wtorek, 9 stycznia 2018

O przemieszczaniu się i skojarzeniach.

Jestem człowiekiem, którego domyślna orientacja w terenie jest, ujmując rzecz oględnie, taka sobie. Owszem, potrafię doskonale zapamiętać nową trasę - pod warunkiem, że się na tej czynności skoncentruję... Jeżeli nie, mogę przechodzić czy przejeżdżać z punktu A do punktu B nawet parę razy, a szanse, że wiem, którędy dokładnie trzeba podążać, są nikłe. (W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby spytać, dlaczego w takim razie nie skupiam się częściej, kiedy przemierzam nowe drogi? I to jest, proszę Państwa, bardzo dobre pytanie! Poproszę o następne). Obejrzenie wcześniej mapy niewiele mi daje, bo te papierowe są po pierwsze płaskie, po drugie musiałabym je oglądać obrócone dokładnie w takim kierunku, z jakiego będę wyruszać. GoogleMaps jest co prawda trójwymiarowe, ale prezentuje widok z lotu ptaka - co wystarczy, żebym nie miała żadnych szans rozpoznać tych samych miejsc, gdy widzę je z boku. Świat wygląda też dla mnie zupełnie inaczej w słońcu porannym, popołudniowym, w deszczu i w nocy. W związku z tym z niewymownym zachwytem przyjęłam swego czasu pojawienie się nawigacji - i nie zaprzątam już sobie głowy sprawdzaniem czegokolwiek; ot, wklepuję adres i idę bądź jadę zgodnie ze wskazówkami. Kiedyś już co prawda raz z(a)wiodła mnie nawigacja Google - wtedy nie było tak źle, bo szukana ulica była ok. 200 m dalej od miejsca, w którym według Google być miała. Wczoraj za to pojechałam na spotkanie, kierując się wskazaniami nawigacji samochodowej - po to tylko, żeby po dotarciu do celu odkryć, że tak naprawdę znajduje się on o kwadrans jazdy (!) dalej. Czy muszę dodawać, że w obydwu wspomnianych przypadkach musiałam zdążyć na ważne spotkanie, a spóźnienia uniknęłam tylko dzięki tendencji do wyruszania z zapasem co najmniej kwadransa (a najczęściej pół godziny)?... Każde pokładanie nadmiernej ufności w technologii zostanie ukarane! (por. "wszyscy zginiemy"). 

Dziś po raz kolejny przemierzałam autostrady szwajcarskie, podczas gdy w radiu mówiono, że ktokolwiek chciałby udać się do lub wyjechać z Zermatt*, nie ma takiej możliwości, bo zagrożenie lawinowe. Informowano także, że w Alpach spadło jeszcze więcej śniegu. W momencie, gdy przyspieszałam (bo skończyło się ograniczenie prędkości) i rozmyślałam, że śnieg ten przydałby się w tej chwili bardziej mojemu koledze, który miał nadzieję na narty w Sudetach, kierowca samochodu na prawym pasie, mimo że nic przed nim nie jechało, postanowił chytrze przetestować moją czujność oraz hamulce - a może po prostu jest fanem życia na krawędzi? - i wyskoczył mi znienacka tuż przed maskę, nie włączywszy oczywiście migacza, bo to by popsuło całą niespodziankę. Test mojej czujności powiódł się w stu procentach, wyrwał mi się jedynie agresywny i niecenzuralny komentarz, tyczący się zdrowia umysłowego rzeczonego osobnika. Panu (bo jak się chwilę później przekonałam, wymijając go, gdy wrócił na prawy pas, był to pan w wieku około pięćdziesiątki) życzę dużo szczęścia - przy takim stylu jazdy będzie mu potrzebne. 

Swoją drogą, niesygnalizowanie zmiany pasa na autostradzie jest tu dość częste. W związku z czym, zwłaszcza gdy podjeżdżam blisko osobówek, jadących za ciężarówkami i już-już mam je minąć, zawsze łypię podejrzliwie, szukając oznak, że na pomysł wyprzedzania wpadną w tzw. ostatniej sekundzie (a ja wtedy, oczywiście, będę musiała hamować). Pojęcie "wystarczającej odległości" jest bowiem najwyraźniej zdefiniowane w ludzkich umysłach w fascynująco odmienny sposób. A skoro już o tym mówimy, nadmienię, że specjalnym uczuciem darzę też osobników dyszących w kark - którzy, gdy ja przy dozwolonym 120 jadę 124 (policja odejmuje 5 km od pomiarów radaru), siedzą mi na ogonie, dając do zrozumienia, że nie będę im dyktować, w jaki sposób wydadzą pensję i dlaczego na mandat. (Stereotyp szwajcarski mówi, że zachowaniami tymi cechują się mieszkańcy kantonu Aargau - i rzeczywiście, moje osobiste statystyki odnotowują istotną korelację, to musi być prawda!!1) Ustępuję im miejsca natychmiast, gdy tylko mogę - i z bezpiecznej odległości obserwuję, jak siadają na karku kolejnej osobie hen, z przodu. Za kierownicą jestem bowiem miła, zgodna i ustępliwa, choć istnieje zjawisko, które mój poziom agresji podnosi - a są nim ludzie, jadący 110 lewym pasem przy ograniczeniach do 120, podczas gdy zarówno przed nimi, jak i po prawej nie ma nikogo (na szczęście to zdarza się nieczęsto, w zeszłym roku naliczyłam takich dwóch).

                            
Oprócz tego chciałam powiedzieć, że na blogu DS znalazłam starą notkę o tym, jak kojarzą jej się pewne słowa z poszczególnych języków. Co przypomniało mi, że są dwa niemieckie słowa, z którymi - wbrew ich znaczeniu - skojarzenia mam złe. Ale jak tu ich nie mieć, skoro "traumhaft" ("bajeczny") w pierwszej sekundzie nasuwa myśl o traumie (niem. der Traum - sen, die Trauma - trauma), a "Leidenschaft" ("pasja", "namiętność") zaczyna się od czasownika "leiden" ("cierpieć")?     






*najsłynniejsza szwajcarska miejscowość, ta, z której najlepiej widać górę Matterhorn - tę, której profil przedstawiony jest na czekoladkach Toblerone  

3 komentarze:

  1. ale w google maps masz street view. całej trasy się nie da obejrzeć, ale punkty orientacyjne można.
    u nas z lubością jeżdżą lewym pasem równolegle do osobnika na środkowym, z tą samą prędkością. zawsze chcę ich zabić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, w życiu z tego nie skorzystałam, przyjrzę sie następnym razem.

      Usuń
  2. Kierunkowskaz? Prawdziwy mezczyzna nigdy nie zdradza swoich zamiarow!

    OdpowiedzUsuń