Przejdź do głównej zawartości

Rozważania mediowospołecznościowe (aka social media rozdrapy).

Dla tych, co tl;dr - notka o tym co mam nt. w głowie, sama nie wiem, co z tego wyjdzie. Takie tam smęcenie.

Z natury mam tak, że chciałabym zjeść ciastka - i mieć zarazem pełny ich koszyk. To się uwidacznia w dość wielu aspektach mojego życia. I tak z jednej strony chciałabym całkowicie chronić moją prywatność i nie marnować czasu (czemu sprzyjałoby nieudzielanie się na absolutnie żadnych mediach społecznościowych), z drugiej - mam przecież znajomych internetowych. Mowa o osobach, z którymi w jakiś sposób trzymam stały kontakt, nawet nieregularny. Z niektórymi raz na ileś widzimy się w tzw. realu, z niektórymi nie, ale jakaś więź jest. Niektórych po prostu lubię czytać, oglądać ich zdjęcia, kibicuję ich życiu, lubię wiedzieć, co u nich. To raz. Dwa, że czasem są takie sytuacje, że potrzeba powiedzmy tego konta na fejsie, żeby dostać free wifi zagramanicą (gdzie się karty SIM nie kupiło, bo było to niemożliwe lub się nie opłacało, bo za krótki pobyt, na przykład na jeden dzień tylko), wystawić komuś recenzję, wesprzeć akcję, wziąć udział w konkursie. Trzy - zwykła ludzka próżność wreszcie, zainteresowanie postami zawsze cieszy.

Jak już kiedyś tu wspominałam - bardzo rzadko wchodzę obecnie na Facebooka i Twittera, de facto raz na kilka miesięcy. Ale konta wiszą... bo powody powyżej. Zrobiłam niby fanpage dla bloga, ale wszyscy wiecie, że tak naprawdę nie ma tam od długiego czasu już nic poza informacjami o nowych notkach. Najwięcej udzielam się na Instagramie - nawet waham się, czy nie podpiąć go do bloga - ale dla niektórych zaglądających tu jednak pewnie jestem w jakiś sposób anonimowa i nie wiem, czy to najlepszy pomysł, tak się przedstawić dodatkowo jeszcze twarzą i codziennością.  

Gdy kiedyś wchodziłam na FB i TT częściej, kończyło się to zwykle silną irytacją. Docierały do mnie wypowiedzi jakichś idiotów (będących czasem znajomymi znajomych, czasem znajomymi znajomych znajomych), informacje polityczne, o których nie chciałam wiedzieć; fake newsy; dużo chłamu, brudu. Bez sensu.  Próbowałam to filtrować, ale to bardzo ciężkie do wykonania. W efekcie - marnowanie czasu, zaśmiecanie mózgu, zdenerwowanie.

Żałuję też trochę założenia konta na LinkedIn - to mnie dopiero odarło z prywatności! Co prawda, zawdzięczam temu jedną przyjaźń, kilka świetnych znajomości i dwa fajne eventy, ale to było już jakiś czas temu. Ostatnio to konto też tylko wisi, niczego tam nie uzupełniam, w ogóle nie zaglądam. Jeśli ktoś usiłował się tam ze mną skontaktować, to nawet o tym nie wiem, bo powiadomienia też wyłączyłam (tak jak i na Twitterze, Hangoutach, Facebooku).

Irytuje mnie też ten niewidzialny, ale jednak przymus, by konto tu i tam mieć. Bo raz na ruski rok potrzebne do czegoś tam. Bo ludzie, którzy nie używają komunikatorów powiązanych z numerem telefonu. 

No i nie wiem. Usunąć się całkowicie z FB, TT i LI, czy nie? Zlikwidować ten beznadziejny fanpage, czy nie? Podpiąć tu Insta, czy nie?

Napiszcie coś. (Może poza tym, że ta notka to #problemypierwszegoświata, bo to akurat sama wiem). 
   

Komentarze

  1. Te dylematy idą jeszcze dalej - np. czy sprzedać swoją prywatność google'owi, posiadając konto na gmailu? (Google skanowało nasze e-maile, żeby lepiej dopasować reklamy) Czy oddać korporacji wszystkie dane o sobie, w zamian za backup w chmurze? Gdy któraś z kolei komórka mi umarła kompletnie, wybór stał się dla mnie oczywisty - moje zdjęcia są dla mnie bardziej wartościowe, niż prywatność...

    W XXIw walka o prywatność wydaje się być walką z wiatrakami. Do tego zmusza do auto-wykluczenia. Np. znajomi, którzy usuwają konta z facebook'a, przestają być zapraszani na imprezy, bo te są organizowane przez facebook'owe wydarzenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak... też oddaję swoją prywatność w zamian za wygodę (przeszukiwanie zdjęć na podstawie słów-kluczy w GooglePhotos działa rewelacyjnie, tak BTW). Z tym że ciągle mi to gdzieś tam w głowie tkwi i się nie podoba...

      Usuń
  2. Ja mam za dużo znajomych na fejsie, żeby nawet myśleć o usuwaniu konta.

    OdpowiedzUsuń
  3. Napisałam kilka godzin temu długi komentarz - i go nie ma...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentowanie spod konta Google najwyraźniej nie działa - po prostu świetnie, grrr. Jeśli masz siłę, napisz proszę raz jeszcze, wybierając opcję komentowania jako Nazwa i adres URL.

      Usuń
  4. Jest jakiś problem z komentarzami: próbowałam dodać teraz komentarz z mojego konta googlowego cztery razy i nic się nie pojawiło :-S

    OdpowiedzUsuń
  5. To jeszcze raz, krócej ;)
    Dla mnie społecznościówki to najlepszy dostępny sposób, żeby być w niewymuszonym i umiarkowanie absorbującym kontakcie z wieloma osobami naraz. Dzięki nim wyszłam spod kamienia, nabrałam odwagi do spotkań z ludźmi irl i poznaję nowe osoby, co w tradycyjny sposób jest dla mnie z kilku powodów trudne. Facebook zastępuje mi bloga i usenet, Instagram fotobloga, Twittera prawie nie używam (btw próbowałam przez tt pozyskać inny kontakt do Ciebie, ale coś nie wyszło...). Na emigracji fb ułatwia mi znajdowanie informacji lokalnych - stąd mam mieszkanie, większość mebli do niego, przydatne kontakty i paru nowych znajomych :)
    Nie czuję się odzierana z prywatności, w końcu to ja decyduję, co i komu udostępniam. To całe zbieranie danych o użytkownikach to też imo przesada, wciąż mi pokazują nieciekawe reklamy, a jeśli już raz na parę lat coś z tego chciałabym kupić, to i tak się nie da, bo nie wysyłają do CH albo nie da się skontaktować ze sprzedawcą :>
    LinkedIn nigdy mi się do niczego nie przydał, szczególnie w trakcie szukania pracy, ale może źle go używam.
    Chętnie bym Cię czytała/widywała gdzieś jeszcze poza blogiem i insta, ale każdemu według potrzeb - jeśli społecznościówki Cię nie interesują, to przecież nie trzeba się zmuszać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby społecznościówki po prostu mnie nie interesowały i nie były do niczego potrzebne, to nie byłoby powyższej notki - bo decyzja byłaby prosta. Nie neguję też tego, że dla wielu osób są niezbędne i niezastąpione.
      Moja przygoda z "socjalizowaniem się" w internecie zaczęła się na IRC-u. Spędziłam tam wiele lat, początkowo zachwycona, potem już niejako z przyzwyczajenia - w końcu zauważyłam, że nie sprawia mi to już przyjemności, a wprost przeciwnie; że marnuję czas, że negatywne emocje. I wtedy przestałam tam bywać. IRC zmienił się bardzo pomiędzy rokiem 1998 a 2010 (jakoś chyba wtedy przestałam tam siedzieć, nie pamiętam już). To samo stało się ze społecznościówkami, zwłaszcza Facebookiem - w jego początkach miałam inne odczucia, teraz też mam inne. Kiedyś np. filtrowanie niechcianych treści na FB było łatwe. Kiedyś też zależało mi na innego rodzaju kontakcie z ludźmi - teraz też aspekt ten wygląda u mnie inaczej.
      Co do decydowania, co komu udostępniasz - to prawda, z tym, że Ty decydujesz co udostępniasz, a nie odnośnie tego, co ktoś z wiedzą na Twój temat zrobi. A jeżeli ktoś miałby złe intencje - w czasach social media można komuś naprawdę poważnie zaszkodzić, w różnych dziedzinach życia. Ba, ludzie często nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak wielu w rzeczywistości informacji o sobie udzielają. To nie reklamami produktów bym się martwiła, tylko właśnie czyimiś możliwymi złymi zamiarami. I nie są to niestety objawy czcze.
      W każdym razie i ta notka i Wasze wypowiedzi trochę mi już uporządkowały w głowie - do tego stopnia, że części ww. kont się pozbyłam (usunęłam lub zawiesiłam). Nad strategią odnośnie reszty wciąż waham.

      Usuń
    2. No tak, ale podobnie nie wiem, co z wiedzą na mój temat zrobi osoba spoza społecznościówek. Bardziej się obawiam wpuszczać ludzi do mojego domu niż na mojego fejsbuka, czy też umówić się z kimś prawie obcym irl niż z zupełnie obcym gadać w sieci.
      Dosyć późno zaczęłam życie internetowe, dosyć długo ono już trwa i dotychczas spotkało mnie z tej strony znacznie więcej dobrego niż złego, więc chociaż zdaję sobie sprawę z ryzyka, to nie przeraża mnie ono na tyle mocno, żebym czuła potrzebę większego ograniczenia prywatności. Zirytowałam się, gdy fb wymusił ujawnienie nazwiska, ale większość moich przyjaciół od zawsze w necie występuje pod prawdziwymi nazwiskami i jakoś nic groźnego z tego nie wynika.
      Dla jasności, nie krytykuję, że ktoś woli się bardziej schować, tylko wyjaśniam, czemu nie podzielam podejścia "bo nie wiadomo, co się stanie" :)
      Gdybym miała jakieś złe doświadczenia, może byłoby inaczej. Ale nie mam i na razie bardzo lubię tę otwartość, na jaką mogę sobie w moim kawałku internetu pozwolić.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …