Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2016

Co ja robię tu cz. II

Zgodnie z zapowiedzią - dziś o tym, czego na emigracji nie lubię, co mi przeszkadza i czego mi brakuje.

1) Język. Oczywistość dla każdego ekspata, jak sądzę. Niezależnie od tego, że niemieckim i angielskim władam biegle, ich znajomość nie dorasta do pięt mojej znajomości polskiego - zarówno jeśli chodzi o zasób słownictwa, poprzez możliwość tworzenia i rozumienia żartów słownych, na wyczuciu, jakie słowo lepiej pasuje w danym kontekście kończąc. Ba, naukowcy twierdzą, że nasza osobowość powiązana jest z językiem, w jakim mówimy - i mówiąc w innym, nawet jeśli znamy go dobrze, prezentujemy się jednak odmiennie. Tak więc owszem, brakuje mi tego, że tubylcy nie mówią po polsku. Heh, gdyby choć mówili po niemiecku... Szwajcarzy w części niemieckojęzycznej posługują się jednak domyślnie dialektem. W dialekcie rozmawiają też między sobą; na dialekt przechodzą automatycznie, gdy są podekscytowani lub podenerwowani. Chyba już kiedyś o tym pisałam, że najczęściej wypowiadane tu przeze mnie zd…

Co ja robię tu.

Byłam i bywam pytana o wrażenia z emigracji, o to, jak mi się tutaj żyje - także w kontekście różnych stereotypów, krążących na temat Szwajcarów. Poniższa notka to częściowa odpowiedź na te pytania. O powodach do irytacji będzie następnym razem. Dzisiaj optymistycznie - dlaczego, po ponad czterech latach, wciąż lubię i chcę tutaj mieszkać?
1) Społeczeństwo. Ludzie są mili, życzliwi i pomocni. Dotyczy to znaczącej większości osób, jakie tu w ciągu tych kilku lat poznałam/spotkałam/miałam jakąkolwiek interakcję z - włączając nawet te typu "mijanie na ulicy". Wyjątki można policzyć na palcach. Uśmiech, brak wulgarności i kultura osobista to norma, też w stosunku do osób całkiem obcych, na ulicy czy w tramwaju. Wylewany jad czy frustracja są ekstremalnie rzadkim zjawiskiem; podobnie jak osoby drastycznie zaniedbujące higienę osobistą. W sklepie czuję się jak oczekiwany gość, któremu chce się poświęcić dowolną ilość czasu, bez okazywania żadnych oznak zniecierpliwienia czy złego…

Na okoliczność wiosny.

Co prawda, Wielkanoc już minęła jakiś czas temu, ale miałam wspomnieć tu o powiązanych z nią tradycjach szwajcarskich. Otóż - praktycznie ich nie ma. Wszyscy indagowani na okoliczność koledzy oraz rodzina A. zgodnie zeznali, że nie było ani nie ma tu żadnych wielkanocnych rytuałów. Poza jajkami, nie ma też żadnego menu, które przygotowuje się specjalnie z tej okazji. W rodzinach, w których są dzieci, organizuje się czasami tzw. poszukiwania czekoladowych jajek (ukrytych w domu lub ogrodzie, zależnie od pogody) - a przy śniadaniu (też nie wszędzie) odbywa się tzw. "Eiertütsche": czyli walka na jajka. Konkretnie polega to na tym, że za pomocą jednego stuknięcia w skorupkę usiłuje się rozbić swoim jajkiem jajko przeciwnika. Czyje jajko wyjdzie przy tym bez szwanku, ten wygrywa. Najpopularniejszą jednak "tradycją" wielkanocną tutaj wydaje się wykorzystanie długiego weekendu (Wielki Piątek i Poniedziałek Wielkanocny są wolne w prawie wszystkich kantonach) na wyjazd dok…

Życie poza internetem.

Pierwsze uzależnienie w moim życiu pojawiło się, gdy miałam lat siedemnaście. Miało na imię IRC. (Pamiętam jak dziś mój bezbrzeżny smutek tamtego lata, gdy zaczęły się wakacje - jako że wtedy dostęp do internetu miałam wyłącznie w szkole). Potem - często równocześnie - było ICQ, Gadu-Gadu, pierwszy portal społecznościowy Google'a, którego nazwy chwilowo nie umiem sobie przypomnieć, Grono, Facebook, Google+, Blip i Blabler; wreszcie Twitter i Instagram. (Pewnie i tak coś pominęłam). Czytanie i pisanie blogów, udzielanie się na forach różnej maści; także tzw. odmóżdżanie przy pomocy czytywania komentarzy, forów (zwłaszcza tych na Gazecie), portali plotkarskich czy miejsc hm, zupełnie obcych mi światopoglądowo; i wiele, wiele innych tego typu internetowych aktywności. W międzyczasie minęło kolejnych -naście lat i po raz pierwszy w życiu poczułam przesyt. Nie, nie pojawił się jednego dnia; narastał stopniowo, dlatego z pewnych miejsc odchodziłam - ale potem szłam w następ…

Odrobina codzienności.

Podobnie jak większość osób mieszkających w Szwajcarii, posiadam Halbtax. Jest to karta dająca 50% zniżki na wszystkie pociągi, tramwaje i autobusy oraz większość kolejek linowych i statków. Kosztuje ok. 150 CHF rocznie i zwraca się to błyskawicznie. Ostatnio, gdy kończyła mi się ważność karty, przysłano mi dwa miesiące przed tym terminem ofertę zawarcia umowy z automatycznym odnawianiem Halbtaksu co rok, tak żeby nie trzeba było o tym pamiętać. Lubię takie ułatwienia, więc ofertę przyjęłam. Nowa karta przyszła błyskawicznie (to akurat tu normalne), wrzuciłam ją do szuflady, minęły tygodnie i wtem! kolejne pozytywne zaskoczenie - dzień przed upływem ważności mojej starej karty przysłano mi SMS-a, przypominającego, że czas włożyć do portfela nową. Drobiazg, a cieszy. Po coś w końcu mamy od lat te wszystkie technologie; miło, gdy jest to wykorzystywane w celu ułatwienia ludziom życia.

A poza tym chciałam wyznać, że nieodmiennie rozczula mnie widok firmowej kosiarki-robota, pracowicie p…

Dieta.

Wyjaśnienie: tydzień temu rozpoczęłam moją coroczną, wiosenną dietę. Jako że wiele znajomych osób o nią pytało i wciąż pyta, poniżej opis "co i jak". Ta notka jest tylko i wyłącznie o tym.
Tytułem wstępu, plusy: + dieta jest zdrowa + daje +milion do energii + daje +milion do dobrego nastroju + cera, włosy i paznokcie wyglądają po niej świetnie + nie jest się na niej głodną/ym + nie występuje po niej efekt jojo
i minusy: - dieta nie jest tania - przygotowanie jedzenia pochłania sporo czasu - jest dość restrykcyjna  - podejrzewam, że trudna (lub wręcz niemożliwa) w stosowaniu dla wegetarian i wegan
Jako że mój doskonały metabolizm z wiekiem niestety odrobinę zwolnił, cztery lata temu postanowiłam po raz pierwszy w życiu przejść na dietę. Przetrząsnąwszy net w poszukiwaniu czegoś skutecznego i zdrowego, znalazłam właśnie tę: ułożoną przez amerykańską dietetyczkę, Ann Louise Gittleman. Opisała ją w swojej książce "Fat Flush Plan" (pol. tłum. "Plan Wypłukiwania Tłuszcz…

Skutki bezpośrednie demokracji bezpośredniej.

Jak być może każdy wie (a jeśli nie wie, natomiast czyta te słowa, to się za moment dowie), w Szwajcarii systemem miłościwie panującym jest demokracja bezpośrednia. Bardzo fajna rzecz, polecam wszystkim i żałuję, że - póki co - nie mam możliwości brania udziału w głosowaniach. Oczywiście, nigdy nie jest tak, żeby coś miało wyłącznie plusy, a ponieważ jest to blog polski, przejdziemy zaraz do minusu (-a?) Otóż ma do siebie ta demokracja bezpośrednia to, że wpływa na ludzką mentalność. Wpływając na ludzką mentalność zaś powoduje, że Szwajcarzy wychowani są w duchu, iż każdy może/ma prawo/powinien się wypowiedzieć, jego punt widzenia jest istotny i zostanie rozważony. Co w tym złego, zapytacie? Na co dzień nic, chyba że macie spotkanie w pracy (a imię ich jest Legion, tych spotkań pracowych): a jako że wszyscy się chcą wypowiedzieć (i wypowiadają!) i ładnie przekonują do swoich racji, spotkanie takie trwa... i trwa... i trwa... Obecna na nim ja w duchu zgrzytam zębami, nieudolnie maskuj…