niedziela, 15 lipca 2012

O dżemie i butach, czyli co ja tu właściwie robię.

Na wszelkich wyprawach mam aktualnie okazję zapoznać się zjawiskiem, które niestety nie występuje w Polsce - mianowicie przydrożnymi/przydomowymi sklepikami/straganami, sprzedającymi domowe owoce/warzywa/przetwory (np. dżemy, konfitury, soki)/jajka/pieczywo itp. Co jest w nich takiego specyficznego? Samoobsługowość - nikt tych sklepików ani straganików nie pilnuje. Towar leży wyłożony, są karteczki z ceną, jest też metalowa kasetka, do której należy wrzucić odliczoną kwotę pieniędzy. Liczy się na uczciwość przechodzącego potencjalnego klienta - i najwyraźniej uczciwi wciąż są w większości, skoro stragany i sklepiki nadal mają rację bytu. Dla mnie jest to zjawisko absolutnie urocze - i bardzo praktyczne. Wędruje się bowiem z dala od sklepów, a tu człowiek zaczyna być głodny czy spragniony... z domu wziął tylko wodę i praktyczne, nierozpuszczające się w upale ciastka, na które nie ma ochoty - i nagle, proszę, stragan, koszyczek czereśni za 3,50; nic, tylko kupować i jeść. A domowej roboty dżem, np. z truskawek i rabarbaru - którego się samemu nie zrobi, bo się nie umie, a i w zwykłym sklepie się nie kupi? (Ostatnio zjadłam cały - malutki, to prawda - słoiczek*, zanim udało się wrócić do domu).  Bardzo, bardzo mi się ta idea podoba: to, że ktoś chce się podzielić - za niewysoką opłatą - zebranymi przez siebie owocami czy upieczonym przez siebie chlebem. Zwłaszcza dziś, w świecie produkcji masowej, gdzie o zdrowe, smaczne, domowe produkty coraz trudniej (a ja gotować ani nie umiem, ani nie lubię, więc).

Przejdźmy do obserwacji ulicznych, czyli zabawy w Pudelka albo innego Kozaczka: zauważyłam, że bardzo niewiele kobiet tutaj chodzi w butach na obcasach (chyba, że wieczorami, gdy idą na imprezę). Większość preferuje płaski obcas (najczęściej balerinki czy płaskie sandały). Bardzo rzadko widuje się osoby spalone na solarium czy ufarbowane na tzw. "kruka" czy "borsuka". Oczywiście, jest tu sporo kobiet farbujących włosy, ale na kolory raczej zbliżone do naturalnego albo po prostu dobrane tak, że efekt nie jest oszpecający. Jest tu również bardzo dużo osób z naturalnie rudymi włosami. Nigdzie dotąd nie widziałam aż tylu; zastanawiam się, z czego to wynika - pewnie z tutejszej mieszanki genetycznej. Jeśli chodzi o makijaż i tzw. zadbanie ogólne - jest przeróżnie; od zupełnych abnegatek (ale raczej w starszym wieku), aż po dziewczyny wyglądające, jakby dopiero co zeszły z planu filmowego. Informacja dla panów: nie należy mylić Szwajcarek z Niemkami; powiedziałabym, że jest tutaj tyle samo pięknych kobiet, co i w Polsce (choć jeden mój znajomy twierdził zawsze, że najpiękniejsze kobiety świata to Ukrainki). Informacja dla dziewczyn: większość mężczyzn tutaj jest bardziej zadbana niż w Polsce - lepiej się ubierają, ładniej pachną; rzadziej widuje się też tutaj takich z twarzą zmasakrowaną trądzikiem, otyłych i z nadwagą. To ostatnie to być może kwestia tego, że większość Szwajcarów do 30 roku życia [11.02.2018 - nie do 30, a do 40 r.ż. muszą wyrobić określoną liczbę dni służby wojskowej] podlega obowiązkowi służby wojskowej (dwa tygodnie rocznie), a może tego, że tu chyba wszyscy są wielbicielami uprawiania wszelkiego rodzaju sportów. Nie wiem; tak czy siak, efekt jest miły dla oka.

Czas prywatny, prócz biegania po ruinach (o czym jest w notce już napisanej, ale jeszcze nie opublikowanej), poświęcam na nadrabianie zaległości filmowo-serialowych, choć marnie to widzę - jako że wciąż pojawiają się nowe seriale (ten Sherlock to faktycznie taki dobry?). Mam też nowy obiekt uwielbienia - Sheldona z TBBT... ujął mnie za serce, zwłaszcza tym wysprzątaniem pokoju. I to tyle na dziś... z deszczowej i lodowatej (15 stopni Celsjusza) pozdrawiam Państwa ja; a nowy odcinek, jako się rzekło, już niedługo!



*zawartość tegoż, rzecz jasna; szkła - póki co - nie spożywam