Przejdź do głównej zawartości

O tym, dlaczego odeszłam z poprzedniej pracy - czyli syndrom boreout (zanudzenia) w praktyce.

Jak to mówią - człowiek całe życie się uczy. Nauczyłam się w zeszłym roku czegoś nowego i ja: że niezależnie jak fajne jest szefostwo czy atmosfera w pracy, niezależnie jak przyzwoite pieniądze, to - jeśli zadania są nudne, a zbyt długo zwleka się ze zmianą - kończy się to źle. Stało się tak i w moim przypadku: padłam ofiarą syndromu boreout (nie mylić z burnoutem - syndromem wypalenia zawodowego - choć obydwa zaczynają się podobnie, a czasami boreout prowadzi do burnoutu. Na szczęście nie stało się tak w moim przypadku).

Jakie były główne objawy? Przede wszystkim - jak sama nazwa wskazuje - bezbrzeżna, wszechogarniająca nuda. Gałąź biznesowa, w której wtedy pracowałam, mimo usilnych moich dążeń do wzbudzenia w sobie zainteresowania nią... nie dawałam rady. Powinnam była wiedzieć lepiej, bo przecież od dziecka zapamiętywałam bez trudu i na zawsze wszystko, co było dla mnie interesujące, błyskawicznie natomiast zapominałam (jeśli w ogóle byłam w stanie przyswoić) informacje dla mnie nieciekawe. (Stąd na przykład moja wiedza o piłce nożnej zaczyna i kończy się na fakcie, że piłkarzy jest jedenastu i starają się wkopać piłkę do bramki przeciwnika). Jako osoba nieposiadająca zupełnie zdolności aktorskich, dostawałam również informację zwrotną od kolegów z teamu - że podczas spotkań wyglądam, jakbym była myślami gdzie indziej bądź niezainteresowana tym, o czym jest mowa. I to prawda. Nie byłam. Nudziło mnie to po prostu bezbrzeżnie. Wszechogarniająco. Śmiertelnie. Nie tylko zapominałam natychmiast wyjaśniane mi przypadki biznesowe, ale też patrzyłam na ekscytujących się nimi kolegów jak na istoty z obcej planety. Nie, do dziś nie rozumiem, jak kogokolwiek może ta tematyka interesować. Przyjmuję do wiadomości - ale nie rozumiem.

W ślad za nudą szedł oczywiście całkowity brak satysfakcji z pracy - a satysfakcja jest to bardzo istotny dla mnie czynnik. I zarazem główny powód, dla którego wybrałam swój zawód - jest to bowiem (przy sprzyjających warunkach) zawód twórczy, związany z ciągłym rozwiązywaniem nowych, interesujących problemów. Najczęściej za każdym razem innych i nieraz bardzo trudnych - ale za to właśnie jaka upajająca satysfakcja towarzyszy ich rozwiązaniu! Tymczasem dostawałam zadania banalne, nieciekawe, żadne tam ratowanie wszechświata, o tworzeniu czegoś nowego nie wspominając. Zadań w miarę interesujących było bardzo niewiele (mniej więcej jedno na pół roku...) i nigdy nie udało mi się na żadne z nich załapać (wszyscy pozostali również chcieli je robić). 

Czas płynął. Moja niechęć do zadań pracowych narastała. Starałam się angażować zastępczo na innych płaszczyznach - np. zgłaszać do rzeczy, których nikt inny nie chciał robić (przykładowo - zastępując któregoś z nieobecnych kolegów na spotkaniach związanych z ich specyficzną rolą w teamie). Czas wykonywania zleconych mi zadań przeciągałam natomiast w nieskończoność. Specyfiką mojej pracy jest to, że ciężko jest precyzyjnie przewidzieć, ile powinno coś zająć - bo zawsze mogą wyniknąć przeszkody nieoczekiwane. Wkrótce stałam się całkiem biegła w usprawiedliwianiu opóźnień - ale to, oczywiście, nie rozwiązywało moich problemów w żaden sposób. (Jak później przeczytałam w definicji boreoutu - są to dokładnie takie strategie postępowania, jakie wdrażają dotknięci syndromem). 

Pod koniec przychodziłam do pracy - którą zresztą na samym początku bardzo lubiłam! - czując się, jakbym przekraczała mury więzienia. Czas spędzany tam ciągnął się w nieskończoność: niezależnie od przerw na spotkania, rozmowy, picie kawy, robienie porządku na komputerze, natychmiastowe wypełnianie nielicznych próśb HR... Słowem - robiłam wszystko, byle tylko nie to, co robić miałam. Ostatnie miesiące w pracy upłynęły mi głównie na surfowaniu w internecie - nie byłam już praktycznie w stanie się zmusić, żeby zrobić cokolwiek z tego, co należało, tak żywiołowy wstręt do tego odczuwałam. Do domu wracałam ponura i przygnębiona - i do tego zmęczona jak  po maratonie, mimo całodziennego nicnierobienia! Często łapałam też jakieś infekcje, zaczęłam mieć problemy z pamięcią i koncentracją. Drobiazgi urastały do rangi poważnych problemów. Miałam poczucie, że życie przecieka mi między palcami. Rozkwitałam natomiast w weekendy i podczas urlopów - wtedy budziłam się szczęśliwa, pełna sił i energii. 

Niewątpliwie znaczenie na dłuższą metę miało też środowisko pracy. W moim teamie byłam jedyną cudzoziemką i (przez większość czasu) jedyną kobietą zarazem. O ile koledzy byli sympatyczni i ich lubiłam, o tyle fakt, że byłam jedyną cudzoziemką, sprawiał, że bardzo często zapominali mówić po niemiecku: przechodzili na dialekt. Nie było to z ich strony złośliwe - po prostu brak empatii. Im było tak wygodniej, a ja, gdy ileś razy dziennie musiałam przestawiać ich z powrotem, czasami miałam po prostu dość i godziłam się z faktem, że nie rozumiem, o czym jest mowa. (Co nie znaczy, że poczucie wykluczenia było przyjemne). Do tego - że tak sobie polecę generalizacją - rzecz działa się w Szwajcarii centralnej, gdzie mentalność jest jednak inna niż np. w Genewie, Zurychu czy Bazylei. Większość moich kolegów z teamu pochodziła z małych wsi. Wsi, w których się urodzili, spędzili tam całe życie (często nie byli nawet na żadnych studiach) - i wsie te stanowiły ośrodek ich wszechświata. Nie byli w związku z tym zainteresowani tym, co inne, obce, nie ich. Powtórzę - nie ze złośliwości... ot, takie horyzonty. Do tego - co odczuwa chyba większość kobiet, pracujących w środowisku czysto męskim - w pewnych kwestiach ma się czasem poczucie osamotnienia, niezrozumienia czy irytacji. W moim zawodzie dodatkowo czasem spotyka się ludzi, którzy kobiet się boją - bądź traktują je jak inny gatunek. W efekcie czują się skrępowani podczas rozmowy, czerwienią, dziwnie zachowują - albo w ogóle w popłochu unikają konwersacji.      

Miałam to szczęście, że moja szefowa była osobą bardzo otwartą (co wśród rodowitych Szwajcarów nieczęsto się zdarza) i z którą można było szczerze porozmawiać. Widziała, że coś złego się ze mną dzieje i próbowała wysondować, na czym rzecz polega. (Koledzy zresztą również się o mnie martwili - acz nie próbowali szukać odpowiedzi u mnie, tylko u szefowej właśnie). Dzięki jej staraniom wkrótce przed odejściem przeniosłam się nawet na próbę do innego teamu - znacznie bardziej zróżnicowanego - ale syndrom był w tamtym czasie już tak rozwinięty, że praktycznie niczego to nie zmieniło: ludzie byli inni, ale tematyka ta sama. Przyszłam więc do szefowej i powiedziałam jej wprost, że nie jestem już w stanie pracować; że potrzebuję przerwy. Moja nienawiść do pracy była w tamtym czasie tak ogromna, że w ogóle nie obchodziły mnie nawet kwestie finansowe. Ba, skróciłam o miesiąc okres wypowiedzenia - po prostu nie byłam w stanie już wytrzymać. 

Tym sposobem miałam okazję zapoznać się, jak też wygląda w Szwajcarii (centralnej - tak, tak, to ma pewne znaczenie!) bycie na bezrobociu... ale o tym już w innej notce. 

Komentarze

  1. Łał! Właśnie pomogłaś mi odkryć co mnie męczy od lat... I zmiana pracy pomogła na zaledwie krótką chwilę... Idę poczytać o tym więcej.
    (mam nadzieję, że teraz masz satysfakcjonującą pracę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się! Serio, z taką myślą tę notkę pisałam: że może ktoś zauważy u siebie syndrom wcześniej niż ja i podejmie środki zaradcze - albo że wyjaśni mu/jej to, co się z nim/nią dzieje.
      (Tak, pracę mam teraz fajną :-) Zupełne zresztą przeciwieństwo poprzedniej).

      Usuń
  2. W Polsce pracowałam w miejscu, gdzie było mnóstwo ciekawych zadań do wykonania, problemów do rozwiązania i rzeczy do nauczenia. Tylko atmosfera i zarządzanie ludźmi były koszmarne.
    W Niemczech trafiłam do firmy pełnej spokojnych, choć mocno zdystansowanych osób - ale to mi nie przeszkadza, bo bardzo powoli wchodzę w nowe otoczenie - tylko z kolei wdrażanie mnie do pracy było bardzo kiepskie, a później mało że nie mieli dla mnie zadań, to jeszcze nie wolno mi było robić w godzinach pracy nic własnego - czytałabym jakieś tutoriale, próbowała nowych rzeczy, ale nie, ban na internet do tego stopnia, że nie dało się nawet poczytać helpa online do używanych na co dzień programów. Nie musiałam odwlekać zadań, bo nie miałam prawie żadnych, myślałam, że tam zwariuję z nudów i bezczynności, a gdy dostawałam coś do roboty, robiłam to najwolniej jak się dało, żeby wystarczyło na dłużej.
    W Szwajcarii jest lepiej, ale niestety zadania na tyle monotonne i tak proste, że nie tylko nie rozwijam za bardzo umiejętności, ale nawet nie wykorzystuję tych, które już mam. Taki profil firmy, nic nie poradzę, robię tu może z 20% tego, czym się zajmowałam w Polsce, i ciekawa jestem, czy to nie jest powód - jak napisałaś - że mylę się w rzeczach całkiem prostych, chociaż skomplikowane byłabym w stanie robić bezbłędnie. Po prostu nie potrafię się wystarczająco mocno skoncentrować na tym, co przez wiele lat uważałam za mało istotne szczegóły, a co tutaj stanowi dużą i ważną część pracy (przepisywanie cyferek z papieru do komputera, na przykład...)

    No ale ja nie mogę sobie pozwolić na grymaszenie, rzucenie pracy i szukanie lepszej nie wiadomo jak długo, więc się staram spełniać oczekiwania i z dzikim zapałem łapię każdy projekt, w którym trzeba solidnie i z wysiłkiem dłubać. Nie mam jakiejś mocnej presji czasu, co jest trochę dobre, a trochę nie, bo jednak z niedużą presją czas znacznie szybciej upływa, a tutaj też siedzę, gapię się na zegar i odliczam godziny do końca szychty. I mogłabym pracować więcej, szybciej, wydajniej, ale co będę robić przez kolejne pół dnia? Tu też krzywo patrzą na działalność własną, czy choćby zabijanie czasu, a godziny wyrobić trzeba. (Dlatego nauczyłam się słuchać audiobooków, to mi pozwala nieco bardziej zaangażować umysł i nie zanudzić się na amen.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby znaleźć lepszą pracę, nie trzeba koniecznie rzucać poprzedniej - można szukać, pracując (robiłam tak w życiu wielokrotnie, więc wiem, o czym mówię). Brak "grymaszenia" (czyli satysfakcjonującej pracy) może natomiast - czego Ci nie życzę - skończyć się podobnie jak u mnie: i wtedy jest to już poważniejsza sprawa. Serio, boreout to nie jest "a, nie chce mi się, rzucę sobie pracę".

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Bezrobocie w Szwajcarii - czyli Arbeitsamt i RAV.

Dla tych co tl;dr - jak w tytule.
Od razu na wstępie zastrzegam: wszystkie przypadki bezrobocia w Szwajcarii, jakie bliżej znam - wliczając mój własny - dotyczą ludzi, którzy najpierw tu co najmniej kilka lat przepracowali na umowach na czas nieokreślony, z pozwoleniami typu B lub C. I taki też przypadek - od strony "technicznej" - będzie opisany w tej notce. Z oczywistych względów* nie opisuję na blogu kwestii, z jakimi styku nie miałam, czyli na przykład bezrobocia na innych permitach; albo bezrobocia przy niepracowaniu w Szwajcarii nigdy wcześniej, itd. Nie wiem też, czy przepisy dla bezrobotnych w Luzern są takie same jak w innych kantonach. Jeśli macie chęć uzupełnić te braki w komentarzach - zapraszam serdecznie.
Jak kiedyś już tu na blogu wspominałam, każda osoba, która pracuje w Szwajcarii na umowie o pracę, co miesiąc uiszcza składkę na tzw. ubezpieczenie od bezrobocia. Dopóki nie zapoznałam się z tematem bliżej, sądziłam, że oznacza to, że gdy traci się pracę, aut…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…