymanie ich jest uzależnione od lat doświadczenia zawodowego. W związku z czym na przykład szansa, żeby ktoś z doświadczeniem zaledwie paroletnim pracował na stanowisku seniorskim, jest w Szwajcarii nader nikła (być może takie przypadki istnieją, ale osobiście nigdy o żadnym nie słyszałam). 
Doświadczenie zawodowe rodem ze Szwajcarii cenione jest wyżej niż to z innych krajów; podobnie jak dużym plusem dla nas jest posiadanie szwajcarskich świadectw pracy. Zawierają one opis zadań, wykonywanych przez pracownika, a także opis pracownika jako takiego. W trakcie rekrutacji musimy być przygotowani na to, że potencjalny pracodawca zadzwoni do pracodawców poprzednich (z wyłączeniem aktualnego, oczywiście - jeśli szukamy nowej pracy będąc wciąż zatrudnieni) i ich o nas wypyta. Niektórym ciężko jest wytłumaczyć, że na przykład w kraju Polska większość firm nie daje pracownikowi żadnych referencji i że ten stek bezużytecznych informacji o wykorzystanych dniach urlopu czy chorobowego to naprawdę jest polskie świadectwo pracy, tak, tak ono właśnie wygląda.
Jeśli pracy szukamy poza wielkimi korporacjami w Zurychu czy Genewie, nie od rzeczy jest także znać niemiecki (a w części francuskojęzycznej - obowiązkowo francuski, we włoskiej zaś włoski. Retoromańskiego szczęśliwie nikt nie oczekuje). Z samym angielskim pracę da się tu co prawda znaleźć - przynajmniej w części niemieckojęzycznej; we francusko- podobno to niewykonalne - ale jest to dużo trudniejsze. W przypadku nieznajomości niemieckiego plusem będzie chęć szybkiego nauczenia się go. Wiele tutejszych firm chętnie opłaca pracownikom takie kursy; sama chodziłam przez trzy semestry, celem odświeżenia języka.

A za co polski pracownik jest w Szwajcarii ceniony? Przede wszystkim za cechy, których większość Szwajcarów nie posiada lub posiada w stopniu relatywnie niewielkim: umiejętność improwizacji, myślenia poza schematem i znajdowania wyjścia z sytuacji pozornie beznadziejnej. Innymi słowy za to, do czego świetnie przygotowało nas życie w kraju pochodzenia! 
Cenne w oczach szwajcarskiego szefostwa jest również przyjmowanie na barki zadań wykraczających poza zwykły poziom trudności - bez kręcenia nosem, że nie, tego nie chcemy robić, bo nie umiemy, a w ogóle to nam się nie chce i nie mamy już więcej pomysłów i niech ktoś inny to zrobi. Niepoddawanie się w takiej sytuacji i ślęczenie nad problemem tak długo, aż go rozwiążemy, wywoła zachwyt. Jeśli do tego potrafimy pracować samodzielnie, bez nękania współpracowników co minutę pytaniami, zachwyt wzrośnie jeszcze bardziej. (Wzrost zachwytu przekłada się zazwyczaj po podsumowaniu rocznym na podwyższenie kwoty wpływającej miesięcznie na nasze konto, dlatego warto go wywoływać). 
Szwajcarscy szefowie cenią też u pracownika umiejętność szybkiej nauki i (uprzejme!) wypowiadanie swojego zdania podczas dyskusji. W oczach szwajcarskich współpracowników statystycznie zaplusujemy uprzejmością, starannością wykonywania zadań i słownością; a także - podobnie jak u szefostwa - wypowiadaniem swojego zdania podczas dyskusji. Niestety umiejętność dyskusji konkretnej i krótkiej cenię w tym kraju chyba tylko ja.
Odporność na stres i umiejętność pracy pod presją czasu jest tu też naszym dużym atutem, ponieważ stresu w pracy się tu właściwie nie doświadcza, podobnie jak pośpiechu. (To znaczy Szwajcarzy twierdzą, że tak, ale kogoś, kto pracował w Polsce, może to wyłącznie rozbawić).

Jeśli zaś chcemy do siebie szwajcarskich kolegów czy szefostwo zrazić i błyskawicznie wylecieć z pracy, nic prostszego - musimy tylko być agresywni, chamscy oraz ostentacyjnie ignorować obowiązki służbowe. Wilczy bilet gwarantowany! 

piątek, 9 września 2016

Dwoistość.

Czasami jest ogromne zmęczenie. Bywa wtedy, że gdy słyszę ten język, który nie jest moim językiem, odczuwam nagłą irytację. Na słowa, które wyłapuję poprzez dialektowe zniekształcenie. I na te, których nie rozumiem i nawet nie umiałabym powtórzyć. Zżymam się milcząco na ludzi wokół, jestem obrażona - dlaczego mówią w dialekcie. Dlaczego nie po niemiecku. Dlaczego właściwie nie po polsku, do cholery. To przecież najpiękniejszy język - a oni, zamiast to docenić, bełkoczą po swojemu. Zupełnie jakby chcieli mi zrobić na złość. To przez nich nie mogę precyzyjnie wyrazić swoich myśli. Zubażam je, okaleczam, upraszczam. Odzieram z tiulu i koronek, wypycham w świat w jutowym worku, na żebry o bycie zrozumianą. A przecież mogliby mówić po polsku, w moim, właśnie moim języku. Dlaczego nie mówią?!

Czasami jest spokój. Pewność. Ten rodzaj, który wie, że jest dobrze. Że to jest najlepszy czas. Tu i teraz. Że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. 
Kończę pracę. W toalecie szybko pozbywam się rajstop i balerin, wkładam zalotne sandałki, rozpuszczam włosy. Jeszcze soczewki i tusz, metamorfoza dla Ciebie, zrób to teraz, tylko pięć minut. Wygładzam sukienkę. Wychodzę na zewnątrz, słońce mocno grzeje. Słyszę wokół siebie obcy język. Dialekt. Niektóre słowa wyłapuję, innych nie - ale dźwięki są kojąco znajome. Przywodzą na myśl dobre skojarzenia. Uśmiecham się do siebie, bo właśnie tak brzmi dom.

środa, 7 września 2016

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, ile (franków) kosztujesz...

Dla tych, co tl;dr - truizm: najlepiej jest być zdrowym (oraz pięknym, młodym i bogatym, ale to ewentualne tematy na inną notkę).

Jak już kiedyś wspominałam, podstawowe ubezpieczenie zdrowotne jest tu prywatne (i obowiązkowe). Można wybierać spośród trzech jego wariantów. Pierwszy to tzw. Telmed, czyli - jeśli przydarzy Ci się konieczność pójścia od lekarza - konieczność dzwonienia na podany numer i przekonania ludzi po drugiej stronie kabla, że opieka medyczna jest Ci niezbędna. Drugi - Hausarztmodell - wymaga pójścia do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie, jeśli konieczna jest wizyta u specjalisty. Wariant trzeci to freie Arztwahl - mając go, można pójść do dowolnie wybranego przez siebie lekarza. Jest to wariant najdroższy, ale i najwygodniejszy zarazem. Jako zwolenniczka profilaktyki oraz szybkiego reagowania na jakiekolwiek nadciągające problemy zdrowotne, wybrałam ten właśnie. Dodatkowo, będąc płci żeńskiej i dysponując wadą wzroku, muszę odbywać regularne wizyty kontrolne u specjalistów. Lubię też uprawiać sport, a bieganie czy nurkowanie potrafi np. czasem przyprawić o wymagającą fizjoterapii kontuzję. Reasumując, mnie najbardziej opłaca się opcja z niewielką franczyzą (czyli kwotą, którą uiścić muszę za leki i wizyty z własnej kieszeni, nim 90% kosztów pokrywać zacznie ubezpieczyciel). Z tym opłacaniem się to naturalnie taki żarcik - tak czy inaczej ubezpieczenie zdrowotne jest w Szwajcarii diabelnie drogie i tanio wychodzi co najwyżej ludziom, którzy do żadnych lekarzy nigdy nie chodzą (wtedy się bierze najwyższą franczyzę - czyli ma się zarazem najniższą składkę). Ach, zapomniałabym - opieka dentystyczna i ortodontyczna nie wchodzi, oczywiście, w skład podstawowego ubezpieczenia. A biorąc pod uwagę, że cena jednej plomby potrafi wynieść 400 CHF, zdecydowanie bardziej opłaca się przejechać w tej sprawie do Francji czy Niemiec (cztery razy taniej). Szczęśliwie zęby mam zdrowe, ale z góry współczuję ludziom z tendencją do próchnicy.

Lekarze. W ciągu lat minionych bywałam tu u specjalistów różnej maści, zgromadziłam więc zapas pewnych doświadczeń. Z pewnym rozczarowaniem wyznać muszę, że opieka medyczna nie jest tu na poziomie takim, jakiego oczekiwałby człowiek, uiszczając swoją miesięczną składkę. Owszem, lekarze generalnie traktują pacjenta jak człowieka (m.in. zawsze witają się przez podanie ręki!), są uprzejmi i odpowiadają cierpliwie na wszystkie pytania, nie mają tendencji do przepisywania zbędnych leków (np. przy objawach przeziębieniowo-grypowych zawsze robią test CRP, żeby sprawdzić czy wirus, czy bakteria i nie walić zbędnie antybiotykiem w system). Z drugiej strony - wizyty zwykle są opóźnione i trzeba czekać, często nawet pół godziny; gdy przychodzi się wcześnie rano, potrafią się spóźnić (nie jakoś drastycznie, ale ja mam wysokie wymagania pod tym względem - zniszczyli mój mit zawsze punktualnych Szwajcarów!). Do tego, jeśli zjawić się z problemem nietypowym, widać wyraźnie, że większość ma problem z myśleniem poza schematem (czego, doprawdy, oczekiwałabym przy tej wysokości wynagrodzenia). Z moich doświadczeń - najlepsi specjaliści pracują zazwyczaj w szpitalach. 
Podobne zarzuty co lekarzom, mogę przedstawić, jeśli chodzi o weterynarzy - z tą różnicą, że weterynarze są chyba jeszcze drożsi niż lekarze. I oczywiście zarówno jedni jak i drudzy skrzętnie uwzględniają w rachunku najdrobniejsze wykonane czynności, np. podanie zastrzyku to osobna opłata za wykonanie go, osobno zaś za zawartość w strzykawce. O sytuacji takiej, gdy mój polski weterynarz mówił "i tak bardzo dużo wyszło za te leki, za wizytę nie musi pani płacić", można tu zapomnieć. Cóż, wiadomo, każdy chce zarobić.

Z ciekawostek - szpitale wysyłają tu czasem pacjentom ankiety, dotyczące lekarzy, u których się było. Ankieta taka jest anonimowa i zawiera dość szczegółowe pytania. Dołączona do niej koperta jest już ofrankowana. 

Zmiana lekarza, jeśli nie podyktowana powodem typu przeprowadzka, jest traktowana lekko podejrzliwie - i zawsze następuje pytanie o powód. Jeśli potrzebujemy swojej dokumentacji medycznej, nie dostajemy jej nigdy do ręki - możemy natomiast poprosić poprzedniego lekarza o wysłanie jej do następnego (większość robi to - o dziwo! - bezpłatnie).

Rachunki wysyłane są czasem bezpośrednio do ubezpieczyciela (wtedy płaci je on i wysyła rachunek pacjentowi), a czasem do pacjenta (który musi wtedy opłacić rachunek samodzielnie i wysłać jego kopię do kasy chorych; można to bezproblemowo robić przez internet). Ubezpieczyciel zwraca pieniądze na konto pacjenta zazwyczaj w ciągu 2-3 tygodni.

Za leki, kupno których pokrywa kasa chorych, nie płaci się w aptece samodzielnie - trzeba tylko pokazać kartę ubezpieczenia.

Rachunki od lekarzy potrafią przyjść po tygodniu, potrafią też po trzech miesiącach od wizyty. Standardowo jest to miesiąc-półtora.

Farmaceuci przyklejają na lekach wydrukowane na podstawie recepty etykiety - z informacją o dozowaniu, dla kogo jest lek oraz kiedy i gdzie został sprzedany. 

Jeśli życzymy sobie np. zabiegów ajurwedy, chcemy chodzić do dentysty, na siłownię, jogę czy masaże albo mamy inne nietypowe życzenia prozdrowotne - możemy zawrzeć ubezpieczenie dodatkowe (Zusatzversicherung). Pokryje ono część kosztów. 

Umowę ubezpieczenia podstawowego można wypowiedzieć tylko dwa razy w roku - do 30 listopada lub 31 marca. Jeśli się zagapimy, musimy czekać kolejne pół roku. Umowę ubezpieczenia dodatkowego można u większości ubezpieczycieli wypowiedzieć zaledwie raz w roku i trzeba to na ogół zrobić minimum trzy miesiące przed końcem roku (ale są i kasy chorych, które wymagają sześciu miesięcy).

czwartek, 1 września 2016

Alkoholowo.

Z okazji pierwszego września, gdy wszystkie dzieci poszły już do szkoły, poruszyć można temat dostępny (w teorii, oczywiście, że tak, wszyscy przecież byliśmy kiedyś nastolatkami) wyłącznie dla pełnoletnich.

Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest w Szwajcarii najzupełniej legalne; z fascynacją przeczytałam, że temat zniesienia zakazu poruszono ostatnio w Polsce i że natychmiast podniosły się głosy sprzeciwu, wizualizujące z oburzeniem stada pijanych ludzi na ulicach. Wiadome, polskie społeczeństwo nie dorosło do decydowania o sobie i powinno być ubezwłasnowolnione na wszelkie możliwe sposoby, chyba że chodzi o wybieranie jedynych słusznych partii czy rzucanie banknotów na tacę... oh, wait. Ale zostawmy tematy polityczne i pozwólmy Wam odkryć smutną prawdę: a mianowicie, że polska wódka, moim zdaniem dużo lepsza od rosyjskiej czy z jakichkolwiek innych krajów, jest w Szwajcarii zupełnie nieznana! Cóż za zaniedbanie ze strony producentów, zupełnie tego nie rozumiem. Owszem, okazjonalnie (rzadko!) widuje się tu ją w monopolowych, ale Szwajcarzy jako zbiór zupełnie tych polskich marek nie kojarzą - jedyny polski alkohol, jaki znają, to żubrówka (występująca tu zresztą pod nazwą "grasovka"). Moje zdumienie w tej materii podziela w zupełności mój amerykański fryzjer, który opowiedział mi nawet historię o znajomym, przemycającym (na małą skalę, w walizce, nie w ciężarówkach) wódkę z Polski, gdyż ponoć nielicznym koneserom można tu ją sprzedać ze sporym przebiciem cenowym (o ile pamiętam, było to ok. 60 EUR za butelkę). I bynajmniej nie jest tak, że mocnych alkoholi się tu nie pija - faktem jest, że gustuje w nich głównie grupa wiekowa 16-25 (wiek, od którego alkohol tu spożywać wolno, to lat 16 w przypadku piwa i wina oraz 18 - mocniejsze alkohole), niemniej to dość znaczący target, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj wraz z wiekiem (zwłaszcza skończeniem studiów) i tak pije się alkoholu coraz mniej.

Pozostałe grupy wiekowe w Szwajcarii spożywają głównie wino i piwo, właściwie jedno i drugie jest tu równie popularne, a kieliszek wina do obiadu czy kufel piwa do lunchu są czymś zupełnie normalnym. Szwajcarzy lubią dodawać też alkohol do jedzenia (za czym ja osobiście nie przepadam, ale de gustibus itd., wiadomo) - wino dodaje się do fondue, zupy mącznej czy sosu, podawanego z siekanym mięsem (tzw. Zürcher Geschnetzeltes). Restauracje serwują też chętnie desery z dodatkiem alkoholu, np. lody (z Baileysem, Malibu czy innym likierem) czy tzw. Zuger Kirschtorte (pochodzący z kantonu Zug tort z kirszem, czyli wiśniówką).

Mimo wyżej opisanej łatwości dostępu do alkoholu, nie widuje się tu na ulicach pijanych tłumów; a pijany Szwajcar od trzeźwego różni się głównie tym, że zatraca ten charakterystyczny, helwecki dystans i łatwiej jest z nim nawiązać kontakt. Przypadków poalkoholowej agresji nigdy tu nie uświadczyłam - a ma się naprawdę solidną próbę do obserwacji: czy to podczas karnawału (Fasnacht), czy też 1 sierpnia (święto narodowe, upamiętniające założenie Konfederacji Szwajcarskiej). 

Moje bliskie otoczenie, czyli koledzy z pracy, cenią głównie piwo - co przejawia się na przykład w naszym tradycyjnym copiątkowym jego spożyciu, ale co ilustruje również poniższa anegdota. Odkryłam otóż ostatnio fajną stronę ze słownictwem szwajcarskim. Przeglądając ją, pytałam kolegów o niektóre słowa, chcąc się upewnić, że rzeczywiście są w dialekcie w użyciu powszechnie, a nie na  przykład wyłącznie w jakiejś pojedynczej, zapadłej wiosce na szczycie góry, gdzie miałabym szansę dotrzeć co najwyżej raz w życiu, a i to po wielogodzinnej wędrówce.
Oprócz znalezienia na liście wyrazów, których nauczyli mnie koledzy z pracy, takich jak "Tüpflischiisser" ("pedant", dosł. "srający punkcikami"), "Harasse" (skrzynka, w odniesieniu do np. piwa) , "huere" (w wolnym tłumaczeniu: "zajebiście", dosł. "kurewsko"; np. "huere guet" - "zajebiście dobre". Nie należy używać w innych krajach niemieckojęzycznych, bo bardzo wulgarny wydźwięk straciło tylko i wyłącznie w Szwajcarii!) czy wspomniane już na tutejszych łamach "seichen" ("lać", o deszczu, ale też w znaczeniu "sikać"), znalazłam też urocze słówko "Herrgöttli", które przełożyć można jako "pan bożek", a które oznaczać ma "piwo w kuflu, 2 dl". Zapytałam kolegę z biurka obok, czy kiedykolwiek słyszał to określenie - nie. Hm, ok. Przychodzi z lunchu następny kolega, znowu pytam, też nie słyszał. - A co to w ogóle ma oznaczać?, pytają oni. Mówię, że 2 dl piwa. Na co reakcja obydwu identyczna: - "Aaa, no tak, bo ja nigdy nie zamawiam tak małej ilości piwa!"