sobota, 31 grudnia 2016

Mały skrawek raju - Dominikana.

Bardzo lubię wracać myślą do jedynych w moim życiu wakacji, na których byłam sama. Z jakichś przyczyn wiele osób obawia się samotnego podróżowania - czego nie potrafię zrozumieć. Owszem, zgadzam się, że najprzyjemniej jest dzielić radość z wyjazdu z kimś bardzo bliskim, ale jeśli takiej możliwości nie ma - zdecydowanie wolę pojechać sama niż w towarzystwie osób zaledwie lubianych albo całkiem przypadkowych (zwłaszcza na dłużej). Tak właśnie też zrobiłam w październiku 2013, udając się na Karaiby.

Wyczerpana psychicznie, ogromnie potrzebowałam wtedy odpoczynku. Był to dodatkowo mój pierwszy wyjazd poza Europę, toteż pamiętam do dziś uczucie ekscytacji, gdy koła samolotu, zabierającego mnie na Dominikanę, odrywały się od płyty lotniska. Jak nigdy wcześniej odczułam, że wreszcie opłacił mi się cały trud włożony zarówno w edukację, jak i zdobywanie doświadczenia zawodowego. Oto za własnoręcznie zarobione pieniądze uciekałam zimnu i niskim temperaturom, lodowatym deszczom i depresji jesiennej, lecąc w kierunku słońca i lata!... Upajające uczucie.
Lot był bezpośredni, trwał więc zaledwie siedem godzin; wylądowaliśmy w nocy. Wysiadając, poczułam zapach taki, jakbym znalazła się w szklarni - powietrze było wilgotne i ciepłe. Czekając na płycie lotniskowej na autobus, z coraz szerszym uśmiechem na twarzy pozbywałam się kolejnych warstw ubrań...
...i tak trafiłam do raju.


Dwa tygodnie cudownych upałów, rozkosznie oślepiającego słońca, oszałamiająco turkusowej wody, palm kołyszących się nad głową w podmuchu lekkiej bryzy. Dwa tygodnie naprzemiennego czytania, pływania, spacerów po plaży czy wreszcie - spania w słońcu. Dwa tygodnie ciszy i milczenia. (Jako że pojechałam sama, przez większość dnia nie muszę nic mówić - nie licząc składania zamówień w restauracjach czy krótkich konwersacji z tubylcami lub innymi turystami). Dwa tygodnie rozkoszowania się pysznym jedzeniem, zwłaszcza owocami tropikalnymi (w tym - najlepszym na świecie ananasem; a wcześniej sądziłam, że za nim nie przepadam!); a także doskonałą guacamole. Dwa tygodnie samej dla siebie, z własnymi myślami i cudownym spokojem w głowie.  


Dominikańczycy i Dominikanki, których przelotnie poznaję, są nastawieni bardzo przyjaźnie, a mężczyźni, choć nieodmiennie chętni do flirtu, nie są natrętni ani nie zachowują się w sposób obraźliwy po odrzuceniu propozycji (to samo dotyczy zresztą też współturystów). Po jakimś czasie męczy mnie co prawda nieco wyrażane przez dosłownie każdą osobę zdumienie, że przyjechałam na wakacje sama - niemniej wszechobecna atmosfera flirtu, ciągłe próby podrywu, uśmiechy i zasypywanie komplementami wprawiają w doskonały nastrój. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu Europejek Karaiby są zagłębiem seksturystyki, toteż cierpliwie odrzucam propozycje spotkań i tłumaczę, że nie, nie jestem zainteresowana. Większość przyjmuje to do wiadomości najdalej po kilku powtórzeniach, choć jest i wyjątek... Kelner z restauracji, gdzie codziennie jem śniadanie, bardzo przystojny chłopak o regularnych rysach i idealnych zębach, przez ponad tydzień nie daje za wygraną, nadskakując na wszelkie możliwe sposoby. Konsekwentnie odmawiam randki - by wreszcie znaleźć na stoliku napisaną łamanym angielskim wiadomość: z prośbą o spotkanie w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie. Na spotkaniu się nie zjawiam, a następnego dnia aż do końca pobytu mój stolik obsługiwany jest przez inne osoby; "mojego" kelnera widuję tylko w przelocie. Obsługuje stoliki położone daleko ode mnie i stara się w ogóle nie patrzeć w moim kierunku. 


Dzień, gdy poznaję zamieszkałych w Punta Cana Niemca i Szwajcarkę. Jedno z nich zawiezie mnie do, drugie zaś odwiezie z prowadzonego przez nich sklepu z biżuterią. (Tylko na Dominikanie znaleźć można pewien błękitny kamień, zwany larimar - a że ja uwielbiam biżuterię, to...) Szwajcarka, kobieta starsza, twarda i żylasta, narzeka na Dominikańczyków w roli pracowników. Twierdzi, że nie potrafią podjąć zobowiązań, że popracują miesiąc czy dwa i rzucają robotę bez słowa ostrzeżenia. Niemiec - mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki, o twardych rysach i czujnych oczach - zwiedził Karaiby bardzo dokładnie, mieszkając kolejno we wszystkich położonych na nich krajach. Mówi, że choć jego zdaniem najpiękniejsze kobiety to Kubanki, to najgorzej żyło mu się właśnie na Kubie. Opowiada o biednym życiu, jakie wiedzie większość mieszkańców Karaibów - i że mimo tej właśnie biedy umieją czuć się szczęśliwi i doskonale bawić; mam wrażenie, że w jego głosie pobrzmiewa nuta szacunku. Mówi, że przysłowiowy gorący temperament Dominikańczyków objawia się również w postaci gwałtownych kłótni i strzelanin - i że sam był już kilkakrotnie świadkiem takiej strzelaniny. Ostrzega mnie też, żebym w nocy nie wychodziła sama poza kompleks hotelowy, jako że na Dominikanie nie jest to dobra pora dla samotnej dziewczyny. W pewnej chwili zadaje mi też pytanie, czy jestem Ślązaczką - gdy potwierdzam i pytam zaskoczona, skąd wie, wyjaśnia, że rozpoznał to po moim akcencie - że identyczny miała jego babcia, która pochodziła właśnie ze Śląska. Czuję się w pewien absurdalny sposób miło zaskoczona - że ktoś jest w stanie zidentyfikować mnie tyle tysięcy kilometrów od domu.   


Wieczór, gdy spaceruję sama po ciemnej plaży. Gdzieś z oddali dobiegają mnie ludzkie śmiechy, ale na plaży nie ma nikogo. Piasek o tej porze dnia jest chłodny, bezszelestnie ugina się pod stopami. Jedyne źródło światła to blask księżyca w pełni. Panuje cisza - słychać wyłącznie plusk fal, a ja jestem bezpiecznie ukryta w ciemności i nikt na całym świecie nie wie, gdzie dokładnie się w tej chwili znajduję. Oczarowuje mnie ta świadomość, chwila samotności absolutnej. Przysiadam na dłuższą chwilę w tym utkanym z ciemności i ciszy kokonie - i wpatruję się w gwiazdy. Inne od tych, które znam, bo przecież jestem kilka tysięcy kilometrów od domu. 


Dzień, gdy płyniemy jachtem na niewielką sąsiednią wyspę, Isla Saona. Załoga hojnie rozdziela drinki z rumem. Współtowarzysze wycieczki - głównie Francuzi i Niemcy, ale też i kilka osób z Ameryki Południowej - piją ochoczo; robi się coraz bardziej wesoło. Ja także nie odmawiam drinków i słyszę kilka zdumionych szeptów, gdy po kolejnych nadal nie wykazuję zauważalnych oznak upojenia alkoholowego. (Na łodzi nie ma innych Polaków ani Rosjan, toteż jestem jedyną przedstawicielką narodów z przysłowiowo mocnymi głowami).
Wyspa jest częścią parku narodowego - zabronione jest wywożenie z niej czegokolwiek, toteż muszę powstrzymać mój odruch zbierania pięknych muszli i zadowolić się tylko ich widokiem. Plaża jest piękna, jak wszystkie tutaj - biały piasek, palmy kołysane delikatnymi podmuchami bryzy... Jest też niewielka - większość wyspy to bowiem dżungla, bez żadnych widocznych ścieżek. Spaceruję tylko chwilę - jako że zaraz podają posiłek (grillowane homary, jeden z głównych punktów, który przekonał mnie do wyboru tej właśnie wycieczki). Później odpoczynek w słońcu i pływanie; w pobliżu znajduje się też kolonia przepięknych rozgwiazd.      


Dzień, gdy decyduję, że chcę się nauczyć nurkować - nurkować naprawdę, z butlą, nie maską. W związku z tym z zapałem uczę się przez dwa dni teorii i oglądam filmy instruktażowe. Potem przychodzi czas na ćwiczenia w basenie, wreszcie - wypływamy na morze. Kolejnego dnia mam mieć egzamin - jestem szalenie podekscytowana i jednocześnie boję się tak bardzo, że nie powiedzie mi się ćwiczenie z gubienia i szukania na nowo aparatu oddechowego, że nie umiem zasnąć. Następnego dnia, częściowo pochłonięta lękiem, że zrobię coś nie tak i się utopię, częściowo rejestrująca z zachwytem podwodne krajobrazy, zdaję egzamin na podstawowy certyfikat. Jestem z siebie bardzo dumna, jako że od dziecka - choć wodę kocham - jednocześnie się jej boję i nurkowanie jest dla mnie nie tylko cudowną przygodą, ale też przełamywaniem lęku.    


Pojedynczy poranek, gdy wstaję i wtem! niebo zasnuwają szare chmury. Mży. Nie zwlekając, udaję się więc do SPA - na zabiegi i masaże. (Uwielbiam, gdy ktoś zajmuje się moją twarzą i ciałem - lubię być masowana, peelingowana, nacierana olejkami i balsamami, obkładana maseczkami...) Na sam koniec lokalna masażystka zabiera się za moją twarz. Gdy wychodzę i zerkam w lustro, jestem osłupiała ze zdziwienia. Wyglądam jak osiemnastolatka - wszystkie zarysowujące się oznaki wieku zniknęły. Niestety, cudów nie ma, efekt utrzymuje się tylko około kwadransa - czuję się jak po krótkiej podróży w wehikule czasu. (Niemniej do dziś żałuję, że nie mogłam spytać masażystki, jak właściwie udało się jej to osiągnąć. Niestety nie mówiła po angielsku, a moja znajomość hiszpańskiego po latach przerwy jest zdecydowanie bardziej bierna niż czynna).     


         
Dni kolejnych wycieczek - na wyspę Catalina, parowcem po rzece, na plantację kawy i czekolady. Po raz pierwszy w życiu widzę na żywo owoce kakaowca i krzewy kawowe. Nauka zwijania cygar. Popijanie mleka kokosowego. Podziwianie widoków na rzekę, na której filmowano bodajże "Rocky'ego". Fałszywe rzymskie ruiny, wybudowane przez kogoś z Hollywoodu. Jazda konno przez las, wzdłuż brzegu oceanu - chłonę rozpościerające się wokół widoki i czuję wręcz obezwładniająco szczęśliwa.    



Przejazd przez wsie i miasteczka pozwala mi też zobaczyć inną twarz Dominikany: domy (a właściwie baraki) z blachy falistej. Pilnujących posterunków na autostradzie mężczyzn z długą bronią. Śmieci na poboczu. Porzucone budowy. Ubogie kioski, pełniące rolę sklepów. Stragan rzeźnika, gdzie mięso wisi ot tak, w temperaturze +30 stopni C, bez żadnych chłodziarek. Wychudzone krowy, pasące się na poboczu. Wszechobecne skutery, jako że większości mieszkańców nie stać na kupno samochodu. Mówiąc w skrócie - biedę, biedę taką, jakiej w Europie już prawie nigdzie nie można zobaczyć. Ale też wciąż - nieodmiennie - zachwycająco piękną przyrodę. I wszystko zalane słonecznym blaskiem. 


I wreszcie - lokalna muzyka, bachata. Grana jest niemal wszędzie, także w każdej z hotelowych restauracji. Szczególnie podoba mi się jedna piosenka, nie mam jednak pojęcia, co to. Indagowana w tej materii obsługa restauracji nie zna tytułu. Gdy słyszę sprzątacza, pogwizdującego znaną mi melodię, pytam jego. Nie zna angielskiego, ale przy pomocy gestów, nucenia i hiszpańskiego słowa "tytuł" udaje mi się wreszcie uzyskać pożądaną informację - chłopak zapisuje mi na kawałku kartonu tytuł piosenki i nazwę wykonawcy. Do teraz, gdy tylko chcę powrócić znów na Dominikanę - wystarczy, że posłucham tego...

 

wtorek, 6 grudnia 2016

#Mzf odcinek kolejny, czyli zagadnienia różne.

Apostazja. W Szwajcarii, jeżeli jest się urodzonym z rodziców należących do kościoła katolickiego bądź protestanckiego, dziecko automatycznie także zostaje "przypisane" do danego kościoła. Nie jest jednak żadnym problemem wypisanie się z niego - załatwić tę kwestię można nawet poprzez e-mail. Dany kościół przysyła papierowe potwierdzenie wypisu wraz z wyrażeniem żalu, że dana osoba odchodzi - i nadziei, że jeszcze wróci. Wszystko w grzecznym, uprzejmym tonie, nie ma mowy o mnożeniu trudności (absurdalna konieczność sprowadzania kilku świadków czy jazdy do kościoła, w którym udzielono chrztu, itp. itd.) czy wręcz obcesowej odpowiedzi odmownej, jak często ma to miejsce przy próbie apostazji w Polsce. 

Mieszczaństwo. Jako że A. Szwajcarem jest z dziada pradziada, dowiedziałam się dzięki temu o interesującym fakcie. Otóż dzisiejsi Szwajcarzy - jak zresztą wszystkie narody europejskie - pochodzą od szlachty, chłopów oraz mieszczan (Bürger). W większości krajów nie ma to obecnie żadnego praktycznego znaczenia, w Szwajcarii jednak prawa miejskie dziedziczone są z pokolenia na pokolenie. A wraz z nimi - prawo do czerpania korzyści z gruntów/lasów/itp., które od stuleci należą do wszystkich mieszczan w danej gminie. W praktyce oznacza to doroczny wpływ pewnej (co prawda dość symbolicznej) kwoty na konto. A wszystko dlatego, że prapra... kiedyś tam uzyskał prawa miejskie. (Podejrzewam, że musi istnieć coś podobnego dla osób pochodzących ze szlachty; muszę przy następnej okazji wypytać o to ojca A.)   

Żebranina. Żebraków w Szwajcarii widuje się rzadko - w większości kantonów żebranina jest bowiem zabroniona. Udało mi się znaleźć informację, że np. w Basel-Stadt, przy złapaniu żebraka, policja zabezpiecza zebrane pieniądze, delikwenta obciąża zaś 50 CHF kary. Jestem w stanie zrozumieć ten zakaz, biorąc pod uwagę, jak niskie jest w Szwajcarii bezrobocie oraz że ponoć udzielanie pomocy osobom biednym jest tu dość efektywne (pomoc socjalna przysługuje osobom samotnym, których dochód wynosi 2200 CHF lub mniej, osobom samotnie wychowującym 2 dzieci przy 3800 CHF lub mniej, małżeństwu z 2 dzieci przy 4650 CHF lub mniej. Więcej informacji tutaj). W związku z powyższym, w ciągu minionych pięciu lat zaczepiono mnie z prośbą o pieniądze dosłownie cztery-pięć razy, z czego dwa razy był to ten sam człowiek (będący nader wyraźnie pod wpływem narkotyków).

Uliczne zarobkowanie. Dozwolonym sposobem zbierania pieniędzy jest granie/śpiewanie - przy czym prawnie regulowana jest konieczność zmieniania przez wykonawców miejsca, w którym się zatrzymali, np. co pół godziny (chodzi, jak domniemywam, o to, żeby nie zadręczać np. mieszkańców domu czy sprzedawców w sklepie, przy którym muzycy czy śpiewacy zdecydowaliby się zatrzymać na cały dzień bądź nawet codziennie). Skoro zaś już jesteśmy przy  zarabianiu pieniędzy na przysłowiowej ulicy - prostytucja jest w Szwajcarii legalna dla osób mających lat min. 16. Co  oznacza, oczywiście, że od parających się nią cudzoziemców wymagane jest posiadanie zezwolenia na pracę oraz że prostytuująca się osoba musi płacić podatki (źródło). 

Nawracanie. Innym typem zaczepiających, z jakimi (choć rzadko) możemy zetknąć się na szwajcarskich ulicach, są osoby usiłujące nawrócić na jakąś wiarę. Zazwyczaj jednak nie nagabują pojedynczych ludzi, tylko stoją w konkretnym miejscu, wygłaszając płomienne przemowy w kierunku przechodniów, z których większość wydaje się traktować to jak dobry żart. Nie są natrętni - przy zaczepkach personalnych zwykłam odpowiadać uprzejmie, że nie jestem zainteresowana i szłam dalej; skutkowało. Bardziej natrętni bywają działacze organizacji prozwierzęcych i innych ekologicznych, którzy często nie potrafią przyjąć odmownej odpowiedzi i nagabują dalej. I tu mała uwaga - jestem całą duszą zarówno za pomocą zwierzakom, jak i środowisku, z polskiego punktu widzenia wydaje mi się jednak nieco bezczelne, żeby pomoc tę wymuszać na zasadzie podpisania umowy (!), w myśl której konkretna suma będzie co roku odpływać z konta zaangażowanej osoby na rzecz organizacji. Podobnie zresztą nie rozumiem wręczania (lub wysyłania) formularzy wpłat, gdzie kwoty są już ustalone i najniższa możliwa to 50 CHF. Pomagam chętnie, wolę jednak decydować sama, kiedy i ile na rzecz takiej pomocy wpłacę. (Dla organizacji zresztą także, jak sądzę, lepiej byłoby otrzymać 5 wpłat na 20 CHF, niż 0 na 50). 

Tunele. Szwajcaria, jako kraj górzysty, tunelami stoi. Na terenie całego kraju znajduje się ich bardzo wiele, nie udało mi się znaleźć dokładnej liczby. Wikipedia podaje następująca listę tuneli dłuższych niż 2 km, ale czy jest to lista kompletna, trudno mi powiedzieć. Na pewno jednak w Szwajcarii właśnie znajduje się najdłuższy obecnie tunel świata (kolejowy, na przełęczy Gotthard, dłg. lekko ponad 57 km), tunel CERN-u (ponad 26 km), tunel prowadzący do Włoch (niecałe 20 km, do 1982 roku najdłuższy tunel świata), prawie 17 km tunel drogowy, najdłuższy w Alpach (przełęcz Gotthard) oraz kolejny 15 km tunel na przełęczy Gotthard, który zbudowano jeszcze w XIX wieku i był najdłuższym tunelem świata do roku 1905. Jeżdżąc po Szwajcarii, trzeba się zatem przyzwyczaić do zaników zasięgu sieci komórkowej (beton skutecznie tłumi sygnał, nie wszędzie niestety są wzmacniacze), podejrzewam też, że problem mogą mieć osoby z klaustrofobią. Niemniej wyobraźcie sobie, ile zajmuje droga naokoło, jeśli tunele - czyli droga na wprost - poprzez góry są takiej długości...

piątek, 2 grudnia 2016

Takie tam, językowo.

Dla tych, co tl;dr - dziś językowo. Oraz dużo dygresji w nawiasach, uwielbiam umieszczać dygresje w nawiasach!

No i mamy, proszę Państwa, grudzień. Sama nie wiem, jak to się stało [tu wstawić standardowy tekst o szybkości upływu czasu - w dowolnej ulubionej formie]. W tym zakątku Szwajcarii, gdzie mieszkam, koniec listopada i grudzień objawiły się temperaturą ujemną; co prawda śniegu niestety brak, ale... dobra, dosyć o pogodzie. Przecież wcale nie miało być o pogodzie, miało być o języku.

Okazało się otóż na przykład, że dzielimy z ojcem A. podobne irytacje, jeśli chodzi o szkołę Migrosa. Ja, jak zapewne wszyscy czytelnicy pamiętają (była o tym długa notka, być może to ta właśnie, którą pominęliście, bo nie zawierała w sobie nic oprócz narzekań), zapisałam się na francuski, on zaś zapisał się niedawno na arabski; natomiast on, w przeciwieństwie do mnie, nie na poziom dla początkujących. Czyli tym bardziej można by - teoretycznie - oczekiwać kompetencji nauczyciela oraz - teoretycznie - jakiejś tam wiedzy wśród osób z grupy. Tymczasem spotkało go to co samo, co mnie, czyli nieprzygotowana do przekazywania wiedzy nauczycielka oraz grupa, której znajomość języka nie jest bynajmniej na tym poziomie, na jakim być powinna. W przeciwieństwie do mnie natomiast, która wciąż tylko bezgłośnie marzy o poprowadzeniu lekcji za nauczycielkę (nie ze względu na jej braki w wiedzy, ale braki w umiejętnościach pedagogicznych), ojciec A. grzecznie nauczycielkę poprawiał... jako że okazało się, iż zna ona arabski gorzej od niego. Tak więc, jeśli czyta to ktokolwiek, kto zastanawia się nad skorzystaniem z oferty językowej Migrosa, zaprawdę powiadam Wam: spalcie lepiej te pieniądze w kominku, jeżeli już naprawdę chcecie je zmarnować. Będzie zabawniej, a i filmik na Insta czy inny Snapchat można przynajmniej nakręcić, ku uciesze (bądź nienawiści) tłumów. Nawet wypowiedzi mojej "ulubionej" koleżanki z francuskiego (anegdota z ostatnich zajęć: użyłam słowa "poliglota" i spytała, co to za zawód) nie są na tyle zabawne, żeby przesłonić fakt, że wyrzuciłam w błoto tyle jednostek monetarnych. 

O czym nie wspominałam też tu chyba, a co z mojej obserwacji jest zjawiskiem dla Szwajcarów (przynajmniej tych niemieckojęzycznych) dość znamiennym, jest to, że od czasu do czasu, z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, mówiąc po angielsku, wymawiają "w" zamiast "ł". I nie, nie dotyczy to żadnych konkretnych słów, ot, bardziej wygląda, jakby coś im się zacinało w mózgu. Obserwowałam i obserwuję to u kolegów z pracy; A., który angielskim włada biegle (znacznie lepiej niż ja, ale on np. od lat czyta właściwie tylko po angielsku, a ja, cóż, nie będziemy ukrywać tego smutnego faktu, po pracy de facto wyłącznie w języku ojczystym, żadnych szans na rozbudowę angielskiego czy niemieckiego wokabularza), też to ma - i irytuje się na siebie, ilekroć mu zwrócę uwagę. Statystycznie, rzekłabym, w 95% przypadków Szwajcar wymówi nam "ł" tam, gdzie być, po czym nastąpi te 5%, gdzie nagle mu się ta funkcja zatnie i będzie "w". Ciekawe, czy ktoś jeszcze to zauważył i robił kiedyś jakieś badania na ten temat. Nie zaobserwowałam tego zjawiska u przedstawicieli żadnej innej nacji, z jaką miałam do czynienia.

Gdyby ktoś spośród Czytelniczek i Czytelników zastanawiał się, dlaczego uważam, że szwajcarski dialekt jest ciężki do nauczenia (i mówimy tu o nauce rozumienia, mówienie to w ogóle nie jest opcja, o jakiej ośmielam się myśleć) dla osoby, która zna język niemiecki, gdyby wszystkie przykłady, jakie tu przytaczam, nie były jak do tej pory dość przekonujące, gdyby pozostał w Was jeszcze jakiś cień wątpliwości, proszę uprzejmie, oto służę przykładem słowa z dialektu berneńskiego. Chodzi mianowicie o piękny czasownik "hinhängen", który to w dialekcie, nieprawdaż, berneńskim, brzmi mniej więcej tak: "herehäncke". Czy czytające to osoby, władające niemieckim, pojmują skalę dramatu? Oto "hin" zostało zamienione na swój antonim, zostało zamienione na "her", bo dlaczegóż by nie! W ten prosty sposób przeczymy jakiejkolwiek logice tłumaczenia ze szwajcarskiego na niemiecki, w ten sposób nadzieje cudzoziemców, łudzących się, że kiedykolwiek zrozumieją szwajcarski, grzebiemy głęboko w ciemnym dole. I zasypujemy wapnem.

Na koniec tej notki zostawiłam informację, jaka mnie wzburzyła. Otóż jest sobie takie sympatyczne zwierzątko, jeżozwierz. Po polsku ładne i logicznie: "a, taki zwierz, co wygląda trochę jak jeż." A tymczasem jak nieszczęsnego, bogom ducha winnego jeżozwierza nazwali niemieckojęzyczni? Nazwali go otóż iglastą świnią! (niem. das Stachelschwein) Doprawdy, nie wiem, co zrobił jeżozwierz temu Niemcowi, który się pierwszy z nim zetknął, ale z pewnością nie zasługiwał od razu na miano świni! (w niemieckim brzmiące zresztą dużo bardziej obraźliwie niż w polskim). Użalmy się zatem nad losem jeżozwierzy w krajach niemieckojęzycznych, a tymczasem życzę Państwu miłego piątku.