Przejdź do głównej zawartości

Rzecz o śwyątecznych iarmarkach.

Święta. Uwielbiam. Kiedy o nich myślę, uświadamiam sobie zawsze, jaką jestem szczęściarą - bo ciągle czuję tę samą radość, jaką odczuwałam jako dziecko (tyle że pozostały do świąt czas, którego w dzieciństwie było mnóstwo, nagle znacząco się skrócił). Już w listopadzie nastawiam ciasto na piernik staropolski, w grudniu pieczemy świąteczne ciasteczka: częściowo sami, częściowo z rodziną A. Kompletuję prezenty, z góry ciesząc się na myśl o radości obdarowywanych. Z radia i płyt płyną kolędy. Zaopatrujemy się kalendarze adwentowe - czekolada wydobywana z okienek wciąż pachnie tak, jak trzydzieści lat temu. Nabywam wszelkie niezbędne drobiazgi, które uwielbiam kupować: serwetki, papier do pakowania prezentów, bileciki, świeczki... A. i ja bierzemy urlopy do końca roku, przylatują moi rodzice: w efekcie mam koło siebie wszystkich, których najbardziej kocham - i masę wolnego czasu, by się tym nacieszyć. Jeśli pogoda i temperatura pozwalają, a mamy ochotę gdzieś wyjść, spędzamy czas w górach czy na spacerach. Jeśli nie, wylegujemy się i objadamy w pieleszach domowych: rozmawiając, grając, oglądając... czy po prostu czytając (zaopatrzeniem Kindli w nowe, interesujące pozycje zajmuję się odpowiednio wcześnie ja). Świętujemy też wspólnie z rodziną A. - przy szwajcarskim jedzeniu i dobrym winie. Ale prócz tego mamy jeszcze jedną - powiązaną ściśle z Bożym Narodzeniem, choć przedświąteczną - tradycję, którą pielęgnujemy, odkąd przeprowadziłam się do Szwajcarii: a mianowicie wizytę na Weihnachtsmarkt (jarmarku świątecznym).


W ciągu ostatnich kilku lat odwiedziliśmy zarówno jarmarki szwajcarskie, niemieckie, jak i francuskie. Szwajcarskie odwiedzamy zwykle w więcej niż jednym mieście - są niewielkie i można je szybko obejść. Natomiast Niemcy czy Francja to już wyprawa na cały dzień - zarówno ze względu na odległość, jak i rozmiary jarmarków. 

Mimo iż tradycja jarmarkowa pochodzi ponoć z Niemiec, to właśnie niemieckie jarmarki wypadają moim zdaniem najsłabiej (co nie znaczy, że źle i są niewarte odwiedzenia!) Odwiedziliśmy Konstancję i Stuttgart. O ile miasta są interesujące architektonicznie i na pewno wrócimy tam kiedyś w lecie, o tyle asortyment sprzedawany na jarmarkach jest niezbyt ciekawy: bardzo dużo wszędobylskiego kiczu, bardzo mało produktów domowej roboty (ciasteczek, dżemów, mięsa, itp.) czy interesujących a nietypowych drobiazgów... i najmniej smaczne grzane wino. 

Niewątpliwym jasnym punktem Stuttgartu była za to kluska na parze (zwana w niektórych regionach Polski pampuchem) z sosem śliwkowym! Jest też oczywiście duży wybór dobrych smażonych kiełbas, jako że Niemcy kiełbasą stoją. (Serdecznie odradzam za to kupowanie tam jakichkolwiek dań szwajcarskich, takich jak fondue czy raclette).


Zupełnie inaczej rzecz ma się z Francją, gdzie odwiedziliśmy do tej pory Colmar i Strasbourg (ten ostatni już trzykrotnie). Co prawda francuskie grzane wino smakiem wciąż ustępuje szwajcarskiemu (i podawane jest w plastikowych kubkach, a nie ceramicznych, jak w Szwajcarii), ale za to bogaty jest asortyment wszelkiej maści produktów spożywczych: od dżemów, marmolad i konfitur, poprzez pierniki, ciasteczka i słodycze wszelkiej maści, mięso, wędliny, (nielubiane przeze mnie) foie gras, na świetnym winie i rewelacyjnych mieszankach herbat kończąc. Da się też znaleźć sporo uroczych drobiazgów, które świetnie uzupełniają większe prezenty. 


W Strasbourgu są do tego dwa specyficzne miejsca jarmarkowe (bo jarmark jako taki jest rozrzucony po całym mieście): jedno reprezentuje co roku inny kraj i kupić tam można wszystko, co z tym krajem jest związane (w tym roku była to Islandia), a drugie - przy miejskiej choince - to stragany rozmaitych organizacji charytatywnych, gdzie sprzedawane są produkty wykonane przez osoby, na rzecz których organizacja działa - by w ten sposób ją wesprzeć. Tym razem było tam sporo straganów prowadzonych przez uchodźców, oferujących między innymi przepyszne jedzenie (a wszyscy sprzedający mówili biegle po angielsku!) We Francji można dostać też bardzo dobre naleśniki - oraz (jako że to Alzacja) niezłe Flammkuchen.  

Jeśli natomiast chodzi o Szwajcarię - asortyment na każdym z jarmarków jest podobny jak we Francji (tyle że sporo mniejszy - i oczywiście sporo drożej), za to grzane wino - zarówno białe, jak i czerwone - jest doskonałe. Dodatkowo w Bazylei jest stragan, gdzie sprzedają rewelacyjne owoce, oblane czekoladą (teoretycznie można dostać coś podobnego w Niemczech czy Francji, ale ich czekolada jest w porównaniu baaardzo kiepska) oraz najpyszniejszy nugat, jaki w życiu jadłam. 

W Lucernie dla odmiany jarmark oferuje ukochane przeze mnie plastry jabłek, smażone w cieście i oblane sosem waniliowym - i świetne pieczywo z pieca opalanego drewnem. I oczywiście na każdym szwajcarskim jarmarku bez najmniejszego ryzyka dla kubków smakowych inwestować można w fondue i raclette!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …