czwartek, 24 marca 2016

Językowo.

Po ponad czterech latach pobytu tutaj wciąż czytam odruchowo "Hr. Meier" jako "hrabia". Ciekawe, czy kiedykolwiek mi się to przestawi.

Ze względu na język, wielu ludzi nieniemieckojęzycznych traktuje Szwajcarów, Niemców i Austriaków jak jedną nację. Jest to jednak zdecydowane faux pas, a stosunek szwajcarski do Niemców ilustruje dobrze następująca anegdota: na wczorajszym zebraniu  prowadzący powiedział, że dnia tego i tego zaczyna u nas pracę człowiek ten i ten, przedstawił jego CV itd., po czym dodał na koniec "to Niemiec, ale mimo to jest sympatyczny". Sala wybuchnęła śmiechem; ja osobiście  rozdarta byłam między odrobiną pewnej Schadenfreude (doskonale zapewne znanej każdemu narodowi, którego przedstawiciele wywołują u cudzoziemców wiele negatywnych skojarzeń: "ha, nie lubią/śmieją się nie tylko (z) nas!"), a odrobiną współczucia dla obecnych na sali Niemców. Żart był kiepski, wiadomo. Natomiast Niemcy to najliczniejsza mniejszość w Szwajcarii i podobno z tego właśnie powodu nie są tu przez wszystkich mile widziani.

Na co dzień posługuję się tu głównie niemieckim (praca, sklepy itp.). Z A. rozmawiamy czasem po niemiecku, czasem po angielsku. Mimo tego, że obydwa języki znam na podobnym poziomie, zauważyłam, że mówienie po niemiecku męczy mnie bardziej niż po angielsku. Nie wiem do końca, czego to kwestia - może tego, że trzeba się więcej nagadać, czego nie lubię (dlaczego właściwie w niemieckim nie używa się na co dzień Präteritum, tylko Perfektu?!) A może dlatego, że niemieckiego nauczyłam się później niż angielskiego?
Zaobserwowałam też, że jeśli jestem bardzo zmęczona, zaczynam gorzej mówić: robić błędy, zapominać słów. Z drugiej strony, coraz częściej zdarza mi się myśleć w obcym języku - a od pewnego czasu także trójjęzycznie śnię.

piątek, 18 marca 2016

Drama po szwajcarsku.

Wracałam kilka dni temu do domu, dość późnym wieczorem. Kiedy dotarłam na przystanek, okazało się, że na tablicy oczekiwanych odjazdów nie jest wyświetlany żaden z autobusów, które docierają do mojego domu - mimo tego, że według rozkładu jechać powinno ich co najmniej kilka. Ba, nie była również - rzecz tu w takich wypadkach niebywała! - wyświetlana żadna informacja, że cokolwiek zostało odwołane i dlaczego.
Na przystanku czekała jakaś dziewczyna; zapytałam, czy ona wie może coś na na temat. Niestety, jedyna informacja, jaką była się w stanie podzielić, to że czeka na przystanku już z dobry kwadrans i że nieco wcześniej odwołano jej pociąg, też bez podania przyczyny. (Kolejne zdarzenie rzadkie: zarówno odwołanie pociągu, jak i brak informacji "dlaczego"). Zrobiło mi się dość niewyraźnie: zadałam sobie pytanie, czy ma to związek z jakąś akcją antyterrorystyczną albo wręcz atakiem. (Przecież Turcja, zaledwie parę dni temu...) 
W tym momencie na przystanku zatrzymał się samochód, na który dziewczyna najwyraźniej czekała. Zaproponowała, że mogą podwieźć mnie do domu; skorzystałam bez wahania (coś, czego zresztą nie uskuteczniam w żadnych innych krajach, ale tu ogólnospołeczne zaufanie jakoś się udziela). 
W domu okazało się, oczywiście, że na szczęście nic złego się nie wydarzyło - a tym samym Tajemnica Źle Działającej Komunikacji pozostała niewyjaśniona. Może powinnam złożyć skargę, z zapytaniem?

piątek, 11 marca 2016

Porozumienie ponad podziałami.

Zeszła nam była w pracy konwersacja na tematy slangowych określeń atrakcyjnych kobiet. Powiedziałam, że - choć nie potrafię tego za Chiny zrozumieć, bo przecież to słowo nacechowane jest, przy określaniu nim kogokolwiek, bardzo pejoratywnie - w Polsce jednym z używanych określeń jest "świnia". Koledzy najpierw parsknęli, po czym jeden z nich się zadumał i stwierdził, że hmm, w sumie to w Szwajcarii funkcjonuje takie określenie też: "geile Sau" (czyli coś w stylu "zajebista świnia/locha").
Opadły mi mentalne ręce, siedzę i zastanawiam się, dlaczego właściwie, skąd i jakim cudem jest to najwyraźniej tendencja ogólnoeuropejska.

piątek, 4 marca 2016

Wspólny mianownik.

Jakąś połowę życia temu byłam strasznie nieszczęśliwa, jeśli piątkowy czy sobotni wieczór miałam spędzić w domu. Chciałam bawić się, imprezować, szaleć!... Niestety rodzice moich najbliższych koleżanek nie byli tak liberalni jak moi, więc wspólne wyjścia były dość rzadkie.

W chwili obecnej perspektywa spędzenia piątkowej czy sobotniej nocy w miejscu hałaśliwym, pełnym obcych ludzi i trucizny w płynie napawa mnie silną niechęcią. Weekendowy wieczór idealny jawi mi się jako własne, wygodne łóżko, książka lub laptop i cisza. Spokój.

Miewam od czasu do czasu pewne wyrzuty sumienia w tej kwestii, że, nieprawdaż, nie bardzo chce mi się poznawać nowych ludzi, bardziej integrować, a więzi (z wyjątkiem najbliższych) najbardziej lubię podtrzymywać przez internet. I otóż powyższy temat wypłynął jakoś samoistnie w pracy, podczas przerwy na kawę. Po czym okazało się, że wszyscy koledzy powyżej dwudziestego piątego roku życia w pełni podzielają mój punkt widzenia.
I jak tu ich nie uwielbiać!

czwartek, 3 marca 2016

...A w ogóle to dziś jest taka parszywa pogoda!

Europa, jak wiadomo, nie jest dużym kontynentem. Tym samym i odległość między Polską a Szwajcarią nie jest wielka. Wystarczająca jednak, oczywiście, żeby pojawiały się różnice kulturowe.

Z polskiego punktu widzenia jedną z głównych jest kwestia narzekactwa.
Przyznaję się bez bicia, że narzekać mi się zdarza: a to pogoda nie taka, a to coś poszło nie po mojej myśli, zirytowało mnie, itp. itd. Wszyscy wiemy, jak jest. Wyżalamy się, otrzymujemy w odpowiedzi wsparcie społeczne (lub nie) wraz z listą bolączek osoby, z którą rozmawiamy. Ot, taki protokół społeczny. W Polsce działa. Tutaj - nie. Rozmowa skierowana zostanie na jakieś pozytywne lub neutralne tory; w najlepszym razie otrzyma się pojedyncze pocieszenie ("według prognozy w weekend ma być słońce"). Nikt nie będzie przytakiwał z pasją "tak, to okropne, mnie też by wkurzyło!". Nikt nie będzie zwierzał się ze swoich ani dużych ani małych kłopotów, a jeśli już - uczyni to w tonie żartobliwym i lekkim. Kryzysowa sytuacja w pracy zostanie natychmiast obrócona w żart. Luz, spokój, relaks.

Widzę plusy takiej sytuacji, owszem. Skupianie się na tym, co stało się złego, jest bezsensowne, a na dłuższą metę po prostu niezdrowe. Co się stało, to się nie odstanie; trzeba wziąć na klatę, iść dalej i skupiać na przyjemniejszych aspektach egzystencji. Ba, odkąd tu mieszkam, sama staram się przyswoić ten tutejszy optymizm - nawet z niezłym skutkiem. Nie zmienia to faktu, że wciąż, nawet po kilku latach, gdy ktoś tutejszy pyta "jak leci?" - zdarza mi się musieć powstrzymywać od wylania żalu na rzeczywistość.

Co do punktu widzenia drugiej strony - A. uważa, że Polacy są bardzo emocjonalni.