wtorek, 13 listopada 2018

Rasizm (kulturowy) w Szwajcarii.

Tak właściwie nie jestem do końca pewna, jakiego tu użyć słowa, aczkolwiek podgatunkiem rasizmu jest rasizm kulturowy - i chyba to określenie pasuje tu najtrafniej. Jako osoba biała, dodatkowo o jasnym fenotypie, jestem uprzywilejowana: nie mam żadnych możliwości przekonać się, czym jest dyskryminacja oparta o kolor skóry. Mam natomiast niestety możliwość - jak każdy z nas, pochodzący np. "zza muru" (mimo że muru od tylu lat już nie ma!...) - doznawać rasizmu kulturowego.

Nie od dziś wiemy, że Europa od lat dzieli sie na tę "lepszą" i "gorszą". Ta "lepsza" to np. Niemcy, Szwajcarzy, Francuzi, Holendrzy czy Brytyjczycy... "gorsza" to natomiast Grecy, Portugalczycy, Polacy czy Ukraińcy. Oczywiście, w "gorszej" dla wielu ludzi istnieją jeszcze podpodziały, ale nie widzę żadnego sensu, by się w to zagłębiać i spierać, czy więcej rasizmu doznają Polacy, czy Portugalczycy. Myślę też, że nie ma to znaczenia - każda forma rasizmu jest po prostu zła i krzywdzi jakiegoś człowieka. Szkody te bywają zarówno fizyczne, jak i - znacznie częściej - psychiczne (na szczęście niewielu ludzi ugodzi nożem niewinną osobę, ale ilu np. podczas rekrutacji odrzuci czyjeś CV ze względu na kraj pochodzenia?...)

Mogę wyliczać polskie osiągi do utraty tchu (aczkolwiek po co? Czy nie zasługuję już na starcie znajomości na domyślny szacunek, po prostu jako człowiek?), a i tak nie zmieni to faktu, że istnieją ludzie, którzy słysząc, skąd pochodzę, krzywią się - w mniej lub bardziej wyraźny sposób... albo po prostu bez cienia refleksji uruchamia im się stereotyp pt. "aha, zza muru, biedny/złodziejski/prymitywny Wschód". Szczęśliwie szkalowana przez tak wielu poprawność polityczna uczy ludzi (przynajmniej na zachodzie Europy) powściągać lub kryć takie reakcje; uczy, że nie są one właściwe ani społecznie akceptowane. A to już coś. 

Naturalnie, można kontrolować ludzkie wypowiedzi, ale nie ludzkie myśli i podejmowane na ich podstawie działania. Wróćmy do przykładu z CV. Jeśli ktoś odrzuci moje, nie wiem, czy spowodowane to było faktycznym uznaniem, że moje kompetencje nie są właściwe lub wystarczające na dane stanowisko, czy też niechęć wywołała moja płeć czy kraj pochodzenia - a może wiek? Oczywiście, problem ten można by rozwiązać w banalnie prosty sposób. W większości zawodów nie jest bowiem istotne, jak dana osoba wygląda, w jakim jest wieku czy skąd pochodzi. Liczy się edukacja, doświadczenie zawodowe i kompetencje. Gdyby wysyłać takie CV, niewątpliwie wiele zmieniłoby się, jeśli chodzi o zapraszanie takich czy innych ludzi na rozmowy... (oczywiście, wtedy wchodzimy w problem osób, które mimo poznania kogoś osobiście - co w wielu przypadkach zmienia już negatywne, zawdzięczane stereotypom nastawienie - w dalszym ciągu zioną niechęcią, wpływającą na proces oceny potencjalnego pracownika).

Jest to tzw. dyskryminacja ukryta. Mierzy się ją dość ciężko (zwłaszcza że większość ludzkości we wszelkiego rodzaju badaniach stara się wykreować swój wizerunek lepszy, niż jest w rzeczywistości), udowadnia jeszcze ciężej - w związku z tym nie skupiam się na niej za bardzo. Wychodzę z prostego założenia, że kto chciałby współpracować na co dzień z człowiekiem o horyzontach tak wąskich, że nie rozumie prostego faktu, iż pochodzenie nie powoduje, że każdy obywatel danego kraju jest klonem pozostałych? Niewątpliwie są w Szwajcarii ludzie, którzy nie lubią mnie za fakt bycia Polką, ale nie mam jak tego sprawdzić - wprost nikt nigdy mi tego nie powiedział.

A teraz pora przejść do meritum (w notkach blogowych - przeciwnie niż w życiu - trochę to zwykle u mnie trwa). Tak jak pisałam wyżej, w przypadku przejawów bardzo subtelnych - trudno orzec, jest-li to rasizm czy też zwykła antypatia. Stąd nie odpowiem Wam na pytanie, w jakim stopniu Szwajcarzy nie lubią cudzoziemców. Na co dzień tego się w każdym razie nie odczuwa. Z rzeczy trochę bardziej namacalnych: w ciągu minionych siedmiu lat dwukrotnie zdarzyło mi się, że gdy w sklepie wraz z Mamą rozmawiałyśmy po polsku, sprzedawczyni zaczęła krążyć w pobliżu i patrzeć nam na ręce (zachowanie w Szwajcarii bardzo nietypowe, więc wyraźnie odnotowalne). Więcej do tych sklepów po prostu nie poszłam. Natomiast soczysty i wyraźny przykład dyskryminacji niewątpliwej - pierwszy, odkąd tu mieszkam - przeżyłam kilka miesięcy temu... (Mimo początkowego bardzo silnego zdenerwowania, zdążyłam już zresztą o nim zapomnieć - pewnie dlatego, że był jednostkowy. Wspomnienie wróciło, gdy przeglądałam TODO listę, szukając dla Was tematów do notek).     
  
Poszłam otóż, jak zwykle, na siłownię - tym razem na zajęcia grupowe. Miały to konkretnie być moje drugie zajęcia z jogi. Pierwsze całkiem mi się spodobały (choć nie aż tak, jak te, na które uczęszczałam w poprzednim mieście). Przyszłam kilka minut przed czasem, nauczycielki jeszcze nie było. Po chwili się zjawiła - okazało się jednak, że to inna osoba niż poprzednio. Podobnie jak na moich pierwszych zajęciach - podeszłam, powiedziałam, że jestem tu nowa i poprosiłam grzecznie o poprowadzenie zajęć w Hochdeutschu, bo moja znajomość dialektu jest zbyt słaba, żeby zrozumieć wydawane w nim polecenia z jogi. Nauczycielka odpowiedziała coś w dialekcie, na co znów wyjaśniłam jej po niemiecku, że niestety, nie rozumiem dialektu. Ona znowu odpowiedziała w dialekcie, na co ja powtórzyłam moją prośbę po niemiecku po raz trzeci i wróciłam na matę. 

Zajęcia się zaczęły. Poprowadziła je w dialekcie. Dłuższą chwilę czekałam, myśląc, że może chce mówić i w dialekcie i po niemiecku - ale nic na to nie wskazywało, cały czas nadawała w dialekcie... W końcu przerwałam jej, mówiąc, że nie rozumiem i proszę o przełączenie na niemiecki. Zacisnęła usta, przez chwilę nic nie mówiła, po czym się odezwała - do całej grupy... znów w dialekcie. Wstałam, powiedziałam jej, że to co robi jest zwyczajnie wredne i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Wśród grupy wszczęła się w międzyczasie dyskusja - ktoś (w dialekcie) bronił nauczycielki, ktoś mnie. Wyszłam, a razem ze mną inna (obca mi) dziewczyna - Szwajcarka, która na pożegnanie rzuciła nauczycielce, że nie ma ochoty na zajęcia w takiej atmosferze.

(Gdyby czytał to ktoś, kto w szwajcarskich realiach niespecjalnie się orientuje - wyjaśniam, że niemiecki jest jednym z oficjalnych języków Szwajcarii i zna go absolutnie każdy Szwajcar z części niemieckojęzycznej. Po niemiecku prowadzi się zajęcia w szkole, po niemiecku pisane są wszelkie dokumenty i książki). 

Zeszłyśmy na dół, do obsługi, gdzie dziewczyna opowiedziała sytuację po szwajcarsku, a ja dołożyłam swoje - po niemiecku. Osoba z obsługi niby nam przytakiwała, ale miałam wrażenie, że niespecjalnie się przejęła. Trzęsąc się ze złości, zadzwoniłam do A. Mąż mój jest zazwyczaj bardzo spokojnym człowiekiem, ale wtedy - po raz pierwszy odkąd go znam - dostał szału. Jak się później okazało, zadzwonił niezwłocznie na siłownię, by objechać obsługę z góry do dołu (rozmówczyni tłumaczyła mu, że tamta nauczycielka "zawsze jest taka uparta"), wieczorem zaś napisał oficjalną skargę, pod którą się podpisałam i którą wysłaliśmy listem poleconym.

Przy mojej następnej bytności na siłowni skargę ze mną omówiono, twierdząc, że rasistowska nauczycielka brana jest tylko na zastępstwo podczas urlopu osoby normalnie pełniącej te obowiązki - i że więcej już jej na to zastępstwo nie zatrudnią. Nie wiem, na ile postąpili tak rzeczywiście, a na ile obliczone to było na uspokojenie mnie. Już tam nie chodzę (nie, nie ze względu na rasistkę). Powiem Wam jednak, że w całej tej niefajnej sytuacji duże znaczenie miało dla mnie to, że zareagowała tamta obca dziewczyna. Niby nic, drobny gest, po prostu wyszła ze mną z zajęć - a jednak... Inni tylko mówili, ona jedna rzeczywiście pokazała, że postawy nauczycielki nie akceptuje.

Traf chciał, że o rasizmie rozmawiałam niedawno z moją bliską koleżanką. Jej dzieci urodziły się w Szwajcarii i chodzą do zuryskiej szkoły - konglomeratu dzieciaków wszelkich ras, wyznań i narodowości. Córeczka spytała moją koleżankę, co to jest rasizm. Matka odpowiedziała jej, że to wtedy, gdy nie lubimy kogoś ze względu na to, że się od nas różni - na przykład kolorem skóry... na co mała, wychowana w multikulturowym tyglu, spontanicznie zareagowała: "ale przecież to głupie!"

Jeśli to pokolenie będzie właśnie takie, to - jest nadzieja! 
I z tym optymistycznym akcentem Państwa zostawiam: życząc zarazem miłego dnia.

wtorek, 6 listopada 2018

Zeszwajcarzenie. (Albo i nie).

Zdaję sobie sprawę, że nie pisałam bardzo długo - i biję się w piersi! Na usprawiedliwienie dodam, że działo się w moim życiu nadzwyczaj dużo; sporo zarówno podróży, jak i czasochłonnych zmian... część z nich zresztą czeka na opisanie tutaj, ale jak szybko uda mi się to nadgonić - czas pokaże. 
W każdym razie od pewnego czasu jestem znów zatrudniona - tym razem, dla odmiany, w banku. Ponieważ to moja pierwsza praca w tej branży, mam okazję do przyswojenia zupełnie nowej wiedzy (skądinąd - wbrew stereotypom i początkowym moim obawom - interesującej). Oczywiście, wraz z powrotem do pracy, mój czas wolny znacząco się skurczył, co jest jednym z wyjaśnień dla tak drastycznego zaniedbania bloga. (Zastanawiam się, ile osób zdążyło go już usunąć z czytnika czy zakładek... aczkolwiek i tak tu przecież prawie wcale nie komentujecie, pff!) 

Tymczasem, podczas wdrażania się w nowe, minęła mi niepostrzeżenie siódma rocznica pobytu w Szwajcarii (*przerwa na wznoszenie okrzyków o treści zbliżonej do jak-ten-czas-leci*), co uświadomiłam sobie tak naprawdę dopiero teraz. Sprowokowało mnie to do przemyśleń, jak bardzo "zeszwajcarzałam" podczas mieszkania tutaj: zarówno jeśli chodzi o większe sprawy, jak i zupełne drobiazgi... 

Cóż. Nie ma się czym chwalić, ale po siedmiu latach nadal miewam/mam potężne problemy z rozumieniem dialektu(ów). O ile najczęściej nie zmuszam już ludzi do przechodzenia na Hochdeutsch w sprawach drobno-codziennych typu sklep czy recepcja u lekarza, o tyle wciąż jestem bez szans, gdy rozmowa wchodzi w ramy swobodnej konwersacji o czymkolwiek. Oczywiście, wiele zależy od tego jaki to dialekt; akcentu i szybkości wypowiedzi osoby mówiącej; czy rozmowa jest twarzą w twarz czy przez telefon... niemniej problem jak był, tak wciąż jest. (Na szczęście tym razem pracuję w środowisku międzynarodowym, więc na co dzień mówię nawet nie po niemiecku, tylko po angielsku; banał. No chyba, że rozmawiam z kimś z Indii).

W dalszym ciągu mam też, że tak pojadę stereotypem, stosunek do pieniędzy zdecydowanie raczej polski niż szwajcarski (w tym miejscu przepraszamy oszczędnych i/lub skromnie żyjących Polaków oraz hojnych i/lub rozrzutnych Szwajcarów... znam oczywiście wielu zarówno jednych, jak i drugich, ale czym byłoby życie bez stereotypów!) - co oznacza między innymi, że w dalszym ciągu wydaje mi się, iż wydawanie na prezent urodzinowy dla kolegi/koleżanki raptem 30 CHF przez dobrze (a nawet bardzo dobrze) zarabiającą osobę to śmiesznie mało... aleee... w tym miejscu przychodzi mi na myśl anegdota opowiedziana mi przez przyjaciółkę. Otóż zjawiła się ona wraz z mężem na przyjęciu urodzinowym jego szefa (człowiek z dochodami ok. 2 mln CHF rocznie) i tenże szef urządził zbiórkę na... zwrot kosztów, jakie poniósł w związku z urodzinowym cateringiem. Czy mają Państwo jeszcze jakieś pytania? 

Po siedmiu latach w dalszym ciągu nieodmiennie raduje mnie uprzejmość obsługi w sklepach (najwidoczniej kilkudziesięcioletnie zbiory ran, zadanych w tej materii w kraju mym rodzinnym, wciąż jeszcze nie uległy zagojeniu). W ogóle - uprzejmość. Takt. I dobre wychowanie. Wciąż na to zwracam uwagę.

Na co uwagi już nie zwracam, a na czym złapałam się, porządkując szafę... ha, nie do uwierzenia, że kiedy tu przyjechałam, praktycznie wszystkie moje buty miały wysokie obcasy; i letnie i zimowe. Teraz wkładam takie buty z tzw. okazji (a i to nie zawsze, bo mi się najzwyczajniej w świecie nie chce). Kiedy tu przyjechałam, nie potrafiłam też automatycznie odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech nieznajomej osoby na ulicy - teraz już umiem, nawet nie wiem od kiedy, wydaje się to tak naturalne... Od bardzo długiego też czasu irytują mnie ludzie wiecznie skrzywieni, narzekający i nieszczęśliwi - co rzuca mi się czasem w oczy, gdy bywam w Polsce (acz najczęściej, gdy czytam tzw. polskie internety).    

W dalszym ciągu (po, przypominam, siedmiu latach!) trochę przeszkadza mi brak handlu w niedzielę (otwarte są tylko sklepy w pasażach przy dworcach głównych) - podobnie jak przeszkadza mi, że nikomu to nie przeszkadza (co oznacza brak nadziei na zmianę).

Przyzwyczaiłam się do panującej wszędzie czystości (razi mnie teraz jej brak w wielu innych krajach), do tego, że urzędnicy są mili i kompetentni (j.w.). W dalszym ciągu natomiast cieszy, że w większości przypadków wierzy się tu ludziom na słowo, a sprawy rozstrzyga na ich korzyść. Przyzwyczaiłam, że codzienność nie szykuje utrudnień ani pułapek, czyhających na niczego nieświadomego mieszkańca kraju. Że tenże mieszkaniec w opałach nie jest pozostawiony sam sobie. Przyzwyczaiłam do większej liczby słonecznych dni niż w PL - i mniejszej liczby mroźnych (przynajmniej na płaskim, czyli tzw. Flachland, bo w górach - wiadomo). Przyzwyczaiłam, że góry są w zasięgu ręki, a dobre pączki (i drożdżówki!) bardzo daleko. Że wszyscy podróżują do fajnych miejsc i zawsze jest kogo spytać o wskazówki, bo ktoś już na pewno tam był. Do systemu płatności za śmieci w postaci albo specjalnych worków albo naklejek. Do recyklingu praktycznie wszystkiego co możliwe. Do ciasnych miejsc parkingowych (ale parkowania równoległego wciąż, jeśli tylko mogę, unikam).

Zauważyłam też (co pewnie dość oczywiste), że - wolno acz stopniowo - powiększa się moja wiedza odnośnie Szwajcarii jako takiej. Historii, kultury, gospodarki. Nazwy firm, które kiedyś nic mi nie mówiły, dziś są oczywiste. Podobnie dania kuchni szwajcarskiej czy nazwy popularnych miejsc albo kurortów. I oczywiście, pewnych informacji szukam aktywnie - ale mowa o tych, które po prostu przesączyły się do mojej świadomości na skutek życia tutaj. 

Podobnie dotarło do mnie, że mój ukochany styl życia ("Ordnung muss sein!") wbrew stereotypowi nie jest, niestety, podzielany tu przez wszystkich (wyjątki - co nie dziwi - to najczęściej pracownicy nisko opłacani). Że tu także zdarzają się czasem irytujący kurierzy (składałam na delikwenta skargę trzykrotnie i pewnie nie byłam jedyna, bo w końcu go zwolnili), opóźnienia czy pomyłki, za które nie zawsze ktoś jest chętny wziąć odpowiedzialność. Opisywałam zresztą kiedyś tu na blogu sprawę składania reklamacji w Manorze (przysłano mi bluzkę w złym kolorze i żądano najpierw odesłania jej na mój koszt; paradne). Jakiś czas temu reklamowaliśmy też uszkodzoną nawigację - trwało to prawie dwa miesiące, bo... zaginęła w trakcie. (Przysłano nam nową). W poprzednim mieszkaniu z kolei dwukrotnie doliczono nam do kosztów telewizję kablową (której ani nie zamawialiśmy, ani z niej nie korzystaliśmy) - trzeba było więc reklamować rachunki (wystawili potem skorygowane). Bank, który przechowywał moje pieniądze, zgromadzone na drugim filarze emerytalnym, zamiast po prostu przelać je do kasy nowego pracodawcy, zażądał wypełnienia specjalnego dodatkowego formularza, nim to zrobił - a potem jeszcze musiałam wysłać dodatkowo wzór mojego podpisu, bo ten na formularzu nie zgadzał im się z tym, który mieli (w wywołanym irytacją akcie zemsty zabrałam od nich również środki zgromadzone na filarze trzecim). Będąc w Ticino, zdarzyło mi się natomiast nabyć zapleśniały dżem. Wysłałam sklepowi zdjęcia dżemu i paragonu, prosząc zarazem grzecznie (po niemiecku i angielsku, włoskiego nie znam) o zwrot kosztów na podany rachunek. Po dwóch miesiącach bez reakcji wystawiłam negatywny komentarz m.in. na Google - wraz ze zdjęciami - który zresztą do tej pory obejrzało już ponad tysiąc osób. Dopiero wówczas sklep się odezwał: odpisując mi po... włosku - jeśli Google translate przetłumaczył poprawnie - że mogę do nich przyjechać, to wymienią mi dżem na inny. (Tak, już biegnę jechać 200 km, oczywiście).

A poza tym zaczęłam lubić listopad. Gdy mieszkałam w Polsce, był to zawsze najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc - deszczowy, szary i ponury... a do tego ten zimny wicher... Tu dni słonecznych jest więcej - także w listopadzie - co zupełnie zmienia postać rzeczy. Wciąż jest zimno, owszem, ale po lecie i początku jesieni, które tu zwykle są cudownie ciepłe (a już w tym roku w ogóle CUDOWNE!), o tej porze roku nie brakuje mi jeszcze przemieszczania się na zewnątrz (to przyjdzie w styczniu). Przemieszczam się od podziemnego garażu do podziemnego garażu, w trakcie jazdy ciesząc oko barwą liści na drzewach; a w weekendy i po powrocie z pracy moszczę pod miękkim kocykiem, wkładam ciepłe i puchate kapcie, piję gorącą herbatę - i oddaję orgii czytelniczej/oglądaniu seriali/głaskaniu kotów/zakupom online/itp. I powoli-powolutku czuję już w powietrzu zapach moich ukochanych Świąt*...  






* tak, tak, wiem, że wielu z Was nie cierpi Bożego Narodzenia. A ja uwielbiam - i już.