Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2019

Szczęście jest najprostszą rzeczą.

Jak często myślicie o wdzięczności?


Mnie w ciągu ostatnich lat zdarzało się to coraz częściej, a w ciągu ostatnich miesięcy - prawie codziennie. 


Żyję. Otoczona miłością - wokół mnie jest spore grono istot, które kocham i które kochają i wspierają na wszelkie sposoby mnie: mąż, rodzina, przyjaciele, koty. Mieszkam w fantastycznym kraju, którego rozmaite fajne aspekty ciągle odkrywam - a zapewne sporo jeszcze do odkrycia pozostało. Pracuję w wymarzonym zawodzie - który nie wymaga nadmiernego zaangażowania czasowego, przy jednoczesnych zarobkach takich, że mogę pozwolić sobie na moją najukochańszą aktywność, czyli podróże. Mam dostęp do setek, jeśli nie tysięcy, świetnych książek i źródeł wiedzy. Głód i pragnienie jestem w stanie zaspokoić z wielką przyjemnością i ponad potrzeby. Żyję w miejscu spokojnym i bezpiecznym. Mam sprawne ciało - mogę biegać, chodzić po górach, nurkować...


...Wyliczać mogłabym jeszcze długo. Przeczytawszy powyższe słowa, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że żyję życie…

Notka pełna nienawiści - czyli dlaczego rekruterzy (w większości) są bezwartościowi.

[Ta notka została napisana w okolicach listopada zeszłego roku, ale aż do dziś jej nie publikowałam, bo miałam zamiar dokładnie policzyć, z iloma rekruterami miałam styczność... i dopiero teraz to zrobiłam].

Dla tych, co tl;dr - emocjonalny opis moich bardzo złych doświadczeń z rekruterami i co z tego wynikło.

Zacznijmy może od tego, co wiem. Opowiadano mi, że praca większości rekruterów jest ciężka, niewdzięczna i kiepsko płatna; że mają wyśrubowane normy; że rotacja w firmach rekruterskich jest ogromna. Wiem to wszystko - i w ogóle nie przyjmuję w ramach usprawiedliwienia. Sama na początku swojej drogi zawodowej wykonywałam bardzo kiepsko płatną i bardzo niewdzięczną pracę (m.in. helpdesk) - i wykonywałam ją bardzo dobrze - więc sorry, ale jeśli chodzi o ciężki los rekruterski, to: #wypłaczmitakorzeke.
Skoro już ustaliliśmy, że wiem i mimo tego smutny los rekrutera w ogóle nie zmiękcza mojego serca twardego jak makaroniki Luxemburgerli, przechowywane przez siedem lat (zamiast podle…

Przybycie do Las Vegas - czyli jestem jako ten kruk u Poego (USA cz. IV)

Sedonę opuściliśmy o zmroku. Zmęczona całodzienną wędrówką po szlakach, ukołysana jednostajnym mruczeniem samochodowego silnika, podrzemywałam, nie mogąc się doczekać dotarcia do celu. (A musicie wiedzieć, że deprywacja snu czyni mnie równie marudną i wściekłą jak wściekłe jest senne, a spać niemogące, niemowlę - i równie mało mam nad sobą kontroli. Ale nie uprzedzajmy faktów...)
W pewnej chwili musiałam zasnąć na dobre - A. obudził mnie, mówiąc, że już dojeżdżamy. Wyrwana ze snu, w otępieniu i szoku wpatrywałam się, gęsto mrugając, w widok zza samochodowych szyb. Ciemność rozświetlało mnóstwo neonów, billboardów i wszelkiej maści reklam, świecących, ruszających się i wydających przeróżne dźwięki; oprócz tego z co najmniej kilkunastu źródeł rozbrzmiewały jednocześnie całkowicie odmienne rodzaje muzyki; na ulicach był korek, pełen rozświetlonych, brzęczących aut, nierzadko wiozących na dachu kolejne błyskające neonami i hałasujące billboardy reklamowe; część kierowców używała klaksonów.…

O tym, jak nie zyskać popularności na Instagramie.

Dla tych co tl;dr - notka wyłącznie dla ludzi, posiadających konto na Insta; reszta albo się zanudzi albo nie zrozumie osocho.
Wielu popularnych w dzisiejszych czasach blogerów dostarcza wszelkiej maści poradników, recept czy też list typu „dziesięć rzeczy, które...” Postanowiłam wpisać się w obowiązujący trend i również dostarczyć poradnik. Zgodnie z wspomnianym już kiedyś na łamach niniejszego bloga faktem, że piszę o rzeczach, na których się znam, dziś będzie o tym, jak nie uzyskać popularności na Instagramie. 
No, to lecimy!

Porada pierwsza - czyli totalne bezhołowie. Potencjalni obserwujący przychodzą i zostają tylko wtedy, gdy utrzymujesz konkretną tematykę - nieważne, jaką, ale musi jakaś być! Na przykład koty (koty są zawsze popularne i zresztą nic dziwnego, internet is for... eee... for cats!), przepisy kulinarne (interesujące na przykład dla mnie w takim samym stopniu jak piłka nożna, ale tak, zdaję sobie sprawę, że jestem w nikłym procencie, jeśli nie promilu, wygląda bowiem n…

O tym, co było. I jest.

Regularne pisanie na bloga najwyraźniej mnie przerasta; codzienność pochłania. Mam w głowie parę prawie całkiem ukończonych notek podróżniczych, ale póki co, nie udało mi się ich przelać na ekran. W minionych miesiącach spędziłam zresztą zdecydowanie mniej czasu w (szeroko pojętym) internecie niż zwykle; jakoś nie odczuwałam potrzeby. 
Po depresyjnie szarym styczniu, luty był wyjątkowo pięknym miesiącem - ba, śmiało powiedzieć mogę, że był to najpiękniejszy luty w całym moim życiu: mnóstwo słońca i cieplej niż teraz, pod koniec marca (!) W międzyczasie zakosztowałam też kilku (głównie) słonecznych dni i miłej dla oka zieleni podczas spontanicznej wizyty w Irlandii. 
Od czasu zeszłorocznej przeprowadzki wciąż nieustająco cieszę się faktem, jak bardzo słoneczne jest nasze nowe mieszkanie. Jako że większość okien skierowanych ma na wschód, południe i zachód, a do tego jest dość wysoko (jak na Szwajcarię) położone, słońce - gdy oczywiście świeci - jest przez cały dzień.
(Jeśli ktoś spośr…

Bezrobocie w Szwajcarii - czyli Arbeitsamt i RAV.

Dla tych co tl;dr - jak w tytule.
Od razu na wstępie zastrzegam: wszystkie przypadki bezrobocia w Szwajcarii, jakie bliżej znam - wliczając mój własny - dotyczą ludzi, którzy najpierw tu co najmniej kilka lat przepracowali na umowach na czas nieokreślony, z pozwoleniami typu B lub C. I taki też przypadek - od strony "technicznej" - będzie opisany w tej notce. Z oczywistych względów* nie opisuję na blogu kwestii, z jakimi styku nie miałam, czyli na przykład bezrobocia na innych permitach; albo bezrobocia przy niepracowaniu w Szwajcarii nigdy wcześniej, itd. Nie wiem też, czy przepisy dla bezrobotnych w Luzern są takie same jak w innych kantonach. Jeśli macie chęć uzupełnić te braki w komentarzach - zapraszam serdecznie.
Jak kiedyś już tu na blogu wspominałam, każda osoba, która pracuje w Szwajcarii na umowie o pracę, co miesiąc uiszcza składkę na tzw. ubezpieczenie od bezrobocia. Dopóki nie zapoznałam się z tematem bliżej, sądziłam, że oznacza to, że gdy traci się pracę, aut…