Przejdź do głównej zawartości

Słów kilka o przygodach w kraju ojczystym.

Jako że A. parę miesięcy temu zadał mi pewne ważne pytanie, a ja udzieliłam na to pytanie odpowiedzi pozytywnej, planuję wkrótce zmienić tak zwany stan cywilny. Ponieważ odbędzie się to w Szwajcarii, tym samym miałam okazję zapoznać się z wymaganiami, które trzeba spełnić, aby zmiana ww. stanu stała się prawnie możliwa. (Rozpatrywany przypadek dotyczy ślubu Szwajcara i Polki, nie mam pojęcia, jak wygląda to przy innych kombi- - nomen omen - nacjach).

Otóż, co zapewne nikogo nie zdziwi, najpierw zgromadzić należy kilka papierów. W przypadku moim, czyli cudzoziemki, konkretnie są to: dowód osobisty lub paszport, poświadczający obywatelstwo (w przypadku posiadania kilku obywatelstw, jeśli chcemy mieć informację o nich w ślubnych papierach, trzeba posiadać odpowiednio kilka dowodów lub paszportów; jeśli takiej informacji nie chcemy, w zupełności wystarczy jeden); kopia permitu; odpis zupełny aktu urodzenia oraz jego tłumaczenie przysięgłe, a także zaświadczenie o stanie cywilnym lub zaświadczenie o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego (w obydwu przypadkach potrzebujemy również tłumaczenia przysięgłego). 

Jako że od momentu, gdy kierownik biura paszportowego w Gdańsku (nie pozdrawiam) odmówił mi parę lat temu przyjęcia wniosku o paszport - łamiąc zarazem prawo, ale któż by tam dbał o takie drobiazgi - bujałam się po świecie bez jakichkolwiek ważnych polskich dokumentów, stanęłam przed koniecznością wyrobienia sobie polskiego dowodu osobistego.
Szczęśliwie złożyło się tak, że kilka miesięcy wcześniej, podczas pobytu w Polsce, założyłam i uwierzytelniłam sobie konto ePUAP - myśląc, że może kiedyś podejmę znów kolejną próbę zdobycia jakichś polskich dokumentów... i że lepiej byłoby wówczas przy składaniu wniosku mieć kontakt z czymś, co w imię bezinteresownej nienawiści bliźniego prawa nie łamie; na przykład własnym laptopem.

Złożyłam zatem wniosek o dowód osobisty przy pomocy systemu ePUAP, uczyniwszy to z rozsądnym ponad trzydziestodniowym wyprzedzeniem, by nikt nie mógł na przykład rzec mi później z triumfującym uśmieszkiem, że nie było na wyrobienie dokumentu dość czasu. Z duszą na ramieniu oczekiwałam jeszcze, czy zeskanowane zdjęcie biometryczne jest aby na pewno zeskanowane prawidłowo (podane są bowiem jedynie wymagane jego wymiary minimalne), ale tadam! wniosek został przyjęty, ba, podano mi nawet przewidywaną datę odbioru dowodu! (Data przewidywana zmienia się w pewnej chwili w datę ustaloną, ale by tę móc sobie później sprawdzić, trzeba posiadać numer wniosku, którego to numeru mimo żmudnych i drobiazgowych poszukiwań oraz bezproblemowego władania językiem polskim nie udało mi się znaleźć ani na moim elektronicznym wniosku, ani na urzędowej odpowiedzi na tenże. Ale nie bądźmy drobiazgowi, wniosek został przyjęty, było to - prawdę mówiąc - dużo więcej niż oczekiwałam!)

O załatwienie dwóch pozostałych dokumentów chciał zatroszczyć się mój tata, jednak w urzędzie uświadomiono go natychmiast, iż o ile może pobrać dla mnie odpis zupełny aktu urodzenia, o tyle po zaświadczenie o stanie cywilnym zjawić muszę się osobiście. Wiadomo, polska legislatura szacuje wysoko kontakty międzyludzkie i nie uważa za stosowne, by urzędnicy i petenci pozbawieni zostali tak cenionej przez obie strony rozkoszy obcowania ze sobą, toteż takie bezduszne zwyczaje, jak w niehumanitarnej Szwajcarii, gdzie praktycznie wszystkie dokumenty, z dowodem włącznie, można wysłać pocztą do domu delikwenta, nie wchodzą w grę.

Ale dość tych peanów, wracajmy do meritum. W czwartek, gdy przylatywałam do Polski, urząd miejski w Gdańsku czynny był do szesnastej, a przynajmniej taka oficjalna informacja widniała na jego stronie internetowej. Ze względu na spóźnienie samolotu, do urzędu dotarłam za trzynaście czwarta. Z działu odpowiedzialnego za dowody osobiste wyszłam z nowym dowodem w ręku za sześć czwarta; minutę zajęło mi dobiegnięcie na piętro, zajmowane przez urząd stanu cywilnego. Lecz niestety! Przyzwyczajona do szwajcarskiej pedanterii, w myśl której koniec pracy o szesnastej oznacza koniec pracy o szesnastej, nie pomyślałam, że za pięć szesnasta maszyna do wydawania numerków petentom będzie już chytrze wyłączona. Usiłując do ostatniej chwili walczyć z losem, nieśmiało zapukałam do właściwych drzwi i przedstawiłam pokorną prośbę, czy mogłabym może jednak jeszcze... Pani urzędniczki na mój widok skrzywiły z niechęcią usta i rzekły, iż komputery są już wyłączone i wszystko wylogowane i w ogóle to mogłam była zadzwonić wcześniej i uprzedzić, że, ale skoro nie zadzwoniłam, to. (Ano nie zadzwoniłam, myślałam, że szesnasta oznacza szesnastą, mój błąd). Łaskawie zasugerowano mi przyjście następnego dnia rano - przed ósmą! (Urząd czynny jest oficjalnie od ósmej). Cóż było robić, są chwile, gdy nawet ja wiem, że sytuacja jest stracona. Pożegnałam się uprzejmie; i wróciłam dnia następnego.

Dnia następnego zaś maszyna do wydawania numerków była już co prawda włączona, jednakowoż numerki nad drzwiami tkwiły uparcie na pozycjach startowych i nie chciały się zmieniać. By nie myśleć o tym, jak bardzo się spieszę, studiowałam ogłoszenia i obwieszczenia, znajdujące się w wiszącej przede mną gablotce. I wtem! doczytałam oto, że po uprzednim umówieniu telefonicznym lub internetowym można wejść bez kolejki! Moje umówienie było co prawda osobiste, nie telefoniczne lub internetowe, niemniej jednak natychmiast ochoczo wtargnęłam do gabinetu (odkrywając zarazem, że w środku nie było żadnego petenta, zatem moje oczekiwanie, aż ktoś z wytęsknionego pokoju wyjdzie, mogło trwać w tych warunkach do szesna... przepraszam, do za pięć szesnasta). Pani urzędniczka jednak rozpoznała mnie, prawie się uśmiechnęła na mój widok - a co najważniejsze, miała wszystko potrzebne w systemie, więc już po kilku minutach trzymałam w ręku upragnione zaświadczenie o stanie cywilnym!

Kwestia przetłumaczenia go jest już niewarta wzmianki; tłumacz był co prawda człowiekiem wysoce oryginalnym, jednakowoż robotę wykonał rzetelnie i w zapowiedzianym czasie pięciu minut, a i stawka była dużo mniejsza, niż oczekiwałam (trzydzieści parę złotych). Tym samym mogliśmy złożyć w szwajcarskim urzędzie komplet dokumentów (uzupełniony o wniosek o zawarcie ślubu, do wydrukowania z internetu - i kopię paszportu A.; kopie dokumentów wykonywane są w urzędzie stanu cywilnego, nie trzeba przygotowywać ich wcześniej) - ja zaś, rozochocona niebywałymi sukcesami odniesionymi w polskich urzędach, poważnie myślę o kolejnym podejściu do złożenia wniosku o polski paszport.  

Komentarze

  1. gratulacje! oby to była największa przeszkoda na Waszej wspólnej dalszej drodze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. (a paszport możesz wyrobić w konsulacie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)
      (Wiem. Ale w konsulacie jest dużo droższy; poza tym -
      jak każdy/a polski/a obywatel/ka - mam *prawo* wyrobić go w PL... Przynajmniej, jak widać, teoretycznie).

      Usuń
  3. Gratuluję! A ślub kiedy? Oraz: zdziwiłabyś się, jaki margines "wypierdalaj" mają irlandzkie instytucje: jak czynne do 15:00, to czasem o 14:30 już nic nie załatwisz (i analogicznie, jak czynne od 9:00, to tak naprawdę od 9:30). Sklepy to jeszcze lepszy kosmos. Ja też lubię wychodzić wcześniej (nie, żeby mi się udawało), więc sympatyzuję (i zazdroszczę) :D BTW, taka mała uwaga techniczna: sugeruję trochę podzielić tekst na mniejsze akapity, bo ciężko się czyta taki strumień tekstu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) Daty ślubu i wesela są w trakcie ustalania.
      Ja też lubię czasem wychodzić wcześniej, ale w moim przypadku nie ma to znaczenia, bo godziny te mogę odrobić kiedy indziej; urzędy czy sklepy to jednak inna sprawa.
      Co do ściany tekstu - dzięki za zwrócenie uwagi, poprawiłam to. Mam nadzieję, że teraz czyta się lepiej. (I że moja tendencja do budowania zdań nadmiernie złożonych nie przeszkadza ;-) Staram się z nią walczyć, ale nie zawsze mi się to udaje).

      Usuń
  4. To z czym podróżujesz po świecie? Tzn z jakim dokumentem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z paszportem innego kraju niż Polska (mam podwójne obywatelstwo).

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Motoryzacyjnie.

Dla tych, co tl;dr - ja vs samochód, historia prawdziwa. 
Moja historia, związana z prowadzeniem pojazdów typu samochód jest długa - i gdyby miała konto na Facebooku, niewątpliwie musiałybyśmy ustawić status relacji na "to skomplikowane". 
Większość osób z mojego otoczenia zdała prawo jazdy w wieku lat szesnastu, tuż przed lub po tym fakcie rozpoczynając regularną jazdę i ćwicząc tym samym na co dzień świeżo nabyte umiejętności. Ja zaś żyłam sobie w wersji "jestem dzieckiem", czyli wożona od czasu do czasu tu i tam - wkrótce zaś potem "wybyta" na studia, daleko od domu rodzinnego. Tym samym woziłam się już sama - komunikacją miejską. Nie było niestety opcji, by ktoś kupił mi samochód, sama również nie miałam na to środków - kwestia posiadania prawa jazdy nie zaprzątała mi zatem zbytnio głowy.  
Nadszedł wszakże moment w moim życiu, gdy odpowiednie władze zadecydowały, że dziś co prawda jeszcze kurs prawa jazdy kosztuje x, wszelako od dnia n, w związku z …

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …