czwartek, 1 września 2016

Alkoholowo.

Z okazji pierwszego września, gdy wszystkie dzieci poszły już do szkoły, poruszyć można temat dostępny (w teorii, oczywiście, że tak, wszyscy przecież byliśmy kiedyś nastolatkami) wyłącznie dla pełnoletnich.

Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest w Szwajcarii najzupełniej legalne; z fascynacją przeczytałam, że temat zniesienia zakazu poruszono ostatnio w Polsce i że natychmiast podniosły się głosy sprzeciwu, wizualizujące z oburzeniem stada pijanych ludzi na ulicach. Wiadome, polskie społeczeństwo nie dorosło do decydowania o sobie i powinno być ubezwłasnowolnione na wszelkie możliwe sposoby, chyba że chodzi o wybieranie jedynych słusznych partii czy rzucanie banknotów na tacę... oh, wait. Ale zostawmy tematy polityczne i pozwólmy Wam odkryć smutną prawdę: a mianowicie, że polska wódka, moim zdaniem dużo lepsza od rosyjskiej czy z jakichkolwiek innych krajów, jest w Szwajcarii zupełnie nieznana! Cóż za zaniedbanie ze strony producentów, zupełnie tego nie rozumiem. Owszem, okazjonalnie (rzadko!) widuje się tu ją w monopolowych, ale Szwajcarzy jako zbiór zupełnie tych polskich marek nie kojarzą - jedyny polski alkohol, jaki znają, to żubrówka (występująca tu zresztą pod nazwą "grasovka"). Moje zdumienie w tej materii podziela w zupełności mój amerykański fryzjer, który opowiedział mi nawet historię o znajomym, przemycającym (na małą skalę, w walizce, nie w ciężarówkach) wódkę z Polski, gdyż ponoć nielicznym koneserom można tu ją sprzedać ze sporym przebiciem cenowym (o ile pamiętam, było to ok. 60 EUR za butelkę). I bynajmniej nie jest tak, że mocnych alkoholi się tu nie pija - faktem jest, że gustuje w nich głównie grupa wiekowa 16-25 (wiek, od którego alkohol tu spożywać wolno, to lat 16 w przypadku piwa i wina oraz 18 - mocniejsze alkohole), niemniej to dość znaczący target, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj wraz z wiekiem (zwłaszcza skończeniem studiów) i tak pije się alkoholu coraz mniej.

Pozostałe grupy wiekowe w Szwajcarii spożywają głównie wino i piwo, właściwie jedno i drugie jest tu równie popularne, a kieliszek wina do obiadu czy kufel piwa do lunchu są czymś zupełnie normalnym. Szwajcarzy lubią dodawać też alkohol do jedzenia (za czym ja osobiście nie przepadam, ale de gustibus itd., wiadomo) - wino dodaje się do fondue, zupy mącznej czy sosu, podawanego z siekanym mięsem (tzw. Zürcher Geschnetzeltes). Restauracje serwują też chętnie desery z dodatkiem alkoholu, np. lody (z Baileysem, Malibu czy innym likierem) czy tzw. Zuger Kirschtorte (pochodzący z kantonu Zug tort z kirszem, czyli wiśniówką).

Mimo wyżej opisanej łatwości dostępu do alkoholu, nie widuje się tu na ulicach pijanych tłumów; a pijany Szwajcar od trzeźwego różni się głównie tym, że zatraca ten charakterystyczny, helwecki dystans i łatwiej jest z nim nawiązać kontakt. Przypadków poalkoholowej agresji nigdy tu nie uświadczyłam - a ma się naprawdę solidną próbę do obserwacji: czy to podczas karnawału (Fasnacht), czy też 1 sierpnia (święto narodowe, upamiętniające założenie Konfederacji Szwajcarskiej). 

Moje bliskie otoczenie, czyli koledzy z pracy, cenią głównie piwo - co przejawia się na przykład w naszym tradycyjnym copiątkowym jego spożyciu, ale co ilustruje również poniższa anegdota. Odkryłam otóż ostatnio fajną stronę ze słownictwem szwajcarskim. Przeglądając ją, pytałam kolegów o niektóre słowa, chcąc się upewnić, że rzeczywiście są w dialekcie w użyciu powszechnie, a nie na  przykład wyłącznie w jakiejś pojedynczej, zapadłej wiosce na szczycie góry, gdzie miałabym szansę dotrzeć co najwyżej raz w życiu, a i to po wielogodzinnej wędrówce.
Oprócz znalezienia na liście wyrazów, których nauczyli mnie koledzy z pracy, takich jak "Tüpflischiisser" ("pedant", dosł. "srający punkcikami"), "Harasse" (skrzynka, w odniesieniu do np. piwa) , "huere" (w wolnym tłumaczeniu: "zajebiście", dosł. "kurewsko"; np. "huere guet" - "zajebiście dobre". Nie należy używać w innych krajach niemieckojęzycznych, bo bardzo wulgarny wydźwięk straciło tylko i wyłącznie w Szwajcarii!) czy wspomniane już na tutejszych łamach "seichen" ("lać", o deszczu, ale też w znaczeniu "sikać"), znalazłam też urocze słówko "Herrgöttli", które przełożyć można jako "pan bożek", a które oznaczać ma "piwo w kuflu, 2 dl". Zapytałam kolegę z biurka obok, czy kiedykolwiek słyszał to określenie - nie. Hm, ok. Przychodzi z lunchu następny kolega, znowu pytam, też nie słyszał. - A co to w ogóle ma oznaczać?, pytają oni. Mówię, że 2 dl piwa. Na co reakcja obydwu identyczna: - "Aaa, no tak, bo ja nigdy nie zamawiam tak małej ilości piwa!" 

3 komentarze:

  1. Slippery slope. Pomyśl sobie gdyby zniesiono zakazy co do alkoholu, co mogłoby być następne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie gdy zostaną zniesione zakazy, to w dłuższym terminie nie będzie zmian, ale przez pierwsze ileś lat może być po prostu bardziej chaotycznie i nieprzyjemnie na ulicach ;) Albo, o ile zostanie przekroczona masa krytyczna, będzie jak tu: https://www.youtube.com/watch?v=eirq4laOhcU

      Usuń