poniedziałek, 1 maja 2017

Notka bez tytułu.

Ostatnio pisanie mi nie idzie. Cokolwiek nie napiszę, zaraz wykasowuję. Nie bardzo czuję się na siłach przekazywać jakikolwiek sensowny komunikat i nie bardzo też wiem, czego miałby on dotyczyć. Rzeczywistość bowiem wygląda tak, że praca-dom, praca-dom... weekend (jeśli tylko pogoda pozwala, to zazwyczaj w górach) - i apiać od nowa. Nie, nie narzekam - wprost przeciwnie, uznaję mądrość chińskiego przekleństwa "obyś żył w ciekawych czasach" i gdybym się kiedykolwiek do jakiegokolwiek bóstwa modliła, to właśnie o to, aby czasy były nudne, spokojne i bezpieczne. 
Nie czytam serwisów newsowych; to zaś, co przecieknie na Twitterze - starannie wypieram. I jakoś to idzie, do przodu, pod moim komfortowym i niewielkim, ściśle (prawie!...) przylegającym kloszem. Tymczasem kruche, a bliskie mi wszechświaty tuż obok doznają straszliwych wstrząsów; jestem bezradna, gdyż w obliczu pewnych zdarzeń mogę dokładnie nic. Staram się z tą myślą oswoić, ale z urodzenia i charakteru jestem buntowniczką; i nawet jeśli jest to bunt sensu jakiegokolwiek pozbawiony, to wyzbycie się go nie przychodzi łatwo; a i tak zostaje gorzki posmak na języku. 
Pielęgnuję mniej lub bardziej pracowicie rzeczywistość wokół, siłuję się na rękę z losem, z niechęcią ulepszam, z oporem poprawiam, bo zmęczenie, zmęczenie... ale jednak - do przodu. Chodzę po górach (zapadając się w kwietniowym śniegu po biodra - dosłownie, nie metaforycznie), oddycham głęboko, przytulam mocno. Myślę o tym, jakie mam szczęście.