poniedziałek, 14 listopada 2016

Długie słowa, czyli Aufenthaltsbewilligung oraz Niederlassungsbewilligung.

O co chodzi? A mianowicie o to, co najważniejsze dla emigranta w Szwajcarii: zezwolenie na pobyt, zwane z angielska "permit".  
Aufenthaltsbewilligung to, jeśli wierzyć słownikowi Pons, "zezwolenie na pobyt okresowy dla określonych celów". Emigranci mogą znać je też pod nazwą permitu typu B. Niederlassungsbewilligung to zaś po prostu "zezwolenie na pobyt", znane też jako permit C. Jest kilka więcej typów tych zezwoleń, ale ze względu na to, że pozostałe znam tylko w teorii, skupię się na B i C.

Bez zezwolenia na pobyt obywatele UE mogą legalnie przebywać na terenie Szwajcarii do 3 miesięcy. Na szczęście, jeśli przyjeżdżamy tu do stałej pracy, uzyskanie zezwolenia typu B to czysta formalność - i z tym właśnie zezwoleniem zaczyna tutaj pracę każda obywatelka i obywatel Unii Europejskiej (dla ludzi spoza UE wygląda to inaczej; nie znam szczegółów). Permit typu B jest ważny 5 lat. Po upływie tego czasu bywa różnie (zależy od posiadanego obywatelstwa oraz innych zmiennych): część osób dostanie ponownie zezwolenie typu B (na kolejne 5 lat), część otrzyma typ C. 
Jako że od niedawna jestem posiadaczką permitu C, notka niniejsza służy krótkiemu opisaniu, co dokładnie zmienia się w naszym życiu, gdy przechodzimy z B na C.

Najważniejsza sprawa to podatki. W Szwajcarii ich wysokość zależna jest od kilku zmiennych: wysokości dochodu, miejsca zamieszkania, wyznawanej religii, posiadania dzieci oraz stanu cywilnego. Na permicie B podlegamy tak zwanemu Quellensteuer. Podatki odciągane są miesięcznie bezpośrednio z naszej pensji, a jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to ich wysokość zależna jest tylko od kantonu, w którym mieszkamy. (Najkorzystniejszy podatkowo kanton to Zug). Jeśli nasze dochody nie przekraczają 120 tys. CHF rocznie, mając permit B nie musimy też składać zeznania podatkowego (ale możemy, jeśli chcemy). W przypadku permitu C natomiast opodatkowani jesteśmy jak Szwajcarzy: tzn. rozliczamy się z podatków raz w roku (niektóre kantony oferują chętnym możliwość rozliczenia miesięcznego). W praktyce oznacza to, że na nasze konto wpływa miesięcznie większa kwota, a tym samym mamy możliwość obrotu tymi pieniędzmi i możemy je np. w coś zainwestować. Na permicie C wysokość podatku uzależniona jest nie tylko od kantonu zamieszkania, ale także gminy. Więcej informacji tu. Firma, w której pracujemy, powiadamiana jest o zmianie naszego sposobu opodatkowania przez urząd emigracyjny, nie musimy się tym kłopotać.

Permit B po pięciu latach traci ważność; może zostać przedłużony. Permit C ważności nie traci; po 5 latach wymaga natomiast tzw. odświeżenia, co ponoć - jeśli się jest w danej chwili zatrudnionym - odbywa się niemalże automatycznie. Prócz tego osobę na permicie C trudniej jest ze Szwajcarii wydalić, można też na nim czasowo (do 4 lat) Szwajcarię opuścić. (W przypadku B wyjazd ze Szwajcarii na dłuższy okres unieważnia permit). C umożliwia prowadzenie własnej działalności gospodarczej, a w niektórych przypadkach także głosowanie (ale tylko na poziomie gminy). Ostatnią - choć nie najmniej ważną kwestią - jest to, że aby ubiegać się o obywatelstwo szwajcarskie, również trzeba mieć permit C. 
Z pogłosek: podobno na C łatwiej jest też otrzymać kredyt w banku czy wynająć mieszkanie, ale tego póki co nie miałam okazji testować.

Dokumenty, które przedłożyć musiałam przy przechodzeniu z B na C, to wypełniony formularz, który mi przysłano oraz zaświadczenie o niekaralności (koszt bodajże 15 CHF, nie pamiętam dokładnie, można załatwić je na poczcie lub online). Na formularzu zebrać trzeba było pieczątki i podpisy kilku urzędów: zaświadczenie o braku długów (z Betreibungsamt, kilka CHF), zaświadczenie o niekorzystaniu z pomocy socjalnej (z Sozialamt, bezpłatne) oraz zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami (ze Steueramt, bezpłatne). Dodam, że z pomocy socjalnej nigdy tu nie korzystałam, długów żadnych nie mam oraz jestem niekarana (dla ciekawskich: jedyną karą, jaką w ciągu tych pięciu lat w Szwajcarii otrzymałam, był mandat za przekroczenie prędkości na autostradzie; na szczęście opiewał tylko na 30 CHF). Formularz wraz z zaświadczeniem o niekaralności i tracącym ważność permitem B dostarczyć trzeba było urzędowi emigracyjnemu; można wysłać pocztą. Koszt permitu C w moim kantonie to 110 CHF.

niedziela, 6 listopada 2016

Miasto pizzy i śmierci - Neapol.

W deszczową listopadową niedzielę, kiedy człowiek leży chory i z gorączką, spożywa prozdrowotnie wietnamski miód z rambutana i balijską szafranową herbatę, nad wyraz łatwo o to, żeby myśli pobiegły w kierunku dobrych wspomnień. Takich, w których niebo jest błękitne, słońce świeci i czuje się ten rozkoszny dreszczyk czystego szczęścia: bo ma się przed sobą cały dzień odkrywania nowego, w obcym kraju, daleko od domu.

Podróżowanie jest dla mnie jedną z najważniejszych części mojego życia i zarazem jedną z głównych przyczyn, dla których mam siłę wypełzać z domu o świcie w listopadowy czy styczniowy mrok i udawać się, chłostana deszczem, wiatrem lub śniegiem, w kierunku miejsca wypełniania obowiązków służbowych, wypełnionego sztucznym światłem jarzeniówek i niezliczonych monitorów oraz ludzkim gwarem; podczas gdy pozostawione w cichym, ciemnym mieszkaniu jeszcze ciepłe łóżko, na którym leżą śpiące koty, jest rajem codziennie na nowo utracanym. Pieniądze bowiem, w moim przynajmniej przypadku, nie zarabiają się same, a potrzebuję ich m.in. po to właśnie, żeby móc zaplanować kolejny (i kolejny... i kolejny...) wyjazd.

Ta notka inauguruje tym samym cykl notek z obrazkami - tymi słownymi i tymi dosłownymi - o moich podróżach. (Ba, był to właściwie jeden z głównych tematów, jakie planowałam poruszyć po wznowieniu bloga, ale wiadomo, plany sobie, a to, co się pisze, sobie). Chronologia nie będzie zachowana. Dzisiaj - miejsce, do którego pragnęłam pojechać od kiedy przeczytałam "Kłamstwa Locke'a Lamory" Scotta Lyncha (tom pierwszy trylogii, którą zresztą całą serdecznie polecam). Miasto kontrastów, kipiące życiem i hołdujące zarazem kultowi śmierci. Neapol.

Koniec maja 2014 roku. Przylot w nocy. Taksówkarz dowozi nas w pobliże ulicy, przy której położone jest nasze B&B i wysadza: dalej jechać nie możemy, zakaz wjazdu. Pierwsze wrażenie: ulica jest słabo oświetlona, kostka brukowa zniszczona i połamana, dzielnica nie sprawia wrażenia najlepszej. Tu i tam grupki młodych mężczyzn, przechodzących lub po prostu stojących w pobliżu; rzucają nam taksujące spojrzenia. Mam wrażenie, jakby oszacowywali potencjalną wartość naszego bagażu; mocniej ściskam uchwyt walizki. Po krótkiej chwili znajdujemy właściwą ulicę i usiłujemy znaleźć numer domu. W tym momencie jednak okazuje się, że ktoś uznał numerację "po kolei" lub "parzyste po jednej, nieparzyste po drugiej" za zbyt nudną... Domy - a właściwie ogromne kamienice, każda ukryta za gigantycznymi wrotami, przez które wjechać mógłby spokojnie powóz - ponumerowane są w sposób absolutnie zwariowany i nawet jeśli stoi za tym jakiś porządek, to w danej chwili wydaje się on raczej być teorią chaosu. A. wzrusza ramionami i dzwoni do właściciela naszego B&B; już za chwilę pojawia się błyskający zębami w uśmiechu Włoch, który prowadzi nas do właściwego budynku. I tu niespodzianka: w ogromnych wrotach wycięte są małe (choć grube na łokieć!) drzwiczki i przez te drzwiczki właśnie przechodzimy. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Za drzwiczkami rozciąga się wielkie podwórze, w tle, na planie kwadratu, majaczą budynki. Jeszcze wspinaczka po schodach, jeszcze kolejne drzwi, a właściwie drzwiska, grube i pancerne, wyposażone w kilka zamków - i jesteśmy na miejscu. Pokój i łazienka są małe i schludne, choć prawie pozbawione mebli. Rano okaże się, że właściciel (bo to nie on nas przyprowadził), choć bardzo miły i sympatyczny, prawie nie mówi po angielsku (będziemy dogadywać się z nim mieszanką angielsko-hiszpańską: ja i angielsko-francuską: A.), a wliczone w cenę śniadanie składa się głównie z różnych rodzajów... ciast. Przy śniadaniu poznamy sympatyczną parę z Australii, mieszkającą w pokoju u góry, a właściciel przekaże A. informację o najlepszej pizzerii w mieście.

Przy świetle dziennym okazuje się, że to nie dzielnica jest kiepska - że cały Neapol jest miastem pokancerowanym, miastem podniszczonym, zużytym i mocno poobtłukiwanym przez los. Przepiękne architektonicznie, choć bardzo zaniedbane budynki sąsiadują z zagrzybionymi, rozpadającymi się kamienicami. Drapieżnie nowe szkło i metal przeplata się ze zrujnowaną cegłą. Chodniki i ulice w stanie... zużycia, różnorakiego. Mnóstwo billboardów. Na chodnikach - śmieci. W trzewiach miasta - katakumby. Groby. Stosy czaszek. Na powierzchni - najpyszniejsze na świecie poziomkowe ciastka, pizza, lody. Kult śmierci, kult życia.



Capri. Niewielka wysepka, zaledwie godzinę rejsu od Neapolu. Kolejka szynowa (uwielbiam!) zabiera nas na szczyt. Zielono. Palmy, kaktusy; roślinność, której nie widuje się w naszych stronach, bo potrzebuje ciepła. Tu i tam śpiące w słońcu koty, błogo rozleniwione. Cytrynowa i pomarańczowa czekolada. Limoncello. Sklepy z cenami dla turystów - najpiękniejsze szpilki świata, ale osiemset euro?... Nie. Wąskie uliczki, widoki zapierające w dech piersiach. Gdzieś tam mozaikowa mapa świata, gdzieś tam czyjaś barwna papuga. Lunch jemy w zagubionej na obrzeżach miasteczka restauracji, a właściwie w przylegającym do niej niewielkim ogrodzie. Tym razem czuję się jak jedna z bohaterek książek L.M. Montgomery - ogród jest trochę dziki, nieco pokryty patyną lat, z łatwością można zapomnieć, że na zewnątrz króluje wiek XXI, a nie XIX. Czas mija błyskawicznie, a promy pływają krótko: nie zdążymy na drugą stronę wyspy i już wiem, że kiedyś muszę tu koniecznie wrócić. 


Podziemia miasta. Lochy, tunele, katakumby, cmentarze. Napoli Sotterranea: stare greckie akwedukty i cysterny, wąskie przejścia. Ciemno i zimno, gdzieś wolno kapie woda. Trzymamy w dłoniach świece i powoli posuwamy się naprzód. Myślę o ludziach, którzy wydrążyli te skały, tyle pokoleń temu - ciekawe, czy ktokolwiek z nich zastanawiał się nad tym, jak długo przetrwa dzieło ich rąk, czy podejrzewał, że tyle stuleci później wciąż będzie dla obserwatorów tak imponujące. Wreszcie wychodzimy na zewnątrz; światło dzienne jest oślepiające. Przewodnik zabiera nas jeszcze do pobliskiego domu, niepozornego, jednakże okazuje się, że w jego piwnicy znajduje się rzymski amfiteatr. Dzisiejszy Neapol zbudowano na rzymskich ruinach.


Katakumby San Gennaro: nekropolia założona w początkach naszej ery. Zwiedzamy w małej grupie, prócz nas dwojga jest tylko przewodniczka i dwie turystki. Ciemność rozświetlana pojedynczymi światłami. Cisza. Komory i kaplice, gdzie układano ciała tych biedniejszych. Nisze nagrobne dla bogatszych; w tym ta, gdzie pochowano małą dziewczynkę. (Myślę o tym, jak bardzo musieli rozpaczać jej rodzice - i czy gdyby żyła w naszych czasach, dałoby się ją uratować). Freski i mozaiki, imponujące mimo upływu tysiącleci. Zwiedzanie kończymy w ponurym i mrocznym - mimo barokowego przepychu - kościele.


I wreszcie cmentarz Fontanelle: korytarze, wzdłuż których znajdują się stosy ludzkich czaszek, głównie ludzi biednych bądź ofiar którejś z kolejnych fal zarazy. Neapolitańczycy wprowadzili zwyczaj "adopcji" czaszek - czyszczenia ich, polerowania, umieszczania w specjalnych skrzynkach: w zamian za przychylność zmarłego. Patrzę na czaszki i deprymuje mnie ulotność bycia człowiekiem; przecież byli ludźmi, żyjącymi i czującymi, a dzisiaj jedyne, co po nich pozostało, to kości: z których nie da się nic wyczytać, nijak dowiedzieć - o czym myśleli, jaka była historia ich życia, kim naprawdę byli. Myślę o tym, że za nieznaną liczbę kolejnych lat ja też do nich dołączę; zniknie to, co określa mnie jako istotę ludzką, pozostaną tylko takie właśnie szczątki. Być może kiedyś ktoś stanie nad moim grobem i będzie snuł analogiczne refleksje. Cykl życia. Cykl śmierci.


Najlepsza - podobno - pizza w mieście (Gino Sorbillo) wymaga odczekania w czterdziestopięciominutowej kolejce, ale zdecydowanie jest tego warta. Wgryzam się zachłannie w ciepłe ciasto, A. pochłania swoją; czekanie zaostrzyło nam apetyt. Już po chwili talerze są puste. Zwalniamy stolik, następne osoby z kolejki mogą wchodzić do lokalu.


Pompeje. Byłam tam już kiedyś, ale bardzo dawno temu, w roku 1999 - i to, co zostało w mojej pamięci, nijak ma się do tego, co zobaczyłam teraz. Spacer po ulicach sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Budynki, rzeźby, mozaiki; i widok na uśpiony Wezuwiusz, tuż obok, tak blisko. Amfiteatr i termy, domy mieszkalne i domy publiczne. (Te ostatnie zresztą z ciasnymi, maleńkimi pokoikami bez okien; prostytutki zaś, które tam pracowały - bardzo tanie - musiały ponoć przyjmować klientów przez cały dzień. Domyślam się, że przy takim trybie życia szybko umierały; a już z pewnością życzyły sobie szybkiej śmierci). Lada w sklepie, słoje na żywność. Wyrzeźbione tu i tam penisy (prawdopodobnie symbolizujące szczęście i mające przynosić płodność, naukowcy nie są zgodni w tej sprawie). I wreszcie sami Pompejańczycy - ci, którzy nie zdążyli uciec; zastygli na zawsze w ostatnim geście. Mężczyzna spoczywający na plecach, wyciągający rękę, by powstrzymać coś, co na niego spadało. Skuleni ludzie leżący twarzami do dołu, ochraniający dłońmi głowę. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Psy.


 


Wychodzimy poza bramę, bo zwiedzanie Pompejów rozłożyliśmy na rano i wieczór, a w południe zdecydowaliśmy się wybrać na Wezuwiusz. Świeci słońce, jest bardzo ciepło. Oglądam zawartość straganów i zachwycam się subtelnymi kolczykami z weneckiego szkła; A. kupuje mi dwie pary. Docieramy do budynku z niewielką restauracją na piętrze; spod niego ma odjeżdżać nasz autobus na Wezuwiusz. Sprzedawca biletów proponuje nam, żebyśmy coś jeszcze zjedli, jest czas. Kiedy ponownie pojawiamy się na dole, pozostały dwie minuty do odjazdu autobusu... i rzeczywiście, widzimy go - właśnie znika za zakrętem na górze. Opadają nam ręce. A. prosi biletera o wyjaśnienie sytuacji, ten gdzieś dzwoni i za kilka minut widzimy, że autobus wraca. Wsiadamy. Nikt niczego nie komentuje, najwyraźniej takie sytuacje są tu częste. W połowie szczytu przesiadamy się z autobusu do samochodów, by wysiąść kilkaset metrów przed szczytem. Wspinamy się we mgle, nic nie widać. Gdy dochodzimy do szczytu, chmura się rozsuwa i znów widzimy słońce. Oczarowana, chłonę widoki. W dole widać Pompeje, Neapol - i oczywiście Zatokę Neapolitańską... Sam krater jest rozczarowujący, nie sposób zajrzeć do wewnątrz, widać tylko brzegi. Marzę głośno o opcji dla turystów, żeby móc spuścić się na linie do środka, chociaż paręnaście metrów.


   
Kiedy wracamy do Pompejów, zatrzymuje nas strażnik. Okazuje się, że bilet ważny jest tak naprawdę nie cały dzień, jak na nim napisano, a tylko do momentu opuszczenia obiektu. Szkoda. Zrezygnowani, już chcemy zawracać, ale strażnik uśmiecha się chytrze i mówi coś po włosku, coś o papierosach. Długo nie rozumiemy o co chodzi, strażnik już się niecierpliwi, ale w końcu udaje się nam ustalić, że chce dwa czy trzy euro na paczkę papierosów. To moja pierwsza łapówka w życiu. Wręczam mu monety, a on kiwa dłonią, że możemy iść dalej i woła coś przyjaźnie po włosku, pewnie życzy nam miłego wieczoru. W Pompejach zostało już niewielu turystów, mamy całe fragmenty miasta tylko dla siebie. Wędrujemy wśród ruin, rozświetlonych zachodzącym słońcem.



W Neapolu odbywa się jakaś fiesta, środkiem ulicy wędruje korowód przebranych ludzi, grających na różnych instrumentach. Jest barwnie i radośnie, ludzie śmieją się, pokrzykują i klaszczą. Robię zdjęcie jednemu z mężczyzn z korowodu, uśmiechamy się do siebie. Polubiłam to miasto - dobrej pizzy i śmierci.




Więcej zdjęć tu, acz wtedy de facto uczyłam się je dopiero robić, więc.

czwartek, 3 listopada 2016

Kilka rzeczowników o tubylcach i różnicach kulturowych.

Dialekt. Po pierwsze i najważniejsze: to, co definiuje każdego Szwajcara: schwiizer Tüütsch (schweizer Deutsch). Zarazem przekleństwo każdego cudzoziemca, który przyjechał do Szwajcarii z przekonaniem, że mówi się tu po niemiecku. Szkoły językowe oferują co prawda kursy dialektu, ale wyłącznie jego wersji zuryskiej. Sami Szwajcarzy uważają zaś dialekt za swój język i to nim właśnie domyślnie się porozumiewają. Wielokrotnie zdarzyło mi się słyszeć tubylców twierdzących, że niemiecki to dla nich język obcy (!) Wielokrotnie byłam też świadkiem sytuacji, kiedy np. mieliśmy w pracy wspólnie rozwiązać jakiś problem i potrzebna była do tego osoba trzecia... i wtedy słyszałam "wiesz co, ja mu to wyjaśnię w Mundarcie [die Mundart - dialekt], będzie szybciej". Ekscytacja, irytacja, rozbawienie, stres - i już rozmówca odruchowo przechodzi z niemieckiego na dialekt. (Koledzy z pracy bardzo często upominają się nawzajem, żeby mówić w mojej obecności po niemiecku - bo co i rusz któryś o tym zapomina. A pracuję w obecnej firmie już rok). Ciekawostka: zdanie, jakie najczęściej się tu słyszy (co wiele mówi zresztą o kraju, pomyślmy, co najczęściej wyłapie cudzoziemiec na polskiej ulicy...) to "s isch guet" ("w porządku/ok").

Emocje. Emocje negatywne są tu głównie od tego, żeby ich nie okazywać. Silną agresję u tubylców rozpoznamy zazwyczaj po zaciśniętych zębach i złowieszczo jedwabistym tonie - ewentualnie zimnym spojrzeniu i przejściu na dialekt, jeśli wcześniej rozmawialiśmy po niemiecku. Zdarza się nieczęsto. (Usiłuję przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek byłam świadkiem Szwajcara krzyczącego na kogoś z wściekłości, ale wygląda na to, że nie). Takt i dyskrecja, nienaganne panowanie nad sobą... chyba że chodzi o śmiech; śmieją tu wszyscy często i chętnie. Śmiechem pokrywane jest zakłopotanie. Śmiech to też reakcja na problemy; nagminne obracanie ich w żart może na początku wydać się... dziwne - zwłaszcza osobom z naszego kręgu kulturowego, który na zwierzanie się z trosk reaguje pocieszaniem i współoburzaniem. Pamiętam początki swojego pobytu tutaj, gdy mojej szefowej z poprzedniej pracy ukradziono rower - wszyscy zareagowali na jej słowa jak na najlepszy dowcip i z rozbawieniem zaczęli opowiadać, w jaki sposób sami padli ofiarą kradzieży. Nie ma tu też żadnej tendencji do przeżywania problemu tygodniami czy miesiącami - stało się? Trudno, przecież się nie odstanie, skupmy się na jaśniejszych stronach rzeczywistości, po co o tym w ogóle jeszcze gadać.

Rodzina. Relacje tutaj - zwłaszcza na styku rodzice-dzieci - zauważalnie różnią się od polskich. Brak jest przede wszystkim ingerencji w życie dorosłego dziecka, zarówno tej pozytywnej (np. kupno dziecku mieszkania jest tu czymś nietypowym i to bynajmniej nie ze względu na brak środków), jak i negatywnej (dorosłe dzieci wiodą swoje własne życie, rodzice nie usiłują na nie w żaden sposób wpływać). Nie ma "obowiązku" zjawiania się z wizytą ani zagrożenia byciem nachodzonym; usiłowań wpływania na związek dziecka, jego pracę czy cokolwiek innego. Z tego co obserwuję, kontakty są regularne i przyjazne, ale z ogromną dozą, hm, wyluzowania. Dziecko nie wtrąca się w życie rodziców, a rodzice w życie dziecka. Poproszenie o pomoc czy radę oczywiście zazwyczaj skutkuje otrzymaniem tejże, ale bez tej prośby nie usłyszymy np. opinii rodziny odnośnie jakiegoś naszego wyboru. Reasumując - odcięcie pępowiny jest tu wyraźnie zauważalne.

Besserwisserstwo. W związku z tym, co opisałam w powyższym akapicie, popularne w Polsce zjawisko "a ja na Twoim miejscu to..." praktycznie tu nie istnieje. Szwajcarzy milcząco zakładają, że każdy swój rozum ma i wie, co robi, a nawet jeśli nie wie, to jest to jego sprawa. Brak jest polskich regularnych bitew o indywidualne wybory (typu np. aborcja czy religia). Oczywiście, milczenie w tej materii nie oznacza bynajmniej, że dany tubylec nasz wybór osobiście pochwala - ale nawet jeśli nie pochwala, to zachowuje tę opinię dla siebie. Jeśli cała grupa ludzi czuje się z jakiegoś powodu niezadowolona, zawsze może wystartować z inicjatywą odnośnie zmiany w danej kwestii, zebrać podpisy i poddać to pod głosowanie współobywateli. Jeżeli natomiast robimy coś, co komuś się nie podoba z przyczyn obiektywnych (np. łamiemy prawo), wówczas zostaniemy albo łagodnie upomniani (przy czym nie należy dać się tej łagodności zwieść! tak naprawdę jest to w takim przypadku rozkaz) albo ktoś nie będzie sobie nawet zaprzątał głowy dyskutowaniem z nami - tylko od razu zadzwoni po policję, straż miejską, itp. 

Pośpiech. Och, to czasem wystawia moją cierpliwość na najcięższe próby. Szwajcarzy bowiem z reguły się nie spieszą (chyba że biegną na pociąg). Czy chodzi o przedyskutowanie czegoś, czy bycie obsłużonym w sklepie lub urzędzie, czy wreszcie wsiadanie albo wysiadanie ze środków komunikacji miejskiej - nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie ponagla, wszyscy mają cały czas świata. Klient może do woli wybrzydzać i zadawać dziesiątki pytań, a obsługa ochoczo i uprzejmie na nie odpowie. (Oczywiście, jeśli samej jest się taką klientką, to fajnie; gorzej, jeśli stoi się za tą osobą w kolejce). Osobiście mam też wrażenie, że zadanie pytania "na kiedy coś będzie gotowe", jest odbierane przez niektóre osoby jako pewien nietakt. Zdaję sobie sprawę, że polska tendencja do pośpiechu nosi pewne znamiona nerwicowe i staram się zwolnić obroty, ale choć osiągnęłam w tej materii pewien sukces, wciąż zaciskam zęby i mamroczę w głowie tysiące inwektyw, kiedy np. dyskusja na spotkaniu przeciąga się w nieskończoność. 

Skromność. W Szwajcarii, mam wrażenie, jest to cecha wysysana z mlekiem matki. Oczywiście, Szwajcarzy doskonale zdają sobie sprawę, jakimi szczęściarzami są na tle globalnym, ale nie jest to coś, o czym się tu mówi. Peany na temat Szwajcarii, jeśli się gdzieś pojawiają, płyną z ust cudzoziemców, nie tubylców. To samo tyczy się chwalenia w jakikolwiek sposób statusem majątkowym. Spotykając na ulicy człowieka, nigdy nie mamy pewności, czy to nie na przykład jakiś milioner, który podróżuje do swojej firmy komunikacją miejską, bo po prostu tak jest rozsądniej, szybciej i wygodniej. Chwalenie się samochodami jest tu zarezerwowane - przysłowiowo już wręcz - dla cudzoziemców (usłyszałam tu zresztą raz, z ust kolegi z pracy, określenie pewnej marki auta jako "samochodu dla Jugo", czyli ludzi z terenów byłej Jugosławii; w Szwajcarii jest to najliczniejsza mniejszość). W parze ze skromnością idzie tu rozsądek i oszczędność: rozrzucanie pieniędzy garściami na prawo i lewo nie jest z pewnością cechą typowo szwajcarską. Jeśli w sklepie odmówimy nabycia produktu, wyjaśniając, że jest zbyt drogi lub spytamy o tańszą alternatywę, nikt nie obrzuci nas pogardliwym spojrzeniem, mówiącym "skoro Cię nie stać, to co tu w ogóle robisz". Bynajmniej, sprzedawca przyjmie rzecz z całkowitym zrozumieniem.