niedziela, 4 listopada 2012

Notka reanimacyjna (albo rezurekcyjna, jak kto woli).

Jako że zarzucono mi niedawno, że jogguś kona, spieszę zapewnić, że nie jest to związane z konaniem właścicielki. Fakt faktem, że dawno nie pisałam - obiecane notki wakacyjne pewnie w końcu kiedyś powstaną, acz zdjęcia koniec końców wrzucone zostać muszą i tak tam, gdzie wcześniej (na Flickra, znaczy). Usprawiedliwiając się, mogę powiedzieć, że sama jeszcze nie wszystkie swoje zdjęcia wakacyjne oglądałam - czas wolny bowiem poświęcam wyłącznie na sen i/lub oglądanie seriali. Oraz głaskanie kotów. Nudne, dorosłe życie. Tydzień mija za tygodniem, czas gna jak szalony, z sierpnia raptem robi się listopad... a z listy TODO wykreślam wyłącznie te rzeczy, które absolutnie muszą zostać zrobione. Co mi zresztą przypomina, że jeszcze dziś muszę wybrać nowego ubezpieczyciela, jako że poprzedni po mojej kwietniowej przeprowadzce zwiększył składkę o ponad 150 CHF, skutkiem czego odprowadzam obecnie miesięcznie ponad pięć stów. Co jest - jak na składkę zdrowotną tutaj - kwotą sporą. Oczywiście, jako że już dość dawno temu przekroczyłam kwotę franczyzy, ubezpieczyciel zwraca mi obecnie 90% kwoty rachunków za lekarzy i leki, co jest miłe, niemniej jednak styczeń blisko - a w styczniu się franczyza tak czy siak wyzeruje. Kiedyś już pisałam dokładniej o szwajcarskim systemie zdrowotnym, więc jak kto zainteresowany, to sobie zerknie do wcześniejszych notek. W każdym razie ubezpieczyciela mogę zmienić li tylko do końca listopada, więc jeśli nie przygotuję papierów w ten weekend, to mi potem cały listopad tylko mignie i będzie po sprawie.

Postaram się zamieszczać notki nieco częściej, acz nic nie obiecuję. Formuła joggusia tak czy siak nieco się zmieni - jako że ponad roczny pobyt w Szwajcarii sprawia, że opisałam już dość dobrze wszystkie najważniejsze różnice między polską a moją nową rzeczywistością. Tym samym to, o czym mogę pisać, to po prostu o tym, co się u mnie dzieje - a to z krajem pobytu powiązane będzie mniej lub bardziej. Jeśli zatem ktoś jest niezainteresowany, niech czuje się ostrzeżony.

Szwajcarskie urzędy, ich bezproblemowość w działaniu i pójście na rękę petentowi chwalę sobie nie od dziś. Ostatnio znów miałam do z nimi do czynienia, jako że musiałam wymienić prawko na szwajcarskie. Tzn. przymusu oczywiście nie ma, ale jeśli nie zrobiłabym tego przed upływem roku od momentu zameldowania tutaj, a chciałabym prowadzić tu samochód, musiałabym zdawać ponownie egzamin. Pod koniec sierpnia przyszło zatem uprzejme pismo z policji, przypominające, że jeno te dwa miesiące zostały na wymianę prawka (formularz i instrukcję postępowania też załączyli, owszem). Cała procedura polegała na wypełnieniu formularza, odbyciu badania u okulisty (wynik lekarz wypisuje na tym samym formularzu), a następnie dostarczeniu tegoż formularza, starego - polskiego - prawka i jednego zdjęcia do właściwego urzędu. Dostaje się karteczkę, zaświadczającą, że taki to a taki prawko ma w wymianie i że niniejsza karteczka je zastępuje - oraz rachunek (do opłacenia w ciągu 30 dni, tradycyjnie). Nowe prawko otrzymałam pocztą w ciągu dwóch czy trzech dni. Szczęśliwie nie wymagali zdjęcia biometrycznego, więc nie muszę się wstydzić potencjalnego pokazywania go policji.

Poza tym znalazłam tutaj rewelacyjnego fryzjera (najlepszy fryzjer w moim życiu; uwielbiam go), tak więc zadomawiam się coraz bardziej - oprócz "swoich" lekarzy, mam i "swojego" fryzjera. Wypadałoby jeszcze znaleźć jakąś sensowną kosmetyczkę, krawcową i szewca - będzie komplet.

Co poza tym... w ramach tzw. Herbstmesse odbywało się niedawno Oktoberfest, ale jako że jestem stara i zmęczona, wolałam spędzić tę niedzielę w piżamce z Hello Kitty, leżąc w łóżku i oglądając seriale, niż pić piwo na zimnie. W sumie najbardziej żałuję, że ominęła mnie jazda na karuzelach i rollercoasterach, których mnóstwo do Basel zwieziono - ale cóż, lenistwo über alles. Może za rok.