Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2016

Obrazki sentymentalne.

Świeci słońce. Jest bardzo ciepło jak na październik - na lunch wychodzę w krótkim rękawie. Promienie słońca odbijają się w rzecznej wodzie. Liście drzew płoną żółcią i czerwienią. Wokół rozbrzmiewa obcy język, język kraju, do którego niedawno przyjechałam. Zielone tramwaje suną przez miasto. Z fontann w kształcie bazyliszków tryska zimna woda. W powietrzu czuć zapach pieczonych kasztanów. Ten zapach będzie mi się od teraz kojarzył z jesienią - i zarazem z moim przyjazdem tutaj.

Jest wieczór, chłodno i już ciemno, kropi deszcz. Idę rozświetloną ulicą. Spieszę się, bo wracam z pracy i jestem już głodna. Spoglądam nieuważnie na mijane witryny i nagle uderza mnie myśl, że jak to, jak to się właściwie stało: przed chwilą byłam tam, w Polsce - a teraz jestem tutaj, tysiąc pięćset kilometrów dalej. Mam tu mieszkanie, w którym czekają na mnie koty i wszystkie moje książki. Mam pracę, w której zjawiam się punktualnie od poniedziałku do piątku i w której nikt nie mówi w moim języku. Minęły dw…

"Inna dusza" Orbitowski

Czytam nałogowo, ale o przeczytanych książkach piszę czy rozmawiam raczej rzadko - zwłaszcza o tych, które w jakiś głębszy sposób mnie dotknęły. W pewien sposób wydaje mi się to naruszaniem własnej intymności, całkowitym odsłanianiem siebie. Dzisiaj mam ochotę zrobić wyjątek. 
Właśnie skończyłam "Inną duszę" Orbitowskiego. O ile wobec problemów  w książce opisywanych jestem - jak to w końcówce ujmuje sam autor - z innych wszechświatów, o tyle nawet z pozycji obserwatorki przeżyłam ją głęboko. Jest to pewnie powiązane częściowo z tym, że akcja dzieje się w Polsce mojej nastoletniości (a Orbitowski odtworzył te czasy z dbałością naprawdę godną podziwu, chylę czoła!) - ale przede wszystkim zanurzenie bez żadnej litości w tamtym świecie, tak bardzo ponurym i tak bardzo okrutnie zwyczajnym zarazem. Uprzedzam, że książka zawiera sceny bardzo drastyczne - ale i tak warto ją przeczytać.

Świadczenia.

Chorowanie w Szwajcarii jest ciut milszym zajęciem niż w Polsce, bo jest płatne w 100%. Co oznacza, że człowiek chorujący nie jest ukarany przez los podwójnie (złym samopoczuciem i obniżeniem pensji), a "tylko" złym samopoczuciem (wystarczająco).
Standardowo jest też tak, że zwolnienie lekarskie przynosić trzeba, jeśli choroba przedłuży się do określonego czasu. W mojej poprzedniej pracy było ono konieczne przy więcej niż trzech dniach nieobecności, w obecnej - przy pięciu. Bardzo mnie to cieszy, bo choruję rzadko - a jeśli już, to zazwyczaj jest to trwająca właśnie tydzień jakaś wirusówka, przy której pójście do lekarza i tak nie ma wielkiego sensu ("proszę leżeć w łóżku i spożywać dużo płynów").

Ubezpieczenie od bezrobocia.
Kiedyś już o tym pisałam na starej wersji bloga, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak to dokładnie wygląda. Otóż każdego miesiąca z mojej pensji odprowadzany jest pewien procent na tzw. ALV (Arbeitslosenversicherung). W praktyce oznacza to, ż…

Szwajcarski.

Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, przekonana byłam, że tutejsza ludność mówi po niemiecku. (Oraz francusku, włosku i retoromańsku, ale to akurat niezbyt mnie interesowało, bo niestety nie znam żadnego z tych języków). Pierwszy sygnał, że jest inaczej, pojawił się, gdy ludzie w windzie coś do mnie mówili na powitanie. Coś - i z całą pewnością nie było to "Guten Morgen" ani "Guten Tag" - ani "Hallo". Indagowani w tej kwestii koledzy z pracy zeznali, że mówione jest zapewne "Grüezi", jako że to właśnie jest tu powszechnie używaną wersją "dzień dobry". Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że to tylko wierzchołek góry lodowej...
Bardzo szybko okazało się, że Szwajcarzy owszem, po niemiecku mówią, ale najczęściej trzeba ich o to poprosić. Domyślnie bowiem posługują się dialektem. Dialektów tych jest istne zatrzęsienie, właściwie tyle, co gmin albo i czasem wręcz wsi. Przeciętny Szwajcar jest w stanie zrozumieć tylko ok. 99% innych Szwajcarów - bo …

Skojarzenia.

Pierwsze dni w poprzedniej pracy. Jeden z kolegów zaczepia mnie na korytarzu i pyta z zainteresowaniem, czy to prawda, że polski hymn zaczyna się od słów "jeszcze Polska nie zginęła". Słysząc potwierdzenie, wybucha śmiechem i mówi, że musimy być strasznie pesymistycznym narodem: no bo to "jeszcze..." - zupełnie, jakbyśmy nie byli pewni, czy za chwilę nie zginie.  
Chcę zapakować zakupy do toreb i uprzejmie pytam mężczyznę stojącego przede mną, czy mógłby mi zrobić trochę miejsca. Przesuwa się i pyta nieśmiało, czy może jestem z Rosji, bo ten obcy akcent... Nieco oschle zaprzeczam. Pada pytanie, skąd w takim razie. Odpowiadam. "Polska! Kukuczka! Rutkiewicz!" wybucha entuzjazmem mężczyzna i zaczyna wychwalać osiągnięcia polskich himalaistów.
Rozmowa w pracy podczas przerwy na kawę, tematyka schodzi na szeroko pojęte języki. Wtem kolega pyta z ciekawością: "Ale tak właściwie, to wy tam w Polsce używacie cyrylicy?"
Siadamy w kawiarni i zaczynamy …

Pakowanie w szufladki.

W poprzedniej notce wspomniałam, że przeprowadzka pozwoliła mi na zmianę pewnych opinii.

Otóż od początku emigracji aż do ostatniej przeprowadzki przekonana byłam, że Szwajcarzy, jakkolwiek jako społeczeństwo bardzo sympatyczni, życzliwi i pomocni, w relacjach koleżeńskich są raczej nieskorzy do bliższego kontaktu i utrzymujący duży dystans. Prawdą jest też jednak, że pracując w firmie niewielkiej, za to intensywnie wielonarodowościowej, nie za wielu tych Szwajcarów zdążyłam poznać...

Po przeprowadzce i zmianie pracy trafiłam do firmy sporej, w której jednak cudzoziemców jest jak na lekarstwo. Ok, są jacyś Niemcy, ale dla mnie (tylko nie mówcie tubylcom!) Niemcy nie liczą się jako obcokrajowcy - ze względu na język. W swoim nowym zespole jestem jedyną cudzoziemką, a w dwóch innych, z którymi mam regularny kontakt, w ogóle żadnych cudzoziemców nie ma. I co? I wszyscy są tak otwarci, kontaktowi i tak fajnie się z nimi gada, że ja, prawie-introwertyczka, zarzuciłam zupełnie rozrywkę lu…

Reaktywacja.

Kilka dni temu, podczas rozmowy prowadzonej w języku polskim, dwukrotnie odruchowo odpowiedziałam po niemiecku. Wniosek wyciągam jeden - pisanie #w140 to za mało, przydałaby się dłuższa forma. Na przykład powrót tu.

Widzę, że ostatni raz pisałam tutaj trzy lata temu. Trochę się od tego czasu w moim życiu pozmieniało - nowy związek, nowa praca, nowe miejsce zamieszkania. Przeniosłam się do Szwajcarii centralnej: co dało mi możliwość poznawania kraju trochę od nowa... i zweryfikowania niektórych opinii, ukształtowanych przez pierwsze lata emigracji.

Z kantonu protestanckiego przeniosłam się do katolickiego. W praktyce oznacza to więcej dni świątecznych. (Więcej nie znaczy dużo, wciąż nieustannie zazdroszczę Francuzom i Niemcom). Katolickość kantonu przejawia się też - niestety! - w godzinach otwarcia sklepów. W sobotę są one czynne tylko do 16:00. (Przypomina mi to dzieciństwo, a konkretnie czasy sprzed pojawienia się w Polsce hipermarketów). Dla porównania, np. w Zurychu zakupy robić …