Przejdź do głównej zawartości

Obrazki pewnego poranka.

Jadę. Wokół mnie jest mgła - jednak nie szara, a biała, bo rozświetlana od góry blaskiem słońca. Przysłonięte cieniutką warstwą chmur, przypomina złotą monetę - tyle że blask jest tak jaskrawy, że nie da się długo na nie patrzeć. 
Podnóże Pilatusa tonie we mgle i jest zupełnie niewidoczne, za to szczyt rysuje się na tle nieba cienką, subtelną kreską. Nie pamiętam, kiedy ostatnio - i czy kiedykolwiek wcześniej - jechałam przez rozsłonecznioną mgłę.
Do parkingu podziemnego w samym centrum miasta jest jak zwykle o tej porze kolejka - i jak zwykle czekam nie dłużej niż trzy-cztery minuty. Zjeżdżam w chłodne, betonowe czeluści na najniższe piętro, bardzo ostrożnie parkuję samochód. Muszę zwinąć lusterka, bo samochód jest duży, a miejsca parkingowe bardzo małe. To zresztą najciaśniejszy parking, z jakim do tej pory się w Szwajcarii zetknęłam, ale dogodna lokalizacja sprawia, że i tak często tu parkuję. Tym razem znowu się udało, tylko wysiąść muszę od strony pasażera, bo nie mam już czasu poprawić. I tak docieram na spotkanie spóźniona o prawie pięć minut. Nie lubię tego, niezależnie od faktu, że przeprosiny zostają przyjęte z pełnym zrozumieniem. 
Po spotkaniu udaję się do biura podróży - jestem prawie pewna, że tym razem już pamiętam drogę, ale okazuje się, że jednak bez drobnej pomocy nawigacji się nie obejdzie. Dziewczyna z biura podróży rozpoznaje mnie natychmiast - musi mieć dobrą pamięć do twarzy, przecież ostatnio widziałyśmy się prawie cztery miesiące temu. Jest młoda i miła, a gdy rozmawiamy, mam - tak jak ostatnio - przyjemne wrażenie, że jej entuzjazm bynajmniej nie jest udawany i szczerze cieszy się z możliwości przygotowania dla nas wakacyjnej oferty.
Mgła rozproszyła się już, świeci słońce. Jest chłodno, ale nie tak zimno, by trzeba było włożyć szalik i czapkę. Cienki płaszcz nie krępuje ruchów. Idę, ciesząc się tym drobnym luksusem - ostatecznie mamy styczeń, miesiąc, który znacznie częściej bywa ponury i zimny, zmuszając do wkładania na siebie tylu warstw, że z ledwością można się poruszać. 
Restauracja na ostatnim piętrze sklepu jest wypełniona. Nic dziwnego, to pora lunchu. Udaje mi się jednak znaleźć stolik przy oknie. Obok mnie siadają dwie starsze, zadbane panie, przepraszając z uśmiechem - jako że, by mogły swobodnie przejść, muszę nieco przesunąć mojego laptopa. Pogrążają się w rozmowie - mówią w dialekcie, więc tylko od czasu do czasu wyłapuję coś, co rozumiem. Gwar wokół jednak wcale mi nie przeszkadza. Zamawiam tatar - okazuje się bardzo dobry i doskonale doprawiony; cebula i kapary dopełniają smaku. Na deser zjadam ciasto marchewkowe. Wersja jak dla mnie nieco zbyt zdrowa - w ciasto wmieszane są surowe wiórki marchewki. Zielona herbata jest za to taka jak trzeba - popijam, czytając blogi. W końcu jednak herbata się kończy - co jest znakiem, że pora pogrążyć się w pracy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Bezrobocie w Szwajcarii - czyli Arbeitsamt i RAV.

Dla tych co tl;dr - jak w tytule.
Od razu na wstępie zastrzegam: wszystkie przypadki bezrobocia w Szwajcarii, jakie bliżej znam - wliczając mój własny - dotyczą ludzi, którzy najpierw tu co najmniej kilka lat przepracowali na umowach na czas nieokreślony, z pozwoleniami typu B lub C. I taki też przypadek - od strony "technicznej" - będzie opisany w tej notce. Z oczywistych względów* nie opisuję na blogu kwestii, z jakimi styku nie miałam, czyli na przykład bezrobocia na innych permitach; albo bezrobocia przy niepracowaniu w Szwajcarii nigdy wcześniej, itd. Nie wiem też, czy przepisy dla bezrobotnych w Luzern są takie same jak w innych kantonach. Jeśli macie chęć uzupełnić te braki w komentarzach - zapraszam serdecznie.
Jak kiedyś już tu na blogu wspominałam, każda osoba, która pracuje w Szwajcarii na umowie o pracę, co miesiąc uiszcza składkę na tzw. ubezpieczenie od bezrobocia. Dopóki nie zapoznałam się z tematem bliżej, sądziłam, że oznacza to, że gdy traci się pracę, aut…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…