wtorek, 28 marca 2017

Neutralność.

Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzi na myśl, gdy myśli się o Szwajcarii. Szczęśliwy kraj, który praktycznie nie ucierpiał podczas obydwu wojen światowych (a przynajmniej nie ucierpiał w porównaniu z resztą Europy). Kilka pokoleń ludzkich, wychowywanych ani nie przez ofiary, ani też nie przez (mniej lub bardziej bijących się w pierś) katów. Wynik eksperymentu społecznego pt. "jakich ludzi otrzymamy po kilku pokoleniach dobrobytu i bez wojen". Interesujące bardzo zwłaszcza z pozycji Polki czy Polaka. Pamięć - najbardziej o drugiej wojnie światowej - jest wciąż w Polsce świeża. Ba, najczęściej to nie tylko sama pamięć, ale towarzyszą jej też wciąż silne emocje. (Oczywiste, zniszczone życia milionów jednostek siłą rzeczy odbijają się echem bardzo długo - niestety także w dzieciach, wnukach, prawnukach...) Emocje te - czytane czy też słyszane przez większość życia, chłonięte niejako przez dyfuzję - niewątpliwie warunkują też wielu ludzi na współodczuwanie... albo raczej trafniej byłoby to ująć - zaangażowanie emocjonalne.
Szwajcarzy jako społeczeństwo są niewątpliwie współczujący; widać to na przykładzie wskaźnika choćby takiego, jak wysokość datków, hojnie przelewanych w różne miejsca kraju i świata, na pomoc potrzebującym; widać na podstawie liczby rozmaitych wolontariuszy. Czego jednak nie widać - a przynajmniej mnie nie udało się jak dotąd zaobserwować - to właśnie wyżej wspomnianego zaangażowania emocjonalnego. Neutralność, będącą tytułem notki, czuje się w ludzkich reakcjach, ilekroć rozmowa zejdzie na tematy okołowojenne (niezależnie, o którą z licznych byłych lub trwających na naszym pięknym globie wojen chodzi) czy np. wrogich aneksji czyjegoś terytorium. Współczują - tak, owszem. (Być może trafniej byłoby napisać, że odczuwają litość, ale litość w języku polskim jest zawsze nacechowana tym delikatnym, prawie niewidocznym odcieniem pogardy...) Ale jednocześnie patrzą na to bez zaangażowania właśnie, trochę jakby chłodnym okiem naukowca - który zlicza cierpliwie trupy, gwałty czy miny, uważa, że to nieludzkie, że to straszne, że tak być nie powinno i gotów jest to głosić przed całym światem - jednocześnie jednak nie będąc tym do głębi poruszony, nie wizualizując odruchowo, jakby to było, gdyby dotknęło to jego - tak, jakby taka możliwość w ogóle nie wchodziła w rachubę. 
Nie wiem, może być tak (i miałoby to sens), że to szczególne zaangażowanie emocjonalne typowe jest dla potomków ofiar. Pamiętam wyjazd na Cypr, gdy odwiedzaliśmy część północną wyspy, przejętą w 1974 przez Turcję. Byliśmy grupą (głównie)niemiecko-szwajcarską (plus ja - Polka); nasza przewodniczka - Cypryjka, Greczynka - opowiadała o inwazji tureckiej. Żyła ongiś właśnie na północy wyspy i opowiadała gwałtownie, w sposób emocjonalny; trudno się zresztą temu dziwić i mnie nie dziwiło to wcale. Reszta współpasażerów natomiast... kilka osób miało na twarzach wyraźne uśmieszki zażenowania; widać było z całą mocą, że ta opowieść - nie przedstawiana w tonie suchym i obojętnym, w tonie neutralnym i wypranym z zaangażowania - jest czymś dla nich zupełnie nowym, czymś, do czego nie przywykli, co w pewien sposób ich uwiera i czyni słuchanie niekomfortowym. Że wygodniej byłoby nie musieć oceniać, patrzeć do przodu, nie zajmować emocjonalnego stanowiska; bo owszem, stało się, ale przecież rozsądniej jest się nie skupiać na, rozsądniej jest iść do przodu i patrzeć tylko w przód, bo i cóż da rozpamiętywanie win i krzywd, trzeba szukać rozwiązań, trzeba stonować głos, bo krzykiem niczego się nie osiągnie, trzeba szukać metod współpracy. I to prawda. Trzeba. Zgadzam się z tym - w przeciwnym razie niczego się nie zbuduje, a krwawe vendetty nie miałyby końca. A jednak, jednak... w tym wszystkim coś uwiera. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak się ma nałóg do Connie Willis.

Dla tych co tl;dr - egzaltacja wywołana nawrotem uzależnienia. Oraz, jeśli nie znacie: koniecznie przeczytajcie Connie Willis.

W wieku lat czterech popadłam w nałóg. Nałóg, jak to zwykle nałogi, miał najrozmaitsze negatywne konsekwencje: a to cierpiały na jego skutek moje relacje społeczne; a to czasem oceny w szkole, gdy zamiast się uczyć, oddawałam się nałogowi; o fatalnej kondycji moich osobistych, dziecięco-nastoletnich finansów nie wspominając - jako że nałóg, jak to nałogi do siebie mają, był drogi. Czytałam. Czytałam w szkole na przerwach; po powrocie do domu, nie zdejmując czasem nawet kurtki, butów ni plecaka; gdy składałam wizytę u rodziny czy znajomych (och, oburzone matki szkolnych koleżanek, skarżące się na mnie mojej mamie po tym, gdy z własnego przyjęcia urodzinowego wymknęłam się chyłkiem na czas dłuższy, żeby sobie poczytać!...) Gdy miałam lat osiem, tata zapisał mnie do biblioteki miejskiej - do dziś pamiętam to oszałamiające uczucie znalezienia się w raju: takie bezmierne bogactwo, tyle nowych książek, których jeszcze nie czytałam!... Wkrótce zapisana już byłam do wszystkich bibliotek w mieście oraz tej szkolnej; szkoła i jedna z bibliotek - w ramach nagrody za zajmowanie pierwszych miejsc, jeśli chodzi o liczbę wypożyczonych książek - nagradzały mnie (o radości!) kolejnymi książkami. Czytałam zachłannie, gorączkowo, szaleńczo; byłam niewybredna - czytałam wszystko: bajki i baśnie dla dzieci, mity i legendy, encyklopedie, lektury obowiązkowe i nadobowiązkowe, powieści historyczne, przygodowe, obyczajowe, komiksy; w wieku lat dwunastu zetknęłam się po raz pierwszy z fantastyką (i to zaliczam do jednego z najważniejszych momentów w moim życiu), gdy byłam ciut starsza, nie omieszkałam również sięgnąć po kryminały i romanse (choć nigdy nie stałam się fanką tych gatunków). Czytałam własne książki po n razy, a gdy znałam je niemalże na pamięć, sprzedawałam w antykwariacie, by za uzyskane pieniądze kupić takie, jakich jeszcze nie czytałam. Czytałam. 
Potem poszłam na studia. Najpierw na pierwsze - jako że nie musiałam wówczas jeszcze pracować, wciąż czytałam całkiem sporo, choć zaczęłam też poświęcać zdecydowanie więcej czasu pielęgnowaniu kontaktów międzyludzkich. Potem na drugie - wraz z nimi nastąpiło kilka dość gwałtownych zmian w moim życiu, między innymi taka, że od drugiego roku musiałam podjąć pracę (wówczas jeszcze na pół etatu, więcej się nie dało, jako że studia były dzienne). Ponieważ moja sytuacja finansowa nie przedstawiała się wtedy najlepiej, łatałam swój budżet jak się dało - także najrozmaitszymi fuchami. Dodając do tego, że studia numer dwa były zdecydowanie bardziej wymagające niż studia numer jeden, nie zostawało mi wiele czasu na cokolwiek. Oczywiście, nałóg zawsze upomni się o swoje, czytałam więc dalej (kilka minut tu, parę minut tam, szybka działka literek dla człowieka na głodzie) - choć już zdecydowanie mniej. Ba, po raz pierwszy w życiu zaczęłam musieć "przedłużać" wypożyczone książki. 
Później skończyłam drugie studia i wyjechałam z Polski. Wpłynęło to nader pozytywnie na stan moich finansów, mogłam się więc spokojnie po raz pierwszy w życiu oddać rozpuście kupowania tylu książek, ile tylko kupić chciałam... natomiast z niemiłym zaskoczeniem zauważyłam, że obietnice, które kryły się w pachnącym świeżym drukiem stosach, nagle przestały być kuszące. Czytałam co prawda dalej (nałóg to nałóg, ma swoje prawa), ale - w większości tylko książki, które już znałam. Jakoś nie potrafiłam się przemóc, by sięgnąć po nowe; czyniłam to rzadko i z niechęcią, może raz na tydzień, może nawet rzadziej. A i wtedy jakoś ciężko było mi skupić uwagę, skoncentrować się na tym, co czytam - z doprawdy nielicznymi wyjątkami. Po raz pierwszy w życiu miałam więcej książek, niż byłam w stanie przeczytać; po raz pierwszy w życiu fakt posiadania tylu nieprzeczytanych jeszcze książek mnie nie cieszył. Po pracy, zamiast czytać, surfowałam po necie czy grałam, orgii czytania oddając się już tylko na urlopach. I tak sytuacja ta trwała - do niedawna.
Nie nastąpiło żadne wyraźne "wtem!", żaden przełom czy przeskok. Po prostu poczułam któregoś dnia dawno zapomnianą, acz całkiem nagle wyraźną chęć na coś nowego - że może by tak... Sądzę, że nie bez znaczenia pozostawać może fakt, że od końca grudnia do końca stycznia chorowałam - będąc na zwolnieniach lekarskich - zaś prawie cały luty spędziłam na urlopie. Oznacza to dwa miesiące odpoczynku od pracy, dwa miesiące, gdy mój mózg miał szansę odpocząć od ciągle bombardujących go bodźców i wysiłku posługiwania się na co dzień trzema różnymi językami (dwa to jednak czasami znacząco mniej niż trzy), gdy wyłączyć mogłam działający na co dzień w tle proces, bezustannie analizujący szwajcarski dialekt (w - większości daremnych - próbach zrozumienia go, zajmujący jednak sporo zasobów poznawczych). Truizmem będzie stwierdzenie, że z pracy w Polsce nie wracałam nigdy tak zmęczona - i rzecz bynajmniej nie w kwestii realizowanych zadań. Najwidoczniej obciążenie poznawcze, razem wzięte, wszystkie te bodźce, to dla mnie zbyt wiele. Być może to kwestia wieku, nieubłaganie i powoli? A może po prostu potrzebowałam czasu, żeby przywyknąć, przestawić się na nowe tory? Zobaczymy... Fakt pozostaje faktem - pochłonęłam ostatnio kilka zupełnie nowych (z jednym wyjątkiem, ale czytałam go jakieś dwadzieścia lat temu, więc) książek - w tym trzy Connie Willis ("Przejście", "Księga Sądu Ostatecznego" i "Nie licząc psa"). Wszystkie trzy wessały mnie bez pardonu, istna czarna dziura - ba, zarwałam noc na czytanie, co nie zdarzyło mi się od lat. Nie jestem dobra w pisaniu recenzji, niewiele ich w życiu spłodziłam - ale Willis pisze tak, że zapiera dech; maluje rzeczywistość tak realną, że - po prostu - jest się tam, teleport do gdzie indziej. Obdarzona imponującą wiedzą historyczną, wplataną lekko, mimochodem, pisze, jak mam wrażenie, by pod płaszczykiem opowieści poruszać kwestie zawsze aktualne, ciężkie i nierzadko ponure... by zostawiać z głową pełną pytań bez odpowiedzi i mrocznych przemyśleń, a jednocześnie także, w jakiś paradoksalny i przewrotny sposób - z ulgą.  

wtorek, 14 marca 2017

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne

Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była.
Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Natomiast jako miejsce do życia, spędzania szarej codzienności - pracowo-zakupowo-złopogodowej... cóż, cenię sobie poczucie bycia w samym środku cywilizacji. Oraz anonimowość - zarówno moją własną, jak i mijanych ludzi. A także fascynujący konglomerat twarzy i strojów, jak na przykład w londyńskim metrze. Cenię, gdy w mieście jest międzynarodowe lotnisko, wybór spośród wielu kin, teatry, wystawy, opera; gdy pójście na zakupy oznacza możliwość wyboru spośród wielu dużych centrów handlowych albo setek małych sklepików oraz można na te zakupy pójść niezależnie od dnia tygodnia; gdy wsiadając w tramwaj, trolejbus, autobus czy metro - widzę wiele linii, co do których nie mam pojęcia, co czeka na przykład na ostatnim przystanku (swoją drogą, uwielbiałam tak zwiedzać moje rodzinne miasto, gdy byłam jeszcze nastolatką). Gdy, niezadowolona z usług lekarza czy manikiurzystki, mam możliwość wyboru pomiędzy dziesiątkami czy setkami innych. Gdy restauracje oferują wszystkie możliwe kuchnie świata. Gdy jakakolwiek rozrywka się zamarzy, jest w danym mieście dostępna. Gdy wreszcie późnymi wieczorami życie nie zamiera (tak jak tutaj, bo najpóźniej o północy zamyka się większość lokali) - ale ciągle tętni. Szwajcarskie miasta są bezpieczne, komfortowe, ładne - ale butikowe, "sypialniane"... małe. Za małe. (Największe z nich, Zurych, ma raptem niecałe 400 tys. mieszkańców). I gdybym mogła, bardzo chętnie przenosiłabym się na późną jesień, większość zimy i wczesną wiosnę do Paryża, Londynu czy Seulu...   

piątek, 10 marca 2017

Wiosna.

Wreszcie przyszła. Wciąż siedząc za pracowym biurkiem, spoglądam za okno i uśmiecham się do siebie. Słońce mocno grzeje, myśli szybują gdzieś w inne rejony. Uwalnia się konglomerat bliżej niezidentyfikowanych emocji, o którym jedno powiedzieć mogę na pewno - że jest przeciwieństwem nostalgii. W takie dni czuję się znowu tak, jak wtedy, gdy miałam lat -naście i absolutnie wszystko przed sobą. W takie dni żadne problemy, duże ani małe - nie mają znaczenia; liczy się tylko ta wypełniająca po brzegi, buzująca wesoło radość oczekiwania. Na dni, które nadejdą - gdy na drzewach znów pojawią się liście, a na alpejskich łąkach kwiaty. Gdy koty wygrzewać się będą na balkonie, a ja wędrować górskimi szlakami; w czystej radości tych wszystkich godzin, kiedy piękno wokół zatyka dech w piersiach, a wysiłek moich mięśni, powietrze wtłaczane do płuc, bijące serce, pozwala dotrzeć w miejsca magiczne: gdzie brakuje tylko smoczych sylwetek, przelatujących na tle górskiej ściany. Gdy kolacje będziemy mogli znów jeść na balkonie, ogrzewani promieniami zachodzącego słońca. Gdy będę mknąć przed siebie na rowerze, rozkoszując się pędem i ciepłym powietrzem. Dni spacerów po uroczych uliczkach szwajcarskich miast i miasteczek, odkrywania tego, czego jeszcze się nie widziało,  przeżywania fajności, których jeszcze się nie przeżyło.
Przyszła wiosna, więc plotę głupstwa i śmieję się bez powodu.

czwartek, 9 marca 2017

Jednostki miary i zaraza.

Zeszło nam dziś było przy porannej kawie na jednostki miary, najpierw te współczesne, potem - dawniejsze. O ile w języku niemieckim istnieje słowo "tuzin" (das Dutzend), o tyle z zainteresowaniem dowiedziałam się, że ponoć nie mają odpowiednika słowa "kopa"... a przynajmniej ani moi koledzy, ani słownik Pons nie byli w stanie w tej materii niczego podpowiedzieć. Ale pokopałam głębiej, jako że nie chciało mi się wierzyć, że w Polsce takie jednostki miary byłyby używane, a w krajach niemieckojęzycznych już nie - zwłaszcza że słowa "mendel" czy "gros" pochodzą w oczywisty sposób z niemieckiego! I otóż znalazłam, "kopa" to "Schock", który składał się z trzech "Stiegen", czterech "Mandel" (to już znajome słowo, nieprawdaż?) i oczywiście pięciu "Dutzend". Także i "Gros", które dziś, jak w polskim, znaczy "większość", kiedyś określało dwanaście tuzinów, czyli sto czterdzieści cztery sztuki (zwane też było "tuzin tuzinów", "ein Dutzend Dutzend").

Podczas tej samej przerwy na kawę kolega uraczył nas także opowiastką z od zawsze interesującej mnie dziedziny, a mianowicie - etymologii. Czy wiecie, skąd wzięło się słowo "kwarantanna"? Pochodzi ono - co można było podejrzewać, nawet gdy się jej, jak ja, nie zna - z łaciny. A wzięło się podobno stąd, że gdy szalała zaraza (kolega użył słowa "Pest", które - o ile wiem - oznacza zarówno "dżumę", jak i po prostu "zarazę", nie wiem więc, co dokładnie miał na myśli) wówczas przypływające statki, na których byli chorzy, musiały czekać na redzie czterdzieści (łac. "quarantena") dni, nim załodze pozwalano zejść na ląd.

środa, 1 marca 2017

O podróżowaniu po szwajcarsku.

Dla tych co tl;dr - co warto wiedzieć przed podróżą, gdy mieszka się w Szwajcarii.

Wszystko kiedyś się kończy - w związku z czym, po trzech tygodniach rozkoszowania się brazylijskim słońcem, powróciłam na łono mojej nowej ojczyzny. (Hm, językowo jest to określenie zupełnie bez sensu - jako że mój tata nie jest Szwajcarem. Trzeba by stworzyć w języku polskim słowo do określania Kraju-W-Jakim-Się-Na-Stałe-Mieszka-A-Który-Nie-Jest-Krajem-Pochodzenia. Biorąc pod uwagę liczbę polskich emigrantów, niewątpliwie byłoby ono użyteczne). W międzyczasie co prawda w Szwajcarii zniknął problem temperatury ujemnej, niestety jednak jej wartości oscylują wciąż boleśnie daleko od +30. Co wiąże się z tym, że znowu musiałam włożyć na siebie kilka warstw ubrań oraz kozaki (które, notabene, na lotnisku w Rio wywoływały ludzkie zdumienie w sposób zauważalny; pewnie się zastanawiali, z jakiej to mroźnej krainy przybyłam). 

Jako że jednym z miejsc, które odwiedziliśmy, było Foz do Iguaçu - a są to okolice, gdzie pojawiają się komary, przenoszące żółtą febrę - tuż przed wyjazdem zaszczepiłam się na tę właśnie chorobę. (Należy to zrobić najpóźniej dziesięć dni przed wyjazdem). W każdym szwajcarskim kantonie jest co najmniej kilka przychodni "tropikalnych" (w moim są trzy), gdzie można dokonać potrzebnych szczepień. Warto porównać ceny, jako że potrafią być bardzo różne (różnica nawet do 100 CHF!) - a ubezpieczenie podstawowe nie zwraca pieniędzy za tę akurat szczepionkę (za to Zusatzversicherung - i owszem; w przypadku mojego ubezpieczyciela jest to zwrot do 200 CHF rocznie). Procedura jest nieskomplikowana, jak to w Szwajcarii - przychodzisz, otrzymujesz zastrzyk i żółtą książeczkę szczepień, płacisz. Lekarze podający szczepienie chętnie odpowiadają na wszystkie dodatkowe pytania (jak np. to, ile wynosi statystyczna skuteczność takiej szczepionki).

Jeżeli dużo podróżujemy, warto zaszczepić się również przeciwko innym, bardziej popularnym chorobom zakaźnym, jako że szczepionki, które otrzymaliśmy w dzieciństwie, należy odnawiać najdalej po dwudziestu latach. Osobiście zaszczepiona jestem przeciwko odrze, śwince i różyczce (trzy w jednym, szczepionka zwana MMR), żółtaczce typu A i B (jedna szczepionka podawana w trzech osobnych dawkach, przy czym trzecia dawka jest tzw. dawką przypominającą - tzn. że ochrona powinna być zapewniona już po dwóch pierwszych dawkach) oraz dyfterytowi, tężcowi, polio i krztuścowi (cztery w jednym - jak jedyna z ww. podziałała na mnie dosyć kiepsko, przez ok. dwa dni czułam się, jakbym miała grypę). Ubezpieczenie podstawowe, z tego co pamiętam, zwróciło mi za poczwórną i potrójną szczepionkę - przy czym za potrójną zdaje się dlatego, że namawiano dorosłych do szczepień w związku ze zwiększoną wtedy liczbą zachorowań na odrę, świnkę i różyczkę. Szczepienie przeciwko żółtaczce musiałam opłacić sama.

Kolejną rzeczą, jaką warto posiadać, gdy sporo się podróżuje, jest międzynarodowe prawo jazdy. W Szwajcarii jego wyrobienie trwa... pięć minut (dosłownie!) Trzeba wypełnić krótki formularz oraz przynieść ze sobą zdjęcie typu paszportowego - i oczywiście swoje aktualne prawo jazdy. Urzędnik wykonuje kopię naszego dokumentu, a zdjęcie wkleja do międzynarodowego prawa jazdy, w którym wpisuje nasze dane. Całą tę procedurę można załatwić również drogą pocztową. Opłata wynosi ok. 15 CHF. Uwaga - międzynarodowe prawo jazdy ważne jest trzy lata, potem trzeba wyrobić nowe. Chyba że liczy się na łut szczęścia i jedzie np. do Brazylii, gdzie - jak poinformował mnie mieszkający tam od kilku lat kumpel - w przypadku zaczepienia przez policję należy mówić po polsku czy niemiecku. Wówczas podobno machają ręką i puszczają wolno, bo nie chce im się wdrażać całej procedury, związanej z wiezieniem na posterunek, szukaniem tłumacza, itp. Oczywiście, zawsze można mieć pecha i trafić na tego jednego nadgorliwego policjanta na stu.

Jeżeli marzy się nam nurkowanie, trzeba pamiętać o tym, że potrzebne będzie zaświadczenie od lekarza ogólnego - iż stan naszego zdrowia pozwala na taką aktywność. Zaświadczenie takie jest w stanie wydać w Szwajcarii każdy lekarz ogólny. Oczywiście, są kraje, gdzie (za odpowiednią opłatą lub nawet przy jej braku) przymkną oko na brak takiego zaświadczenia, ale prościej (i bezpieczniej!) jest je po prostu mieć. Nie pamiętam, ile kosztuje, ale to jakaś bardzo niewielka kwota.

Jako że Szwajcarzy kochają wojaże, w sklepach (a nawet na każdej poczcie) znaleźć można całą masę przydatnych w podróży gadżetów - od poduszek podróżnych; rajstop czy skarpet, zapobiegających puchnięciu nóg podczas lotu; adapterów międzynarodowych, umożliwiających podłączenie sprzętu do każdego typu gniazdek na świecie; poprzez zestawy pustych 100 ml buteleczek, umożliwiających przewiezienie w bagażu podręcznym potrzebnych nam płynów; miniaturki wszelkiego rodzaju kosmetyków, a nawet leków - aż po specjalne uchwyty np. do kubków w samolocie czy ładowarki do telefonu... na korbkę. Firmy ubezpieczeniowe oferują oczywiście milion opcji ubezpieczenia podróżnego oraz ubezpieczenia zdrowotnego za granicami kraju. 

Informacji i wskazówek o celu podróży najczęściej nie trzeba nawet szukać na żadnych forach internetowych - wystarczy zagadać do kilku osób w pracy i prawie na pewno okaże się, że ta czy inna osoba już w danym kraju była i chętnie podzieli się wiedzą; albo wskaże kogoś np. z innego teamu, kto był. Podróże są tu zresztą często i chętnie poruszanym tematem; dzięki czemu miałam m.in. możliwość dowiedzieć się, jak wyglądało wojażowanie po świecie trzydzieści lat temu, bez internetu i kart kredytowych. Cennym źródłem, do którego warto zajrzeć, planując wyjazd, jest opis danego kraju na stronie szwajcarskiego ministerstwa - opcja w menu "Vertretungen und Reisehinweise"). Ministerstwo aktualizuje informacje regularnie - np. o dane dotyczące aktualnej sytuacji politycznej w regionie. 

Zdecydowanym plusem podróżowania ze Szwajcarii są też, jeśli ktoś jeszcze o nich nie słyszał, czarterowe linie lotnicze Edelweiss - latają one z Zurychu bezpośrednio do wielu pięknych miejsc. Ceny nie są wysokie, a zarówno klasa ekonomiczna, jak i biznesowa zdecydowanie warte polecenia. To moje ulubione linie. Na drugim miejscu plasuje się Qatar Airways, a na trzecim - Singapore Airlines. Niestety, lot QA ze Szwajcarii wymaga oczywiście przesiadki - w Katarze.

Opisując to wszystko, rozmarzyłam się. Ach, polecieć by gdzieś znowu, daleko, zgodnie ze sloganem Edelweissa - w stronę słońca...