piątek, 20 stycznia 2017

Miasto tapas i cavy - Barcelona.

Pod koniec roku 2012 w trakcie rozmowy z K. wpadłyśmy na pomysł wspólnego wyjazdu. My dwie i tylko my dwie, żadnych mężczyzn, niezależnie od kwestii bycia aktualnie w związku czy też nie. Jak uradziłyśmy, tak i zrobiłyśmy. Jako że mieszkamy w różnych państwach, trzeba było wybrać cel, do którego z obydwu naszych lokalizacji da się wygodnie dolecieć. Padło na Hiszpanię, a konkretnie - Barcelonę. Poleciałyśmy tam pod koniec kwietnia 2013.

Bardzo wczesnym rankiem, drżąc z chłodu, wsiadam do samolotu i pocieszam się myślą, że za dwie godziny będę w miejscu znacznie cieplejszym. Wiadomym jest, że przylecę kilka godzin wcześniej niż K. - rano, toteż plan jest taki, że zrobię szybkie rozpoznanie terenu, zamelduję się w hotelu, a potem wrócę na lotnisko, odebrać K. Dolatuję o czasie, jednak pogoda w Hiszpanii zawodzi - jest zimno i pada. Nie tracąc dobrego nastroju, wyszukuję autobus do centrum miasta. Bogatsza o mapki z informacji i wskazówki miejscowych, docieram metrem w pobliże hotelu. W tym momencie leje już jak z cebra, parasol jest właściwie bezużyteczny. I tak jestem już cała mokra - toteż zamykam go i w strugach deszczu, po dziesięciominutowym spacerze, docieram do hotelu. Recepcjonistki wydają okrzyki przerażenia, gdy staję w progu hotelu, cała ociekająca wodą. Mimo, że pokój teoretycznie nie jest jeszcze gotowy, pozwalają mi się zameldować bez żadnych dodatkowych opłat. Wreszcie mogę się osuszyć i ogrzać. W tym momencie los płata kolejnego figla - lot K. opóźnia się. Najpierw nie wiadomo jest, kiedy samolot w końcu wyleci, wreszcie staje się jasne, że już nie tego dnia. Ruszam więc w miasto sama - przede wszystkim z misją nabycia cieplejszych ubrań... jako że - bardzo optymistycznie i bardzo nierozsądnie - zabrałam ze sobą wyłącznie zwiewne sukienki i delikatne sandałki.



Wychodzę z ostatniego sklepu - w nowo zakupionych dżinsach, grubym swetrze i półbutach. Wciąż jednak jestem przemarznięta, a także głodna - toteż bez wahania wchodzę do pierwszej z brzegu restauracji, na rogu La Rambla. Wybór - zwłaszcza owoców morza - jest oszałamiający. Nie potrafię się zdecydować... zwłaszcza że to mój pierwszy dzień po zakończeniu dorocznej, wiosennej diety. Jedzenie jest przepyszne; w tym momencie obiecuję sobie, że na emeryturze przeprowadzę się właśnie do Hiszpanii. Nim skończę posiłek, deszcz prawie ustaje, jednak szare chmury wciąż wiszą nisko nad głową. Niezrażona, zabieram się za odkrywanie najsłynniejszej barcelońskiej ulicy. Zaglądam do straganów z pamiątkami i biżuterią, zachwycam się architekturą. Gdzie się nie spojrzy, wszędzie da się wypatrzeć jakiś fascynujący szczegół: zdobienie budynku, gargulce, freski, rzeźby, latarnie... i oczywiście słynny chiński smok i parasolki.


Oglądam wystawy sklepów (najbardziej zapadają mi w pamięć dwa - pełne asortymentu we wszelkich możliwych kolorach, kształtach i smakach: jeden - cukierków, a drugi - kondomów) i kościoły, pozwalam sobie zgubić się w wąziutkich zaułkach. Fotografuję graffiti i ludzi - żywe pomniki. 



Znajduję przytulnie wyglądającą knajpkę z tapas - która zapewnia mi istny orgazm kulinarny (jakiś czas później dowiem się, że to jedna z najwyżej notowanych na TripAdvisor). I tylko palmy, kołysane silnymi podmuchami wiatru, wyglądają surrealistycznie na tle szarego nieba; a morze jest wzburzone i nieprzyjazne... ale i tak jestem oczarowana Barceloną.



K. dociera do naszego hotelu dopiero w środku nocy. Następne dwa dni - znów w deszczu - spędzamy, włócząc się razem po La Rambli i okolicach. Oglądamy barcelońskie oceanarium, pełne zachwycających stworzeń. Świetnie bawimy się też w tamtejszym kąciku dla dzieci, urządzając sobie sesję fotograficzną.


 Zwiedzamy muzeum seksu. Ekspozycja, barwna i interesująca, zawiera między innymi filmy porno z okresu początków kinematografii. Zaczynamy oglądać. Po kolejnych dziesięciu minutach na filmie wciąż nie dzieje się praktycznie nic. Jedna z aktorek najwyraźniej wykonuje samobadanie piersi - acz wygląda na szczerze zdumioną, że w ogóle posiada taką część ciała. W tym czasie jej małżonek flirtuje w kuchni ze służącą. Po kolejnych pięciu minutach ziewamy i ruszamy dalej; być może sto lat temu rzeczywiście film ten był w stanie kogoś podekscytować, dziś jednak ciężko to sobie wyobrazić.


Zajadamy się gorącymi churros z czekoladą; zabieram K. do znalezionej dzień wcześniej tapasiarni, pijemy cavę. Bąbelki błyskawicznie uderzają do głowy; już po jednym kieliszku śmiejemy się trochę za głośno. Wbiegamy do muzeum figur woskowych. Przez dłuższą chwilę jesteśmy zupełnie same.  Mroczna, wielka sala, pełna nieruchomych ludzkich figur, wywołuje ciarki. K. robi mi zdjęcie z Cezarem; dygam przed Marią Antoniną i piszczę na widok Hana Solo. Udajemy się na poszukiwanie ogromnego kota, wykonanego przez rzeźbiarza Botero. 

Drzewa mandarynkowe, zalane deszczem, wyglądają dziwnie nie na miejscu. Kupujemy przeróżne rozkoszne, pamiątkowe drobiazgi. Fotografuję tłustego, rudego kota; kot majestatycznie mnie ignoruje. Przed wejściem do parku Güell wstępujemy do maleńkiej sali kinowej, gdzie oglądamy króciutki film, inspirowany Gaudim - najlepiej zrobiony film 5D, jaki zdarzyło mi się widzieć. 

 

Biegamy zachwycone po parku, robiąc milion zdjęć; jeszcze tego samego dnia obejrzymy też Casa Batllo - budynek, który od tamtej chwili zajmuje pierwsze miejsce na mojej prywatnej liście cudów architektury.       

       
Następnego dnia rano okazuje się, że chmury zniknęły i na dworze świeci słońce! Skaczemy ze szczęścia na ulicy. Barcelona, jak nietrudno się spodziewać, w świetle słonecznym jest jeszcze piękniejsza. Idziemy na targ i podziwiamy stosy apetycznych, jędrnych owoców, zwisające ogromne połcie szynki, kiełbasy i innych mięs, palety warzyw i małże w ogromnych siatkach, dziesiątki gatunków oliwek, wielobarwne galaretki, różnorakie gatunki grzybów i orzechów... póki nie dochodzimy do tych owoców morza, które - jak się okazuje - wciąż się ruszają. Jako że żadna z nas nie lubi być przedstawiana swojemu jedzeniu, tracimy ochotę na dalsze oględziny targowiska. 





Rozkoszujemy się słońcem i ciepłem w parku Ciutadella, podziwiamy Łuk Triumfalny i architekturę fontanny, robimy sobie zdjęcia z ogromnym mamutem, by wreszcie przepaść na wiele godzin w ogromnym zoo z wielkimi, świetnie zaprojektowanymi wybiegami i rewelacyjną delfiniarnią. Rozkosznie śpiące w słońcu kangury, tłuściutkie kapibary, wydające się uśmiechać delfiny, płochliwe jeżozwierze... Nie obejrzymy zoo w całości, mimo że zwiedzamy je aż do zamknięcia. 


Nasz ostatni nasz dzień w Hiszpanii, cudownie upalny i słoneczny. Wjeżdżamy zabytkową kolejką na wzgórze Tibidabo (512 m n.p.m.). Kościół de Sagrat Cor, z miniaturą Jezusa z Rio de Janeiro, zachwyca architektonicznie.




Zwiedzamy wszystkie jego zakamarki, ciesząc oczy każdym szczegółem. Wspinamy się też pracowicie na wieże, skąd oczywiście widok na Barcelonę i lśniące, błękitne morze jest jeszcze lepszy.


Wzgórze oferuje jednak jeszcze inną atrakcję - a mianowicie lunapark. Przez resztę czasu pozostałego do odlotu K. (ma samolot wcześniej niż ja) szalejemy na wszystkich dostępnych urządzeniach, od tradycyjnej karuzeli z łańcuchami aż po rollercoastery. Właściwie rollercoasterki, nie są zbyt duże, ale w pełni wystarczające, żeby z gardła wyrywał się krzyk strachu i ekscytacji zarazem. To tam po raz pierwszy staram się odpędzić myśl, czy aby Hiszpanie są narodem na tyle odpowiedzialnym, by należycie konserwować urządzenia (odpędzę ją na tyle skutecznie, że w kolejnych latach zdecyduję się na szaleństwa lunaparkowe w Grecji czy Turcji). 



Potem robi się późno i K. w pośpiechu gna na lotnisko, podczas gdy ja, mając jeszcze parę godzin, po raz ostatni rozkoszuję się hiszpańskim jedzeniem, usiłując jednocześnie na zapas wchłonąć barcelońską atmosferę. Przemiła obsługa przynosi mi kolejny kieliszek cavy - tym razem w gratisie. Gdy tak popijam, zamyślona, nagle - znów - okazuje się, że jest już późno, tym razem dla mnie - i trzeba pędzić na lotnisko...  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz