Przejdź do głównej zawartości

O przemieszczaniu się i skojarzeniach.

Jestem człowiekiem, którego domyślna orientacja w terenie jest, ujmując rzecz oględnie, taka sobie. Owszem, potrafię doskonale zapamiętać nową trasę - pod warunkiem, że się na tej czynności skoncentruję... Jeżeli nie, mogę przechodzić czy przejeżdżać z punktu A do punktu B nawet parę razy, a szanse, że wiem, którędy dokładnie trzeba podążać, są nikłe. (W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby spytać, dlaczego w takim razie nie skupiam się częściej, kiedy przemierzam nowe drogi? I to jest, proszę Państwa, bardzo dobre pytanie! Poproszę o następne). Obejrzenie wcześniej mapy niewiele mi daje, bo te papierowe są po pierwsze płaskie, po drugie musiałabym je oglądać obrócone dokładnie w takim kierunku, z jakiego będę wyruszać. GoogleMaps jest co prawda trójwymiarowe, ale prezentuje widok z lotu ptaka - co wystarczy, żebym nie miała żadnych szans rozpoznać tych samych miejsc, gdy widzę je z boku. Świat wygląda też dla mnie zupełnie inaczej w słońcu porannym, popołudniowym, w deszczu i w nocy. W związku z tym z niewymownym zachwytem przyjęłam swego czasu pojawienie się nawigacji - i nie zaprzątam już sobie głowy sprawdzaniem czegokolwiek; ot, wklepuję adres i idę bądź jadę zgodnie ze wskazówkami. Kiedyś już co prawda raz z(a)wiodła mnie nawigacja Google - wtedy nie było tak źle, bo szukana ulica była ok. 200 m dalej od miejsca, w którym według Google być miała. Wczoraj za to pojechałam na spotkanie, kierując się wskazaniami nawigacji samochodowej - po to tylko, żeby po dotarciu do celu odkryć, że tak naprawdę znajduje się on o kwadrans jazdy (!) dalej. Czy muszę dodawać, że w obydwu wspomnianych przypadkach musiałam zdążyć na ważne spotkanie, a spóźnienia uniknęłam tylko dzięki tendencji do wyruszania z zapasem co najmniej kwadransa (a najczęściej pół godziny)?... Każde pokładanie nadmiernej ufności w technologii zostanie ukarane! (por. "wszyscy zginiemy"). 

Dziś po raz kolejny przemierzałam autostrady szwajcarskie, podczas gdy w radiu mówiono, że ktokolwiek chciałby udać się do lub wyjechać z Zermatt*, nie ma takiej możliwości, bo zagrożenie lawinowe. Informowano także, że w Alpach spadło jeszcze więcej śniegu. W momencie, gdy przyspieszałam (bo skończyło się ograniczenie prędkości) i rozmyślałam, że śnieg ten przydałby się w tej chwili bardziej mojemu koledze, który miał nadzieję na narty w Sudetach, kierowca samochodu na prawym pasie, mimo że nic przed nim nie jechało, postanowił chytrze przetestować moją czujność oraz hamulce - a może po prostu jest fanem życia na krawędzi? - i wyskoczył mi znienacka tuż przed maskę, nie włączywszy oczywiście migacza, bo to by popsuło całą niespodziankę. Test mojej czujności powiódł się w stu procentach, wyrwał mi się jedynie agresywny i niecenzuralny komentarz, tyczący się zdrowia umysłowego rzeczonego osobnika. Panu (bo jak się chwilę później przekonałam, wymijając go, gdy wrócił na prawy pas, był to pan w wieku około pięćdziesiątki) życzę dużo szczęścia - przy takim stylu jazdy będzie mu potrzebne. 

Swoją drogą, niesygnalizowanie zmiany pasa na autostradzie jest tu dość częste. W związku z czym, zwłaszcza gdy podjeżdżam blisko osobówek, jadących za ciężarówkami i już-już mam je minąć, zawsze łypię podejrzliwie, szukając oznak, że na pomysł wyprzedzania wpadną w tzw. ostatniej sekundzie (a ja wtedy, oczywiście, będę musiała hamować). Pojęcie "wystarczającej odległości" jest bowiem najwyraźniej zdefiniowane w ludzkich umysłach w fascynująco odmienny sposób. A skoro już o tym mówimy, nadmienię, że specjalnym uczuciem darzę też osobników dyszących w kark - którzy, gdy ja przy dozwolonym 120 jadę 124 (policja odejmuje 5 km od pomiarów radaru), siedzą mi na ogonie, dając do zrozumienia, że nie będę im dyktować, w jaki sposób wydadzą pensję i dlaczego na mandat. (Stereotyp szwajcarski mówi, że zachowaniami tymi cechują się mieszkańcy kantonu Aargau - i rzeczywiście, moje osobiste statystyki odnotowują istotną korelację, to musi być prawda!!1) Ustępuję im miejsca natychmiast, gdy tylko mogę - i z bezpiecznej odległości obserwuję, jak siadają na karku kolejnej osobie hen, z przodu. Za kierownicą jestem bowiem miła, zgodna i ustępliwa, choć istnieje zjawisko, które mój poziom agresji podnosi - a są nim ludzie, jadący 110 lewym pasem przy ograniczeniach do 120, podczas gdy zarówno przed nimi, jak i po prawej nie ma nikogo (na szczęście to zdarza się nieczęsto, w zeszłym roku naliczyłam takich dwóch).

                            
Oprócz tego chciałam powiedzieć, że na blogu DS znalazłam starą notkę o tym, jak kojarzą jej się pewne słowa z poszczególnych języków. Co przypomniało mi, że są dwa niemieckie słowa, z którymi - wbrew ich znaczeniu - skojarzenia mam złe. Ale jak tu ich nie mieć, skoro "traumhaft" ("bajeczny") w pierwszej sekundzie nasuwa myśl o traumie (niem. der Traum - sen, die Trauma - trauma), a "Leidenschaft" ("pasja", "namiętność") zaczyna się od czasownika "leiden" ("cierpieć")?     






*najsłynniejsza szwajcarska miejscowość, ta, z której najlepiej widać górę Matterhorn - tę, której profil przedstawiony jest na czekoladkach Toblerone  

Komentarze

  1. ale w google maps masz street view. całej trasy się nie da obejrzeć, ale punkty orientacyjne można.
    u nas z lubością jeżdżą lewym pasem równolegle do osobnika na środkowym, z tą samą prędkością. zawsze chcę ich zabić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, w życiu z tego nie skorzystałam, przyjrzę sie następnym razem.

      Usuń
  2. Kierunkowskaz? Prawdziwy mezczyzna nigdy nie zdradza swoich zamiarow!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Bezrobocie w Szwajcarii - czyli Arbeitsamt i RAV.

Dla tych co tl;dr - jak w tytule.
Od razu na wstępie zastrzegam: wszystkie przypadki bezrobocia w Szwajcarii, jakie bliżej znam - wliczając mój własny - dotyczą ludzi, którzy najpierw tu co najmniej kilka lat przepracowali na umowach na czas nieokreślony, z pozwoleniami typu B lub C. I taki też przypadek - od strony "technicznej" - będzie opisany w tej notce. Z oczywistych względów* nie opisuję na blogu kwestii, z jakimi styku nie miałam, czyli na przykład bezrobocia na innych permitach; albo bezrobocia przy niepracowaniu w Szwajcarii nigdy wcześniej, itd. Nie wiem też, czy przepisy dla bezrobotnych w Luzern są takie same jak w innych kantonach. Jeśli macie chęć uzupełnić te braki w komentarzach - zapraszam serdecznie.
Jak kiedyś już tu na blogu wspominałam, każda osoba, która pracuje w Szwajcarii na umowie o pracę, co miesiąc uiszcza składkę na tzw. ubezpieczenie od bezrobocia. Dopóki nie zapoznałam się z tematem bliżej, sądziłam, że oznacza to, że gdy traci się pracę, aut…

M(w)iejskie życie.

Dla tych, co tl;dr - #problemyświatazerowego, #życieniejestidealne
Czytam sobie bloga o Paryżu, tego oto. Żal mi ogromnie, że autorka praktycznie już nie pisze - bo rzadko zdarza się ktoś, kto z taką maestrią i lekkością potrafi odmalować rzeczywistość, w jakiej żyje - tak, że czuję, jakbym tam była. Czytając, myślę o tym, czego mi w Szwajcarii brakuje - brakuje dlatego, że kraj jest po prostu... fizycznie mały. Brakuje mi tu otóż - miast. Miast z prawdziwego zdarzenia, wielkich; takich, w których można się zgubić, które poznaje się latami, w których życie zamiera dopiero w samym środku nocy albo nawet nigdy. Jestem dzieckiem miejskim - w mieście się urodziłam, w mieście wychowałam, w mieście spędziłam większość życia. Małe szwajcarskie miasta, miasteczka i wioski cenię sobie, owszem - jako urokliwe miejsca do spacerów; obrazki do fotografowania, z których z zapałem wyłuskuję pojedyncze elementy - barwne, fascynujące, czasami śmieszne. Uwielbiam je i mam do nich ogromny sentyment. Na…