niedziela, 11 marca 2012

Notka o kwestiach złych, kiepskich i niewiele lepszych - czyli pesymizm stosowany.

Jako że pogoda za oknem nie zachęca do niczego (= brak słońca), temperatura spadła z powrotem tak, że trzeba znów nosić płaszcz (a jeszcze tydzień temu nie trzeba było i myślałam, że już tak zostanie...), dzisiaj zaserwuję - zgodnie ze staropolską tradycją - solidną porcję narzekania. Tak więc czujcie się ostrzeżeni.

Ostatnio miałam nieprzyjemność zwiedzić tutejszy szpital. Okazuje się, że w ramach podstawowego - najtańszego - ubezpieczenia szpitalnego przysługuje tu miejsce w pokoju dwuosobowym (acz leżałam w nim na całe szczęście sama), zaopatrzonym we wszelkie niezbędne meble, łazienkę, dostęp do internetu (po kablu, ale kabel pani pielęgniarka przyniosła mi natychmiast, gdy tylko wypakowałam laptopa) oraz smaczne posiłki (wraz z menu do wyboru: a) zwykłe, b) dla dbających o linię oraz c) dla wegetarian). Zarówno lekarze/lekarki, jak i pielęgniarze/pielęgniarki są bardzo mili i uprzejmi - nie napotkałam żadnego wyjątku. Pacjent, ujmując rzecz z grubsza, traktowany jest po prostu jak podmiot, a nie przedmiot - nie mówiąc już o tym, że poświęca się mu czas i tłumaczy, co się dzieje (a nie jak najspieszniej odsyła za drzwi, bo kolejna stuzłotówka czeka w kolejce - vide większość prywatnych lekarzy specjalistów w Polsce). Niemniej, nawet biorąc pod uwagę komfortowe warunki, pobyt w szpitalu do przyjemnych nie należy - zwłaszcza, gdy boli, gdy człowiek się boi, co będzie dalej, a łazić musi wszędzie z uroczym stojaczkiem z kroplówką, bo w rękę ma wbity wenflon. No, ale po paru dniach mnie wypuścili - a co będzie dalej, zobaczymy. Jak się można domyślić, z leczeniem wiążą się także koszty - i to spore, jako że wizyty i badania tutaj są równie drogie jak w Polsce w przypadku wizyt prywatnych. Lekarze zaś nie są skłonni do wypisywania leków (zwłaszcza antybiotyków) na oko, tylko robią w cholerę i trochę badań, żeby wiedzieć na pewno. Z tego właśnie powodu zostałam wysłana do szpitala - plus chciano mnie mieć na obserwacji, w razie gdyby cokolwiek.

A jak wygląda tutaj kwestia ubezpieczenia zdrowotnego, bo chyba o tym nie pisałam? Ano wygląda tak, że ubezpieczycieli jest w cholerę i trochę - każdy wybiera sobie takiego, który mu pasuje. W zależności od miejsca zamieszkania, wybranie danego ubezpieczyciela wiąże się z większymi lub mniejszymi zniżkami, jakie zapewnia ponoć urząd miasta. Czy coś. Coś kantonalnego, w każdym razie. Wracając do meritum: po wybraniu ubezpieczyciela, wybieramy wysokość tzw. franczyzy. Franczyza wynosi 300, 500, 1000 lub 2500 CHF. Jeśli wybierzemy większą franczyzę, płacimy mniejsze składki miesięczne i analogicznie - jeśli wybierzemy mniejszą franczyzę, płacimy większe składki miesięczne. A czym franczyza jest? Otóż jest to kwota, do wysokości której musimy samodzielnie uiścić rachunki za lekarzy/leki/pobyt w szpitalu. Gdy przekroczymy tę kwotę, wówczas ubezpieczyciel zwraca nam 90% kwoty z każdego kolejnego rachunku. Innymi słowy: jeśli ktoś mało choruje, opłaca mu się franczyza 2,5k. Jeśli dużo - opłaca się mniejsza. (Niestety, w przypadku wyboru franczyzy 300 CHF np. mój ubezpieczyciel ustanawia składki nie miesięczne, a roczne - nie wiem, czy inni też). [11.02.2018 - nie, inni niekoniecznie] Ponoć przy rozliczeniu podatkowym można odliczyć sobie od podatku całość sumy wydanej na opiekę medyczną, ale nie wiem, czy tyczy się to wszystkich, czy też tylko ludzi z obywatelstwem szwajcarskim. [11.02.2018 - wszystkich] Co do rachunków lekarskich/szpitalnych - przysyłane są (z mniejszym lub większym opóźnieniem, ale nigdy nie dostaje się ich od razu) albo wprost do ubezpieczyciela albo do pacjenta (który po uiszczeniu przesyła oryginał rachunku ubezpieczycielowi). Apteki natomiast ślą rachunki do ubezpieczyciela, więc kupowanie leków na receptę to tutaj operacja de facto bezgotówkowa. Przychodzisz, pokazujesz kartę ubezpieczenia, odbierasz leki, wychodzisz. Aha - ubezpieczenie jest tutaj obowiązkowe dla każdego. Składka miesięczna w wersji dość podstawowej (tzn. z dodanym ubezpieczeniem na zdrowie i życie) to - zależnie od franczyzy - między 250 a 400 CHF/mies. Oczywiście zawsze można wykupić ubezpieczenie dodatkowe, które obejmuje m.in. medycynę chińską, akupunkturę, masaże, medycynę estetyczną (operacje plastyczne). Ubezpieczenie dentystyczne jest tutaj również osobno; zapewne z uwagi na fakt horrendalnych cen - ponoć koszt plomby to 400 CHF (!!!) Z tego względu podobno Szwajcarzy latają do dentystów z krajów uboższych (np. na Węgry). Mam nadzieję, że nieprędko zweryfikuję prawdziwość powyższych dwóch zdań.

Co mnie jeszcze denerwuje/zdenerwowało w Szwajcarii? (Oprócz, rzecz jasna, tego, że nikt mnie nie będzie leczył za darmo - a szkoda, fajnie by było). Język. Oficjalne źródła twierdzą, że mówi się tu po niemiecku, francusku, włosku i retoromańsku. W praktyce zaś ludzie posługują się tu nader dziwacznym narzeczem i dopiero, gdy wypowie się magiczne zaklęcie "Können Sie Hochdeutsch sprechen?" zaczynają mówić zrozumiale (w 95% przypadków). Dialektów jest tutaj w cholerę i ciut-ciut - jak mi powiedziano w byłej pracy, rodowity Szwajcar jest w stanie zrozumieć jakieś 90% innych Szwajcarów. Niemcy Szwajcarów nie rozumieją. Podejrzewam, że podobnie jest z Francuzami i Włochami. Najgorsze zaś jest to, że Szwajcarzy cenią sobie swoje dialekty bardziej niż to, czego uczą ich w szkole i rozmawiając z obcą osobą, zaczynają najpierw mówić po szwajcarsku. (To tak, jakby Ślązak czy Kaszub uważał, że wszyscy powinni go rozumieć i mówiłby po śląsku czy kaszubsku np. w urzędzie - albo zagadnięty po polsku przez obcą osobę). Owszem, są mili, życzliwi i uprzejmi - ale dlaczego, do cholery, nie mogą mówić od razu Hochdeutschem?! Zwłaszcza, że te ich dialekty to pff, nie dość, że zwiejszczona wersja niemieckiego, to nawet Dativu nie używają. Próbka szwajcarskiego poniżej - osoby znające niemiecki mogą sobie porównać:
Ych bin en aechte Schwizer-Schnaegg -
finf Frangge gilt my Waert
und s'Volgg - das schlaeggt kai Gaiss ewaegg
duet mit mer handlen uffem Maert!
Sytt 1919 gitt's mi scho -
kraisrund und biggelhart!
Mit starggem Bligg - so stand ych doo
im Sennenchutteli - apart!

Telefony na kartę. W Polsce idziesz do kiosku, kupujesz kartę pre-paid i dzwonisz. Tutaj - musisz okazać jakiś dokument: Twoje dane zostaną wprowadzone do bazy, a Twój numer telefonu zostanie z Tobą powiązany. Kontrola: nie ma anonimowego dzwonienia. [11.02.2018 - w Polce już też niestety nie...] Dobrze chociaż, że można bezpłatnie numer zastrzec, żeby nie znalazł się w ogólnodostępnej książce telefonicznej.

Poczta szwajcarska. Dwa rodzaje znaczków: A i B. A - przesyłka na 100% następnego dnia jest w rękach adresata. B - przesłanie przesyłki trwa 2-3 dni. Cena - 1 CHF za znaczek A, 0.85 CHF za znaczek B. Obsługa zazwyczaj (o wyjątku opowiem za chwilę) miła i uprzejma (np. pewien pan skserował mi za darmo to, co miałam do skserowania), acz najczęściej inteligencją nadmierną - podobnie jak i polski odpowiednik - nie grzeszy. A kiedy przestają być mili i uprzejmi?
Swego czasu potrzebowałam wysłać paczkę do Polski. Byłam wtedy chora, gorączkowałam, nie myślałam jasno. W efekcie - nadałam paczkę, a jakże, ale nie ze wszystkim, co powinno było się w niej znaleźć. Fakt ten odkryłam - grzebiąc w torebce - gdy wyszłam już z poczty, a zbliżałam się do lekarza. Po wizycie lekarskiej powlokłam się zatem z powrotem na pocztę i - robiąc minę skamlącego zająca - poprosiłam, żeby panie mi moją przed godziną nadaną paczkę oddały, bo ja tam coś jeszcze dołożyć muszę... Panie się zgodziły, choć pomysł wydał im się dziwny - acz kiedy musiały wycofać z systemu stary numer nadania i wprowadzić nowy, przestały być miłe (tzn. przestały się uśmiechać i przerzuciły z niemieckiego na szwajcarski) i próbowały mnie namówić, żeby jednak tego nie robić, tylko żebym nadała drugą paczkę. Ja powiedziałam, że to znacznie zwiększa koszty, na co panie nie mogły rzec już nic, albowiem argument finansowy dla Szwajcarów jest święty. Niemniej ostatecznie nieszczęsną paczkę wycofały, ja dołożyłam co trzeba i paczka została wprowadzona do systemu na nowo. Ale szwajcarska poczta i tak mi podpadła, bo raz nie zostawili mi awiza, przez co przesyłka do mnie została odesłana z powrotem do Polski i musiała zostać wysłana jeszcze raz. To zaś kosztowało mnie 25 PLN, pff.

I to tyle z okazji tej pesymistycznej, niesłonecznej niedzieli.