piątek, 13 maja 2016

Rzecz o samochodzie.

Jako że ktoś poruszył ten temat w komentarzu, pomyślałam, że nada się on też na kolejną notkę.

Na samym starcie należy zadać sobie pytanie, do czego samochodu w Szwajcarii będziemy używać. Jeśli do dojazdów do pracy - regularnych i na dużą odległość (sporo osób dojeżdża tu do do pracy np. 100 km dalej, bo to raptem godzina lub nawet mniej w pociągu) - wtedy najczęściej praktyczniejszą opcją jest tzw. GA, czyli Generalabonnement. Jest to bilet na wszystkie pociągi i większą część innych środków komunikacji, dostępny dla osób tu zameldowanych (czyli - siłą rzeczy - nie dla turystów; dla nich są inne opcje - niestety droższe). Tak samo do dojazdów do pracy na krótkie odległości, w dużym mieście, o wiele szybszą i praktyczniejszą opcją niż samochód jest komunikacja miejska.

Auto jest tu głównie potrzebne, gdy mieszka się na wsi czy w małym miasteczku i dojeżdża do pracy gdzieś dalej - oraz na okazjonalne weekendowe wycieczki tu czy tam. Co do kosztów - wiadomo, pierwszy to cena samochodu; tę pomijam, bo truizmem jest, że są baaardzo różne; można kupić nowe, można używane, można za parę tysięcy, a można za parę milionów. Co kto lubi i na co go stać. Koszt ubezpieczenia, podatku od auta, przeglądu itp. można z grubsza oszacować na 2000-2500 CHF rocznie (mowa, oczywiście, o autach posiadanych przez tzw. zwykłych obywateli; nie o Porsche czy Maserati). Benzyna w stosunku do zarobków jest w przystępnej cenie i jadąc na wycieczkę samochodem, zapłacimy za nią zdecydowanie mniej niż za bilety kolejowe. W związku z tym gościom spoza Szwajcarii polecam wynajęcie samochodu lub przyjazd własnym.

Kultura jazdy jest na wysokim poziomie. Szwajcarzy są zazwyczaj bardzo uprzejmi, wpuszczają się wzajemnie w sytuacjach gdy ktoś czeka, itp. Przypadki agresji drogowej są rzadkie. Większość kierowców przestrzega też przepisów. Nic w tym dziwnego, jako że kary za ich złamanie są surowe - od zwykłych mandatów aż po czasowe odebranie prawa jazdy, wciągnięcie na listę karanych i grzywnę, stanowiącą pewien procent rocznych dochodów: tym samym czy ktoś jest biedny, czy bogaty, boleśnie odczuje tę karę. Odradzam szczególnie przekraczanie tu prędkości podczas jazdy w mieście czy przejazd na czerwonym świetle.

Jako ciekawostkę podam, że szwajcarskie ministerstwo spraw zagranicznych w informacjach turystycznych na temat Polski ostrzega przed wysokim ryzykiem wypadku samochodowego, m.in. w związku z agresją na drogach i przekraczaniem prędkości. (Z tego powodu A. był nieco zestresowany perspektywą prowadzenia w Polsce samochodu. Po fakcie stwierdził, że jeździć się da, ale ze względu na zachowanie innych użytkowników drogi nie sprawiało mu to żadnej przyjemności).

wtorek, 3 maja 2016

Garść refleksji językowych.

Znam wiele osób, które denerwuje stosowanie zdrobnień w polskim; mnie samą też to zresztą czasami irytuje ("pieniążki", "pani Kasiuniu", itp.) Liczba zdrobnień i możliwości zdrabniania to coś typowego dla języków słowiańskich - o ile wiem, żadna inna europejska grupa językowa się tym nie cechuje. Kotek, koteczek, kotuń, kotulek, kociątko... to już pięć, podczas gdy w takim, dajmy na to, niemieckim jest tylko i wyłącznie "Kätzchen". Mam też wrażenie, że w niemieckim zdrobnień używa się bardzo rzadko. W polskim dostępne są także zgrubienia ("kocisko") - rzecz zupełnie w niemieckim nieznana. O ile z brakiem większej niż jeden liczby zdrobnień da się żyć, o tyle przyznam, że zgrubień czasami bardzo mi brakuje (głównie w chwilach irytacji). Szwajcarzy, w przeciwieństwie do Niemców, używają w dialekcie zdrobnień bardzo, bardzo często. Chwilami wydaje mi się, że połowa lub wręcz 3/4 rzeczowników ma dołączony sufiks "-li" (odpowiednik niemieckiego "-chen"). Np. "zdjęcie" w dialekcie praktycznie zawsze jest "zdjątkiem" ("Föteli", od słowa "Foto"). Wśród zdrabnianych rzeczowników nie ma jednak nigdy słowa "pieniądze"! Indagowani w tej sprawie Szwajcarzy byli zdziwieni pomysłem i stwierdzili, że pieniądze to zbyt poważny temat, żeby go zdrabniać.

Nie wiem, czy też tak macie, ale zdarza mi się, że jakieś słowo bawi mnie bądź zapamiętuję je tylko dlatego, że ma odmienne znaczenie w innym języku/językach. Np. niemiecki Lastkraftwagen jest dla mnie zawsze "wagonem ostatniej siły" (w taki sposób udało mi się to słowo wreszcie zapamiętać, choć nie wiem po co, skoro i tak wszyscy tu używają skrótu LKW; podobnie jak BH na stanik, czyli Büstenhalter). Wyraz "żar" zapamiętałam bez trudu dlatego, że po niemiecku to "Glut". Nie inaczej działa to w przypadku nazw miejscowości: takich jak np. tutejsze Wankdorf albo Bitsch. Ostatnio kolega w mejlu użył idiomu "auf der Hut sein" (dosłownie można to zrozumieć jako "być na kapeluszu", ale znaczy "mieć się na baczności") - jako że znałam tylko jedno znaczenie słowa "Hut" (kapelusz), wydało mi się to na tyle absurdalne, że zapadło w pamięć. Niemiecki umożliwia też czasami rozumienie dwuznaczności w dokładnie taki sposób, jak w polskim: kilka lat temu zurychska policja lotniskowa wypuściła broszurę, reklamującą skuteczność ich usług. Sloganem, jakiego ktoś zdecydował się użyć (ciekawe, czy celowo?) było "damit Sie sicher in die Luft gehen!" - czyli coś w stylu "z nami z pewnością wylecicie w powietrze!"