środa, 31 sierpnia 2016

To i owo, czyli #mzf cz. 2.

Ze względu na specyfikę branży, w jakiej pracuję, poznałam zdecydowanie o wiele więcej Szwajcarów niż Szwajcarek. W związku z tym nie bardzo jestem w stanie jakkolwiek oszacować, jak wygląda tu sytuacja z imionami żeńskimi. Jeśli chodzi o męskie - najwięcej jest oczywiście tych typowo ogólnoeuropejskich, najczęściej pochodzenia biblijnego, które przewijają się w różnych krajach pod zawsze rozpoznawalną formą. Choć uwaga! podobna forma nie zawsze określa tę samą płeć. Np. "Beat" jest w Szwajcarii imieniem wyłącznie męskim. (Szwajcarzy, którym powiedziałam, że w Polsce to wyłącznie imię żeńskie, byli bardzo zdziwieni). Da się zauważyć też modę na imiona angielskie. Prócz tego bardzo częstym nadawanym tu imieniem jest niewystępujące w żadnym innym kraju - a mianowicie "Reto" (pochodzi od słowa Retoroman). Wg oficjalnych statystyk zaś, najpopularniejsze imiona męskie to Peter i Hans (czyli Jan) - bardzo często występujące też w złożeniu Hanspeter. Żeńskie - Maria i Anna. Najpopularniejsze szwajcarskie nazwisko to natomiast Müller (jak wygląda to w poszczególnych regionach, można zobaczyć tu).

Kiedy podpisuje się tu umowę ubezpieczenia mieszkania, można z łatwością ubezpieczyć je również od trzęsienia ziemi. Pomysł ten bynajmniej nie jest absurdalny - jako że Szwajcaria znajduje się na terenie niestabilnym tektonicznie. Trzęsienia ziemi zdarzały się tu i zdarzają, co prawda zazwyczaj na skalę niewielką, ale niestety są i wyjątki - w roku 1356 Bazylea na skutek trzęsienia ziemi została kompletnie zniszczona. Najbardziej narażone na trzęsienie ziemi są kantony bazylejskie, Wallis i Graubünden. (Więcej informacji tutaj). 

Kiedy idzie się do szwajcarskiej restauracji, warto wiedzieć, że czasem trzeba doprecyzować swoje zamówienie. Poproszenie o wodę mineralną poskutkuje - zupełnie odwrotnie niż w Polsce - otrzymaniem wody mineralnej gazowanej. Ot, taką tu wolą, taką się najczęściej pija, to jest wartość domyślna. Osobiście gazowanej nie lubię, toteż szybko musiałam się nauczyć, że kiedy składam zamówienie, musi to być zawsze "Wasser ohne Gas". Podobnie sprawa ma się ze stekami - jeśli nie sprecyzujemy, jaki stopień wysmażenia nam odpowiada, otrzymamy krwisty. Przyjechawszy z Polski, lubiłam dobrze wysmażone steki, ale że zawsze zapominałam obsłudze o tym powiedzieć, serwowano mi krwiste. (W efekcie polubiłam je zdecydowanie bardziej niż wysmażone, więc teraz nie muszę już pamiętać, żeby cokolwiek przy tym akurat zamówieniu doprecyzowywać).

Ubezpieczenie zdrowotne w Szwajcarii jest obowiązkowe - i prywatne. Podobne ubezpieczenie można zawrzeć również dla swojego zwierzęcia domowego. Czy się to opłaca, to już inna sprawa - niemniej możliwość jest. W Szwajcarii rozpowszechniona jest również usługa dog- i cat-sittingu, czyli opieki nad zwierzęciem w czasie nieobecności właściciela. Do wielu restauracji można zabierać ze sobą psy, mogą też one podróżować kolejkami linowymi (choć nie zawsze bezpłatnie). Jeśli psa na teren Szwajcarii wwozimy albo adoptujemy nowego, musi on (wraz z właścicielem) przejść specjalne, obowiązkowe szkolenie. (Niestety nie wiem, jak ono wygląda, jako że nie mam psa). Jeśli chcemy zabrać ze sobą do Szwajcarii swoje zwierzę, musi ono być zaczipowane, posiadać paszport i świadectwo szczepienia przeciwko wściekliźnie (nie młodsze niż miesiąc i nie starsze niż rok). Takie są przynajmniej wymagania teoretyczne, acz w moim przypadku (wiozłam swoje koty pociągiem) nikt tych dokumentów w ogóle nie sprawdzał. Po przywozie dobrze jest zabrać zwierzę do weterynarza, żeby zarejestrować jego czip w tutejszym systemie i zaktualizować adres na czipie.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.

Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 

Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społecznej). AHV ma bowiem górną granicę kwotową, która w tym momencie wynosi nieco powyżej dwóch tysięcy CHF - co w praktyce oznacza, że nikt, niezależnie jak duże składki odprowadzał, nie dostanie na emeryturze z AHV miesięcznie więcej niż te dwa tysiące z małym dodatkiem. Można oczywiście dostać mniej, jako że wysokość świadczeń skorelowana jest z wysokością odprowadzonych środków. W przypadku emigrantów ma to znaczenie o tyle, że mało kto z nas przyjechał pracować tutaj w wieku 17 lat (kiedy to w przypadku osób pracujących zaczyna się odprowadzanie składek na AHV), więc prawie każdy ma mniejszą czy większą "dziurę" składkową (chyba że, oczywiście, zarabia tak ogromne pieniądze, że jest w stanie w pełni załatać ją składkami późniejszymi, ale to raczej rzadkie przypadki). Biorąc dodatkowo pod uwagę, że społeczeństwo się starzeje i nie wiadomo jak będzie z emeryturami dla mojego pokolenia, nie pokładałabym w AHV zbyt wielkiej nadziei. Nawet jeśli zresztą pieniądze te się dostanie, to kwota jest nieduża i z pewnością nie starczy w żaden sposób na utrzymanie poziomu życia, do jakiego przyzwyczajony jest pracujący człowiek. (Dla zainteresowanych, więcej szczegółów tutaj).

Filar drugi to BVG (berufliche Vorsorge). Płacić go zaczyna się tu w wieku 24 lat. W tym wypadku procent zależny jest od wieku pracownika, wysokości pensji i częściowo także od pracodawcy. Progi wiekowe są cztery: generalnie im jesteśmy starsi, tym więcej płacimy. Standardowo połowa BVG odciągana jest z pensji pracowniczej, połowa zaś płacona przez pracodawcę; ale możliwe są i miłe przypadki, że pracodawca pokrywa całość. Ogólnie firmy mają w tym aspekcie nieco samodzielności, natomiast obowiązkowe jest zbieranie składki w określonej wysokości minimalnej, podobnie jak to, że część płacona przez firmę nie może być kwotowo niższa od części płaconej przez pracownika. Zebrane pieniądze są inwestowane, przy czym odgórnie wyznaczone jest także minimalne roczne ich oprocentowanie, jakie firma musi zapewnić. Dla większości osób to właśnie drugi filar jest podstawą emerytury. W przypadku emigrantów, jeśli ma się lukę w BVG (a najczęściej się ją ma), można brakujące pieniądze wpłacić i odciągnąć to od podatku. Wpłata dołączy do pozostałych zebranych środków, podlegając tym samym oprocentowaniu BVG, które jest wyższe od tego, jakie oferują banki. Co bardzo jednak istotne, BVG - przy pełnym wpłaceniu minimalnych składek - zapewnia na emeryturze środki tylko do takiej wysokości, jakbyśmy mieli pensję 84600 CHF rocznie, nawet jeśli rzeczywista pensja była wyższa. O brakujące pieniądze można postarać się samodzielnie, na przykład przy pomocy filaru trzeciego.

Filar trzeci ma dwa rodzaje: 3a (gebundene Selbstvorsorge) oraz 3b (freie Vorsorge). Jest to składka dobrowolna. Pieniądze na filar 3 zbierać można, zakładając specjalne konto w banku, podpisując umowę z ubezpieczycielem (których jest tu bardzo wielu, mających zróżnicowane oferty) albo poprzez kombinację powyższych. Pieniądze zebrane w filarze 3a nie podlegają w czasie ich gromadzenia opodatkowaniu, odgórnie wyznaczona jest też maksymalna roczna kwota, możliwa do odciągnięcia od podatku. W tym roku to dokładnie 6768 CHF. Nie można też w czasie zbierania pieniędzy "wyjąć", z wyjątkiem kilku bardzo konkretnych przypadków. Pieniądze zebrane na 3b podlegają normalnemu opodatkowaniu. Zarówno 3a, jak i 3b zawierają też w sobie ubezpieczenie na życie.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jak to z tą emigracją było.

Jako że mam szczęście wykonywać zawód poszukiwany na właściwie każdym rynku pracy i w prawie każdym kraju, w moim przypadku wyglądało to prosto. Podjęłam decyzję o wyjeździe z Polski, po czym metodą selekcji negatywnej wybrałam kraj. Po pierwsze skreśliłam wszystkie inne kontynenty poza Europą, jako że nie chciałam być za daleko od rodziny. Kraje postkomunistyczne mnie nie interesowały, północ Europy odpadła, bo za ciemno i za zimno, Wielka Brytania i Irlandia ze względu na zbyt dużą ilość deszczu. Następnie wykreśliłam z listy (z bólem serca, bo tam ciepło) kraje nieodpowiadające mi ze względu na relatywnie niewysoki poziom życia i/lub mentalność. Patrząc na to, co pozostało, zdecydowałam się aplikować do krajów niemieckojęzycznych, ze szczególnym uwzględnieniem Szwajcarii. Co prawda nigdy tam nie byłam i niewiele o tym kraju wiedziałam, ale na podstawie informacji zaczerpniętych z internetu wydawał się dobrym miejscem do życia (i najładniejszym spośród wszystkich trzech niemieckojęzycznych). 

Zgodnie z planem, obroniłam się w czerwcu i po odebraniu dyplomu zaczęłam szukać pracy. Nikogo w tamtym czasie w Szwajcarii nie znałam (w Niemczech i Austrii zresztą też nie), wyszukałam więc po prostu strony z ofertami pracy - w przypadku Szwajcarii było to http://jobs.ch - orientacyjną wysokość zarobków i zaczęłam wysyłać CV. Z trzema latami doświadczenia w zawodzie (na niepełny etat, jako że studia były dzienne) i biegłą, choć bardzo mocno zardzewiałą znajomością niemieckiego (udokumentowaną stosownym certyfikatem), pracę w Szwajcarii znalazłam po dwóch miesiącach takiej wysyłki (niezbyt zresztą intensywnej). Po dwóch czy trzech rozmowach telefonicznych, zaproszono mnie na rozmowę twarzą w twarz (odbyła się ona po angielsku, jako że - jak wspomniałam - mój niemiecki był mocno zardzewiały). Mój potencjalny pracodawca niestety nie opłacał kosztów dojazdu na rozmowę, ale wiem, że jest tu wiele firm, które je zwracają.

Rozmowa przebiegła pomyślnie, pracę mi zaoferowano, przyjęłam ofertę. Przeprowadziłam się (również na własny koszt, ale i to firmy czasem opłacają - choć głównie te bardzo duże), pracodawca wysłał stosowne papiery do Urzędu Emigracyjnego, otrzymałam permit B - czyli zezwolenie na pobyt i pracę na terenie Szwajcarii na kolejnych pięć lat (bez permitu obywatelom UE wolno przebywać tutaj do 3 miesięcy). Pracę zaczynałam nietypowo: od połowy miesiąca, co mogło znacząco utrudnić znalezienie tu mieszkania, ale miałam szczęście - błyskawicznie (przez internet, oczywiście) znalazłam mieszkanie na te pierwsze dwa tygodnie - i drugie mieszkanie, na kilka kolejnych miesięcy. Obydwa były w pełni umeblowane i wyposażone, jako że byłam podnajemczynią - główni najemcy wyjeżdżali albo do pracy (w pierwszym przypadku) albo na kilkumiesięczny urlop (w drugim). Bardzo mi to odpowiadało, jako że pakowanie się w nadmiar zobowiązań już na starcie emigracji, natychmiastowe ściąganie całego dobytku itp., byłoby niezbyt rozsądne. 

Decyzja o emigracji szybko okazała się jedną z najlepszych w całym moim życiu; dziś jestem też już pewna, że tu właśnie chcę zostać na stałe (no dobra, przynajmniej do emerytury, potem się zobaczy). Jak widać, nie taki diabeł straszny ani skomplikowany, zwłaszcza w dzisiejszej globalnej wiosce.

Swoją drogą, ciekawa jestem, jak wyglądało to w przypadku innych emigrantek i emigrantów, którzy to czytają...