poniedziałek, 22 lutego 2016

Obrazki sentymentalne.

Świeci słońce. Jest bardzo ciepło jak na październik - na lunch wychodzę w krótkim rękawie. Promienie słońca odbijają się w rzecznej wodzie. Liście drzew płoną żółcią i czerwienią. Wokół rozbrzmiewa obcy język, język kraju, do którego niedawno przyjechałam. Zielone tramwaje suną przez miasto. Z fontann w kształcie bazyliszków tryska zimna woda. W powietrzu czuć zapach pieczonych kasztanów. Ten zapach będzie mi się od teraz kojarzył z jesienią - i zarazem z moim przyjazdem tutaj.

Jest wieczór, chłodno i już ciemno, kropi deszcz. Idę rozświetloną ulicą. Spieszę się, bo wracam z pracy i jestem już głodna. Spoglądam nieuważnie na mijane witryny i nagle uderza mnie myśl, że jak to, jak to się właściwie stało: przed chwilą byłam tam, w Polsce - a teraz jestem tutaj, tysiąc pięćset kilometrów dalej. Mam tu mieszkanie, w którym czekają na mnie koty i wszystkie moje książki. Mam pracę, w której zjawiam się punktualnie od poniedziałku do piątku i w której nikt nie mówi w moim języku. Minęły dwa lata, podczas których moja jedna codzienność zamieniła się w zupełnie inną, ot tak, niepostrzeżenie.

Stoję na szczycie góry, kilka tysięcy metrów nad poziomem morza i oczarowana chłonę rozpościerające się wokół widoki. Słońce świeci i roztapia śnieg, dając w ten grudniowy poranek złudzenie, że wiosna jest tuż tuż. Mieszkam tu już ponad cztery lata. W międzyczasie zmieniłam pracę - w nowej, choć ludzi jest dużo więcej, też nikt nie mówi w moim języku. Zmieniłam miasto - góry wyrastają nagle bardzo blisko mojego domu, a jezioro zastąpiło rzekę. Zmieniło się wiele, tylko każdy pobyt w górach ciągle jest jak święto - w tych chwilach wciąż trudno mi uwierzyć, że naprawdę jestem tutaj. Że mam to całe piękno na wyciągnięcie ręki - po prostu, ot tak.

sobota, 20 lutego 2016

"Inna dusza" Orbitowski

Czytam nałogowo, ale o przeczytanych książkach piszę czy rozmawiam raczej rzadko - zwłaszcza o tych, które w jakiś głębszy sposób mnie dotknęły. W pewien sposób wydaje mi się to naruszaniem własnej intymności, całkowitym odsłanianiem siebie. Dzisiaj mam ochotę zrobić wyjątek. 

Właśnie skończyłam "Inną duszę" Orbitowskiego. O ile wobec problemów  w książce opisywanych jestem - jak to w końcówce ujmuje sam autor - z innych wszechświatów, o tyle nawet z pozycji obserwatorki przeżyłam ją głęboko. Jest to pewnie powiązane częściowo z tym, że akcja dzieje się w Polsce mojej nastoletniości (a Orbitowski odtworzył te czasy z dbałością naprawdę godną podziwu, chylę czoła!) - ale przede wszystkim zanurzenie bez żadnej litości w tamtym świecie, tak bardzo ponurym i tak bardzo okrutnie zwyczajnym zarazem. Uprzedzam, że książka zawiera sceny bardzo drastyczne - ale i tak warto ją przeczytać.

piątek, 19 lutego 2016

Świadczenia.

Chorowanie w Szwajcarii jest ciut milszym zajęciem niż w Polsce, bo jest płatne w 100%. Co oznacza, że człowiek chorujący nie jest ukarany przez los podwójnie (złym samopoczuciem i obniżeniem pensji), a "tylko" złym samopoczuciem (wystarczająco).
Standardowo jest też tak, że zwolnienie lekarskie przynosić trzeba, jeśli choroba przedłuży się do określonego czasu. W mojej poprzedniej pracy było ono konieczne przy więcej niż trzech dniach nieobecności, w obecnej - przy pięciu. Bardzo mnie to cieszy, bo choruję rzadko - a jeśli już, to zazwyczaj jest to trwająca właśnie tydzień jakaś wirusówka, przy której pójście do lekarza i tak nie ma wielkiego sensu ("proszę leżeć w łóżku i spożywać dużo płynów").

Ubezpieczenie od bezrobocia.
Kiedyś już o tym pisałam na starej wersji bloga, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak to dokładnie wygląda. Otóż każdego miesiąca z mojej pensji odprowadzany jest pewien procent na tzw. ALV (Arbeitslosenversicherung). W praktyce oznacza to, że gdyby przydarzyła mi się utrata pracy, wtedy przez kolejny rok (albo, oczywiście, do momentu znalezienie nowej pracy) co miesiąc otrzymywać będę 70% obecnej pensji. Gdybym miała dziecko, byłoby to 80%. Prawo do tego świadczenia uzyskuje się po przepracowaniu sześciu miesięcy. Nigdy jeszcze z niego nie korzystałam, ale znacząco uspokaja mnie fakt, że jest - i że gdyby cokolwiek, to.

Poza tym z pensji pobiera się procenty na wyżej wspomniane ubezpieczenie chorobowo-wypadkowe i dwa filary emerytalne. (Trzeci filar można sobie uiszczać samodzielnie i do pewnej kwoty rocznej jest to wolne od podatku). Pracodawca współuczestniczy w opłacaniu tych składek, ale szczegółów nie znam. Póki co, do emerytury mam prawie tyle lat ile żyję, nie jest to więc bardzo frapujący mnie temat. Nie wątpię też, że zanim przyjdzie co do czego, wiek emerytalny zostanie podniesiony jeszcze co najmniej kilkukrotnie.

Z tego co widziałam w regulaminie obecnej firmy, dostaje się też pewną kwotę z racji okrągłych urodzin, ślubu i narodzin dziecka. Nie mam pojęcia, jak bardzo zwyczaj ten jest w Szwajcarii rozpowszechniony. Co do dzieci, każdemu przysługuje tzw. Kindergeld w wysokości 200-250 CHF na głowę potomstwa, zależnie od wieku tegoż potomstwa. Co jeszcze przysługuje, tego nie wiem, bo póki co nie dotyczy mnie to osobiście. W każdym razie rodzenia dzieci dla możliwości nabycia dodatkowych butelek wina - nie stwierdzono.

Urlop wynosi standardowo pięć tygodni, rozumianych jako 25 dni. Z tego co wiem, rzadko która firma oferuje dłuższy... nad czym zresztą nieustająco ubolewam i (znowu!) zazdroszczę Francuzom, bo dwadzieścia pięć dni, pfff, co to jest dwadzieścia pięć dni, to jest o wiele za mało. Ech.

czwartek, 18 lutego 2016

Szwajcarski.

Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, przekonana byłam, że tutejsza ludność mówi po niemiecku. (Oraz francusku, włosku i retoromańsku, ale to akurat niezbyt mnie interesowało, bo niestety nie znam żadnego z tych języków). Pierwszy sygnał, że jest inaczej, pojawił się, gdy ludzie w windzie coś do mnie mówili na powitanie. Coś - i z całą pewnością nie było to "Guten Morgen" ani "Guten Tag" - ani "Hallo". Indagowani w tej kwestii koledzy z pracy zeznali, że mówione jest zapewne "Grüezi", jako że to właśnie jest tu powszechnie używaną wersją "dzień dobry". Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że to tylko wierzchołek góry lodowej...
Bardzo szybko okazało się, że Szwajcarzy owszem, po niemiecku mówią, ale najczęściej trzeba ich o to poprosić. Domyślnie bowiem posługują się dialektem. Dialektów tych jest istne zatrzęsienie, właściwie tyle, co gmin albo i czasem wręcz wsi. Przeciętny Szwajcar jest w stanie zrozumieć tylko ok. 99% innych Szwajcarów - bo ludzie z Wallis, Appenzell i Graubünden mają bardzo specyficzne wersje dialektu, ciężkie do zrozumienia dla pozostałych rodaków. (Poza tym Szwajcarzy z części niemieckiej dość słabo władają francuskim i odwrotnie, natomiast nikt oprócz mieszkańców Ticino nie wydaje się tu mówić po włosku. Podczas odbywania służby wojskowej nieszczęśnicy z Ticino muszą się dostosować do większości i komunikować po francusku albo niemiecku).

Dialekt teoretycznie jest odmianą niemieckiego. W tym miejscu należy podkreślić grubą kreską słowo "teoretycznie". Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że w niemieckim należałoby najpierw zamienić pewne zbitki liter na inne (np. "ei" na "ii", "au" na "uu", "chen" na "li", itp.), następnie wyciąć połowę lub 3/4 słowa (tak, żeby np. z "gewesen" powstało "gsi", a z "gekommen" - "ke"), zbić przycięte rzeczowniki razem z przyciętymi rodzajnikami, wyrzucić z gramatyki Genitiv, wymienić wiele słów na zupełnie inne (np. "springen" na "gumpen") i wtedy... tadam! Otrzymujemy dialekt szwajcarski! I nie, nie przesadzam: tak to właśnie wygląda. Dodajmy do tego specyficzny akcent i łączenie wszystkich słów zdania w jedno bardzo długie słowo.

Po ponad czterech latach spędzonych tutaj mogę powiedzieć, że szwajcarski rozumiem... trochę; zazwyczaj ok. 40-50% tego, co zostało powiedziane. Moja znajomość dialektu polepszyła się i tak znacząco po zmianie pracy. W poprzedniej, jak wspominałam, Szwajcarów było niewielu - nie miałam z nimi ani bliskiego kontaktu ani najmniejszej ochoty, żeby próbować się dialektu uczyć. W nowej pracy przyszło to niejako automatycznie - wszyscy współpracownicy są Szwajcarami, a dodatkowo ja lubię ich na tyle, że nabrałam chęci, żeby zintegrować się bardziej. Pytam kolegów, kiedy rozmawiają między sobą, co znaczy to czy inne słowo. Analizuję, co piszą na naszej nieoficjalnej grupie teamowej albo między sobą na komunikatorze (do mnie piszą po niemiecku). Najłatwiej jest, kiedy mowa o pracy: wtedy rozumiem najwięcej ze względu na wtrącenia angielskie. Ale dużo też zależy od tego, z jakiego regionu ktoś pochodzi, jak silny ma akcent, jak bardzo niewyraźną wymowę, itp. Do tego dochodzi fakt, że tzw. rozumienie ze słuchu, podobno najłatwiejsze dla większości ludzi, dla mnie jest najtrudniejszą częścią nauki języków. 

Szwajcarskie dialekty to temat-rzeka, pewnie jeszcze nieraz go poruszę. Dość powiedzieć, że ilekroć jestem w Niemczech, mam chęć wyściskać wszystkich napotkanych za to, że mówią tak czysto, wyraźnie i zrozumiale: jak po polsku! W Szwajcarii natomiast najczęściej wypowiadane przeze mnie zdanie to "Können Sie Hochdeutsch sprechen?"

A na koniec zagadka: czy ktoś, nieznający dialektów szwajcarskich, podejmuje się przetłumaczyć (bez pomocy Google) poniższe zdanie?
"Cheider no eppis lehre!" 

wtorek, 16 lutego 2016

Skojarzenia.

Pierwsze dni w poprzedniej pracy. Jeden z kolegów zaczepia mnie na korytarzu i pyta z zainteresowaniem, czy to prawda, że polski hymn zaczyna się od słów "jeszcze Polska nie zginęła". Słysząc potwierdzenie, wybucha śmiechem i mówi, że musimy być strasznie pesymistycznym narodem: no bo to "jeszcze..." - zupełnie, jakbyśmy nie byli pewni, czy za chwilę nie zginie.  

Chcę zapakować zakupy do toreb i uprzejmie pytam mężczyznę stojącego przede mną, czy mógłby mi zrobić trochę miejsca. Przesuwa się i pyta nieśmiało, czy może jestem z Rosji, bo ten obcy akcent... Nieco oschle zaprzeczam. Pada pytanie, skąd w takim razie. Odpowiadam. "Polska! Kukuczka! Rutkiewicz!" wybucha entuzjazmem mężczyzna i zaczyna wychwalać osiągnięcia polskich himalaistów.

Rozmowa w pracy podczas przerwy na kawę, tematyka schodzi na szeroko pojęte języki. Wtem kolega pyta z ciekawością: "Ale tak właściwie, to wy tam w Polsce używacie cyrylicy?"

Siadamy w kawiarni i zaczynamy rozmawiać po polsku. Przy stoliku obok siedzą trzy starsze panie. Jedna z nich przysłuchuje się temu, co mówimy, po czym pyta, czy jesteśmy z Polski. Po usłyszeniu potwierdzenia mówi, że była kiedyś w Warszawie, jeszcze w latach sześćdziesiątych, że wtedy było tam tak szaro, ale teraz pewnie wiele się zmieniło, na lepsze, prawda?

Rozmawiamy w pracy o czymś, co powinien dla nas zrobić drugi zespół. Kolega rzuca beztrosko: "powinnaś pójść do niego i zagrozić, że jak tego nie zrobi, to ukradniesz mu samochód!", po czym uświadamia sobie, że żart nie był w najlepszym stylu, mityguje się i wyjaśnia przepraszająco "to było głupie, ale wiesz, jest taki stereotyp o Polakach kradnących samochody..." 

Kontrola biletów w pociągu. Konduktor zerka w mój bilet miesięczny i radośnie mówi: "O, pani jest z Polski! Tak jak moja ulubiona tenisistka, Agnieszka Radwańska!"

Rozmawiam z siostrą A. o szwajcarskim rynku pracy, a konkretnie zezwoleniach na tę pracę, których potrzebuje każdy pracujący tu cudzoziemiec. Opowiadam jej, że z tymi zezwoleniami to różnie bywa, niektórzy znajomi dostają po B od razu C, a niektórzy znowu B. Ona potakuje współczująco i mówi: "no tak, pewnie wyglądałoby to lepiej, gdyby Polska była w Unii Europejskiej..."

Kuchnia, kawa, konwersacja zapoznawcza po przyjęciu do pracy. Kolega z Urugwaju uśmiecha się sympatycznie, słysząc, skąd jestem i z żartobliwą dumą oznajmia, że umie coś powiedzieć po polsku. Pytam, co takiego, myśląc cierpko, że zapewne nic cenzuralnego. Kolega zaś wypala: "dobre te truskawki!"

poniedziałek, 15 lutego 2016

Pakowanie w szufladki.

W poprzedniej notce wspomniałam, że przeprowadzka pozwoliła mi na zmianę pewnych opinii.

Otóż od początku emigracji aż do ostatniej przeprowadzki przekonana byłam, że Szwajcarzy, jakkolwiek jako społeczeństwo bardzo sympatyczni, życzliwi i pomocni, w relacjach koleżeńskich są raczej nieskorzy do bliższego kontaktu i utrzymujący duży dystans. Prawdą jest też jednak, że pracując w firmie niewielkiej, za to intensywnie wielonarodowościowej, nie za wielu tych Szwajcarów zdążyłam poznać...

Po przeprowadzce i zmianie pracy trafiłam do firmy sporej, w której jednak cudzoziemców jest jak na lekarstwo. Ok, są jacyś Niemcy, ale dla mnie (tylko nie mówcie tubylcom!) Niemcy nie liczą się jako obcokrajowcy - ze względu na język. W swoim nowym zespole jestem jedyną cudzoziemką, a w dwóch innych, z którymi mam regularny kontakt, w ogóle żadnych cudzoziemców nie ma. I co? I wszyscy są tak otwarci, kontaktowi i tak fajnie się z nimi gada, że ja, prawie-introwertyczka, zarzuciłam zupełnie rozrywkę lunchową w postaci czytania, a sam lunch nierzadko wydłużam nawet i do godziny - tylko dlatego, że tak dobrze mi się rozmawia (!)

Pracowałam w życiu w wielu firmach, kilku w Polsce i dwóch tu, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się złapanie takiego kontaktu, jakbym się z kolegami z pracy od dawien dawna bardzo dobrze znała. Mimo upływu kilku już miesięcy, wciąż nic się nie zmieniło - czyli nie jest to, jak się obawiałam, jakaś podstępna wersja demo, tylko... tylko, no właśnie, całe moje radosne pakowanie Szwajcarów do zgrabnej szufladki było zupełnie bez sensu. Nic w tym odkrywczego, że szufladki są bez sensu, sama wiedziałam to już wcześniej - a jednak ciągle zdarza mi się złapać na tym, że z jakichś pojedynczych korzystam. Tym lepiej, że tej już się pozbyłam. 

niedziela, 14 lutego 2016

Reaktywacja.

Kilka dni temu, podczas rozmowy prowadzonej w języku polskim, dwukrotnie odruchowo odpowiedziałam po niemiecku. Wniosek wyciągam jeden - pisanie #w140 to za mało, przydałaby się dłuższa forma. Na przykład powrót tu.

Widzę, że ostatni raz pisałam tutaj trzy lata temu. Trochę się od tego czasu w moim życiu pozmieniało - nowy związek, nowa praca, nowe miejsce zamieszkania. Przeniosłam się do Szwajcarii centralnej: co dało mi możliwość poznawania kraju trochę od nowa... i zweryfikowania niektórych opinii, ukształtowanych przez pierwsze lata emigracji.

Z kantonu protestanckiego przeniosłam się do katolickiego. W praktyce oznacza to więcej dni świątecznych. (Więcej nie znaczy dużo, wciąż nieustannie zazdroszczę Francuzom i Niemcom). Katolickość kantonu przejawia się też - niestety! - w godzinach otwarcia sklepów. W sobotę są one czynne tylko do 16:00. (Przypomina mi to dzieciństwo, a konkretnie czasy sprzed pojawienia się w Polsce hipermarketów). Dla porównania, np. w Zurychu zakupy robić można do godziny 20:00. Jak widać, każdy kanton ustala własne zasady w tej materii. Oczywiście, mimo upływu kilku lat ciągle tęsknię za możliwością robienia zakupów w niedzielę. Może kiedyś tu też będzie to możliwe - z rozmów ze szwajcarskimi znajomymi wyciągnęłam wnioski, że o ile pokolenie 40+ postrzega zakupy w niedzielę jako "absolutnie nie", o tyle dwudziestoparolatkom takiej możliwości brakuje. Zatem kto wie...

Po przeprowadzce odkryłam też, że karnawał (obchodzony w Szwajcarii hucznie, a nazywany Fasnacht), w kantonach katolickich odbywa się wcześniej niż w protestanckich. W sumie logicznie - zgodnie z katolickim kalendarzem; kończy go Środa Popielcowa. Karnawałowa muzyka też zależna jest od kantonu. Tutejsza jest moim zdaniem świetnym podkładem pod imprezę, podczas gdy ta w Bazylei jest niesamowita i trochę przerażająca. Tradycyjne słodkości karnawałowe też różnią się kantonalnie, ale jest jeden wspólny mianownik: posypane cukrem pudrem wafle. Kupiłam je dziś po raz pierwszy; jakoś nigdy wcześniej nie miałam chęci spróbować.

Po piętnastu latach przerwy, od kilku miesięcy posiadam telewizor. Używany jest rzadko, głównie do seriali, ale wczoraj A. włączył Swiss Music Award. Jako że oczywiście w szwajcarskiej tv mówią po szwajcarsku, niewiele zrozumiałam - za to okazało się, że rozpoznaję wszystkie nominowane utwory, bo to dokładnie te, których codziennie rano słucham w radiu. (Tak, te po angielsku też). Oraz okazało się, że ludzie z Ticino mają dziwny akcent - coś a la "arr ju toking tu mi?"