poniedziałek, 14 listopada 2011

Pralka, puste butelki i szampon, czyli sprzątanie, mycie i czyszczenie wszelakie.

Miał być ciąg dalszy, to i jest. Zacznijmy może od kwestii prania.
W Polsce, jak wiemy, standardem i normą jest, że każdy posiada pralkę automatyczną, a ograniczeniem w kwestii prania jest co najwyżej czas ciszy nocnej w przypadku zamieszkiwania w bloku czy kamienicy. W Szwajcarii, z niepojętych dla mnie powodów, gdy mieszka się w kamienicy lub bloku - korzysta się ze wspólnej pralni (znajdującej się najczęściej w piwnicy/na poziomie sutereny). Ludzie nie posiadają pralek w mieszkaniach (a co za tym idzie, nawet, gdyby się takową nabyło - nie ma jej gdzie podłączyć). [11.02.2018 - na szczęście posiadają, ale głównie w nowym budownictwie] Gdy wraz z koleżanką Hiszpanką omawiałyśmy podczas przerwy na lunch ten niewygodny i dziwny dla nas fakt, kolega Szwajcar zdziwił się z kolei, że u nas takie rozwiązania jak wspólna pralnia nie funkcjonują i że wszyscy mamy pralki w mieszkaniach, oh, really?! To się chyba nazywa różnice pralk^hhh kulturowe.

Wracając do meritum: pralki są dobrem wspólnym. Zależnie od budynku, można korzystać z nich bez ograniczeń lub ma się wyznaczone dni, w które wolno wykonywać pranie. W moim bloku jest tak, że z dwóch (na trzy) pralek wolno korzystać wyłącznie w przypisane sobie dni, czyli raz na dwa tygodnie. Sytuację ratuje fakt, że jest jeszcze trzecia pralka - dostępna na zasadzie "jeśli wolna, to pierzesz" i że soboty (i niedziele od 18.00) są Dniami Bez Zapisów, co umożliwia korzystanie w tym czasie z pozostałych dwóch pralek (chyba, że - naturalnie - ktoś nas uprzedził). Płyny i proszki w niektórych budynkach trzymane są w pralni, w innych nie - u mnie akurat nie, co jest równoznaczne noszeniu ich ze sobą wraz z koszem brudnego prania. Obowiązkowym dodatkiem do każdej pralki jest suszarka, z której jednakowoż - jako była mieszkanka Ojropy Cętralnej, nieobeznana z podobnymi cudamy cywylyzacyjnymy - jeszcze nie korzystałam. (Ale wszystko przede mną!) Pranie (i suszenie) nie jest oczywiście darmowe; w poprzednim naszym mieszkaniu kosztowała ta przyjemność 60 rappenów (niezależnie od czasu i temp. prania), tutaj jest drożej i zależnie od czasu prania i temperatury wody - z grubsza należy liczyć się z wydatkiem ~1,2 CHF za standardowe pranie w 40 stopniach. Płatności zaś dokonuje się, wsadzając kartę z chipem do licznika i wybierając czas prania, będący wielokrotnością dziesięciu minut. Jeśli przeszacowaliśmy czas prania, niezużyte minuty można oczywiście "odebrać" po jego zakończeniu. (Nie wiem, co dzieje się, gdy zapłaci się za zbyt krótki czas, ale nie zamierzam tego testować, bo zapewne zakończyłoby się to zatrzymaniem pralki w połowie prania). Karty doładowuje się u gospodarza domu. Pranie rozwiesza się w pomieszczeniach suszarni i powinno się je sprzątnąć w ciągu 24 godzin od rozwieszenia. Jeśli o tym zapomnimy, a następnemu piorącemu zabraknie wolnego miejsca na sznurkach, może zdarzyć się, że zbierze nasze suche pranie i ułoży je na znajdującym się w pralni stole. Jeśli miejsce na sznurkach jest, nikt naszych rzeczy nie ruszy (choć mnie natychmiast przypomniało się o istnieniu fetyszystów damskiej bielizny/rajstop/pończoch. Tyle że oni chyba lubią tylko brudne, nie? Uff). Kradzieży również obawiać się nie musimy (o czym bardziej szczegółowo później). Jak widać, pranie, które w Polsce jest czynnością hm, łatwo dostępną i pozwala np. na nastawienie prania przed wyjściem z domu i wyjęcie go po powrocie czy na rozbieranie się przy pralce celem wrzucenia do niej tego, co mamy na sobie, tutaj zostało dość znacznie skomplikowane. Moim zdaniem - niepotrzebnie. Pozwala to co prawda znacznie lepiej niż w Polsce kontrolować wydatki (płacimy niewielką i znaną nam z góry kwotę za prąd; opłata za wodę, jak mniemam, jest w czynszu, jako że na świecie nie ma nic za darmo), nie grozi nam zalanie sąsiadów, nie jesteśmy zmuszeni do kupna pralki czy suszarki, przygotowania sznurków itp., niemniej - ja wolę mieć pralkę w mieszkaniu. Tak jest po prostu wygodniej. A rozwiązanie w postaci pralni widziałabym jako dobre w Polsce w przypadku mieszkań wynajmowanych np. przez studentów, których zazwyczaj nie stać na nabycie pralki (oczywiście, gdyby jakimś cudem zapewnić to, że nikt nikomu nie ukradnie ubrań czy proszku do prania, a przede wszystkim - że z pralni nie znikną nagle pralki czy suszarki...) Do rozwiązania szwajcarskiego można się oczywiście przyzwyczaić (po wstępnych trudnościach ze zrozumieniem, jak to wszystko właściwie działa), ale jakieś to takie... nieintymne. No security. No nie wiem, nie podoba mi się. I już. [11.02.108 - o tak, po paru latach zdążyłam już zapomnieć, jakim koszmarem był brak pralki i suszarki w mieszkaniu]

Skoro już mowa o czyszczeniu (ubrań), to przejdźmy do czyszczenia czego innego: tzw. środowiska naturalnego. Się znaczy, recykling. W Polsce, mimo że nie jest to obowiązkowe, zawsze bardzo starannie segregowałam śmieci (nawet mimo świadomości tego, że ponoć część z nich - jeśli nie wszystkie - trafia potem i tak na wspólne wysypisko... Ale zawsze można mieć nadzieję, prawda. Może UE pilnuje. Czy coś. Nie wiem, cokolwiek. Nie mówcie, że całkiem nic i że bez sensu, bo będzie mi przykro). Podobała mi się bardzo organizacja kwestii recyklingu w Niemczech (obowiązkowy, wszędzie pojemniki na szkło, papier i plastik) i sądziłam, że tutaj będzie podobnie. Hm. Nie do końca. Szwajcarzy mianowicie postanowili pójść w tej kwestii o krok dalej i w związku z tym rozpisali szczegółowy kalendarz recyklingowy (dostaje się go przy zameldowaniu w danym mieście). Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, że pojemniki na szkło (osobno: brązowe, zielone i białe) oraz aluminium i puszki stoją sobie tu i tam, zaś pojemniki na butelki plastikowe - wyłącznie w/w pobliżu sklepów. Człowiek, z jednej strony zadowolony, że wreszcie ma pojemnik na puszki i że tak ładnie może posegregować szkło, a z drugiej zirytowany, że te pojemniki na butelki to tylko w pobliżu sklepów, zagłębia się w kalendarz recyklingu, zastanawiając się, co z papierem (tym zadrukowanym, nie toaletowym). I wyczytuje, że w określone dni miesiąca przed blok (lub drzwi domu) wystawiać można, a wręcz należy: w dany dzień papier (ułożony w stosik i związany sznurkiem), w inny - kartony, w jeszcze inne dni: ubrania (czyt. szmaty), meble, gruz, drewno i licho wie co jeszcze. Wszystko, co nie zalicza się do powyższych kategorii, zostanie wywiezione, a jakże - ale tradycyjnie i tak samo jak w Polsce, czyli odpłatnie. Płatność zaś, w przeciwieństwie do abonamentu w PL, polega na zakupie kolorowych naklejek, którymi w odpowiedniej ilości należy okleić worek na śmieci. Innymi słowy: im staranniej segregujesz, tym mniej inwestujesz w wywóz. Worki bez naklejek nie zostaną bowiem zabrane. Wot, technika. [11.02.2018 - tak naprawdę jest różnie w różnych gminach - gdzieniegdzie naklejki, gdzieniegdzie specjalne worki na śmieci. Funkcjonują również tzw. Sammelhofy - czyli miejsca przyjmujące absolutnie każdy rodzaj recyklingu]

Od czyszczenia środowiska naturalnego przejdźmy płynnie do czyszczenia się - kwestia ta zaś posłuży nam jako pretekst, by dotrzeć do właściwego tematu tego akapitu. Czyli kosmetyków (żel pod prysznic, który służy do ww. wspomnianego czyszczenia, to wszak też kosmetyk, prawda). O tym właśnie i tylko o tym (no dobra, także o reklamacji) traktować będzie niniejszy akapit, toteż niezainteresowani mogą przystąpić do czytania następnego.

Jak powszechnie wiadomo, kosmetyki dzielimy na tzw. kolorowe (jeśli czyta to ktoś niezorientowany, wyjaśniam, że chodzi o te do malowania się) i pielęgnacyjne. Jeśli chodzi o kolorówkę, to zarówno w CH jak i za północną jej granicą, znajdziemy standard tych samych korporacji, co wszędzie indziej na świecie, tyle, że w ilości znacznie obfitszej niż w Polsce (niestety wiele firm nie sprzedaje w Polsce swojej kolorówki, a tylko pielęgnacyjne) plus kosmetyki tych x firm, których w PL nie dostanie się w stacjonarnych sklepach w ogóle.
Ja, jako że malować się lubię, czuję się uszczęśliwiona podwójnie - raz, że mam tutaj o wiele większy wybór, dwa, że wydatek raptem 80 EUR pozwala mi na kupno np. paru tuszy Diora/Chanel/Guerlain itd. Tutaj bowiem taki tusz czy podkład to ok. 20-30 EUR/CHF (czyli jest w stanie pozwolić sobie na niego bez trudu 99% społeczeństwa). To samo dotyczy perfum. Moja kolekcja lakierów do paznokci również się powiększyła, bo jakoś łatwiej sięgnąć do portfela po parę franków czy euro, niż po kilkanaście złotych.
Dodatkowo bardzo mile zaskoczył mnie fakt, że kosmetyki kolorowe podlegają tu reklamacji. Tak się złożyło, że jeden z tuszy, który kupiłam, okazał się być kompletnie wyschnięty - zatem, zła jak osa, wyruszyłam po kilku dniach z reklamacją: bez nadziei, że mi ją w ogóle uwzględnią, ale dla porządku, żeby sobie nie myśleli, że mogą sprzedawać niepełnowartościowe produkty. Pani reklamację przyjęła, w ogóle nie próbując podważyć moich słów (co mnie zdziwiło, jako że, nauczona polskimi doświadczeniami, spodziewałam się usłyszeć, że to ja pewnie zostawiłam ten tusz otwarty i dlatego wysechł albo włożyłam go do piekarnika albo... więc won!); ba, przeprosiła mnie, zapytała czy jestem jeszcze zainteresowana tym tuszem (tzn. wymianą go na nowy), czy też wolałabym raczej zwrot gotówki. Następnie tusz wymieniła, upewniając się, że tym razem dostałam pełnowartościowy i powiedziała, że gdyby jeszcze przypadkiem coś było nie tak, żebym nie wahała się przyjść znowu. A wszystko to okraszone było miłym uśmiechem. Moja mentalna szczęka opadła mi ze zdziwienia aż do podłogi; wyszłam ze sklepu oszołomiona i kompletnie rozbrojona, jako że całe moje bojowe nastawienie, ostrzenie kłów i szponów, okazało się zupełnie niepotrzebnie. Czyli można. Miło, bez problemu i tak po prostu. Tak, żeby klient chciał wrócić - i to bynajmniej nie w celu awantury.
Ale ad rem, czyli kosmetyki pielęgnacyjne. Asortyment niemiecki (jako, że do tego mam blisko, więc i miałam okazję się z nim dobrze zapoznać) rozczarowuje. Oczywiście, mają więcej i dużo lepszej jakości niż ich polskie odpowiedniki kosmetyków tzw. koncernowych (L'oreale i reszta), ale - zwłaszcza w kwestii kosmetyków do pielęgnacji ciała i do kąpieli - nie mogą równać się z Polską i naszymi rodzimymi firmami kosmetycznymi (Ziaja, Farmona, Bielenda, Flos-Lek, AA itd.) Zwłaszcza, że jako konsumentka dość uświadomiona, od ładnych paru lat już nie czytam ulotek i opisów, a polegam na składzie chemicznym - z którego jasno i niezbicie wynika, że polskie firmy są po prostu lepsze. Kto nie wierzy, niech porówna np. skład masła do ciała Ziai i dowolnego l'orealowego balsamu. [11.02.2018 - nie odkryłam jeszcze wtedy istnienia biosklepów z kosmetykami. Niemniej wciąż uważam, że w Polsce da się kupić mnóstwo bardzo dobrej jakości i tanich kosmetyków]

Szwajcaria z kolei, jako kraj gardzący centrami handlowymi, hipermarketami i sieciowymi drogeriami typu Rossmann czy DM (mają tu tylko Body Shop, Yves Rocher i Douglasa), stawia na jakość. Nie zauważyłam tu zbyt wielu produktów koncernowych do pielęgnacji; są za to drogerie z kosmetykami ekologicznymi i/lub wyłącznie ze składników naturalnych (np. Weleda, które to produkty w PL występują bardzo nielicznie, tutaj zaś mają cały ich asortyment). W każdym razie, oprócz zapoznawania się z produktami rynku lokalnego, zamierzam również w dalszym ciągu wspierać polski kapitał w postaci firm kosmetycznych. Bo warto. (Hm. W sumie, to mogliby mi zapłacić za reklamę... choć podejrzewam, że nie zainteresowałby ich tak nieliczny target, jaki ma tu dostęp. Wzdech).

wtorek, 8 listopada 2011

Takie tam, czyli mój własny kawałek żółtego sera.

Wrażenia ogólne z pierwszych trzech tygodni (i rozpoczętego czwartego) pobytu w Szwajcarii. Bez jakiegoś większego ładu i składu; ot, w takiej kolejności, w jakiej mi przyszło do głowy.

Jedzenie. W stosunku do zarobków - porównywalnie lub taniej niż w Polsce (z wyjątkiem mięsa, o czym szerzej za chwilę); aczkolwiek Szwajcarzy i tak narzekają, że drogo, jako że Niemcy czy Francuzi mają taniej. Jakość - nieporównywalna. Mnóstwo produktów z upraw ekologicznych, pomijalnie droższych od tych "normalnych"; oczywiście ogromny wybór serów żółtych i pleśniowych. Mnóstwo różnorakich słodyczy, w tym czekolada Lindta za 2-3 CHF. Bardzo tanie i smaczne owoce i warzywa - chyba jeszcze nigdy w życiu nie jadłam ich w takiej ilości. Innymi słowy, nawet osobę kwalifikującą się do podlegania pod opiekę ichniego MOPS-u (tzn. dochody ~1700 CHF lub mniej...) stać na to, żeby porządnie, zdrowo i do syta zjeść. Drogie jest jedynie mięso (w popularnej sieci spożywczaków za 600 g zapłaciliśmy 16 CHF!), ale ten problem rozwiązują zakupy w Niemczech. Większość spośród mieszkających tu Szwajcarów zupełnie niepatriotycznie robi zakupy właśnie za granicą - niemiecką lub francuską - bo blisko, a dużo taniej. Jako że w Niemczech VAT na większość produktów to ok. 20%, a w Szwajcarii 8% (tak... kiedy spojrzy się na paragon z zakupów, podatek od jedzenia to znikoma, groszowa - a właściwie rappenowa - sprawa), można rzecz jasna ten podatek odzyskać, z czego Szwajcarzy skwapliwie korzystają (a jako że mam już wszelkie niezbędne papiery, będę mogła korzystać i ja!). Cała procedura polega na pobraniu formularza w sklepie niemieckim, następnie - po dokonaniu zakupów, a przed przekroczeniem granicy - okazania tegoż (wraz z rachunkiem za zakupy) w małej budce, gdzie siedzą celnicy, którzy przystawiają stosowną pieczątkę. Zwrot pieniędzy otrzymać można w momencie powrotu do sklepu, np. z okazji następnych zakupów.

Komunikacja miejska. Bilet tygodniowy dla osoby dorosłej (zniżki wyłącznie dla dzieciaków, nie dla studentów) to koszt 38 CHF; można nabyć także miesięczne (70 CHF) i roczne (700 CHF). Jak widać, na im dłuższy okres kupuje się bilet, tym więcej się oszczędza. Bilet upoważnia do: przejazdu dowolnym autobusem, tramwajem oraz pociągiem w całym naszym mieście, a także w całym okręgu (co oznacza mniej więcej cały kanton, czyli - przekładając na polski - województwo). Jeśli pociąg TGV staje na stacji A i stacji B, a obydwie te stacje znajdują się w obrębie okręgu - nie ma sprawy, jedziesz, nic nie dopłacasz. Moi znajomi Szwajcarzy mówią, że drogo i kręcą nosem, że bilet nie obowiązuje na statki ("bo w innym mieście mają też na statki"). O jakości pociągów się nie wypowiem, bo jeszcze nie korzystałam. Co do komunikacji miejskiej - autobusy bez wyjątku wszystkie nowe, tramwaje za to stare (tj. po renowacji), niemniej mało hałaśliwe; nie wiem, jak oni to tu zrobili. Jeśli chodzi o częstotliwość kursowania - wychodząc z domu na oślep, nie sprawdzając rozkładu, nigdy nie czekałam na autobus czy tramwaj dłużej niż 4 minuty. Nawet w dni świąteczne. Co może dowodzić, że mam niebywałe szczęście (i rujnuje zarazem piękną teorię, jaką wykładał był dr K.) albo też tego, że komunikacja miejska kursuje należycie często - interpretacja dowolna ;-) Tramwaje czasami się spóźniają - minutę, nie więcej. Wszędzie na przystankach są wyświetlacze informujące o czasie przyjazdu; takie, jak pojawiły się swego czasu gdzieniegdzie w Gdańsku i przez parę miesięcy bardzo fajnie funkcjonowały - do momentu, aż przestały (bo miały za zadanie pobierać dane o lokalizacji pojazdów z GPS-ów, a potem ponoć ZKM/ZTM dostało rachunek za net...

Samochód. Posiadanie samochodu w Szwajcarii, zwłaszcza jeśli jest się cudzoziemcem, jest sprawą trudną i/lub drogą. Generalnie rzecz biorąc, robi się wszystko, aby zachęcić ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. W ramach wszystkiego, stworzono trzy rodzaje stref parkowania. Strefa żółta - miejsca zarezerwowane (innymi słowy: człowieku, lepiej tam nie stawaj). Strefa niebieska - gdzie wolno parkować przez godzinę [11.02.2018 - to akurat nieprawda: dozwolony maksymalny czas parkowania jest natomiast napisany na parkomacie], jednocześnie zaś należy posiadać specyficzny papierowy zegar, umiejscowiony za przednią szybą. Na tymże zegarze ustawia się godzinę wedle odpowiednich reguł: jest to kolejne wpół do, tzn. jeśli przyjeżdżasz o 13.15, to ustawiasz na 13.30 i musisz zmyć się o 14.30. W strefie niebieskiej można parkować także - najczęściej - między 18 a 9 (czyli o godzinie 9 należy zabrać samochód, zanim zjawi się straż miejska lub policja). Wreszcie - strefa biała. Miejsca bezpłatne, o ile nie zaznaczono inaczej (tzn. o ile w pobliżu nie znajduje się parkomat albo znak zmieniający reguły). Jak można się domyślić, miejsca "białe" bez parkomatów i ograniczeń są cholernie trudne do znalezienia i zazwyczaj konkuruje się o nie z Niemcami i Francuzami. My mieliśmy szczęście, bo w pobliżu naszego pierwszego mieszkania odkryliśmy ulicę, gdzie zazwyczaj można było dorwać białe miejsce... a co, jeśli się szczęścia nie ma? Oczywiście można trzymać samochód na parkingu z parkomatem (zależnie od lokalizacji - od 1 do kilku CHF na godzinę, więc no, łatwo policzyć). Można też wykupić miejsce na Parkingu Dostępnym Dla Wszystkich, Niezależnie, Czy Jesteś Cudzoziemcem Czy Też Nie. Miejsce takie kosztuje ok. 200 CHF miesięcznie. Jednakowoż my jesteśmy uparci i wolelibyśmy jakąś inną opcję, bez grania z Niemcami i Francuzami w komórki do wynajęcia czy sponsorowania parkingowych. Co wtedy? Otóż wszystko jest łatwe i proste, jeśli jesteśmy zameldowani na terenie Szwajcarii. Wówczas kupuje się kartę parkingową (których to rodzajów kart jest od groma; np. karta dla pana/pani Złotej Rączki, ażeby mógł/mogła zaparkować sobie legalnie w dowolnym miejscu, gdy jedzie przetykać zlew) za ~40 CHF miesięcznie. (A właściwie dostaje się ją do rączki, z informacją, że rachunek przyślą później, pocztą). A jeśli meldunku się nie posiada? Cóż, wtedy można płakać, błagać i grozić samobójstwem, wszyscy są bardzo mili, ale nieustępliwi - karty się nie dostanie. Nie i już. Są papiery, jest karta. Nie ma rączek, nie ma ciasteczek. Proste. BTW, 99,99% miejsc parkingowych [11.02.2018 - na ulicy] w Szwajcarii to okazja do przećwiczenia parkowania równoległego. Jeśli ktoś lubi, to fajnie; ja zawsze wolałam prostopadłe i skośne.

Drogi i korki. Krótko: jakość Q. Jako bonus widoki na przepaście/doliny, w i na zboczach których znajdują się wsie i miasteczka. Z autostrad (płatne, winieta kosztuje 40 CHF rocznie) jeszcze nie korzystaliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Remonty oczywiście też są (w sporej ilości); każda mała dziurka w nawierzchni jest obficie oznakowywana i naprawiana. Korki niestety są również: w godzinach powrotu z pracy (18-20) - coś jak Słowackiego w godzinach szczytu. W innych godzinach korków - ku naszemu zdumieniu - brak. Znajomi Szwajcarzy narzekają, że korki to okropny problem. (Kusiło mnie, żeby spytać ich, co powinni powiedzieć Niemcy, gdzie korki - i to takie, że trzeba wyłączyć silnik - tworzą się nawet na autostradzie? W Polsce nie, bo jesteśmy cwani i nie mamy autostrad). Wrażenie ogólne: czysto i spokojnie. Mnóstwo starych kamienic, okiennice jak z klocków Lego. Tuż za miastem widoki jak pocztówki maźnięte Photoshopem. Jakimś cudem mury domów nie są pobazgrolone sprayem (gdzie np. mosty czy wiadukty już tak), co ciężko mnie zastanawia - jak oni tutaj to robią, że są w stanie upilnować?... Wszędzie pełno zieleni; minimum betonu, a jeśli już muszą użyć, to starają się obsadzać drzewami/krzewami/trawą. Ekrany wygłuszające przy drogach, jak i wszelkiego rodzaju płoty, są obsadzane krzewami i bluszczem, tak, że najczęściej są prawie całkiem zasłonięte. Zieleń nie przycięta pod sznurek na sposób Niemców, ale ograniczana w sposób racjonalny - wybujała, czasami wręcz chaszczowato. Ładnie. Wszędzie ogromna ilość miejsc parkingowych dla rowerów i skuterów (przy stacji głównej ichniego PKP - kilka tysięcy miejsc), wyznaczone pasy do jazdy - na poboczu dróg - oraz mnóstwo ścieżek rowerowych. Co chwilę - mimo, że jest już jesień - widzi się ludzi na rowerach; to tutaj chyba najpopularniejszy środek transportu. Ludzie w większości spokojni, wyluzowani, uśmiechnięci - potrafią pozdrowić zupełnie obcą osobę, mijaną na spacerze. Nie spieszą się, do czego staram się przyzwyczaić, ale co bywa czasami bardzo irytujące. Zauważyłam również, że pytanie "jak długo coś potrwa", nawet jeśli zadane spokojnym, normalnym tonem, potrafi wywołać ciężką urazę (pani z urzędu emigracyjnego) czy próby uspokojenia (pani w salonie sieci komórkowej - a ja byłam zmęczona i chciałam tylko wiedzieć, ile mam jeszcze czekać w tej cholernej kolejce!... I naprawdę byłam miła i spokojna, zadając to pytanie!...)

O pracy (w tym - godzinach pracy), praniu, języku, recyklingu, kosmetykach, laptopach i godzinach otwarcia sklepów - następnym razem, kiedy znajdę siły. (Oraz pewnie powinnam dorzucić jakieś fotki do tej ściany tekstu, ale to nie dziś).