piątek, 28 października 2016

O tym, jak zobaczyłam, co jest za kloszem i dlaczego szkoła Migrosa nie jest dla mnie.

Dla tych co tl;dr - narzekam. Ale mam powód! 

Postanowiłam zapisać się na francuski. Uczyłam się go kiedyś, bardzo dawno temu i bardzo krótko, jeszcze w podstawówce - a potem nie miałam z nim styku w ogóle: póki nie wyjechałam do Szwajcarii. Co prawda mieszkam w części niemieckojęzycznej, ale w tej francusko- czasami bywam, podobnie jak w Alzacji (bo blisko). Jak we wszystkich miejscach, gdzie językiem dominującym jest francuski, nagle okazuje się, że prawie nikt nie mówi ani po angielsku, ani oczywiście po niemiecku (bo że po polsku nie, to wiadomo. Ilu spotkaliście w życiu cudzoziemców nie-Słowian, władających płynnie polskim? Ja jednego. Niemca.) Co prawda francuski zna A., ale ja, jako osoba z natury samodzielna, czuję się zdecydowanie lepiej, gdy sama mogę rozumieć i rozmawiać. Dodatkowo języków uczyć się lubię, kursy dla początkujących są tanie - wyszukałam więc ofertę ze szkoły Migrosa i wyklikałam uczestnictwo. Niestety nie było opcji lekcji próbnej (a dlaczego niestety, o tym za chwilę).
Pierwsze zajęcia przegapiłam, bo nie wpisałam sobie terminu ich rozpoczęcia do kalendarza, a mój mózg z jakiegoś względu zapisał w pamięci długotrwałej datę późniejszą niż faktyczna. Zdarzyło mi się takie coś pierwszy raz w życiu, ale cóż, trudno. Lekcja druga - a pierwsza dla mnie - odbyła się wczoraj. Nie podejrzewałam, że dostarczy mi tylu wrażeń...

Gwoli wprowadzenia: francuski jest tu pierwszym językiem obcym, uczonym w szkole, więc każda osoba wychowująca się w Szwajcarii miała z nim styk. Wielu ludzi ma również w rodzinie francuskojęzycznych krewnych. Ze względu na to, że przegapiłam pierwszą lekcję, gdy wszyscy przedstawiali się i mówili, czym się zajmują, nie mam pojęcia, kim są osoby chodzące ze mną na kurs. Wiem tylko, że to Szwajcarki (oraz jeden Niemiec). Nauczycielka jest prawdopodobnie albo Francuzką, albo Szwajcarką z francuskiej części. To młoda dziewczyna, nieśmiała i prawdopodobnie bez żadnego doświadczenia zawodowego ani, podejrzewam, stosownego wykształcenia pedagogicznego. (Jak wspominałam, kurs jest tani, a skądinąd wiem, że poniżej poziomu C1 niestety łatwo w szwajcarskiej szkole językowej o nauczycieli nie po filologii).

Ludzie są sympatyczni, owszem. To zresztą immanentna cecha Szwajcarów, nie jestem zdziwiona. Ale ich podejście... Po pierwsze, zachowują się jak rozbrykana grupka nastolatków. Zero skupienia, zamiast wykonywać ćwiczenia, przerzucają się żartami (oczywiście po niemiecku/w dialekcie, nie francusku), kierują rozmowę na zupełnie inne tory i marnują w ten sposób kolejne kwadranse. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko wesołej atmosferze w trakcie zajęć - ale, do cholery, to nie jest spotkanie towarzyskie, przyszliśmy po to (przynajmniej ja), żeby się czegoś nauczyć. Nauczycielka jest zupełnie bezradna i w ogóle nie wie, jak utrzymać grupę w ryzach. Prawdę mówiąc, współczułam jej; jednocześnie przez większość czasu miałam chęć wstać i poprowadzić tę lekcję osobiście (pracowałam kiedyś, na początku drugich studiów, jako nauczycielka angielskiego. Nieskromnie powiem, że moi uczniowie bardzo mnie lubili, mimo że byłam wymagająca i utrzymywałam dyscyplinę).

A dlaczego w tytule notki wspomniałam o kloszu? Otóż szczęka opadła mi dwa piętra niżej, kiedy parę osób z grupy (dorosłych, przypominam! i nie, to nie był żart, byli w tamtej chwili absolutnie poważni) wyraziło ogromne zdumienie faktem, że płeć rzeczowników we francuskim nie jest taka sama jak w niemieckim (!!!) I te okrzyki oburzenia i niedowierzania "ale jak to, to nie ma żadnej reguły, tego się trzeba nauczyć NA PAMIĘĆ?!" 
[... Nie, no skąd, gdzieżby. Niemiecki jest przecież językiem podstawowym wszechświata, a wszystkie inne języki na tym globie to tylko kopia, w której pozmieniano parę nieistotnych rzeczy.
...
...]

Chwilę później jedna z dziewczyn oznajmiła rozkosznie, że nie ma pojęcia co to spółgłoska, bo nie przypomina sobie, żeby uczono ją w szkole o czymś takim. [Oczywiście, spółgłoski zostały wymyślone zupełnie niedawno, wprowadzono ten termin do użycia dokładnie dwa miesiące temu, pamiętam to jak dziś!] Za chwilę okazało się również, że obce jest jej słowo "aleja". [Wiadomo, kto by używał na co dzień takiego wyszukanego słownictwa!] 

Nikt w mojej grupie nie był również w stanie zauważyć banalnego - jak mi się wcześniej wydawało - faktu, że "e" na końcu wyrazu czytamy tylko wtedy, kiedy jest nad nim akcent. [Kto by tam zwracał uwagę na jakieś kreski, w niemieckim ich przecież nie ma, więc na pewno niczego nie znaczą!]

O tym, że w mojej grupie nikt nie wydaje się władać angielskim, chyba nie warto wspominać. (A wiem to stąd, bo dwa słowa, które wczoraj poznaliśmy, próbowałam im przetłumaczyć na angielski, nie umiejąc sobie przypomnieć ich niemieckiego odpowiednika. W odpowiedzi widziałam tylko pustkę w oczach).

Wykonanie prościuteńkich ćwiczeń, które zlecała nauczycielka, zajmowało im oceany czasu. Zgrzytałam zębami, patrząc na wskazówki przesuwające się na zegarze.   

Zdaję sobie sprawę, że w pewnym sensie żyję pod kloszem. Że na co dzień styk mam wyłącznie z ludźmi inteligentnymi, rozumującymi szybko, którym nie trzeba tłumaczyć niczego dwa razy. Posiadającymi sporą wiedzę i najczęściej także jakieś wykształcenie. Że ostatni raz z osobami pokroju mojej aktualnej grupy kontakt miałam pewnie jakoś w liceum (fakt, w klasie było kilka osób, których zaletą z pewnością nie była inteligencja; pamiętam też np. osiemnastoletnią koleżankę, która nie potrafiła przeczytać tekstu po polsku bez zająkiwania się i przekręcania słów). Ale... Naprawdę? Naprawdę można nie wiedzieć, nie widzieć, nie rozumieć tak oczywistych rzeczy?... 

Gdyby była to lekcja próbna, z całą pewnością więcej już bym się tam nie zjawiła. Jako że zrezygnować z opłaconego kursu nie można, nie pozostaje mi nic innego, jak tam chodzić, a w domu uczyć się we własnym tempie i przerabiać też te ćwiczenia, których nauczycielka nie zleca. (Jeśli ktoś zna jakąś appkę/stronę godną polecenia do nauki francuskiego, to napiszcie w komentarzu albo na mejla, proszę!) Coś bowiem czuję, że najważniejszym walorem lekcji będzie nie edukacja, a niewyczerpane źródło anegdot.

czwartek, 20 października 2016

[na znaną melodię]: Pięć lat minęło... jak jeden dzień.

Dla tych co tl;dr - o emigracji, bardzo osobiście. Czujcie się ostrzeżeni.

Za oknem złota szwajcarska jesień. Dokładnie tak piękna, jak pięć lat temu, kiedy rozpoczęła się moja emigracja. Trudno uwierzyć, że to już pięć lat; wydaje się, jakby przed chwilą. Czas gna jak szalony, a im starsza jestem, tym prędzej. Za pięć minut obudzę się na emeryturze...
Ale nie o tym chciałam. Okrągła (przynajmniej w systemie dziesiętnym) rocznica jest, jak wiadomo, dobrą okazją do podsumowań. O tym, dlaczego emigrację uważam za jeden z najlepszych pomysłów mojego życia, co w Szwajcarii mi się podoba, a co nie, pisałam kilka miesięcy temu. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, nie ma sensu się powtarzać. Dziś mam ochotę ugryźć temat od drugiej strony, dla wielu osób zresztą kontrowersyjnej: o czuciu się Polką/Polakiem na emigracji. Na przykładzie, rzecz jasna, własnym.

Nie będę ukrywać, że z Polski wyjechałam, bo było mi tam po prostu źle. Źle pod wieloma względami - których nie zamierzam tu opisywać, bo to temat na zupełnie inną notkę, sens pisania której jawi mi się zresztą mocno wątpliwym. W każdym razie - źle, do tego stopnia, że nie planuję tam wracać. W związku z tym jednak, bycie na emigracji dostarcza mi przeżyć w pewnym sensie schizofrenicznych. Emigracja bowiem w pewien szczególny sposób czyni Cię ambasadorem kraju, z którego pochodzisz. Wielu ludzi, których spotkasz, postrzegać będzie cały naród przez Twój pryzmat właśnie. Nie oszukujmy się, mało kto wolny jest od szufladkowania w stopniu takim, żeby całkowicie móc odrzucić pewne zmienne, określające człowieka (takie choćby jak kraj pochodzenia, religia czy zawód wykonywany). Jako cudzoziemiec, podlegasz mniej lub bardziej widocznej ocenie. Oczywiście, możesz się tą oceną nie przejmować w żaden sposób, jeżeli jednak chcesz się zintegrować ze społeczeństwem Twojego nowego kraju, jest ona dla Ciebie przynajmniej w pewnym stopniu istotna. 

Jesteś cudzoziemką. Tubylcy są zainteresowani. Zadają pytania. Również o kraj, z którego pochodzisz. I tu zaczyna się wyżej wspomniana schizofrenia. Z jednej strony, jako osoba z natury prawdomówna, miałabym chęć odpowiadać szczerze na pytanie, dlaczego wyjechałam. Z drugiej strony - wiem, że każda odpowiedź negatywna, jakiej udzielę, wpłynie w pewien sposób na postrzeganie mnie samej. Nie mam ochoty, żeby ktoś się nade mną litował albo traktował moje odpowiedzi jako zabawne anegdotki o dzikim kraju. W efekcie - wolę mówić jak najmniej. Oczywiście, rozjuszonej informacją o tym, co w polskiej polityce (niezależnie, jak bardzo unikam - Twitter dostarcza...), wymknie mi się czasem coś, co dla Szwajcarów będzie szokująco dziwne - albo po prostu potwierdzeniem, że ta Polska to wiadomo... wschód. (Na szczęście polityka jest tu tematem poruszanym ogromnie rzadko). Głównie jednak milczę w tej kwestii - albo udzielam pozytywnych informacji (piękno polskiej przyrody, smakowitość i różnorodność jedzenia, zawsze bezpieczny i radosny temat, polecam. Radzę omijać ulubione przez niektórych tematy historyczne - wywołują w najlepszym razie niezrozumienie, w najgorszym narazicie się na śmieszność). I znów schizofrenicznie: biorąc pod uwagę moją relację z krajem pochodzenia, wcale nie jestem chętna, żeby go wychwalać. Niemniej krew mi się burzy, gdy jakiś cudzoziemiec w negatywny sposób komentuje Polskę; i czuję się w obowiązku kształtować - moją osobą - wizerunek pozytywny. Gdy tak o tym teraz myślę, dochodzę do wniosku, że jest to ni mniej ni więcej, tylko hipokryzja typu "wszystko zostaje w rodzinie". Trudno. Można ją też zapewne nazwać patriotyzmem.   

Jednym z pytań, które słyszę co jakiś czas, jest również to, czy tęsknię za Polską. Za każdym razem, kiedy mówię "nie" (i szybko zmieniam temat, bo: patrz wyżej), widzę w oczach rozmówcy zdziwienie. Najwyraźniej tęsknota za ojczyzną jest wartością domyślnie przypisywaną dowolnemu emigrantowi, a ja, zaprzeczając, niszczę schemat. Prawda jest jednak taka, że nie tęsknię. W świecie prawie idealnym, w Szwajcarii mówiono by po polsku, a wszyscy moi bliscy i przyjaciele mieszkaliby tutaj; w sklepach zaś można byłoby nabyć bez problemu kabanosy, słonecznik "z głowy", żurek czy kaszę. To jest bowiem dokładnie to, kogo/czego mi tutaj brakuje. Niczego więcej. To, że latam co jakiś czas do Polski (mniej więcej raz-dwa razy na rok), robię ze względu na przyjaciół właśnie - i chęć pokazania A. kraju, z którego pochodzę. Nie, nie twierdzę, że pobyt tam jest dla mnie nieprzyjemny - wręcz przeciwnie, odkąd zjawiam się wyłącznie jako turystka, jest bardzo fajnie. Po prostu nie lubię latać tam zbyt często. 

Na przeciwnym biegunie pytań znajdują się osobnicy mieszkający w Polsce, a programowo zajmujący się odsądzaniem od czci i wiary wszystkich emigrantów. (Nie mam nieprzyjemności znać osobiście, ale internet dostarcza w tej materii nader obficie). Najłagodniejszym chyba powtarzającym się wykrzyknikiem jest to, czy/jak śmie jeden z drugim czuć się Polakiem, skoro mieszka na obczyźnie. Absurdalność tego zdumiewa mnie zawsze jednakowo. Czy jeśli przeniesiemy takiego delikwenta do stajni, zacznie uważać, że jest koniem? Oczywiście, że czuję się Polką. Jestem Polką i niezależnie od tego, czy mi się to podoba czy nie, nic tego nie zmieni. Urodziłam i wychowałam się w Polsce, w konkretnym kręgu kulturowym i regionie, wśród ludzi o takiej, a nie innej mentalności, zwyczajach, tradycji, historii - i to wszystko jest częścią mnie, to mnie w dużej mierze ukształtowało, wpłynęło na to, że jestem tym, kim jestem. Dotyczy to też języka, jakim mówię (zwanego po polsku ojczystym, po niemiecku czy angielsku zaś, dużo trafniej, językiem matki). Emigrowałam jako osoba dorosła, nie wychowałam się w domu dwujęzycznym, przeczytałam po polsku tysiące książek - żaden język obcy nigdy nie będzie mi tak bliski jak polski właśnie. 

Emigracja w dzisiejszym świecie pozwala, jeśli ktoś chce, na bycie na bieżąco np. z wiadomościami z kraju. (Tych staram się zresztą unikać, w trosce o moje dobre samopoczucie i zdrowie psychiczne). Ale... czas płynie. Tam - w kraju pochodzenia - zmienia się. Naturalna kolej rzeczy, naturalny proces. I w pewnej chwili przyłapujesz się na refleksji, że nie nadążasz za tymi zmianami. Że niepostrzeżenie oddaliliście się od siebie bardzo - kraj i Ty. Że to już nie jest dom. I nawet nie ze względu, że tego nie chcesz - po prostu tak się stało, poszliście w innych kierunkach. Już tam nie pasujesz. Już nie jesteś stamtąd i nigdy już nie będziesz. Życie w nowym kraju zmieniło Cię - trwale. Ale też - niezależnie, jak bardzo lubisz swój nowy kraj i jak bardzo się zintegrujesz - nigdy nie będziesz w pełni stąd. Do tego bowiem trzeba by się tu urodzić i wychować. Są kody kulturowe, które poznasz po latach albo może nigdy - tylko dlatego, że wyrosłaś tam, nie tu.

Gratulacje! Stała(e)ś się częścią nowego narodu: narodu emigrantów. Bo tylko oni są w stanie naprawdę to zrozumieć.    

środa, 19 października 2016

Zakupy internetowe.

Przyzwyczajona do rynku online w Polsce, w Szwajcarii przeżyłam niemiłe zaskoczenie. Nie dość, że sklepów internetowych jest relatywnie niewiele, to jeszcze bardzo często - wbrew, wydawałoby się, logice - w wielu z nich nie jest taniej niż w tych stacjonarnych. Dobrym przykładem są tu zoologiczne - korzystałam z kilku różnych (najczęściej Zooplus i Tautiershop) i choć jakość produktów jest bez zarzutu, a w zamówieniach nigdy niczego nie pomylono, to ceny są takie same, a czasem wręcz wyższe niż w sklepach stacjonarnych. Z szybkością wysyłki też bywa różnie; Zooplus potrzebuje czasem nawet i ponad tygodnia. 

Jeżeli chodzi o ubrania, buty i dodatki, wolę kupować je stacjonarnie. Ostatnio jednak, próbując się przełamać, robiłam zakupy w Zalando, Globusie i Manorze - w tym ostatnim po raz pierwszy. Paczka z Manora doszła dość szybko, ale jedna z bluzek była w kolorze innym niż zamówiłam. Może się zdarzyć, nieprawdaż, nikt nie jest idealny. Niezrażona, zadzwoniłam do BOK-u i spytałam, czy mogą przysłać do mnie kuriera z bluzką we właściwym kolorze - który to kurier zabrałby zarazem tę w niewłaściwym. Dodałam, że za dwa dni wyjeżdżam na wakacje i że zależy mi na czasie, bo zakupy robiłam z myślą o wyjeździe właśnie. Pracownica Manora uprzejmie wyjaśniła, że kurierem potrwałoby to ze dwa-trzy dni i że najlepiej zrobię, kontaktując się z najbliższym fizycznym sklepem i pytając, czy mogę dokonać wymiany tam. To był pierwszy zgrzyt - oczekiwałabym, że to ona powinna dla mnie sprawdzić tę informację; miała wszystkie dane zamówienia, a o ile wiem, system pokazuje im dostępność produktów na terenie całego kraju. Ale cóż robić, zadzwoniłam sama. W efekcie przekierowywano mnie od osoby do osoby tylko po to, żebym po półgodzinnym wiszeniu na telefonie mogła wreszcie dowiedzieć się, że możliwości wymiany bluzki nie ma. Zadzwoniłam więc ponownie do BOK-u. Tym razem pracownik, spytany o kuriera, powiedział mi, że absolutnie nie ma takiej opcji i że bluzkę  mogę wymienić tylko odsyłając ją do Manora - na własny koszt - i zamawiając jednocześnie nową (ponownie: na własny koszt). Odparłam na to, że błąd jest ich i w związku z tym koszty wymiany powinni pokryć też oni. W odpowiedzi usłyszałam bezradne, że w takim razie zakłada zgłoszenie z tą sprawą. Upewnił się dwukrotnie co do mojego numeru telefonu, po czym powiedział, że ktoś do mnie oddzwoni. Nauczona pozytywnymi doświadczeniami ostatnich pięciu lat, nie pomyślałam nawet o tym, żeby poprosić o numer zgłoszenia lub nazwisko rozmówcy. Pojechałam na urlop, wróciłam; minęło ponad pół miesiąca i nikt się nie odezwał. Wystawiłam zatem Manorowi negatywną recenzję, a jednocześnie wysłałam do biura obsługi klienta mejl z opisem sprawy. Zareagowali szybko: już na następny dzień otrzymałam informację, że mój komentarz został odrzucony (!) (W roli wyjaśnienia "dlaczego" wystąpiła standardowa, nic nie mówiąca formułka; zdecydowanie lepiej wypadliby, pisząc szczerze "nie publikujemy negatywnych komentarzy"). Z BOK-u przyszedł natomiast mejl, składający się głównie z: przeprosin, stwierdzenia, że wspomniane zgłoszenie w ich systemie nigdy nie zaistniało oraz informacji, że pieniądze zostaną mi zwrócone, a bluzkę mogę sobie zatrzymać. (Mejl o zwrocie pieniędzy przyszedł kilka sekund później). Tym samym w efekcie końcowym zostałam z darmową bluzką w niewłaściwym kolorze i stanowczą decyzją, że już nigdy więcej nie kupię niczego w Manorze online. Abstrahując nawet od tego, że nie potrafią poprawnie reagować na spowodowane przez siebie problemy - ale ciuchowy sklep internetowy, w którym klient musi ponosić koszty zwrotu i wymiany?! 
Zwłaszcza że konkurencja - czyli Zalando i Globus - oferuje dużo lepszą jakość usług: przede wszystkim umożliwia bezpłatną odsyłkę, zarówno zwrotu, jak i wymiany. W przypadku Globusa rzeczy można zwrócić też do ich najbliższego sklepu. Do każdej paczki załączony jest wypełniony formularz zwrotu (łącznie z powodami) - wystarczy tylko odhaczyć kilka pól i gotowe, nie trzeba niczego wypisywać. Dodatkowo, kiedy zwrot dociera i zostaje zaksięgowany, otrzymuje się mejla z informacją o tym.
Płatności w Globusie dokonywać można za pomocą karty klienckiej, działającej podobnie jak karta kredytowa, tyle że bez opłat rocznych. Pieniądze zwracane są tym samym po prostu przez zaksięgowanie na tej karcie. Wysokość limitu ustalana jest na podstawie podanej przez siebie wysokości rocznych zarobków. Paczki docierają w miarę szybko; dwa-trzy dni po złożeniu zamówienia.

Zdecydowanie najlepiej przedstawia się nabywanie sprzętu elektronicznego. Raz, że to fajne zakupy: nie trzeba dotknąć ani przymierzyć, a wiadomo, czego się spodziewać i że nie będzie źle na nas leżało. Dwa - w przypadku tych sklepów ceny zazwyczaj są niższe niż w sklepach. Trzy - w Szwajcarii zabawki elektroniczne są tanie nie tylko w stosunku do pensji, ale często najzupełniej dosłownie. Przykład - produkty Apple. Po przeliczeniu cen szwajcarskich i polskich na jedną walutę przekonać się można, że w Szwajcarii jest sporo taniej.
Jeśli polujemy na okazje, warto zaglądać na Daydeal. Z własnych doświadczeń polecić mogę też sklepy takie jak Brack, Galaxus, Digitec, Internet czy Fust. Z każdym z nich mam dobre doświadczenia; zarówno wysyłka, jak i odbiór osobisty (w przypadku Fusta) były bezproblemowe i błyskawiczne (czasami towar przy zamówieniu późnym wieczorem dociera już następnego dnia). Nigdy nie trafiło mi się nic uszkodzonego, niewłaściwy produkt ani żadne inne przykre niespodzianki. 

Zamawiając coś spoza Szwajcarii, warto pamiętać o tym, że nie należy ona do Unii Europejskiej - w związku z czym, jeśli wartość paczki przekroczy 62 CHF, płaci się cło. Zwolnione z niego są chyba tylko książki (do kwoty ok. 200 CHF). Więcej informacji - tutaj.

środa, 12 października 2016

Kilka (no dobra, dużo) słów o sporcie.

Dla tych, co tl;dr - ewangelizacja truizmem nt. jakim i dlaczego dobrem jest sport. 

Przyznaję się bez bicia, że do tak zwanej aktywności fizycznej latami podchodziłam jak pies do jeża. Wuef był koszmarem dzieciństwa i wczesnej nastoletniości (do dziś zresztą żywiołowo nienawidzę siatkówki i koszykówki i namawiana do tychże, uciekam z krzykiem człowieka słusznie rozjuszonego). Z prawdziwą ulgą przyjęłam zwolnienie lekarskie, które pozwoliło mi nie zaprzątać sobie więcej głowy obowiązkowymi ćwiczeniami, aż do skończenia studiów. Owszem, wspinaczkę po górach, spacery nad morzem czy jazdę na rowerze lubiłam od zawsze - ale były to sporty uprawiane przez mnie okazjonalnie: góry z okazji wyjazdów na ferie czy wakacje, spacery i rower zaś tylko wtedy, gdy było słonecznie i ciepło (czyli, w najlepszym wypadku, jakaś 1/4 roku). Miałam też szczęście otrzymać w prezencie genetycznym szybki metabolizm, toteż nie pojawił się nigdy w moim życiu czynnik motywujący do ruchu pod hasłem "nadwaga". Żyłam więc sobie, spędzając wiele miesięcy w roku w pozycjach siedząco-leżących i z lekkim smuteczkiem odnotowując, że nawet najlepszy metabolizm z wiekiem zaczyna się delikatnie nadpsuwać, zwłaszcza gdy pochłania się nieustająco porcje godne drwala. 

Jako nastolatka przez jakiś czas jeździłam konno, jako studentka - chodziłam regularnie na basen (szczytowym osiągnięciem było wtedy dla mnie przepływanie dwóch jego długości, potem mięśnie ramion bolały tak bardzo, że zawsze musiałam parę sekund odpocząć), ale pogorszenie sytuacji finansowej to ukróciło. Rok przed wyjazdem do Szwajcarii otrzymałam od ówczesnej firmy kartę Multisport, zjawiałam się więc czasem na zajęciach stretchingu (i raz, przypadkiem, na treningu mięśni brzucha. Jedna z najgorszych godzin mojego życia). Usiłowałam też biegać na bieżni, wyszło to jednak dosyć słabo, ponieważ nikt nie udzielił mi żadnych instrukcji, sama też nic na temat nie przeczytałam, a biegałam na zasadzie "ja? ja nie dam rady biec przez godzinę, mimo braku jakiegokolwiek przygotowania, rozgrzewki, kondycji?!" - i tak sobie biegałam, zaciskając zęby i bliska omdlenia przy schodzeniu z bieżni, z tętnem milion (dobrze, że serce mam zdrowe). Błyskawicznie skończyło się to więc przeciążeniem kolan i lekarskim zakazem używania bieżni. 

Potem wyjechałam do Szwajcarii, rozpoczynając zarazem pierwszą w życiu pracę na pełen etat. Jako że licznik lat szczęśliwie, lecz nieustająco tyka, szybko okazało się, że przesiadywanie godzinami przed komputerem nie jest już dla mnie tak bezproblemowe jak w czasach przed- i studenckich - i że bolą mnie plecy, bolą bardzo, co dość znacząco obniża komfort życia codziennego. Poszłam do lekarza, lekarz wysłał mnie na fizjoterapię. Fizjoterapeuta wyraził po szwajcarsku subtelne, lecz czytelne zdziwienie (żeby nie rzec: politowanie połączone z niedowierzaniem), kiedy okazało się, że nie uprawiam regularnie żadnego sportu. (Większość Szwajcarów prowadzi bardzo aktywny tryb życia, co widać zresztą na ulicach. Nie będę ukrywać, że wrażenia estetyczne, dostarczane tu przez męską część społeczeństwa, są nader miłe oku - zarówno jeśli chodzi o szczupłość i wysportowanie, jak i zresztą gust w kwestii ubioru, schludność, zadbaną skórę i włosy, itd.)
Fizjoterapia była fajna tak długo, jak długo mnie masowano, natomiast w momencie, kiedy musiałam wykonywać te wszystkie ćwiczenia, fajna być przestała. Oczywiście, teoretycznie miałam wykonywać te ćwiczenia również w domu, ale ponieważ były niefajne, jakoś mi było z tym nie po drodze. Tym samym, co było do przewidzenia, efekt fizjoterapii nie utrzymał się długo.

Wtedy po raz pierwszy zawzięłam się tak naprawdę i zdecydowałam, że coś ze sobą zrobić muszę. Nie pamiętam już z jakiego powodu, ale padło na bieganie. Poczyniwszy krótki research internetowy, nabyłam buty, wyciągnęłam z szafy jakieś legginsy i t-shirt. Obowiązujący rytuał: dziesięciominutowa rozgrzewka (żeby uniknąć kontuzji), godzina biegania (interwały, bo biec bez przerwy nie dałabym rady), a na koniec pół godziny na rozciągnięcie całego ciała. Dwa, czasami trzy razy w tygodniu. Zawsze ze słuchawkami na uszach, nie umiem biegać bez muzyki. I... się zaczęło. A konkretnie, zadziałały te słynne endorfiny. Okazało się, że bieganie jest przyjemne. Że kiedy tak biegnę, czuję się jak młode, zdrowe zwierzę. Że świadomość sprawności własnego ciała jest upajająca. Że czas, przez jaki mogę biec bez przerwy, szybko wydłużył się ponad dwukrotnie w porównaniu do początkowego. Że regularne rozciąganie magicznie zniwelowało bóle kręgosłupa. Że nieważne, jak przed treningiem byłabym zła czy smutna - po bieganiu tryskałam radością życia i energią. Było pięknie... 

...do czasu. Konkretnie do czasu pierwszej kontuzji, jaką było przeciążenie kolan. Największą karą był nie ból w kolanie, bo ten był do zniesienia - ale zakaz biegania, póki ból nie minie. I znowu fizjoterapia, tym razem na wzmocnienie kolan. I znowu nie robiłam ćwiczeń po jej skończeniu, więc - znowu - za jakiś czas wszystko się powtórzyło. Jakiś czas bujałam się z takim cyklem rzeczy, po czym - po kolejnej kontuzji - powzięłam postanowienie. Żeby było banalniej: noworoczne. O zapisaniu się na siłownię. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam; jeszcze w styczniu pojawiłam się tam po raz pierwszy. 

Ten pierwszy raz na siłowni był dziwny. Czułam się nieswojo i nie na miejscu, obserwując ludzi, którzy - zajęci ćwiczeniami - wydawali się uczestniczyć w jakimś obcym rytuale. Maszyny wyglądały kosmicznie i (poza bieżnią) nie miałam pojęcia, jak się z nich korzysta. Tym razem jednak w pakiecie miałam opiekę trenera, który najpierw przeprowadził ze mną wywiad odnośnie moich oczekiwań, a następnie przygotował dla mnie plan treningowy i pokazał, jak korzystać z każdego potrzebnego mi urządzenia. (Ustawienia każdej z maszyn, ich kolejność i zakres wykonywanego ruchu można było zapisać na czymś w rodzaju pendrive'a, więc nie musiałam tego pamiętać). 

Zaczęłam treningi, dwa razy w tygodniu. Rozgrzewka (wzmacniająca zarazem kolana), godzina ćwiczeń siłowych, pół godziny aerobów. Z duszą na ramieniu: obawiając się nadmiernego rozbudowania mięśni; a zarazem oczekując na szybkie efekty (cierpliwość nie zalicza się do cnót, którymi mogę się pochwalić). Pierwszym efektem, jaki się pojawił, a jakiego zupełnie się nie spodziewałam, były endorfiny. Okazało się, że to lubię: że wykonywanie ćwiczeń siłowych poprawia nastrój dokładnie tak samo jak bieganie, mimo że bieganie to faworyzowane przeze mnie pęd, szybkość, energia, a nie - z pozoru nudna - konieczność powolnych i starannych ruchów. 

Wkrótce potem pojawiły się kolejne efekty. Okazało się, że można pozbyć się bólu pleców, nie wykonując regularnego rozciągania - wystarczyło wzmocnić ich mięśnie. Okazało się, że przeciążenie kolan to przeszłość. Okazało się, że wtem! jestem silniejsza, sprawniejsza, że zwiększył się zakres moich ruchów, że mogę sięgnąć po coś bez najmniejszego trudu, że mogę wyginać ciało w najróżniejszych pozycjach i nie odczuwam żadnego bólu, dyskomfortu czy sztywności, że mogę bez trudu nieść torbę, która jeszcze niedawno była za ciężka. Mówiąc wprost, okazało się, że czuję się nagle tak, jakby ktoś odmłodził mnie o dobre piętnaście lat.
Niedawny urlop wykazał też coś absolutnie dla mnie szokującego - a mianowicie, że nagle mogę przepłynąć pięćset metrów i nie wiąże się to bynajmniej z wyczerpaniem ani przedramionami, płonącymi żywym ogniem; ba, nawet mogę pływać dalej! Dla osoby, której szczytowym osiągnięciem (przy regularnym pływaniu!) były dwie długości basenu - i to bynajmniej nie olimpijskiego - jest to niemałe osiągnięcie. 

Oczywiście, pozytywne zmiany nie ominęły też wyglądu ciała (kwestie typu ujędrnienie czy spadające obwody), ale mimo że nadzieja na nie była de facto myślą przewodnią zapisu na siłownię - okazały się nieoczekiwanie mało ważne w obliczu zmian opisanych powyżej. Okazało się też, że mięśnie wcale nie rozbudowują się tak szybko, jak mi się wydawało i że właściwie to chciałabym rozbudować je bardziej... i że poczucie siły i sprawności jest dużo, dużo fajniejsze niż jakieś tam schudnięcie czy ujędrnienie.

Oczywiście, najtrudniejszą rzeczą jest zawsze tak zwane zebranie się. Zebranie się do wyjścia, żeby pobiegać - nawet jeśli jest zimno i pada (swoją drogą, biegałam już i w deszczu i podczas burzy - to bardzo przyjemne doświadczenie). Pójście na siłownię, nawet jeśli jest się zmęczonym, zniechęconym, w złym nastroju, a jedyne, czego człowiek wydaje się pragnąć, to zalegnięcie na sofie z pudełkiem pralinek czy kieliszkiem wina w ręku. Oczywiście, może zdarzyć się i tak, że czuję się naprawdę bardzo źle - i wtedy sobie odpuszczam, świat nie zawali się od jednego ominiętego treningu, a przecież trenuję dla przyjemności, a nie po to, żeby wykazać stuprocentowe wykonanie planu. Ale zazwyczaj zmuszę się, zbiorę, zaciągnę sama siebie za fraki - i nagle okazuje się, że wracam promieniejąc, w doskonałym humorze i pełna energii.

Bywałam przez znajomych pytana o bieganie, o siłownię - jak zacząć, jak to u mnie było, po co w ogóle. O tym właśnie jest ta notka. Najkrócej da się to ująć w jednym słowie: polecam.