czwartek, 28 kwietnia 2016

Co ja robię tu cz. II

Zgodnie z zapowiedzią - dziś o tym, czego na emigracji nie lubię, co mi przeszkadza i czego mi brakuje.

1) Język. Oczywistość dla każdego ekspata, jak sądzę. Niezależnie od tego, że niemieckim i angielskim władam biegle, ich znajomość nie dorasta do pięt mojej znajomości polskiego - zarówno jeśli chodzi o zasób słownictwa, poprzez możliwość tworzenia i rozumienia żartów słownych, na wyczuciu, jakie słowo lepiej pasuje w danym kontekście kończąc. Ba, naukowcy twierdzą, że nasza osobowość powiązana jest z językiem, w jakim mówimy - i mówiąc w innym, nawet jeśli znamy go dobrze, prezentujemy się jednak odmiennie. Tak więc owszem, brakuje mi tego, że tubylcy nie mówią po polsku. Heh, gdyby choć mówili po niemiecku... Szwajcarzy w części niemieckojęzycznej posługują się jednak domyślnie dialektem. W dialekcie rozmawiają też między sobą; na dialekt przechodzą automatycznie, gdy są podekscytowani lub podenerwowani. Chyba już kiedyś o tym pisałam, że najczęściej wypowiadane tu przeze mnie zdanie to "Können Sie Hochdeutsch sprechen?" (pol. "Czy może(cie) Pan/Pani/Państwo mówić literackim niemieckim?" Nie, żeby dialekt był wersją nie-literacką niemieckiego, bo z niemieckim jako takim ma naprawdę nie tak wiele wspólnego... ale to tłumaczenie najbardziej chyba oddaje sens).

2) Urlop i dni świąteczne. Tu problem da się streścić w dwóch słowach: za mało. Standardowa liczba dni tutejszego urlopu to zaledwie dwadzieścia pięć. Czyli wystarcza tylko na dwa dwutygodniowe wyjazdy (mam na myśli pełne dwa tygodnie na miejscu - a do tego jeszcze dochodzą przeloty), jeśli połączy się je z jakimś świętem i okres między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Dla mnie to stanowczo za mało. Dodatkowo nie wszystkie firmy zezwalają na urlopy niepłatne (moja obecna na szczęście tak i zamierzam z tego skorzystać). Owszem, można wyrobić dodatkowe dni z nadgodzin, ale to dość męcząca wersja (wiem, bo korzystałam wiele razy). Liczba dni świątecznych w Szwajcarii jest też znikoma, zwłaszcza w porównaniu z francuskim i niemieckim sąsiadem. Dni świąteczne zależą tu od gminy i kantonu, ale najczęściej jest to ok. ośmiu w ciągu roku: Wielki Piątek, Lany Poniedziałek, 3 dni w maju, 1 sierpnia, Boże Narodzenie. Ja ze względu za zamieszkanie w kantonie katolickim wolne mam jeszcze 15 sierpnia, 1 listopada i 8 grudnia, ale pff, to wciąż o wiele za mało. Najgorsze  jest to, że były tu głosowania zarówno odnośnie zwiększenia liczby dni urlopu, jak i ustanowienia większej liczby świąt. I za każdym razem ludzie je odrzucali - i to większością głosów... Doprawdy, ten aspekt tutejszej mentalności jest mi zupełnie obcy.

3) Wysokie ceny usług. Oczywiście, Szwajcaria, gdy porówna się ją z innymi krajami, ogólnie nie należy do tanich, niemniej w stosunku do pensji wiele rzeczy jest tańszych niż np. w Polsce (co nie jest jakimś specjalnym sukcesem, Polska to niestety bardzo drogi kraj). Wszelakie usługi tutaj kosztują jednak słono. Przykłady: krawiec - 50 CHF za wymianę zamka w spódnicy; przedstawiciel serwisu lodówkowego - 100 CHF za wymianę uszkodzonych drzwiczek zamrażarki + 100 CHF za dojazd; weterynarz - wizyta kontrolna dwóch kotów wraz z badaniem krwi i moczu to już ok. 200-300 CHF, a w przypadku konieczności operacji czy bardziej skomplikowanych badań, ceny szybko idą w górę. (Poważna choroba zwierzęcia to rachunki sięgające nawet kilku tysięcy).

4) Parkowanie. Pisałam kiedyś, na samym początku, o różnych typach miejsc parkingowych w Szwajcarii. Ogólnie jednak miejsc tych jest mało (nie brakuje ich tylko na normalnych parkingach), a że parkować wolno tylko i wyłącznie na nich, bywa, że marnuje się dziesięć minut czy kwadrans, krążąc w poszukiwaniu jakiegoś najbliższego wolnego miejsca. Zdecydowanie wygrywają tutaj kierowcy niewielkich samochodów - im zawsze jest łatwiej coś znaleźć.

5) Brak ścieżek rowerowych. Nie ma tu prawie w ogóle typowych ścieżek rowerowych - rowerzyści w 95% procentach przypadków powinni poruszać się ulicą, na odcinku przy krawędzi jezdni, "odgrodzonym" żółtą linią. Oczywiście, przy zmianie kierunku czy na światłach trzeba jeździć nieraz po prostu między samochodami. Moim zdaniem to niebezpieczne i stresujące (mimo że tzw. kultura jazdy jest tu ogólnie na wysokim poziomie, ale kto mi zagwarantuje, że ulicą nie będzie na przykład pędził akurat jakiś Włoch?) W efekcie bardzo często jeżdżę tutaj po chodniku albo po prostu gdzieś z dala od ulicy... a to pierwsze może, oczywiście, skończyć się któregoś dnia mandatem.

6) Nie ma dostępu do morza. Jestem w stanie z tym żyć, jako że mają tu mnóstwo czystych i ogromnych jezior, ale czasem tęsknię za spacerami po plaży, słoną wodą i bryzą.

7) Kabanosy i świeży słonecznik (prosto z "głowy"). Nie wiedzieć czemu, produkty te są tu nieznane i nigdzie niesprzedawane! Dramat, proszę Państwa, po prostu dramat. O ile kabanosy mogę sobie przywieźć (lub przysyłają mi) z Polski, ew. mogę nabyć je w Niemczech (choć polskie są lepsze), o tyle dostępu do świeżego słonecznika po prostu nie mam... Chlip.

środa, 27 kwietnia 2016

Co ja robię tu.

Byłam i bywam pytana o wrażenia z emigracji, o to, jak mi się tutaj żyje - także w kontekście różnych stereotypów, krążących na temat Szwajcarów. Poniższa notka to częściowa odpowiedź na te pytania. O powodach do irytacji będzie następnym razem. Dzisiaj optymistycznie - dlaczego, po ponad czterech latach, wciąż lubię i chcę tutaj mieszkać?

1) Społeczeństwo. Ludzie są mili, życzliwi i pomocni. Dotyczy to znaczącej większości osób, jakie tu w ciągu tych kilku lat poznałam/spotkałam/miałam jakąkolwiek interakcję z - włączając nawet te typu "mijanie na ulicy". Wyjątki można policzyć na palcach. Uśmiech, brak wulgarności i kultura osobista to norma, też w stosunku do osób całkiem obcych, na ulicy czy w tramwaju. Wylewany jad czy frustracja są ekstremalnie rzadkim zjawiskiem; podobnie jak osoby drastycznie zaniedbujące higienę osobistą. W sklepie czuję się jak oczekiwany gość, któremu chce się poświęcić dowolną ilość czasu, bez okazywania żadnych oznak zniecierpliwienia czy złego humoru. W urzędach, cokolwiek potrzebuję załatwić, nie przysparza to żadnych problemów -  i to mimo tego, że niemiecki nie jest moim językiem ojczystym. Nikt nie próbował stwarzać mi jakichkolwiek przeszkód czy udawać, że mnie nie rozumie. Nie zdarzyło mi się też zetknąć z rasizmem ze względu na narodowość czy po prostu fakt bycia cudzoziemką. Zazwyczaj jestem tu (i nie tylko tu) brana za Rosjankę lub Francuzkę; zdarzało mi się spotykać osoby, uprzejmie przechodzące na francuski, żebym nie musiała się męczyć mówieniem po niemiecku - czy zagadujących po rosyjsku. (Pech chce, że nie władam żadnym z tych języków). Ludzie mają tu też ogólnie niski poziom agresji - niezależnie od tego, czy są trzeźwi, czy pijani. Brak wulgarnych zaczepek na ulicy.

2) Zaufanie. Domyślnie ludzie tu nawzajem sobie ufają - nie ma zakładania, że (współ)obywatel jest oszustem czy złodziejem. Pomijając, że jest to po prostu przyjemne - znacząco ułatwia życie i przekłada się również na obowiązujące tu prawo. Oczywiście ja, jako wychowana w Polsce, nadal mam odruch pilnowania torebki czy portfela. Podobnie jak nadal zwracam uwagę na kabriolety, zostawione z otwartym dachem, nieprzypięte rowery, itp. I nadal zachwyca mnie tutejszy system sprzedaży przy niektórych gospodarstwach - mała budka z towarem: owoce, warzywa, jajka (w mini lodówce), dżemy, soki, galaretki... i kasetka - albo nawet zwykły talerzyk - na pieniądze; czasem jeszcze zeszyt do wpisania zakupionej pozycji. Kładziesz pieniądze na talerzyku, bierzesz zakupiony towar, idziesz. Nikt tego nie pilnuje. 

3) Środowisko pracy. Traktowanie pracownika jak człowieka; branie pod uwagę, że może mieć na przykład kłopoty zdrowotne, problemy osobiste czy wreszcie - życie prywatne. Weekend i urlop są tu dla większości czasem świętym; a że ja należę do osób, które nawet nie mają skonfigurowanego mejla pracowego w domu, bardzo mi to pasuje. Zjawisko nadgodzin istnieje o tyle, że jeśli się je wyrabia, to odbiera potem jako urlop. (Dorabiam sobie w ten sposób dodatkowe dni do urlopu, bo standardowe tutaj 25 to dla mnie zbyt mało). Poziom stresu w pracy jest minimalny; nawet gdy coś wymaga pośpiechu, to z mojej - polskiej - perspektywy, nie jest to tak naprawdę żaden pośpiech... Ludzie w pracy traktują się wzajemnie z szacunkiem. Nie ma krzyków i warczenia na siebie; irytacja czy zniecierpliwienie okazywane są bardzo rzadko. Pracuję w środowisku, gdzie przeważają mężczyźni. Mimo tego atmosfera jest generalnie wolna od szowinizmu. Występuje tu też zjawisko, do którego sama musiałam się przyzwyczaić - jeśli w jakiejś kwestii zawini inny zespół w firmie, w Polsce zazwyczaj ludzie nakręcają się na zasadzie "to wszystko przez nich" i spędzają czas na utyskiwaniu; co rodzi też wzajemną wrogość. Tutaj tej tendencji nie ma - trudno, tamci zrobili coś źle, ale przecież nie celowo; jesteśmy jedną firmą, trzeba przejść nad tym do porządku dziennego i szukać rozwiązania danej sytuacji.

4) Podatki. Podatek rośnie tu wraz z zarobkami, progów jest kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt. Pieniądze te wydawane są zazwyczaj w sposób sensowny, co widać na co dzień - nie mam więc poczucia, że są zmarnowane. Bardzo podoba mi się też istnienie tzw. podatku kościelnego: płacą go wyłącznie osoby, które zadeklarowały się jako wyznawcy danej religii - i podatek ten przeznaczony jest na potrzeby właśnie ich kościoła. Co zresztą prowadzi do następnego punktu:

5) Laickość. Szwajcaria jest krajem typowo laickim, więc religia jako taka nie jest tu żadnym punktem zapalnym. Ba, w ogóle się o niej nie rozmawia. Jest traktowana jako prywatna sprawa każdej osoby. Kwestie typu antykoncepcja, aborcja czy in-vitro, które w Polsce budzą gorące dyskusje, tu traktowane są jako coś zupełnie normalnego: prywatny wybór każdego człowieka. Dofinansowania do antykoncepcji niestety nie ma. Tabletki "po" można kupić bez recepty w aptece. Aborcja (z tego co czytałam, stosowana jest tu chyba tylko farmakologiczna) do trzeciego miesiąca wykonywana jest na życzenie kobiety i finansowana przez kasę chorych z podstawowego ubezpieczenia. In-vitro w żaden sposób finansowane nie jest, ale z tego co się orientuję, choć drogie, jest w zasięgu finansowym większości pracujących tu ludzi. Rocznie dzięki tej metodzie rodzi się tu ok. dwóch tysięcy dzieci. Eutanazja - dostępna dla śmiertelnie chorych - również jest płatna. W przypadku np. śmiertelnej choroby genetycznej można zarejestrować się z wyprzedzeniem w organizacji, zajmującej się eutanazją - w razie gdyby nagłe pogorszenie stanu miało uniemożliwić wydanie późniejszej dyspozycji.

6) Transport miejski i krajowy oraz autostrady. Punktualność szwajcarskich pociągów jest przysłowiowa. Świetną opcją jest to, że kupuje się tu bilet na trasę, a nie na konkretny pociąg - w związku z czym wszystko nam jedno, czy to TGV, IC, EC, InterRegio... byle jechał w pożądanym kierunku. Pociągi są na ogół bardzo czyste, toalety w nich należycie wyposażone, a jedzenie w tutejszym odpowiedniku "Warsu" smaczne. Mają też pod dostatkiem gniazdek elektrycznych. (Jedyne, czego brakuje, to Wi-Fi). Jako że Szwajcaria to mały kraj, z jednego końca na drugi można dostać się w cztery godziny - i najlepsza opcja to właśnie pociąg (omija się potencjalne korki, a na niektórych trasach - konieczność załadowania samochodu na pociąg). Jako wieloletnia przymusowa klientka PKP, jazdę pociągiem polubiłam ponownie właśnie tutaj. Jedyny minus to to, że bilety są drogie - samochód wychodzi znacząco taniej. Autostrad nie brakuje, więc na krótkich odcinkach - czy weźmie się samochód, czy pociąg - dojazd te 100 km i tak potrwa ok. godziny. Transport miejski (tramwaje, autobusy, trolejbusy, statki) kursuje regularnie i b. często - w efekcie, jeśli mieszka się i pracuje w mieście, jazda do pracy autem nie ma żadnego sensu, komunikacją miejską jest szybciej i wygodniej. Pociągi są zgrane czasowo z komunikacją miejską, zwłaszcza w małych miasteczkach i na wsiach - co oznacza, że najczęściej ma się 2-3 minuty na przesiadkę z pociągu do autobusu. Korzystałam z tego wiele razy i ten czas spokojnie wystarcza.

7) Alpy. Tuż za rogiem. Kto kocha góry, wie, o czym mówię. Jeśli tylko w weekend jest ładna pogoda, mogę ruszać w trasę i czuję się jak na wakacjach. I kolejki linowe oraz szynowe. Kocham kolejki linowe, a tu jest ich istne zatrzęsienie. W zimie - poza nartami - świetną opcją są sanki; zjazd z wysokości tysiąca czy dwóch tysięcy metrów. W lecie - poza klasycznym wędrowaniem - są też parki linowe i tzw. bobsleje - w wersjach szynowych i klasycznych. (Nie mam pojęcia, jak się toto nazywa po polsku, takie coś, o.

8) Sery, słodycze, wino. Nie sądzę, że to akurat wymaga dodatkowych wyjaśnień.

piątek, 22 kwietnia 2016

Na okoliczność wiosny.

Co prawda, Wielkanoc już minęła jakiś czas temu, ale miałam wspomnieć tu o powiązanych z nią tradycjach szwajcarskich. Otóż - praktycznie ich nie ma. Wszyscy indagowani na okoliczność koledzy oraz rodzina A. zgodnie zeznali, że nie było ani nie ma tu żadnych wielkanocnych rytuałów. Poza jajkami, nie ma też żadnego menu, które przygotowuje się specjalnie z tej okazji. W rodzinach, w których są dzieci, organizuje się czasami tzw. poszukiwania czekoladowych jajek (ukrytych w domu lub ogrodzie, zależnie od pogody) - a przy śniadaniu (też nie wszędzie) odbywa się tzw. "Eiertütsche": czyli walka na jajka. Konkretnie polega to na tym, że za pomocą jednego stuknięcia w skorupkę usiłuje się rozbić swoim jajkiem jajko przeciwnika. Czyje jajko wyjdzie przy tym bez szwanku, ten wygrywa. Najpopularniejszą jednak "tradycją" wielkanocną tutaj wydaje się wykorzystanie długiego weekendu (Wielki Piątek i Poniedziałek Wielkanocny są wolne w prawie wszystkich kantonach) na wyjazd dokądś. Koledzy byli zafascynowani, gdy opowiedziałam im o polskiej tradycji święcenia pokarmów. (Jest to zresztą możliwe nawet tu, bo polska misja katolicka organizuje to w kilku kościołach).

Z innej beczki: po kilku latach pobytu tu, zachowałam się jak tubylcy. Konkretnie - pojechałam do sklepu i zostawiłam na zewnątrz nieprzypięty rower, z sakwą, światłami itp. Kiedy wróciłam z zakupów, rower oczywiście nadal stał tam, gdzie go zostawiłam i nie brakowało żadnego z elementów wyposażenia. Przyznaję jednak szczerze, że nie jest to na moje polskie nerwy; muszę znaleźć kluczyk do łańcucha. Swoją drogą, rower mój bynajmniej nie jest nowy, bo dostałam go na Wielkanoc jeszcze w ubiegłym stuleciu, ale bardzo go lubię. Dużo wtedy kosztował, niemniej można uznać, że ta inwestycja zwróciła się całkowicie: otóż niedawno ze smutkiem pożegnałam moją nigdy dotąd niewymienianą tylną dętkę. Dożyła sędziwego wieku lat dwudziestu jeden, co - jak sądzę - jest już dla dętek tym wiekiem, by udać się wreszcie na wieczny spoczynek. (I owszem, rower był w międzyczasie intensywnie eksploatowany, wliczając moje nastoletnie szaleństwa czy jazdę po klifie. Nic mu jednak nie zaszkodziło, a jedynymi elementami, które musiałam w nim w ciągu tych lat wymienić, były hamulce oraz dętka przednia). Ech, żeby tak się dało z elektroniką - kupić smartfona czy drukarkę i nie musieć wymieniać chociaż przez dziesięć lat... Marzenie.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Życie poza internetem.

Pierwsze uzależnienie w moim życiu pojawiło się, gdy miałam lat siedemnaście. Miało na imię IRC. (Pamiętam jak dziś mój bezbrzeżny smutek tamtego lata, gdy zaczęły się wakacje - jako że wtedy dostęp do internetu miałam wyłącznie w szkole). Potem - często równocześnie - było ICQ, Gadu-Gadu, pierwszy portal społecznościowy Google'a, którego nazwy chwilowo nie umiem sobie przypomnieć, Grono, Facebook, Google+, Blip i Blabler; wreszcie Twitter i Instagram. (Pewnie i tak coś pominęłam). Czytanie i pisanie blogów, udzielanie się na forach różnej maści; także tzw. odmóżdżanie przy pomocy czytywania komentarzy, forów (zwłaszcza tych na Gazecie), portali plotkarskich czy miejsc hm, zupełnie obcych mi światopoglądowo; i wiele, wiele innych tego typu internetowych aktywności. W międzyczasie minęło kolejnych -naście lat i po raz pierwszy w życiu poczułam przesyt. Nie, nie pojawił się jednego dnia; narastał stopniowo, dlatego z pewnych miejsc odchodziłam - ale potem szłam w następne i jakoś to się kręciło. Teraz, po raz pierwszy w życiu, przesyt ten odczuwam do tego stopnia, że moja aktywność internetowa ograniczyła się ostatnio samoistnie: de facto do czytania kilku ulubionych blogów, pisania tego tu, Instagrama i (z rzadka) Twittera. Pomijając kilkoro najbliższych przyjaciół, nie mam też nawet ochoty na konwersacje via net. Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że kiedykolwiek to nastąpi - że przyjdzie dzień, w którym internetu używać będę głównie w celach praktycznych, jak kupno czegoś czy sprawdzenie rozkładu jazdy. (Nagle - niepostrzeżenie - zyskałam sporo czasu!) Nie sądziłam, ale ten stan rzeczy bardzo mi się podoba - co również jest dla mnie zaskakujące; zaskakujące do tego stopnia, że aż zdecydowałam się o tym tu napisać. Nie, nie mam zamiaru negować w żaden sposób lat spędzonych w sieci; truizmem będzie stwierdzenie, że zmieniły/ukształtowały moje życie na milion różnych sposobów i gdyby nie internet, byłabym dzisiaj zupełnie kimś innym, wliczając w to takie kwestie jak zawód wykonywany. Notka ta nie jest też łzawym podsumowaniem tego, co było. Jest daniem wyrazu mojemu własnemu zdumieniu ze zmiany wieloletniego stanu rzeczy - i z odczuwania znaczącego zadowolenia z tej zmiany. Czego wszystkim Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom życzę, gdyż, nieprawdaż, z grubsza chodzi nam właśnie o to, żebyśmy byli zadowoleni.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Odrobina codzienności.

Podobnie jak większość osób mieszkających w Szwajcarii, posiadam Halbtax. Jest to karta dająca 50% zniżki na wszystkie pociągi, tramwaje i autobusy oraz większość kolejek linowych i statków. Kosztuje ok. 150 CHF rocznie i zwraca się to błyskawicznie. Ostatnio, gdy kończyła mi się ważność karty, przysłano mi dwa miesiące przed tym terminem ofertę zawarcia umowy z automatycznym odnawianiem Halbtaksu co rok, tak żeby nie trzeba było o tym pamiętać. Lubię takie ułatwienia, więc ofertę przyjęłam. Nowa karta przyszła błyskawicznie (to akurat tu normalne), wrzuciłam ją do szuflady, minęły tygodnie i wtem! kolejne pozytywne zaskoczenie - dzień przed upływem ważności mojej starej karty przysłano mi SMS-a, przypominającego, że czas włożyć do portfela nową. Drobiazg, a cieszy. Po coś w końcu mamy od lat te wszystkie technologie; miło, gdy jest to wykorzystywane w celu ułatwienia ludziom życia.

A poza tym chciałam wyznać, że nieodmiennie rozczula mnie widok firmowej kosiarki-robota, pracowicie przystrzygającej trawę w porze, gdy przychodzę do pracy. Wiem, to tylko trochę mechaniki, elektroniki i kod, który ktoś napisał - ale rozczula i tak, co poradzę.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Dieta.

Wyjaśnienie: tydzień temu rozpoczęłam moją coroczną, wiosenną dietę. Jako że wiele znajomych osób o nią pytało i wciąż pyta, poniżej opis "co i jak". Ta notka jest tylko i wyłącznie o tym.

Tytułem wstępu,
plusy:
+ dieta jest zdrowa
+ daje +milion do energii
+ daje +milion do dobrego nastroju
+ cera, włosy i paznokcie wyglądają po niej świetnie
+ nie jest się na niej głodną/ym
+ nie występuje po niej efekt jojo

i minusy:
- dieta nie jest tania
- przygotowanie jedzenia pochłania sporo czasu
- jest dość restrykcyjna
 - podejrzewam, że trudna (lub wręcz niemożliwa) w stosowaniu dla wegetarian i wegan

Jako że mój doskonały metabolizm z wiekiem niestety odrobinę zwolnił, cztery lata temu postanowiłam po raz pierwszy w życiu przejść na dietę. Przetrząsnąwszy net w poszukiwaniu czegoś skutecznego i zdrowego, znalazłam właśnie tę: ułożoną przez amerykańską dietetyczkę, Ann Louise Gittleman. Opisała ją w swojej książce "Fat Flush Plan" (pol. tłum. "Plan Wypłukiwania Tłuszczu"). Książkę nabyłam i od tego czasu co roku z niej korzystam, robiąc przez cztery tygodnie pierwszą fazę diety - oczyszczającą. (Pozostałych dwóch faz nigdy nie wypróbowywałam - nie mam pojęcia, jak działają). Polskie tłumaczenie książki jest niestety bardzo kiepskie (kwiatki typu "chiński groszek" zamiast "zielony groszek", jako że w USA nasz zielony groszek nazywają właśnie chińskim), dlatego lepiej kupić sobie oryginał. Książka napisana jest w typowo amerykańskim "możesz-uleczyć-swoje-życie" hurraentuzjastycznym stylu; nie należy się tym zrażać czy irytować. Dieta działa i jest zdrowa - a to najważniejsze.

Na czym polega? 
W skrócie: wolno jeść wyłącznie warzywa, owoce, jajka, grzyby, mięso (czerwone 2x w tygodniu, poza tym białe) oraz ryby/owoce morza. Zabroniona jest kawa, herbata, alkohol, sól, cukier, produkty mleczne i zbożowe oraz tłuszcze (typu olej czy oliwa z oliwek). Jedzenie "smaży się" na bulionie niskosodowym, a poziom tłuszczu w diecie uzupełnia suplementem zawierającym GLA (np. olejem z wiesiołka) i olejem lnianym tłoczonym na zimno. Pije się wodę z sokiem żurawinowym i (raz dziennie, przed śniadaniem) ciepłą wodę z sokiem z cytryny. Błonnik zapewniają mielone łupiny nasion babki płesznik (łyżeczka rano i wieczorem do szklanki wody żurawinowej). Śniadanie to albo koktajl owocowy z białkiem bezlaktozowym w proszku albo jajecznica z warzywami czy grzybami. Posiłki główne to raz dziennie porcja ryby/owoców morza i raz dziennie porcja mięsa, do tego dużo warzyw. Owoce i ugotowane na twardo jajka to przekąski między posiłkami. Owoce wybiera się z dość mocno ograniczonej listy (jabłka, gruszki, śliwki, brzoskwinie, nektaryny, owoce jagodowe, wiśnie, grejpfruty, pomarańcze). W książce jest też lista dozwolonych warzyw (prawie wszystkie) i przypraw (również ogromny wybór). 

Jak działa? 
Szczegółowe opisy biologiczno-biochemiczne daruję sobie: są w książce. Dietę (a właściwie, jak napisałam powyżej, pierwszą jej fazę) można - jak pisze autorka - stosować bezpiecznie do czterech tygodni. Nigdy nie stosowałam jej dłużej. W ciągu czterech tygodni można schudnąć ok. 5 kg (a zdrowe tempo chudnięcia to zrzucanie właśnie ok. 1 kg na tydzień). Ogromnymi plusami diety są też rozpierająca energia i doskonały nastrój. Wydawałoby się, że człowiek, który odmawia sobie tego czy tamtego w jadłospisie, powinien chodzić skwaszony i sfrustrowany - tymczasem nic z tych rzeczy; po pierwszych kilku dniach przestaje się nawet tęsknić za niedozwolonymi produktami. Energii zaś mam tyle, że w ciągu miesiąca diety jestem w stanie załatwić i zrobić więcej niż przez kilka miesięcy (!) normalnego odżywiania. Na diecie poprawia się też bardzo stan paznokci i włosów, a cera robi się świetlista: tak promienna jak na sfotoszopowanych zdjęciach w reklamach, tylko że na żywo.

Skąd wziąć przepisy na dania? 
W książce są przepisy na dwa tygodnie fazy pierwszej; wystarczy je po dwóch tygodniach powtórzyć. Autorka wydała też książkę kucharską - "The Fat Flush Cookbook" (pol. tłum. "Książka kucharska. Plan Wypłukiwania Tłuszczu") - jeśli ktoś zamierza robić tę dietę co roku albo przejść przez wszystkie fazy, zdecydowanie opłaca się ją kupić. I znowu - polskie tłumaczenie jest kiepskie, polecam oryginał.

Co po zakończeniu? 
Osobiście wracam do "normalnego" jedzenia (na co dzień odżywiam się raczej zdrowo, ale też niczego sobie nie odmawiam, bo jedzenie to według mnie jedna z największych życiowych przyjemności). Po zakończeniu diety nie ma, o dziwo, zjawiska rzucania się na rzeczy wcześniej niedozwolone. Ot, zje się kawałek czekolady i robi się od razu baaardzo słodko (oraz chce się pić). Apetyt na niezdrowe produkty wraca z czasem, energia niestety maleje - ale kolejnej wiosny można przecież znowu zrobić dietę.

Co jeszcze? 
W diecie niezbędnym "składnikiem" jest też przesypianie regularnie ośmiu godzin (najlepiej od 22 do 6) i krótkie (15-20 min.) codzienne spacery. Spacery wykonywałam tylko w pierwszym roku diety; w drugim i trzecim zamiast tego 3x w tygodniu biegałam, a w tym chodzę 2x w tygodniu na siłownię. Autorka odradza wykonywanie jakichkolwiek bardziej intensywnych ćwiczeń podczas pierwszej fazy diety, ale że czuję się bardzo dobrze, robię to na tzw. własne ryzyko. Mnie nie zaszkodziło, za innych nie ręczę.

Lista "nietypowych" produktów, potrzebnych do diety:
a) ze sklepu ze zdrową żywnością
- sok żurawinowy, zawierający w składzie wyłącznie sok żurawinowy (tj. żadnego cukru, słodziku, itp.)
- zmielone łupiny nasion babki płesznik
- wysokolinolenowy olej z siemienia lnianego, tłoczony na zimno
b) ze sklepu dla kulturystów
- białko bezlaktozowe w proszku
c) z apteki
- suplement zawierający GLA (np. kapsułki z olejem z wiesiołka, np. Efamol)
- nieobowiązkowo: suplement wspomagający pracę wątroby (np. ostropest plamisty, np. Sylimarol - osobiście zawsze go w trakcie diety biorę). 
Autorka pisze, że można też brać suplementy spalające tłuszcz, ale tych nigdy nie brałam.
Wszystko dostać można bez trudu w sklepach internetowych. W dużych polskich miastach nie ma też problemu, żeby kupić stacjonarnie; nie mam pojęcia, jak w małych miasteczkach. Mieszkającym w Szwajcarii doradzam kupienie sobie białka w Polsce - cena jest dokładnie ta sama, tylko waluta inna.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Skutki bezpośrednie demokracji bezpośredniej.

Jak być może każdy wie (a jeśli nie wie, natomiast czyta te słowa, to się za moment dowie), w Szwajcarii systemem miłościwie panującym jest demokracja bezpośrednia. Bardzo fajna rzecz, polecam wszystkim i żałuję, że - póki co - nie mam możliwości brania udziału w głosowaniach. Oczywiście, nigdy nie jest tak, żeby coś miało wyłącznie plusy, a ponieważ jest to blog polski, przejdziemy zaraz do minusu (-a?) Otóż ma do siebie ta demokracja bezpośrednia to, że wpływa na ludzką mentalność. Wpływając na ludzką mentalność zaś powoduje, że Szwajcarzy wychowani są w duchu, iż każdy może/ma prawo/powinien się wypowiedzieć, jego punt widzenia jest istotny i zostanie rozważony. Co w tym złego, zapytacie? Na co dzień nic, chyba że macie spotkanie w pracy (a imię ich jest Legion, tych spotkań pracowych): a jako że wszyscy się chcą wypowiedzieć (i wypowiadają!) i ładnie przekonują do swoich racji, spotkanie takie trwa... i trwa... i trwa... Obecna na nim ja w duchu zgrzytam zębami, nieudolnie maskuję ziewanie i marzę o jakimś Wielkim/ej Groźnym/ej Szefie/owej, który/a huknie na towarzystwo, podejmie arbitralną decyzję i zakończy dyskusję, nim się ona na dobre rozpocznie. (Oczywiście, gdyby powyższy WGS zaistniał/a, zapewne byłabym pierwsza do buntu przeciwko i gorącej niechęci do, proszę w to nie wątpić).
A poważnie, to nie rozumiem, czemu dwie osoby nie mogą skrótowo wyłożyć zalet i wad danych opcji, a potem byśmy szybciutko zagłosowali i mieli z głowy to całe gadanie. Dlaczego, ach, dlaczego większość ludzkości nie patrzy na to tak, jak ja?

Poza tym SVP (tutejsza prawicowa partia polityczna), zachęcając do głosowania na nich, przysłało nam zapalniczkę. Sama nie wiem, co o tym myśleć: czyżby chcieli, żeby wyborcy kogoś podpalili?... Więcej zastosowań zapalniczki w kontekście "wybory" nie przychodzi mi bowiem do głowy. Obwińmy za to może kraj mojego pochodzenia, a tymczasem - dobranoc.