poniedziałek, 20 czerwca 2016

Rozrywki.

Człowiek nie jest taki, żeby się od czasu do czasu nie wybrał do kina czy teatru. W pięknym nadreńskim kraju niestety sztuki teatralne w kantonach niemieckojęzycznych odgrywa się w szwajcarskim niemieckim - co skutecznie wyłącza z grona odbiorców większość cudzoziemców. Mnie również. (Myślę sobie przy tym, o ile łatwiej musi być emigrantem w kraju, w którym mówią na co dzień tym właśnie językiem, którego się człowiek nauczył, w jakże błędnej wierze, że skoro to oficjalny język kraju, to... Zresztą nawet we francuskojęzycznej części Szwajcarii - przynajmniej z tego co mi powiedziano - mówi się normalnym francuskim. A ja oczywiście musiałam trafić na expating level hard, pff). 

Jeśli chodzi o kino, to szczęśliwie nie ma dramatu. To znaczy jest, ale tylko częściowy - i przy odrobinie wysiłku redukowalny do zera. A mianowicie - wychowana na polskich kinach, darzę szczerą i gorącą niechęcią dubbing. Jedyną słuszną opcją jest dla mnie język oryginału plus napisy. (Napisy uważam za niezbędne, jako że oglądając, lubię rozumieć każde słowo. KAŻDE. 99,99% mi nie wystarcza; nie i już). W niemieckojęzycznej partii Szwajcarii część filmów w kinach puszczana jest z niemieckim dubbingiem (abominacja!...), część natomiast - w oryginale plus niemieckie i francuskie napisy. Czyli jedyny wysiłek, jaki trzeba podjąć, to wyszukać sobie seans z filmem w oryginale. Oczywiście, filmy wyprodukowane w niemieckojęzycznej Szwajcarii są w szwajcarskim niemieckim i nikt nie robi do nich napisów, ale umówmy się - można żyć bez ich oglądania. 
Z ciekawości zerknęłam, jak wygląda to we francuskojęzycznej części, a konkretnie w Genewie. Otóż, jeśli wierzyć serwisowi Cineman, mają tam kilka kin, przy czym jedno z nich wyświetla filmy w oryginale, a pozostałe - wyłącznie z dubbingiem francuskim. Nie wiem, doprawdy, co ci wszyscy ludzie z tym dubbingiem - serio komuś podoba się, kiedy np. aktorzy hollywoodzcy mają zupełnie inne i zupełnie niewłaściwe głosy i zupełnie niewłaściwie otwierają usta podczas mówienia w stosunku do tego co się słyszy?...

Narzekałam dla Was - ja. Miłego dnia.

czwartek, 16 czerwca 2016

Prasówka.

Jeśli wierzyć bezpłatnej gazecie "20 Minuten", która wpadła mi ostatnio w ręce, w 2015 roku w Szwajcarii pojawiło się zjawisko społeczne pt. "większa liczba osób po 65 r.ż. niż dwudziestolatków". Coś czuję, że od przewidywanej emerytury mojego pokolenia należy odliczyć pierwszy filar.

Poza tym - również dzięki "20 Minuten" oraz konsultacji z kolegami z teamu - dowiedziałam się, że dialektowy czasownik "lać" ("seichen") stosuje się tak jak polskim: zarówno do opisu deszczu, jak i czynności fizjologicznej. W szwajcarskim oznacza on jeszcze bonusowo "bzdurę". Miałam możliwość wzbogacić się o tę wiedzę, jako że "20 Minuten" zacytowało tweet pewnego człowieka. Tweet, pod którym mogę się zresztą podpisać po milionkroć (zamieniwszy uprzednio "langsam" na "schon seit längerer Zeit"). Tweet, który podsumowuje moje myśli z ostatnich tygodni. Tweet, który w pełni wyraża to, co ostatnio sądzę o świecie: "Die huere Seicherei schiisst mi langsam a!" 

Mam nadzieję, że u Szanownych Czytelników pogoda jest lepsza.

wtorek, 7 czerwca 2016

Depresja pourlopowa.

Urlop, urlop i po urlopie. W Wietnamie było barwnie i rozkosznie ciepło, ale nadejszła chwil^hhh pora wracać przed monitor, wyrabiać wraz z milionami bliźnich produkt krajowy brutto. W czasie mojej nieobecności rozpatrywano tu co prawda projekt płacenia każdemu mieszkańcowi pewnej kwoty miesięcznie, niezależnie od tego czy pracuje czy też nie, ale Szwajcarzy (co było oczywiste) odrzucili go większością głosów - tak więc nie ma zmiłuj, do roboty! Co mnie odrobinę pociesza w tej sytuacji, to że do tutejszego kawałka Europy w końcu dotarło lato (przynajmniej dziś). Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma - proszę trzymać kciuki.