poniedziałek, 28 maja 2012

Garść przemyśleń, czyli - ile ja tu już jestem?!...

Nieoczekiwanie dla samej siebie odkryłam, że w Szwajcarii mieszkam już ponad pół roku (ba, ponad siedem miesięcy... przyjechałam tu przecież w połowie października). Nie będę oryginalna, stwierdzając kolokwialnie, że czas zapieprza jak dziki - i o osłupienie przyprawia mnie fakt, że od roku n, który był dopiero co i który tak świetnie pamiętam, minęło już TRZYNAŚCIE lat. Dzieci, które wtedy się urodziły, mają dziś trzynaście lat!... Brrr, straszne. Ktoś z pewnością coś zepsuł, to przecież nie powinno być tak? Nie tak szybko? W każdym razie, powracając od dygresji do meritum - przyszło mi do głowy podsumowanie czasu spędzonego tutaj. Ciąg dalszy traktował będzie (co za niespodzianka!) również o mnie - a konkretnie moich odczuciach, wrażeniach, tęsknotach itp. itd., tak więc jeśli ktoś nie jest zainteresowany tym tematem, to lojalnie uprzedzam, że nie ma po co czytać dalej tej konkretnej notki. 

To, co nie uległo jak dotąd zmianie, to pierwsze wrażenie: podoba mi się tutaj. Najważniejszym czynnikiem, wpływającym na to podobanie się, jest hm, społeczna atmosfera. Lubię życzliwość tubylców, ich chęć niesienia pomocy, brak niechętnych czy pełnych nienawiści spojrzeń/szturchnięć/nadepnięć np. w komunikacji miejskiej, brak wszechobecnej w Polsce agresji, brak obmacywania wzrokiem/wulgarnych/ordynarnych zaczepek - ze względu na niewielką możliwość napotkania tego wspaniałego elementu społecznego, jakim jest dresiarnia... (Tak, zdarzyło mi się napotkać tutejszych "dresów", miasto nie jest od nich wolne - można napotkać ich w najgorszej dzielnicy Bazylei. Zajmują się patrolowaniem chodników i obmacywaniem wzrokiem przechodzących kobiet - czyli tak jak u nas - z tym, że są bardziej śniadzi w kolorycie. Licho wie, Arabowie, Hindusi czy kto, nie jestem biegła w rozpoznawaniu nacji. W każdym razie ich w miarę stała lokalizacja wiele ułatwia, bo wystarczy się tam nie pojawiać).

Jedzenie. Odkąd tu jestem, odżywiam się o niebo lepiej niż w Polsce - nie tylko dlatego, że moja sytuacja finansowa się poprawiła. Dostępność warzyw, owoców, mięsa czy ryb z hodowli ekologicznych nie jest tutaj żadnym problemem - tak jak i produktów z Fair Trade, takich jak np. lody czy banany. W Polsce za produkty ekologiczne zapłacić trzeba co najmniej kilka razy więcej niż za te "zwykłe" (chyba, że ktoś ma dobrego znajomego na wsi, zapewniającego mięso bez hormonów itp.), tutaj różnica cenowa między zwykłym a ekologicznym produktem to góra 2-3 CHF na kilogramie. Oczywiście, nie samą zdrową żywnością człowiek żyje - co prowadzi do kolejnej kwestii, którą sobie cenię: dużego wyboru dobrych jakościowo słodyczy i lodów, łącznie z produktami, których w Polsce dostać w ogóle nie można, bo nikt ich tam nie eksportuje (nie wiem właściwie czemu - byłyby zbyt drogie i popyt byłby zbyt mały?...)

Zieleń. Absolutnie wszędzie - w miastach i wsiach, na dachach garaży i domów, trawnikach, chodnikach... wszędzie jest pełno kwiatów - nie tylko na klombach, ale i "wolno rosnących"; beton obsadzany jest trawą, mchem, zasłaniany bluszczem. Ku mojej radości, Szwajcarzy nie mają niemieckiego zwyczaju cięcia wszystkiego pod tzw. sznurek - pozwalają roślinności bujać w miarę swobodnie. Można tu też znaleźć gęsto zarośnięte łąki czy uroczo zachwaszczone zakątki, co dla kogoś może być nieestetyczne, ale ja bardzo lubię także i taką półdziką roślinność.

Spokój. Odkąd tu jestem, uspokoiłam się i odstresowałam - znacząco zmalał mi też poziom agresji. Myślę, że wpływ ma na to ogólnie życie, jakie się tu prowadzi - zaczynając od braku psich kup na ulicach i regularnie kursującej komunikacji miejskiej, kończąc zaś na braku nacisku, terroru i agresji w pracy zawodowej, bezproblemowym załatwianiu spraw zarówno w urzędach, jak i ogólnie w kontaktach z ludźmi - społeczne zaufanie i zakładanie uczciwości (niebezpodstawnej) drugiego człowieka wiele zmienia i wiele ułatwia.

Zapach. Jako że cechuję się czułym powonieniem, ogromnie cenię sobie osoby czyste i ładnie pachnące. W Polsce, niestety, wielu ludzi ma problem z higieną osobistą (tu dygresja: problem ten dotyczy też przyszłych tzw. elit, co miałam nieprzyjemność wielokrotnie stwierdzić, siedząc na wykładzie i czując unoszący się w auli smród przetłuszczonych włosów czy przepoconych koszulek szacownych kolegów z roku... bleee. Ci pachnący czysto i świeżo, w odprasowanych ciuchach, byli niestety w zdecydowanej mniejszości). Nie umiem tego pojąć, bo ani woda ani mydło nie są, doprawdy, aż TAKIE drogie. W każdym razie co się w PL z tego powodu nacierpiałam, to moje. Tu wciąż nie mogę się nacieszyć faktem, że aż tylu mijanych ludzi ładnie pachnie. Niezależnie od wieku i płci, tak.

A czego mi tutaj brakuje? Przede wszystkim: rodziny i znajomych. Brakuje mi możliwości zrobienia imprezy (tak jak miałam je w zwyczaju robić dość regularnie, mieszkając w Polsce), wyskoczenia na piwo, pogadania. Ludzie w pracy są mili i życzliwi, ale mało kto chce rozmawiać po angielsku - a ja wciąż nie umiem wypowiedzieć się po niemiecku tak ładnie i precyzyjnie, jak potrafię po angielsku (o polskim nie wspominając). Oczywiście, jest internet, SMS-y... ale to nie to samo. Tęsknię za Wami.

Pralka w mieszkaniu. Pralnia to nie jest dobre rozwiązanie, naprawdę - to jest workaround, a nie solution, o. I tak będę zawsze twierdzić - i mam szczerą nadzieję, że następne mieszkanie będzie już z pralką, bo naprawdę, nie ma nic fajnego w tym, że gdy coś się stanie i potrzeba coś pilnie wrzucić do pralki - to nie można, bo nie nasza kolejka, tylko trzeba czekać te parę dni.

Miejsca. Teraz, gdy zrobiło się tak pięknie i ciepło, jakże chętnie wyskoczyłabym na spacer na Stogi, Brzeźno czy do Nowego Portu (tak, bywałam tam i w dzień i w nocy, nie, nikt mnie nie zabił ani nawet krzywo nie spojrzał, nie, nie wiem, skąd ta opinia o Nowym Porcie), przeszła się z Gdańska do Gdyni, pojechała na Hel albo do Chłapowa... Miałam w zwyczaju odwiedzać wszystkie te miejsca przynajmniej raz w roku i cholernie mi brakuje teraz tej możliwości. Tutaj też jest pięknie, ale ja bardzo lubię te piosenki, które już słyszałam. [11.02.2018 - o, ta akurat tęsknota minęła z czasem - do tego stopnia, że nie pamiętam, że ją odczuwałam]

Książki. Owszem, przyznaję rację osobom, które twierdzą, że nic tak nie rozwija umiejętności językowych, jak czytanie książek w oryginale. Niemniej ja czytam przede wszystkim dla przyjemności - a prawdziwą przyjemność z czytania odczuwam wtedy i tylko wtedy, gdy czytam po polsku. Niestety wszystkie internetowe księgarnie mają zbójeckie stawki, jeśli chodzi o wysyłanie książek za granicę, toteż w tej chwili świeżą "dostawę" otrzymuję wraz z odwiedzinami kogoś z Polski. [11.02.2018 - notka sprzed posiadania Kindle, od razu widać]

Tyle podsumowania. Odpowiadając na pytanie Au.: póki co, wracać do Polski nie zamierzam. Chcę spróbować zbudować sobie swój kawałek podłogi właśnie tutaj - a jak się wszystko potoczy, to się zobaczy. Ot i tyle.

Powrót do przeszłości, czyli bazylejski karnawał.

Karnawał w Bazylei obchodzony jest hucznie - wiele firm/sklepów w tym czasie krócej pracuje; niektóre firmy przewidują dla pracowników kilka dni urlopu lub pracę zdalną, żeby można było należycie się skupić... jako że każdego dnia ulicami miasta maszerują przebierańcy, grający na najrozmaitszych instrumentach. Bazylea nie jest bardzo dużym miastem (jakieś 3x mniejszym od Gdańska), pojęcia zatem nie mam, skąd bierze się aż tylu uczestników parady karnawałowej - wygląda, jakby absolutnie każdy mieszkaniec miasta brał w tym udział. Zadziwiające dla mnie jest też to, że każdy z tego nieprzebranego tłumu ludzi potrafi na czymś grać (flet, perkusja, trąbka itd.)

A jak wygląda karnawałowa parada? Są to tłumy przebierańców - zarówno dzieci, osób dorosłych, jak i starszych (w wózkach ciągnięto nawet zupełnie małe dzieciaki) - ze zorganizowanych grup/kół/związków (nie wiem, co jest tu najwłaściwszym określeniem) [11.02.2018 - właściwym określeniem jest "clique", czyli klika], przechodzące i przejeżdżające głównymi ulicami miasta (wyłączonymi na ten czas z ruchu). Osoby grające na instrumentach idą, na wozach - ciągniętych najczęściej przez traktory - jadą natomiast ci, którzy rzucają w tłum słodyczami/owocami/kwiatami/warzywami/zabawkami i sypią gigantycznymi ilościami konfetti. Na słodycze czy owoce polują zarówno dorośli, jak i dzieci - z przyjemnością zaobserwowałam natomiast, że nie ma wśród dzieciaków bicia się o łup ani wyszarpywania sobie zdobyczy; wszystko jest traktowane jako zabawa. Najwięcej łupów trafia oczywiście w ręce dzieci, jako że podbiegają tuż do wozów i wyciągają ręce, ale i mnie się coś niecoś trafiło, choć niespecjalnie się starałam o zdobycz. (Trochę później żałowałam, jako że okazało się, iż rzucali wyjątkowo smacznymi mandarynkami). Wozy i wszelkie inne pojazdy są oczywiście udekorowane - a samo przebranie jest tematyczne, nawiązujące aluzyjnie do sytuacji politycznej, gospodarczej, bajek, czegokolwiek; pomysły są bowiem przeróżne. Nie byłam, niestety, w stanie wychwycić większości aluzji, jako że raz, iż na polityce szwajcarskiej słabo się wyznaję, a dwa - napisy były po szwajcarsku, co znacząco utrudnia zrozumienie. Nieliczne aluzje, jakie pojęłam, odnosiły się do (tonącego) euro i ogólnie UE, produktów Apple'a (Szwajcarzy, podobnie jak Niemcy, bardzo lubią Apple'a i większość społeczeństwa jest tu obficie w produkty applowe zaopatrzona), USA, franka szwajcarskiego (Szwajcarzy wydają się lubić swoją walutę) czy kwestii bezrobocia (haha, bardzo zabawne). Widziałam także jakieś aluzje do papieża (jeden z uczestników parady był za niego przebrany - uwieczniłam to na zdjęciu) i do krzyża - stwierdzam zatem, że najwyraźniej pojęcie "urażonych uczuć religijnych" tu nie istnieje. Na karnawale spędziłam kilka godzin jednego dnia - przez ten czas nie powtórzył się ani jeden zespół paradujący (a parady trwają codziennie przez ileś dni!) Zdjęcia znajdują się tutaj.

piątek, 25 maja 2012

Dużo tekstu bez obrazków, czyli jak to w przerwie na pisanie było.

Widzę, że do napisania nowej notki zbierałam się tym razem półtorej miesiąca... Wspomniany w notce poprzedniej brak netu doskwierał nam co prawda zaledwie półtorej dnia (tj. niedzielę i ten fragment poniedziałku, nim zjawił się był przemiły pan monter), natomiast w ferworze przeprowadzki, świąt i wreszcie - po rozpoczęciu pracy, nie miałam za bardzo czasu/siły na cokolwiek innego niż nadrabianie zaległości serialowych/czytanie kolejnego tomu "Gry o Tron".

Jeśli chodzi o nową pracę - póki co, jestem bardzo zadowolona. Widzę natomiast spore różnice pomiędzy moją poprzednią firmą a obecną - o czym poniżej.

Kwestia pierwsza i najważniejsza - po raz pierwszy w życiu nie czuję się niedopłacana. W poprzedniej firmie płacono mi (jak na szwajcarskie warunki) słabo - podejrzewam, że szef wykorzystał fakt, iż nie miałam wtedy pojęcia, jak kształtują się tutaj płace. W obecnej firmie zaproponowano mi więcej niż żądałam na rozmowie, a na rozmowie żądałam więcej, niż sądziłam że mi zapłacą. Jak widać, opłaca się walczyć o swoje. Narzekać w żadnym razie nie mogę - co najwyżej na podatki... w Szwajcarii bowiem im więcej się zarabia, tym wyższe podatki się płaci. Podatki, ubezpieczenia i inne Rzeczy-Odciągane-Od-Pensji kosztują mnie łącznie prawie 21% pensji - przy czym to kanton w którym mieszkamy jest tak drogi. We wszystkich sąsiednich kantonach płacilibyśmy niższe podatki. W Zurychu przy mojej pensji podatek byłby niższy o połowę! Co prawda, plusem mieszkania tutaj jest zaledwie dwadzieścia minut drogi do pracy. Coś za coś.

Przy okazji zaś interesowania się kwestiami podatkowymi, odkryłam w tym skądinąd miłym kraju obrzydliwy szowinizm. Otóż o ile osoby stanu wolnego opodatkowane są tutaj wyłącznie zależnie od wysokości pensji, o tyle po zmianie stanu cywilnego kobiety zaczynają płacić wyższe podatki niż wcześniej, mężczyźni zaś - niższe. Nie wiem, czy polityka ta ma celu zniechęcanie kobiet, a zachęcanie mężczyzn do małżeństwa, jest to w każdym razie rozwiązanie nad wyraz paskudne i cholernie niesprawiedliwe. A biorąc pod uwagę, że - z tego co słyszałam - polityka prorodzinna w kontekście ciężarnych i rodzących kobiet nie ma się tutaj najlepiej, wychodzi na to, że dla kobiet najlepiej jest żyć w wolnym związku i bezdzietnie. [11.02.2018 - to się na szczęście w międzyczasie zmieniło, stan cywilny nie ma już znaczenia]

Cóż jeszcze o firmie. Ludzie wydają się być sympatyczni (bardziej niż w poprzedniej). Firma jest nieduża liczebnie, ale szczęśliwie szefostwo nie oszczędzało na przestrzeni, w efekcie czego pokój dzielę z jednym tylko kolegą - w poprzedniej firmie zaś siedzieliśmy w pokoju najpierw w trzy osoby, potem już w pięć. W przeciwieństwie do poprzedniej firmy, tu dba się też o ciszę i spokój pracowników, którzy muszą się skupić - nie ma zatem pod bokiem jazgoczącej/wiecznie śmiejącej się obsługi klienta. Ogromnym plusem jest także i to, że - znowu: w porównaniu do poprzedniej firmy - nie ma tzw. integracji na siłę. W poprzedniej mojej firmie była bowiem ustalona jedyna słuszna godzina lunchu, wszyscy siedzieli przy jednym stole i rozmawiali. Oczywiście, można było wyjść i zjeść coś na mieście, ale na pozostawienie w spokoju, możliwość zjedzenia przy komputerze itp. nie można było liczyć (teoretycznie oczywiście tak, ale wiadomo, że alienowanie się w takich sytuacjach nie jest najlepszym pomysłem). Tutaj zarówno godziny lunchu, jak i pracy są dość elastyczne. Jest wyznaczony przedział czasowy, w którym powinnam być w firmie, ale nie jest to bardzo restrykcyjne; natomiast lunch musi trwać min. pół godziny (w poprzedniej firmie musiał trwać 50 min. + obowiązkowe przerwy na śniadanie i podwieczorek). Kiedy się na ten lunch pójdzie, jest sprawą wyboru - nikt nikogo do niczego nie zmusza ani nie namawia. Można zjeść w kuchni, można przy komputerze, można wyjść z firmy. W tej firmie bowiem, podobnie jak w ostatniej, w której pracowałam w Polsce, nikt nikogo nie gani za jedzenie przy komputerze (w poprzedniej szwajcarskiej nie można było), co bardzo mnie uszczęśliwia, jako że lubię sobie nieraz przy lunchu poczytać coś na necie.

Czas pracy. W poprzedniej firmie było to 43,3 h tygodniowo plus, jak wspomniałam, 50-min. lunch i 2 kolejne przerwy - tu to normalny 40 h tydzień pracy (plus lunche, które ja sobie minimalizuję do 30 minut, co daje mi tym samym zaledwie pół godziny w pracy ponad polską "normę"). W poprzedniej firmie szefostwo nie oferowało żadnego socjalu, tutaj co poniedziałek idziemy do restauracji, jako że poniedziałkowy lunch funduje firma. Od czasu do czasu karmieni też jesteśmy jakimiś innymi dobrymi rzeczami - dzisiaj były różne lody Magnum do wyboru. Jak można się domyślić, gorąco popieram akcję dokarmiania pracowników.

Tu mogę mieć polską klawiaturę i dopieścić sobie system wedle własnych upodobań - w poprzedniej firmie obie te rzeczy były niemożliwe. 

Mieszkanie... wszystko byłoby dobrze, gdyby nie cholerny Junkers (tak czułam, że będą z nim problemy!) Jako że jest on niezabezpieczony zarówno od dołu, jak i góry (ponoć inny nie nadaje się do tutejszej instalacji), zdarzyło mi się już parę razy niechcący go zalać/zaparować, w efekcie czego mogłam się przekonać empirycznie, na czym polegają mini-eksplozje gazu. Serdecznie nie polecam. Fachowcy byli, a jakże, bojler obejrzeli/wyczyścili/wymienili jakieś tam części, ale problem pozostał. W zasadzie to powinni przyjść drugi raz i właściciel mieszkania ich umawiał, ale jakoś się nie odezwali... a że na razie wszystko znowu działa, to i mnie się nie chciało dzwonić w tej sprawie. A poza tym wolałabym mieć pralkę w mieszkaniu i mieszkać na dziesiątym albo i piętnastym piętrze, ale jak się nie ma, co się lubi... Koty za to są ucieszone, bo mają ciekawe widoki z balkonów (np. inne koty - albo jeże - w ogrodzie). Umeblowaliśmy się w pierwszym rzucie na tyle, że możemy wygodnie mieszkać (tribute to Ikea - notabene, najtańszy tutaj sklep z meblami), a i gości przyjmować, więc wiecie - jakbyście się wybierali do Szwajcarii... 

Poza tym oglądam seriale (aktualnie - durny serial o głupich istotach, czyli "True blood"; czwarty sezon), czynię wolne, acz systematyczne postępy w jeździe na rolkach i czasami sobie biegam. Czego i Wam życzę.