wtorek, 23 stycznia 2018

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.

Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną kiełbasę") W przenośnym znaczeniu: kaprys lepszego traktowania - bo wiadomo, lepiej dwie kiełbasy w garści niż... eee, dobra, to szło jakoś inaczej. 

Jeśli niemieckojęzyczny chce podkreślić, że chodzi o coś ważnego, wówczas powie: "es geht um die Wurst!" ("chodzi o kiełbasę!") Osoba, która nie pozwala się bezkarnie krzywdzić, nie pozwala zabrać sobie kiełbasy z chleba ("sich die Wurst vom Brot nehmen/ziehen lassen") - a skrzywdzona to z kolei "biedna kiełbaska ("armes Würstchen"). Osobnik, który nie ściąga kiełbasy z talerza ("keine Wurst vom Teller ziehen"), musi być - rzecz jasna - pozbawiony energii (bo gdyby ją miał, oczywiste, że wykorzystałby ją na dorwanie się do kiełbasy!) Jeśli chcemy zaś komuś odpłacić pięknym za nadobne, odpłacamy - no, jak myślicie? Kiełbasą za kiełbasę ("Wurst wider Wurst"). 

Zgłodniały Polak zje byle co ("dobry chleb i z ości, jak się kto przepości"). Niemieckojęzyczni w identycznej trudnej sytuacji zjedzą natomiast chętnie... kiełbasę - by podkreślić dramatyzm: bez chleba! ("in der allergrößten Not schmeckt die Wurst auch ohne Brot" - "w biedzie kiełbasa smakuje również bez chleba").

I z tą, nieprawdaż, społeczno-kulturowo-historyczną konkluzją Państwa zostawiam, życząc dobrej nocy. (Łaknący wiedzy mogą natomiast sobie jeszcze sprawdzić, co znaczy "sich die Wurst pellen" - czyli "obierać sobie kiełbasę"...) 






*jeżeli komuś przychodzą do głowy jakieś inne, to niech wpisuje w komentarzach!

środa, 10 stycznia 2018

Obrazki pewnego poranka.

Jadę. Wokół mnie jest mgła - jednak nie szara, a biała, bo rozświetlana od góry blaskiem słońca. Przysłonięte cieniutką warstwą chmur, przypomina złotą monetę - tyle że blask jest tak jaskrawy, że nie da się długo na nie patrzeć. 
Podnóże Pilatusa tonie we mgle i jest zupełnie niewidoczne, za to szczyt rysuje się na tle nieba cienką, subtelną kreską. Nie pamiętam, kiedy ostatnio - i czy kiedykolwiek wcześniej - jechałam przez rozsłonecznioną mgłę.
Do parkingu podziemnego w samym centrum miasta jest jak zwykle o tej porze kolejka - i jak zwykle czekam nie dłużej niż trzy-cztery minuty. Zjeżdżam w chłodne, betonowe czeluści na najniższe piętro, bardzo ostrożnie parkuję samochód. Muszę zwinąć lusterka, bo samochód jest duży, a miejsca parkingowe bardzo małe. To zresztą najciaśniejszy parking, z jakim do tej pory się w Szwajcarii zetknęłam, ale dogodna lokalizacja sprawia, że i tak często tu parkuję. Tym razem znowu się udało, tylko wysiąść muszę od strony pasażera, bo nie mam już czasu poprawić. I tak docieram na spotkanie spóźniona o prawie pięć minut. Nie lubię tego, niezależnie od faktu, że przeprosiny zostają przyjęte z pełnym zrozumieniem. 
Po spotkaniu udaję się do biura podróży - jestem prawie pewna, że tym razem już pamiętam drogę, ale okazuje się, że jednak bez drobnej pomocy nawigacji się nie obejdzie. Dziewczyna z biura podróży rozpoznaje mnie natychmiast - musi mieć dobrą pamięć do twarzy, przecież ostatnio widziałyśmy się prawie cztery miesiące temu. Jest młoda i miła, a gdy rozmawiamy, mam - tak jak ostatnio - przyjemne wrażenie, że jej entuzjazm bynajmniej nie jest udawany i szczerze cieszy się z możliwości przygotowania dla nas wakacyjnej oferty.
Mgła rozproszyła się już, świeci słońce. Jest chłodno, ale nie tak zimno, by trzeba było włożyć szalik i czapkę. Cienki płaszcz nie krępuje ruchów. Idę, ciesząc się tym drobnym luksusem - ostatecznie mamy styczeń, miesiąc, który znacznie częściej bywa ponury i zimny, zmuszając do wkładania na siebie tylu warstw, że z ledwością można się poruszać. 
Restauracja na ostatnim piętrze sklepu jest wypełniona. Nic dziwnego, to pora lunchu. Udaje mi się jednak znaleźć stolik przy oknie. Obok mnie siadają dwie starsze, zadbane panie, przepraszając z uśmiechem - jako że, by mogły swobodnie przejść, muszę nieco przesunąć mojego laptopa. Pogrążają się w rozmowie - mówią w dialekcie, więc tylko od czasu do czasu wyłapuję coś, co rozumiem. Gwar wokół jednak wcale mi nie przeszkadza. Zamawiam tatar - okazuje się bardzo dobry i doskonale doprawiony; cebula i kapary dopełniają smaku. Na deser zjadam ciasto marchewkowe. Wersja jak dla mnie nieco zbyt zdrowa - w ciasto wmieszane są surowe wiórki marchewki. Zielona herbata jest za to taka jak trzeba - popijam, czytając blogi. W końcu jednak herbata się kończy - co jest znakiem, że pora pogrążyć się w pracy.

wtorek, 9 stycznia 2018

O przemieszczaniu się i skojarzeniach.

Jestem człowiekiem, którego domyślna orientacja w terenie jest, ujmując rzecz oględnie, taka sobie. Owszem, potrafię doskonale zapamiętać nową trasę - pod warunkiem, że się na tej czynności skoncentruję... Jeżeli nie, mogę przechodzić czy przejeżdżać z punktu A do punktu B nawet parę razy, a szanse, że wiem, którędy dokładnie trzeba podążać, są nikłe. (W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby spytać, dlaczego w takim razie nie skupiam się częściej, kiedy przemierzam nowe drogi? I to jest, proszę Państwa, bardzo dobre pytanie! Poproszę o następne). Obejrzenie wcześniej mapy niewiele mi daje, bo te papierowe są po pierwsze płaskie, po drugie musiałabym je oglądać obrócone dokładnie w takim kierunku, z jakiego będę wyruszać. GoogleMaps jest co prawda trójwymiarowe, ale prezentuje widok z lotu ptaka - co wystarczy, żebym nie miała żadnych szans rozpoznać tych samych miejsc, gdy widzę je z boku. Świat wygląda też dla mnie zupełnie inaczej w słońcu porannym, popołudniowym, w deszczu i w nocy. W związku z tym z niewymownym zachwytem przyjęłam swego czasu pojawienie się nawigacji - i nie zaprzątam już sobie głowy sprawdzaniem czegokolwiek; ot, wklepuję adres i idę bądź jadę zgodnie ze wskazówkami. Kiedyś już co prawda raz z(a)wiodła mnie nawigacja Google - wtedy nie było tak źle, bo szukana ulica była ok. 200 m dalej od miejsca, w którym według Google być miała. Wczoraj za to pojechałam na spotkanie, kierując się wskazaniami nawigacji samochodowej - po to tylko, żeby po dotarciu do celu odkryć, że tak naprawdę znajduje się on o kwadrans jazdy (!) dalej. Czy muszę dodawać, że w obydwu wspomnianych przypadkach musiałam zdążyć na ważne spotkanie, a spóźnienia uniknęłam tylko dzięki tendencji do wyruszania z zapasem co najmniej kwadransa (a najczęściej pół godziny)?... Każde pokładanie nadmiernej ufności w technologii zostanie ukarane! (por. "wszyscy zginiemy"). 

Dziś po raz kolejny przemierzałam autostrady szwajcarskie, podczas gdy w radiu mówiono, że ktokolwiek chciałby udać się do lub wyjechać z Zermatt*, nie ma takiej możliwości, bo zagrożenie lawinowe. Informowano także, że w Alpach spadło jeszcze więcej śniegu. W momencie, gdy przyspieszałam (bo skończyło się ograniczenie prędkości) i rozmyślałam, że śnieg ten przydałby się w tej chwili bardziej mojemu koledze, który miał nadzieję na narty w Sudetach, kierowca samochodu na prawym pasie, mimo że nic przed nim nie jechało, postanowił chytrze przetestować moją czujność oraz hamulce - a może po prostu jest fanem życia na krawędzi? - i wyskoczył mi znienacka tuż przed maskę, nie włączywszy oczywiście migacza, bo to by popsuło całą niespodziankę. Test mojej czujności powiódł się w stu procentach, wyrwał mi się jedynie agresywny i niecenzuralny komentarz, tyczący się zdrowia umysłowego rzeczonego osobnika. Panu (bo jak się chwilę później przekonałam, wymijając go, gdy wrócił na prawy pas, był to pan w wieku około pięćdziesiątki) życzę dużo szczęścia - przy takim stylu jazdy będzie mu potrzebne. 

Swoją drogą, niesygnalizowanie zmiany pasa na autostradzie jest tu dość częste. W związku z czym, zwłaszcza gdy podjeżdżam blisko osobówek, jadących za ciężarówkami i już-już mam je minąć, zawsze łypię podejrzliwie, szukając oznak, że na pomysł wyprzedzania wpadną w tzw. ostatniej sekundzie (a ja wtedy, oczywiście, będę musiała hamować). Pojęcie "wystarczającej odległości" jest bowiem najwyraźniej zdefiniowane w ludzkich umysłach w fascynująco odmienny sposób. A skoro już o tym mówimy, nadmienię, że specjalnym uczuciem darzę też osobników dyszących w kark - którzy, gdy ja przy dozwolonym 120 jadę 124 (policja odejmuje 5 km od pomiarów radaru), siedzą mi na ogonie, dając do zrozumienia, że nie będę im dyktować, w jaki sposób wydadzą pensję i dlaczego na mandat. (Stereotyp szwajcarski mówi, że zachowaniami tymi cechują się mieszkańcy kantonu Aargau - i rzeczywiście, moje osobiste statystyki odnotowują istotną korelację, to musi być prawda!!1) Ustępuję im miejsca natychmiast, gdy tylko mogę - i z bezpiecznej odległości obserwuję, jak siadają na karku kolejnej osobie hen, z przodu. Za kierownicą jestem bowiem miła, zgodna i ustępliwa, choć istnieje zjawisko, które mój poziom agresji podnosi - a są nim ludzie, jadący 110 lewym pasem przy ograniczeniach do 120, podczas gdy zarówno przed nimi, jak i po prawej nie ma nikogo (na szczęście to zdarza się nieczęsto, w zeszłym roku naliczyłam takich dwóch).

                            
Oprócz tego chciałam powiedzieć, że na blogu DS znalazłam starą notkę o tym, jak kojarzą jej się pewne słowa z poszczególnych języków. Co przypomniało mi, że są dwa niemieckie słowa, z którymi - wbrew ich znaczeniu - skojarzenia mam złe. Ale jak tu ich nie mieć, skoro "traumhaft" ("bajeczny") w pierwszej sekundzie nasuwa myśl o traumie (niem. der Traum - sen, die Trauma - trauma), a "Leidenschaft" ("pasja", "namiętność") zaczyna się od czasownika "leiden" ("cierpieć")?     






*najsłynniejsza szwajcarska miejscowość, ta, z której najlepiej widać górę Matterhorn - tę, której profil przedstawiony jest na czekoladkach Toblerone