sobota, 17 grudnia 2011

O podłych szwajcarskich wirusach, kalendarzach adwentowych i płatnościach.

Chodziłam sobie do pracy w listopadzie, chodziłam sobie do pracy w grudniu; wszyscy wokół chorowali, a ja gratulowałam sobie żelazobetonowej odporności. Aż we wtorek jakiś podły wirus przedarł się przez linie obrony i leżę chora. W związku z tym, jako że dzisiaj już umieram trochę mniej, nadrabiam zaległości joggerowe.

Jak wygląda tutaj wizyta u lekarza, gdy nie ma się jeszcze wykupionego ubezpieczenia? (A nie ma się, bo opcji jest milion pięćset sto dziewięćset, oferty tylko po niemiecku* i jeszcze się nie podjęło decyzji, co i jak - podjąć zaś ją trzeba w ciągu 3 miesięcy od pierwszego dnia pracy tutaj). [11.02.2018 - nie wiedziałam też wtedy o istnieniu portalu http://comparis.ch] Ano, chora i konająca zadzwoniłam do pierwszego lepszego lekarza (o specjalności Hausarzt) z mojej miejscowości, wyjaśniłam pani, że ja nieubezpieczona, ale w potrzebie - no i zarejestrowali mnie na za dwie godziny. Powlokłam się na miejsce, gdzie założono mi kartę i z opóźnieniem sześciominutowym poproszono do gabinetu. Pani doktor na powitanie uścisnęła mi rękę i przywitała się, potem zaś mnie zbadała i uznała, że powinnam poleżeć w domu do pon. włącznie - co potwierdziła stosownym zwolnieniem, wydrukowanym po prostu na zwykłej kartce, acz opatrzonym, rzecz jasna, pieczątką i (nieczytelnym) podpisem. Następnie wydzieliła mi bezpłatnie (?) 2 blistry tutejszego odpowiednika ibuprofemu, dołączając wydrukowaną ulotkę do tegoż. Na moje zapytanie, co z forsą (w sensie - komu ja mam tutaj zapłacić) powiedziała, że zapłacę przy wizycie kontrolnej, w poniedziałek. Po czym mile się pożegnała.
Najwyraźniej nikomu nie przyszło tu do głowy, że mogłabym nie przyjść na wizytę kontrolną - i co wtedy z zapłatą za wizytę. Na porządku dziennym stosowana jest tu bowiem taka (prawie zupełnie niestety nieznana w Polsce) zasada, jak zaufanie - do pacjenta/pracownika/klienta/obywatela itd. Jest to oszałamiające, ale i bardzo przyjemne: że prawie nikt (poza pojedynczym przypadkiem w sklepie, który już opisywałam - oraz celnikami na granicy, o czym potem) nie zakłada, iż jestem oszustką/złodziejką/naciągaczką. To takie... fajne, kiedy człowiek nie musi udowadniać, że nie jest wielbłądem. Widać to w wielu aspektach życiowych - nagminnie opóźniających się rachunkach za wszystko (parkowaliśmy od początku listopada, a rachunek za listopad i grudzień przyszedł na początku grudnia; z internetu korzystamy tu od początku listopada, zaś rachunek jeszcze nie dotarł); w tym, że klientom z czystą historią płatniczą wiele sklepów najpierw wysyła produkt, zaś klient płaci potem. W tym, że ludzie beztrosko zostawiają tutaj nieprzypięte rowery z pełnym wyposażeniem, rzeczy typu kask czy rękawiczki... Owszem, w pociągach są plakaty proszące, aby uważać na kieszonkowców - którzy mają tu zapewne bardzo ułatwione zadanie, jako że ludzie zupełnie nie pilnują plecaków czy torebek. Jak już wspominałam, w pralniach stoją pralki i suszarki (firm takich jak Miele - kto zna rynek pralek, wie, jaka jest wartość tej marki), w piwnicach i garażach ludzie również trzymają mnóstwo rzeczy... Jeśli coś stoi w przestrzeni tzw. publicznej - np. na klatce schodowej albo przed blokiem - ludzie wezmą to dopiero wtedy, gdy danej rzeczy towarzyszy karteczka z napisem "gratis". Wystawia się tu w taki sposób np. używane telewizory. Nie wiem oczywiście, jak byłoby ze zgubionym portfelem (i nie zamierzam testować), niemniej bardzo fajne jest uczucie, że możesz spokojnie zostawić nawigację samochodową i radio w środku auta; że jeśli zostawisz zakupy na chwilę na klatce niepilnowane, to nikt Ci się do nich nie dobierze... W Polsce próbkę tego miałam w poprzedniej pracy - można tam było zgubić dowolnie wartościową rzecz (z pieniędzmi włącznie) i zawsze wszystko się znajdowało. Tutaj rozciągnięte jest to na znacznie większy obszar. Bardzo mi się to podoba.

Szwajcarzy dbają także o prawo każdego człowieka do wypoczynku - co wiąże się niestety z tym, że sklepy są tutaj czynne bardzo krótko (w dni powszednie do 18.30, z wyjątkiem czwartków - wtedy do 20.00; w niedzielę zaś otwarte są tylko pojedyncze sklepy spożywcze - najczęściej te znajdujące się w pobliżu dworców) [11.02.2018 - godziny otwarcia sklepów zależne są od kantonu. Teraz mieszkam w miejscu, w którym w sobotę sklepy czynne są tylko do 16:00... i to, że w czwartki i piątki do 21:00, bynajmniej tego nie wynagradza] Innymi słowy, jedyny sensowny dzień na zakupy to sobota - co wiąże się niestety z dzikimi tłumami innych kupujących. Nie powiem, żeby to rozwiązanie podobało mi się jakoś bardzo - za to owszem, bardzo podoba mi się, że mnie nikt nie zmusza (czy też zachęca, bo przymusu przecież nigdzie nie ma, nieprawdaż) do nadgodzin. Jedyna osoba w mojej pracy, która wyrabia nadgodziny (i to sporo), to szef. Nikt więcej. Inna sprawa, że z tego co wiem, za nadgodziny pracodawca jest tu zobowiązany płacić - i nie ma zmiłuj w tej kwestii ani sztuczek umożliwiających, żeby nie. Najwyraźniej żadnej firmie się to nie opłaca.

Rzeczą, która zaszokowała mnie tu jak dotąd najbardziej, jest ubezpieczenie od bezrobocia, które nabywa każdy Szwajcar po pół roku pracy na etacie (nie wiem, czy cudzoziemcy też) [11.02.2018 - tak, cudzoziemcy też] Polega ono na tym, że jeśli dana osoba straci pracę, wówczas przez 1,5 roku otrzymuje 80% (jeśli ma dzieci) lub 70% (jeśli nie ma) swojej poprzedniej pensji.
...To tyle w kwestii lęku przed bezrobociem.

Zaś z ciekawostek mniej lub bardziej przyjemnych, jakie nas tu ostatnio spotkały, jedną była wizyta policji w środku nocy. Spaliśmy sobie smacznie, kiedy nagle ktoś zadzwonił do drzwi wejściowych i otworzył je, przyświecając sobie latarką i wołając "Policja!". Półprzytomna, zastanawiając się, czy to mi się śni, otuliłam się w szlafrok i powlokłam do drzwi. Jak się okazało, po powrocie do domu jakimś cudem nie domknęliśmy drzwi wejściowych, zostawiając małą szparę. Policjanci zaś poszukiwali jakiegoś naszego sąsiada - dorosłego mężczyzny, który od 8 (tak, ośmiu! I już zaczęli go szukać!) godzin nie pojawił się w domu i rodzina zgłosiła jego zaginięcie. Zaczęli od przeszukiwania bloku i zauważyli, że drzwi do naszego mieszkania są uchylone - stąd postanowili sprawdzić, czy coś się stało. Poprosili mnie, żebym upewniła się, czy poszukiwanego nie ma w naszym mieszkaniu (mieli kartkę z jego zdjęciem), a następnie bardzo przeprosili za najście i sobie poszli.

Inną sytuacją, w jakiej mieliśmy do czynienia z tutejszymi służbami umundurowanymi, było ostatnie przekraczanie granicy, gdy wracaliśmy z zakupów w Niemczech. Do tej pory zatrzymywano nas ze dwa razy - ale tylko po to, żeby zapytać, po co byliśmy w Niemczech - i gdy się wyjaśniło, że na zakupach i że tak, jesteśmy świadomi przepisów celnych i nie, nie przewozimy więcej niż kilogram czerwonego mięsa na dwie osoby, puszczali nas dalej bez jakiegokolwiek sprawdzania czy nakazu zjazdu na bok. Tym razem nie mieliśmy włączonych świateł (zupełny przypadek, ot, roztargnienie kierowcy) - i najwyraźniej celnicy pomyśleli, że było to celowe, aby ukryć rejestrację (nie pomyśleli za to, że gdybyśmy naprawdę chcieli nie zwracać na siebie uwagi, to a) nie zrobilibyśmy nic podejrzanego b) każdy przy zdrowych zmysłach, kto przemycałby coś do Szwajcarii, jechałby szwajcarskim autem, a nie polskim). Kazali nam zjechać na bok, obejrzeli pobieżnie samochód, szukając najwyraźniej skrytek przemytniczych i kazali pokazać dokumenty nasze oraz samochodu. Deliberowali nad nimi dłuższą chwilę, by wreszcie zapytać nas, czy mamy kartę parkingową. Mieliśmy, pokazaliśmy. To ich najwyraźniej nieco skonfundowało; znowu coś omawiali. Wreszcie jeden z nich zapytał, czy nie mamy Papierka Uprawniającego Do Regularnej Jazdy Samochodem Na Obcych Rejestracjach Po Terenie Szwajcarii. Nie mieliśmy, bo też mimo n-krotnego przekraczania granicy w tę i z powrotem, nikt do tej pory nie powiedział, że coś takiego powinniśmy mieć - co też wyjaśniliśmy panom celnikom. W efekcie tego wyjaśnienia, po uiszczeniu stosownej, urzędowej Opłaty Za Wystawienie Papierka (bez dramatu, 25 CHF), otrzymaliśmy PUDRJSNORPTS i mogliśmy ruszać. Nikt nawet nie zajrzał do naszych zakupów, a nieco się tego obawiałam, nie będąc pewną, czy przypadkiem nie przemycamy alkoholu (nie wiedzieliśmy, jakie są limity. Jak się potem okazało, nie przekroczyliśmy ich. Dozwolone na głowę: litr alkoholu powyżej 15%, 2l poniżej 15%). [11.02.2018 - uwaga: obecnie te limity są inne, bo zmieniają się przynajmniej raz na rok; trzeba trzymać rękę na pulsie]

A na zakończenie jeszcze o kalendarzu adwentowym, bowiem oszołomiło mnie bogactwo wyboru tychże. Otóż: można tu kupić oczywiście te tradycyjne z czekoladkami, wielu różnych firm, łącznie z np. sygnowanym znakiem M&M's; są takie z szufladkami/skarpetkami/pudełeczkami, które można napełnić dowolną zawartością; są takie z zabawkami, herbatami i takie z piwem (tak, 24 różne puszki piwa). A także dietetyczne - tzn. z samymi obrazkami, bez czekoladek. Ot, każdemu wedle potrzeb. Nie zajrzałam do seksszopu - może tam byłyby z 24 różnymi prezerwatywami? [11.02.1018 - a najlepszy i tak jest od Läderacha]

I to tyle na dzisiaj - jako, że święta coraz bliżej, czas na tradycyjne oglądanie "Love Actually".



*no dobra, jeszcze czasem po francusku i włosku, bardzo śmieszne

"O Tannenbaum, o Tannenbaum...", czyli rzecz o bombkach i szaszłykach.

Tydzień temu zdecydowaliśmy się wybrać na Jarmark Świąteczny - dość szeroko rozreklamowany i wyglądający bardzo zachęcająco, zwłaszcza po zmroku (jestem wielbicielką ładnych iluminacji). Swego czasu czytałam na necie co nieco na temat jarmarków świątecznych w Niemczech i bardzo chciałam zobaczyć, jak wygląda to tutaj. (Ponieważ - jak ta ostatnia - zapomniałam aparatu, zdjęcia robiłam komórką; co oczywiście odbiło się w fatalny sposób na ich jakości).

Pierwsze wrażenie z Jarmarku: zapach grzanego wina (ja osobiście nie znoszę, ale tu najwyraźniej jest to popularny napój świąteczny i wiele osób się nim raczyło). [11.02.2018 - naprawdę kiedyś nie lubiłam grzanego wina?!] Wszystkie stoiska ozdobione motywami świątecznymi - każde inne. Najbardziej podobała mi się restauracyjka z jeżdżącym i gwiżdżącym pociągiem. (Niestety akurat te zdjęcia nie wyszły).

Dużo punktów gastronomicznych - dla każdego coś dobrego. Tradycyjne potrawy szwajcarskie: raclette i fondue. Po raz pierwszy w życiu jadłam raclette (nie mogłam się nie skusić, zapach mnie spętał i zniewolił!) Danie to jest bardzo proste, a polegało na tym, że z topiącego się w specjalnym ustrojstwie bloku żółtego sera pan ściągnął łopatką to, co było roztopione (trochę tak, jak przy okrawaniu kebaba), dorzucił dwa ziemniaki w mundurkach, korniszony i cebulki marynowane. Niektórzy posypywali sobie jeszcze ser czymś, co wyglądało jak papryka w proszku - więc w ramach eksperymentu i testowania nowych smaków, posypałam częściowo i ja. Korniszony i cebulki do raclette mi nie podpasowały, toteż nimi wzgardziłam, natomiast gorący ziemniak maczany w żółtym serze okazał się być poezją smaku. (Zawsze uwielbiałam ziemniaki prosto z ogniska, z masłem i solą - teraz okazało się, że żółty ser też może być rewelacyjnym dodatkiem. Zapewne związane jest to z gatunkiem sera - ja tutejsze po prostu uwielbiam; w niczym nie przypominają gumowatych wyrobów seropodobnych czy też - równie gumowatych - plasterkowanych Hochlandów). Ale dość o serze... zwłaszcza, że zrobiłam się głodna...) Na jarmarku nabyć można było także precle, od maleńkich aż po gigantyczne. Sprzedawano także szaszłyki z owoców (np. truskawek, bananów czy ananasa) w mlecznej lub gorzkiej czekoladzie - które właściwie powinny zostać zakazane prawnie, ponieważ są mocno uzależniające (odkąd w zeszłą niedzielę zjadłam jednego, codziennie o nich myślę... a że się rozchorowałam i leżę w łożku już piąty dzień, to nie po drodze mi na jarmark ( aaaa, szaszłyka!...)

Były też prażone migdały w różnych smakach... i pączki (nie dziwota, że z Toblerone; oni tu używają Toblerone do rozmaitych rzeczy, m.in., jak mi powiedziano, do czekoladowego fondue), a także naleśniki, gorąca czekolada z bitą śmietaną i mnóstwo innych przysmaków. To co, kto wpada do nas w odwiedziny w przyszłym roku przed Bożym Narodzeniem?

Na Jarmarku pojawiły się firmy nie tylko ze Szwajcarii, ale i także z Niemiec czy Belgii. Nabyć można było najróżniejsze świąteczne (i nie) akcesoria i prezenty. Mnie najbardziej zachwyciło stoisko z kotami (magnesy, świeczniki, notatniki, figurki, świeczki, torebki, przywieszki, obrazki... wszystko z motywem kota) i tam zostawiłam najwięcej pieniędzy, ale te klasyczne świąteczne też były bardzo ładne (śliczne były zwłaszcza bombki - niestety ceny w stosunku do pensji podobne jak w Polsce, tj. ok. 30 CHF - lub więcej - za sztukę). Były m.in. bombki recyklingowe, zrobione ze starych sztućców; był pan, modyfikujący szklane produkty na oczach widzów - oraz knajpka, mieszcząca się w karuzeli (karuzela obracała się cały czas).

Były także stoiska ze smokami, blokami czekolady, świątecznymi ciasteczkami, poduszkami, formami do ciast i ciasteczek, biżuterią, piernikami, pieczątkami, zabawkami i licho wie, z czym jeszcze. Spędziliśmy na Jarmarku trzy bardzo miłe godziny, a najbardziej oczywiście żałowałam, że nie miałam więcej pieniędzy do wydania...

wtorek, 6 grudnia 2011

Obrazki.

Czekam na przystanku na autobus. Podjeżdża wcześniej, jak zwykle - kierowca gdzieś jeszcze idzie, a pasażerowie mogą zaczekać w środku, żeby nie marznąć. Drzwi zamykają się automatycznie za każdym wchodzącym - tak, aby osobom siedzącym w środku nie było zimno.

Idę ulicą. Mężczyzna idący przede mną pali - podobnie jak chyba większość Szwajcarów. Czując smród papierosowego dymu, z irytacją po raz setny myślę o tym, jak do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i jak bardzo brakuje mi zakazu palenia na przystankach czy dworcach. [11.02.2018 - obecnie obowiązuje zakaz palenia m.in. w halach dworcowych. Pali ok. 25% Szwajcarów - do roku 2011 liczba palaczy sukcesywnie malała, a od 2011 roku jest mniej lub bardziej stała]

Czekam na peronie na pociąg. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu (jedyny taki przypadek w ciągu paru tygodni) przez megafon informują, że pociąg jest opóźniony dwadzieścia minut.
- Zwanzig Minuten?! - powtarza stojący obok chłopak z taką grozą w głosie, jakby właśnie mu powiedziano, że opóźnienie pociągu wynosi trzy godziny (i "może ulec zmianie...", nieprawdaż - to znaczy wydłużyć się jeszcze bardziej, bo przecież nie skrócić; nigdy się nie skraca). Oczywiście wszyscy spieszący się do pracy nie muszą się martwić, bo spóźniającym się pociągiem jest dalekobieżny, a za trzy minuty będzie kolejny podmiejski - czy jakikolwiek inny, bowiem posiadając bilet miesięczny na dany region kraju, jechać można jakimkolwiek pociągiem, jaki nadjedzie.

Tłumaczę kolegom z pracy, że chciałabym skrócić sobie lunch - z przewidzianych pięćdziesięciu minut do dwudziestu, tak żeby móc wyjść z pracy te pół godziny wcześniej. W odpowiedzi słyszę, że ustawa przewiduje, że lunch w żadnym razie nie może być krótszy niż pół godziny. Tłumaczę, że przecież nikt postronny nie musi wiedzieć, że skracam sobie lunch. W odpowiedzi słyszę, że przecież ustawa mówi, że pół godziny. Próbuję powiedzieć coś o uszczęśliwianiu na siłę, ale rezygnuję, widząc nierozumiejące spojrzenia. [11.02.2018 - to na szczęście zależy od firmy; w mojej ostatniej mój piętnastominutowy lunch nie spotkał się z żadnym protestem ani zdziwieniem]

Wracam pierwszego grudnia z pracy do domu. Blok wita mnie świątecznymi dekoracjami. Dekoracje te wiszą też... w windzie. Nie powinno mnie to właściwie dziwić, biorąc pod uwagę, że bardzo popularne jest tutaj dekorowanie drzwi w bloku czy przydomowych ogródków. Nikt tych dekoracji nie niszczy. Ani nie kradnie. [11.02.2018 - oj, czasem kradzieże się niestety zdarzają, ale rzeczywiście bardzo rzadko]

Od 12 grudnia w całej Europie obowiązuje nowy rozkład jazdy pociągów. Na dworcu o fakcie tym przypomina przechodniom gigantyczny transparent. Prócz tego ze skrzynki pocztowej już pod koniec listopada wyciągnęliśmy nowy (w formacie kieszonkowym) rozkład pociągów/tramwajów/autobusów na cały kanton.

Wchodzimy do cukierni Spruengliego na dworcowym pasażu. Zachwycam się jednym z bożonarodzeniowych pierniczków, biorę go do ręki, by sprawdzić cenę przyklejoną na folii (5 CHF), potem odkładam na miejsce, komentując jednocześnie z zachwytem pozostałe ciastka. Sprzedawczyni wychyla się zza lady i sprawdza, czy aby na pewno pierniczek został odłożony na miejsce, a nie do mojej kieszeni. Nie wiem, czy z tego powodu, że usłyszała język polski (który zapewne wzięła za rosyjski), czy też z tego powodu, że wyglądamy ubogo/nie dość elegancko jak na tutejsze standardy (buty, kurtki). To pierwszy raz, odkąd tu jesteśmy, że coś takiego się dzieje; niemniej niemiłe uczucie pozostaje. [11.02.2018 - taka sytuacja w ciągu minionych sześciu lat zdarzyła mi się bodaj jeszcze tylko raz - w pewnym sklepie z ubraniami, gdy rozmawiałam z moją mamą po polsku; więcej tam po prostu nie poszłam]

Jako że koleżanka z pracy się rozchorowała, zdaję sobie sprawę, że nie znam procedury postępowania w razie choroby, toteż pytam kolegów co i jak. Otóż: zwolnienie lekarskie przynieść trzeba, gdy choroba trwa dłużej niż 3 dni. [11.02.2018 - w wielu firmach jest to 5 dni] Każdy dzień chorobowego to 100% pensji. Koledzy robią wielkie oczy, gdy wyjaśniam, że w Polsce to 70-80% (zależnie od pracodawcy).

Idziemy nastawić pranie. Nastawiam pranie, zamykam pralkę, idziemy włożyć kartę do czytnika, sterującego dostawą prądu do pralki. Wkładamy - a czytnik wciąż mruga jednostajną informacją "włóż kartę". Ani chybi coś się zepsuło - a tymczasem ja zatrzasnęłam już drzwiczki pralki i jak je teraz otworzyć bez prądu?! Wściekła na głupi szwajcarski system prania jadę windą na ostatnie piętro, do gospodarza domu, może jakoś pomoże. Dzwonię raz i drugi; najwyraźniej nikogo nie ma w domu. Wracam na dół, przywalam pięścią w czytnik, próbuję go otworzyć, sprawdzamy kartę w pozostałych czytnikach (działa) - gapię się na czytniki w bezsilnej frustracji, po czym zauważam, że na tym niedziałającym jest wciśnięty przycisk zatwierdzania minut. Gdy tylko go wydłubuję, karta rzecz jasna zaczyna działać. (Ale co się sfrustrowałam, to moje).

Mieszkam w miejscowości, w której zatrzymują się wszystkie pociągi ze stolicy kantonu, tak więc wracając z pracy nigdy nie muszę czekać na pociąg dłużej niż trzynaście minut; niezależnie, o której wpadam na peron. (Te trzynaście minut czekałam wówczas, gdy przybyłam jakieś dwadzieścia sekund za późno). Na dworcu w stolicy kantonu pociągi są zawsze podstawiane sporo wcześniej, więc nie trzeba czekać na zimnie i wietrze. Co prawda, nawet gdyby nie były, to i tak istnienie na peronie zamykanych poczekalni eliminuje problem. Ja, pierwszy zmarzlak przystankowy Rzeczypospolitej, nie zmarzłam tu jeszcze ani razu.