Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2017

Neutralność.

Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzi na myśl, gdy myśli się o Szwajcarii. Szczęśliwy kraj, który praktycznie nie ucierpiał podczas obydwu wojen światowych (a przynajmniej nie ucierpiał w porównaniu z resztą Europy). Kilka pokoleń ludzkich, wychowywanych ani nie przez ofiary, ani też nie przez (mniej lub bardziej bijących się w pierś) katów. Wynik eksperymentu społecznego pt. "jakich ludzi otrzymamy po kilku pokoleniach dobrobytu i bez wojen". Interesujące bardzo zwłaszcza z pozycji Polki czy Polaka. Pamięć - najbardziej o drugiej wojnie światowej - jest wciąż w Polsce świeża. Ba, najczęściej to nie tylko sama pamięć, ale towarzyszą jej też wciąż silne emocje. (Oczywiste, zniszczone życia milionów jednostek siłą rzeczy odbijają się echem bardzo długo - niestety także w dzieciach, wnukach, prawnukach...) Emocje te - czytane czy też słyszane przez większość życia, chłonięte niejako przez dyfuzję - niewątpliwie warunkują też wielu ludzi na współodczuwanie... albo racz…

Jak się ma nałóg do Connie Willis.

Dla tych co tl;dr - egzaltacja wywołana nawrotem uzależnienia. Oraz, jeśli nie znacie: koniecznie przeczytajcie Connie Willis.
W wieku lat czterech popadłam w nałóg. Nałóg, jak to zwykle nałogi, miał najrozmaitsze negatywne konsekwencje: a to cierpiały na jego skutek moje relacje społeczne; a to czasem oceny w szkole, gdy zamiast się uczyć, oddawałam się nałogowi; o fatalnej kondycji moich osobistych, dziecięco-nastoletnich finansów nie wspominając - jako że nałóg, jak to nałogi do siebie mają, był drogi. Czytałam. Czytałam w szkole na przerwach; po powrocie do domu, nie zdejmując czasem nawet kurtki, butów ni plecaka; gdy składałam wizytę u rodziny czy znajomych (och, oburzone matki szkolnych koleżanek, skarżące się na mnie mojej mamie po tym, gdy z własnego przyjęcia urodzinowego wymknęłam się chyłkiem na czas dłuższy, żeby sobie poczytać!...) Gdy miałam lat osiem, tata zapisał mnie do biblioteki miejskiej - do dziś pamiętam to oszałamiające uczucie znalezienia się w raju: takie be…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…

Wiosna.

Wreszcie przyszła. Wciąż siedząc za pracowym biurkiem, spoglądam za okno i uśmiecham się do siebie. Słońce mocno grzeje, myśli szybują gdzieś w inne rejony. Uwalnia się konglomerat bliżej niezidentyfikowanych emocji, o którym jedno powiedzieć mogę na pewno - że jest przeciwieństwem nostalgii. W takie dni czuję się znowu tak, jak wtedy, gdy miałam lat -naście i absolutnie wszystko przed sobą. W takie dni żadne problemy, duże ani małe - nie mają znaczenia; liczy się tylko ta wypełniająca po brzegi, buzująca wesoło radość oczekiwania. Na dni, które nadejdą - gdy na drzewach znów pojawią się liście, a na alpejskich łąkach kwiaty. Gdy koty wygrzewać się będą na balkonie, a ja wędrować górskimi szlakami; w czystej radości tych wszystkich godzin, kiedy piękno wokół zatyka dech w piersiach, a wysiłek moich mięśni, powietrze wtłaczane do płuc, bijące serce, pozwala dotrzeć w miejsca magiczne: gdzie brakuje tylko smoczych sylwetek, przelatujących na tle górskiej ściany. Gdy kolacje będziemy mo…

Jednostki miary i zaraza.

Zeszło nam dziś było przy porannej kawie na jednostki miary, najpierw te współczesne, potem - dawniejsze. O ile w języku niemieckim istnieje słowo "tuzin" (das Dutzend), o tyle z zainteresowaniem dowiedziałam się, że ponoć nie mają odpowiednika słowa "kopa"... a przynajmniej ani moi koledzy, ani słownik Pons nie byli w stanie w tej materii niczego podpowiedzieć. Ale pokopałam głębiej, jako że nie chciało mi się wierzyć, że w Polsce takie jednostki miary byłyby używane, a w krajach niemieckojęzycznych już nie - zwłaszcza że słowa "mendel" czy "gros" pochodzą w oczywisty sposób z niemieckiego! I otóż znalazłam, "kopa" to "Schock", który składał się z trzech "Stiegen", czterech "Mandel" (to już znajome słowo, nieprawdaż?) i oczywiście pięciu "Dutzend". Także i "Gros", które dziś, jak w polskim, znaczy "większość", kiedyś określało dwanaście tuzinów, czyli sto czterdzieści cztery…

O podróżowaniu po szwajcarsku.

Dla tych co tl;dr - co warto wiedzieć przed podróżą, gdy mieszka się w Szwajcarii.

Wszystko kiedyś się kończy - w związku z czym, po trzech tygodniach rozkoszowania się brazylijskim słońcem, powróciłam na łono mojej nowej ojczyzny. (Hm, językowo jest to określenie zupełnie bez sensu - jako że mój tata nie jest Szwajcarem. Trzeba by stworzyć w języku polskim słowo do określania Kraju-W-Jakim-Się-Na-Stałe-Mieszka-A-Który-Nie-Jest-Krajem-Pochodzenia. Biorąc pod uwagę liczbę polskich emigrantów, niewątpliwie byłoby ono użyteczne). W międzyczasie co prawda w Szwajcarii zniknął problem temperatury ujemnej, niestety jednak jej wartości oscylują wciąż boleśnie daleko od +30. Co wiąże się z tym, że znowu musiałam włożyć na siebie kilka warstw ubrań oraz kozaki (które, notabene, na lotnisku w Rio wywoływały ludzkie zdumienie w sposób zauważalny; pewnie się zastanawiali, z jakiej to mroźnej krainy przybyłam). 
Jako że jednym z miejsc, które odwiedziliśmy, było Foz do Iguaçu - a są to okolice, g…