piątek, 21 kwietnia 2017

Rozważania lingwistyczne, część n-ta.

Jedną z rzeczy najbardziej dla mnie fascynujących w nauce języków są słowa, które nie istnieją w polskim. Jednym z takich zgrabnych niemieckich wyrazów, znanym zresztą pewnie każdemu, bo wszedł na stałe do użycia w polskim (czyż nie znamienne, że akurat ten?), jest Schadenfreude - czyli radość z cudzej szkody/kłopotów/problemu. Jak widać - co w niemieckim jest jednym słowem, po polsku wymaga dłuższego opisu. Innym, bardzo fajnym i brakującym w polskim słowem jest Zweisamkeit. Einsamkeit po niemiecku to samotność; dosłownie pojedynczość, bo ein to jeden. Zwei to z kolei dwa - czyli Zweisamkeit to w dosłownym rozumieniu podwójność - "samotność" we dwoje, ale w znaczeniu bynajmniej nie pejoratywnym (dlatego ujęłam to w cudzysłów), tylko intymności dzielonej przez dwie osoby. Innym niemieckim słowem, doskonale oddającym pewną bardzo życiową kwestię, jest Vorfreude - czyli radość z oczekiwania na coś (dosł. przed-radość). Analogicznie jest z Hinterbliebene - czyli rodziną osoby zmarłej, dosł. pozostawieni za.

Wspominałam już tutaj kiedyś o szwajcarskiej tendencji do zdrabniania praktycznie wszystkiego, niemniej wciąż zdarzają się sytuacje, gdy jestem zaskoczona, że można chcieć zdrobnić nawet to!... Ostatnio, jadąc pociągiem, miałam możliwość przysłuchiwania się dialektowi w wydaniu śpiewanym - tuż obok mnie siedział bowiem chłopczyk, który przez godzinę śpiewał w kółko tę samą piosenkę, monotonnie jak litanię. (Po pół godzinie wyjęłam słuchawki; odczuwając zarazem głębokie współczucie i podziw dla hartu ducha taty chłopczyka, który zapewne był w taki sposób torturowany na co dzień). Ze względu na dialekt, nie byłam w stanie zrozumieć całości treści, była to natomiast ponad wszelką wątpliwość piosenka wielkanocna, opisująca taniec zajęcy oraz ich ogonki. Ale... słowo w niej użyte nie było słowem Tanz (taniec), tylko jego zdrobnieniem - Tänzli. Jak to właściwie przetłumaczyć na polski?... Tańczyk? Tańczątko? Tańczuszek?...

Innym interesującym aspektem nauki języków - i zarazem częstokroć mówiącym coś o danym społeczeństwie - jest kwestia, jak różne płcie nadawane są tym samym rzeczownikom. Najlepszym przykładem jest tu samochód - w Polsce to on, w Niemczech - ono, Francuzi zaś uważają, że to kobieta. A. nieodmiennie i przekornie wydziwia też nad faktem, że kot jest po polsku w rodzaju męskim - skoro wiadomo, że taką grację, urok i niebezpieczeństwo zarazem reprezentować może tylko kobieta (die Katze). Albo takie serce... nijakie w polskim i niemieckim, w hiszpańskim jest mężczyzną (el corazón). W tym samym hiszpańskim istnieje również dość wulgarne słowo na penis - które jest rodzaju... żeńskiego (la polla; nie należy - np. w restauracji - mylić z el pollo, czyli kurczakiem!) 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Parę słów o Wielkanocy.

W większości kantonów szwajcarskich wolne są zarówno Wielki Piątek (nazywany tutaj "Karfreitag"), jak i Poniedziałek Wielkanocny (czyli "Ostermontag"). O ile znaczenie słowa "Ostermontag" jest zupełnie jasne, bo dokładnie takie, jak i w polskim, o tyle swego czasu zaintrygował mnie "Karfreitag" (a także Wielki Czwartek, czyli tutaj "Gründonnerstag"). Jak się okazało, "Kar" w staroniemieckim oznacza "skargę" czy też "smutek". "Grün" w niemieckojęzycznym Wielkim Czwartku nie ma natomiast nic wspólnego z kolorem zielonym. Wyjaśnienia są dwa: jedno prezentowane przez teologów (ma chodzić o staroniemieckie słowo "greinen" - "skomleć", "jęczeć"), drugie zaś przez językoznawców - wg nich, słowa "grün" używano w XIV-XVI wieku w znaczeniu "świeży", "bezgrzeszny". Jako że w kościele katolickim Wielki Czwartek to dzień odnowy przysiąg kapłańskich, a w protestanckim (m.in.) przystrajanie kościołów bielą, jako symbolem niewinności - druga interpretacja wydaje się mieć nieco więcej sensu. Nawiasem mówiąc, szwajcarskie laickie wychowanie, jak i brak tendencji do rozprawiania o religiach, daje się nader łatwo zaobserwować na co dzień, przynajmniej wśród moich współpracowników - wystarczy na przykład zacząć zadawać pytania, czym właściwie różnią się obchody tego czy innego święta w kościołach katolickim i protestanckim. Najpierw zapada zakłopotana cisza, później koledzy nieśmiało usiłują wygrzebać coś z pamięci, w ich oczach widzę natomiast znaki zapytania: że właściwie po jaką cholerę mi ta wiedza. (Ba, chwilami mam wręcz wrażenie, że popełniam jakieś - śladowe co prawda - faux pas. Mnie natomiast, wychowaną w kraju - przynajmniej teoretycznie - na wskroś katolickim, zwyczajnie to ciekawi). Dzisiejsze próby dyskusji o szwajcarskiej Wielkanocy najlepiej podsumował jeden z kolegów. Stwierdził mianowicie, że tradycją wielkanocną jest wyjazd na urlop, a tą konkretną Wielkiego Piątku - stanie w korku pod Gotthardem*. Nie sposób odmówić mu racji - dokładnie tak to tu wygląda!




*Gotthard to potoczne określenie na prowadzący pod przełęczą o takiej nazwie tunel, którym jedzie się ze Szwajcarii do Włoch. Jest to najbardziej zakorkowane miejsce w całej Szwajcarii, jako że Szwajcarzy wszelakie krótkie urlopy lubią spędzać właśnie we Włoszech, ze względu na pogodę - za tamtym pasmem gór zwykle bywa lepsza.