piątek, 22 lipca 2016

Miszmasz, czyli #mzf.

Kiedy myśli się o Szwajcarii, jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzi do głowy, to banki. Mogłoby się więc wydawać (zwłaszcza jeśli jest się zwierzęciem domyślnie bezgotówkowym, jak na przykład ja), że wszędzie można zapłacić kartą, a gotówka niespecjalnie się tu przydaje. Błąd. Na przykład jeśli idzie się w góry i planuje na koniec długiej trasy zjechać kolejką krzesełkową, żeby zdążyć na ostatnią kolejkę gondolową... Wtem! Okazuje się, że za tę kolejkę krzesełkową, śmiesznie zresztą tanią, zapłacić trzeba pieniądzem fizycznym. A w portfelu pustka, bo kilka godzin wcześniej cała nie-tak-znowu-wielka-ilość posiadanej gotówki wydała się na lunch w górskiej restauracji bez zasięgu (czyli płatność kartą niemożliwa). Dobrze, że pani obsługująca kolejkę była tradycyjnie po szwajcarsku miła i ufająca ludziom, więc pozwoliła zjechać za obietnicę, że płatność zostanie uiszczona na dole. (Została, oczywiście).

Ale rzecz tyczy się nie tylko wysokogórskich restauracji czy kolejek. W Szwajcarii kwitnie prywatny handel detaliczny produktami rolno-spożywczymi, czyli mówiąc prościej: gospodarstwa wystawiają na sprzedaż owoce, domowej roboty sery, dżemy itp. Można więc sobie na szlaku coś kupić - ale oczywiście wyłącznie za gotówkę. Także jeśli chcemy wejść na wieżę widokową, najczęściej potrzebujemy jakichś drobnych monet (1 franka albo 50 rappenów).

Ale przykra niespodzianka "gotówkowa" może czyhać nawet w mieście - jest sobie na przykład pewne centrum handlowe w Zurychu, największym zresztą mieście Szwajcarii, gdzie parkomat przyjmuje wyłącznie gotówkę... (A gdy zamkną to centrum handlowe, to najbliższy bankomat, gdyby kto pytał, oddalony jest o ponad kilometr. Wiem z doświadczenia!)

Reklamy. Reklamy, jak każdy wie, można sobie obejrzeć np. w kinie albo telewizji. Specyfika tych szwajcarskich polega na tym, że są to reklamy w... szwajcarskim dialekcie. (Te kinowe na dodatek, zupełnie inaczej niż w Polsce, dotyczą w dużej mierze danego miasta - tego, w którym się kino znajduje). Za śmieszne uważam szczególnie puszczanie reklam w dialekcie przed seansem bez niemieckiego dubbingu - bo ludzie, którzy zadają sobie trud wyszukania takiego akurat seansu, są w 99% cudzoziemcami, więc o ile obrazki zobaczą, o tyle treść nie bardzo trafi w target; równie dobrze można by dźwięk puszczać w suahili. Ale, oczywiście, jeśli dane firmy życzą sobie marnować w ten sposób własne pieniądze, to przecież ich sprawa. Osobiście zabawiam się w tym przypadku zgadywaniem, czego reklama dotyczy (nie zawsze jest to oczywiste).

O ile każdy łatwo i szybko skojarzy obrazek krów czy owiec na alpejskich łąkach, o tyle mam wrażenie, że niezbyt rozpowszechniona jest wiedza, że łąki te mogą zawierać też świstaki. Oczywiście, krów i owiec jest znacznie, znacznie więcej i są one znacznie, znacznie mniej płochliwe, ale ostatnio miałam szczęście nacieszyć się też widokiem kilku świstaków; jeden z nich nawet pokazowo stanął słupka i zaświstał. Urocze zwierzątka, niestety nie dało się do nich podejść na tyle blisko, żeby zrobić dobre zdjęcie.

Gdy tu przyjechałam, nie miałam pojęcia, że w większości szwajcarskich domów jest... broń. Wiąże się to z faktem, że służba wojskowa jest tu dla obywateli płci męskiej obowiązkowa, a każdy, kto w wojsku był, ma prawo posiadać w domu broń. Co ciekawe, służba wojskowa rozciągnięta jest tutaj najczęściej na lata - wyznaczone jest ileś jej dni i te dni każdy może albo odrobić jednym ciągiem (wtedy jest to chyba nieco ponad rok) - albo zjawiać się w armii na krótkie okresy co roku: do bodajże 35 r.ż. (dla zainteresowanych tematem: więcej szczegółów). Pracodawcy, rzecz jasna, w pełni tę konieczność respektują i są to dla pełniących służbę dni wolne od pracy, czyli de facto dodatkowy "urlop" (co prawda, indagowani w tej sprawie mężczyźni zgodnie twierdzą, że dość nudny). Nawiasem mówiąc, polskie słowo "żołd" pochodzi najwyraźniej od niemieckiego: "der Sold".

czwartek, 21 lipca 2016

Hochdeutsch po szwajcarsku.

Wspominałam tu już nie raz o szwajcarskim dialekcie i fakcie, że o mówienie literackim niemieckim trzeba rozmówcę najczęściej poprosić. O czym nie wspominałam, to że nawet w tutejszym Hochdeutschu występuje wiele słów, których żaden Niemiec nie używa. Najłatwiej zauważyć to na przykładzie jedzenia. Jednym z pierwszych słów, jakie tu poznałam, jest szwajcarskie określenie na croissanty: nazywają się tu one "Gipfeli". "Der Gipfel" po niemiecku to szczyt, wierzchołek, a "-li" to szwajcarskie zdrobnienie (odpowiednik niemieckiego "-chen") - innymi słowy, tutejszy croissant to "szczycik, wierzchołeczek". Podobno pochodzi to od kształtu croissanta, że się komuś rożki tegoż skojarzyły ze szczytem góry. Teoria ta wydaje mi się co prawda naciągana, ale nie udało mi się uzyskać lepszego wyjaśnienia.

Kogoś, kto nauczył się wcześniej niemieckiego, w szwajcarskich sklepach czy restauracjach oczekuje jednak znacznie więcej niespodzianek! Okazuje się bowiem, że poczciwe śliwki (Pflaumen) tutaj to Zwetschgen, a w cieście marchewkowym głównym składnikiem nie są wcale Karroten, tylko Rüebli. Zrozumiałe dla Polaka (zwłaszcza Ślązaka) Nudeln w Szwajcarii są Teigwaren, podczas gdy die Sahne (śmietana) to dla Szwajcara der Rahm (czyli zmieniona nawet płeć: ten śmietan). Niemiecka roszponka (der Feldsalat) zyskała tu miano Nüsslisalat (czyli sałaty orzeszkowej, nie, nie pytajcie mnie, dlaczego). Szwajcarski drób sfrancurzył się i stał się Poulet (bardzo podobne do niemieckiego Geflügel, nieprawdaż? od razu wiadomo o co chodzi!), podobny los spotkał sos (die Soße) - któremu na imię der Jus. Purée ziemniaczane natomiast, francuskie w polskim i francuskie w niemieckim, w Szwajcarii dla odmiany jest rdzennie niemieckie i nazywa się Kartoffelstock (od biedy da się to przetłumaczyć jako hm, skrzepnięte ziemniaki? Chodzi w każdym razie o zmianę ich konsystencji). Lody są za to znów francuskie i to niezależnie czy chodzi o niemiecki der Eis jako taki - czyli w Szwajcarii die Glace (znów zmieniona płeć, tym razem na tę lodę) - czy też o pucharek z lodami, zwany tu Coupe. Aperitif zeszwajcarzył się natomiast połowicznie i mówi się na niego Apéro.

Oczywiście, niespodzianki oczekują nie tylko przy zakupie jedzenia. Przykładowo można się zdziwić promocją - w niemieckim będącą das Sonderangebot, w Szwajcarii natomiast występującą jako die Aktion. Umywalka, będąca w niemieckim miednicą do mycia (das Waschbecken), tu jest zwana jak w hiszpańskim das Lavabo. Niemiecki telefon komórkowy, czyli Handy, Szwajcarzy określają mianem das Natel. Śmieci niemieckie znane są jako der Müll, ale tutaj użycie tego słowa od razu zakwalifikuje Cię jako cudzoziemca – w Szwajcarii bowiem wyrzuca się Abfall w Abfallsäcke, z naklejonymi Abfallmarken.

Na szczęście Hochdeutsch w Szwajcarii ma też drugą twarz – znacznie przyjaźniejszą dla polskiego, znającego angielski emigranta. Widać to na przykładzie zarówno rzeczowników (die Matur czy das Fitness) jak i czasowników, za używanie których ganiła nas zawsze nauczycielka na kursie, wołając, że przecież one nie są niemieckie: suggerieren, editieren, konzentrieren, investieren, retournieren, limitieren...

Na początku pobytu tutaj męczyło mnie też na zebraniach w pracy padające dość często słowo "bucze*" (z akcentem na "cze"). Nie miałam bladego pojęcia, co to może być! Aż któregoś dnia spłynęło na mnie olśnienie...










*budget