Przejdź do głównej zawartości

O absurdach i łamaniu prawa, czyli skrótowo o polskich urzędach.

Jakiś czas temu, podczas bytności w Polsce, założyłam sobie profil ePUAP. Bardzo się ucieszyłam, że jest taka możliwość i odtąd większość spraw (niestety nie np. złożenie wniosku o paszport) będę w stanie załatwić przez internet. W Polsce bywam rzadko, więc jest to mi bardzo na rękę. 

Biorąc pod uwagę, że jakiś czas temu wyszłam za mąż, a przy tej okazji zmieniłam nazwisko - myślałam, że jak tylko polski urząd zostanie o mojej zmianie nazwiska poinformowany, wprowadzą zmiany (lub ja sama będę mogła je wprowadzić) w systemie ePUAP i tym samym bez kłopotu złożę wniosek o nowy dowód: z nowym nazwiskiem. Jakaż byłam naiwna...

Pomijam już fakt, że USC z jakichś przedziwnych względów potrzebuje trzech tygodni (!) na przyjęcie do wiadomości zmiany stanu cywilnego - i że odmówili przyjęcia tej informacji, gdy próbowała to załatwić upoważniona osoba spoza rodziny... Otóż taka osoba rzekomo potrzebuje upoważnienia notarialnego. Przypominam, że aby je dostać, trzeba stawić się u notariusza we dwójkę OSOBIŚCIE; wiele źródeł w internecie twierdzi też, że powinno wystarczyć upoważnienie zwykłe. Mniejsza o to; urzędniczka stwierdziła, że upoważnienie nienotarialne ważne jest wyłącznie dla najbliższych członków rodziny. Przyjęłam to do wiadomości, sprawę - mimo odległości - ostatecznie załatwić musiał mój tata. 

Teraz okazuje się jednak, że... nie ma opcji zaktualizowania nazwiska w systemie ePUAP! Profil zaufany trzeba najpierw unieważnić (to można zrobić - cóż za łaska! - przez internet), później wystąpić OSOBIŚCIE z wnioskiem o nowy dowód. Następnie, dopiero po - znów OSOBIŚCIE - odebraniu go (co dla osoby mieszkającej poza Polską oznacza konieczność już dwóch wizyt; konsulaty dowodów nie wystawiają), móc uwierzytelnić wniosek o nowy profil ePUAP (jakby inaczej: OSOBIŚCIE!)

Jeśli chciałabym aktualny polski paszport, wówczas musiałabym lecieć po raz trzeci - bo zarówno złożenie wniosku, jak i odbiór, muszą zostać dokonane (kto zgadnie?) OSOBIŚCIE. Tak przy okazji - próbowałam już raz złożyć w Polsce wniosek o paszport, nie mając ważnego polskiego paszportu ani polskiego dowodu osobistego (tzn. data ważności w dowodzie była ok, ale przestał być ważny z racji zmiany adresu: wyprowadzki z Polski i wymeldowania). Miałam natomiast przy sobie inne ważne dokumenty ze zdjęciem (m.in. ważny paszport innego kraju oraz prawo jazdy), aktualny odpis polskiego świadectwa urodzenia, stary polski dowód i stary polski paszport. 

Podpunkt trzeci stosownej ustawy mówi o tym, że jeśli obywatela nie można zidentyfikować na podstawie ważnego dowodu ani paszportu, należy zidentyfikować go na podstawie innego ważnego dokumentu ze zdjęciem - jednakże kierownik biura paszportowego w Gdańsku stwierdził, cytuję, że "podpunkt trzeci jest mniej ważny" (!!!) i że jak chcę, to sobie mogę składać wniosek o paszport w konsulacie szwajcarskim. Pamiętam, że poczułam się jak w "Misiu" - dosłownie opadły mi ręce...
Domniemywam, że myśl ukryta w tym konkretnym przypadku złamania polskiego prawa była taka, żeby a) zionąć bezinteresowną nienawiścią bliźniego i móc zrobić mi problem b) żebym za paszport zapłacić musiała 500 PLN (bo taka jest jego cena w konsulacie polskim w Szwajcarii - podczas gdy w Polsce to 140 PLN).

Mieszkam w Szwajcarii - kraju dla mnie obcym, którego obywatelką nie jestem - od ponad sześciu lat. Nigdy, ani razu, w żadnym urzędzie nikt nie próbował tu zrobić mi jakiegokolwiek problemu. A miałam styczność z wieloma więcej urzędami niż w Polsce: emigracyjnym, podatkowym, celnym, urzędami miejskimi w paru miastach; dwukrotnie potrzebowałam wymienić prawo jazdy, uzyskać prawo jazdy międzynarodowe i po upływie ważności je też wymienić, dostać zaświadczenie o niekaralności czy braku długów... i jeszcze pewnie kilka rzeczy by się znalazło. 
Nikt nigdy nie próbował mi tutaj niczego utrudniać, opóźniać, udawać, że mnie nie rozumie - o łamaniu prawa nie wspominając. W urzędzie emigracyjnym stawić się OSOBIŚCIE musiałam tylko raz: była to rozmowa powitalna, okraszona otrzymaniem permitu oraz miliona pomocnych książeczek, wyjaśniających różne aspekty życia w Szwajcarii.
Potem już permit dostawałam za każdym razem pocztą (nawet nie musiałam wnioskować o nowy przy zmianie adresu, sami wysyłali!), to samo z prawami jazdy. Pytać o międzynarodowe poszłam za pierwszym razem osobiście - dostałam je do ręki po pięciu minutach. Przy wymianie z powodu zmiany nazwiska dostałam nowe prawo jazdy pocztą w mniej niż 24 h od złożenia wniosku. Można? Można. 

W Polsce mieszkałam znacząco dłużej, jednak styku z urzędami miałam zdecydowanie mniej: za to w pakiecie ogrom kłopotów. Prawie zawsze ktoś próbował tworzyć taki czy inny problem, podawane mi informacje były fałszywe lub niekompletne, musiałam stawiać się w różnych sprawach wyłącznie OSOBIŚCIE, czas oczekiwania na jakiekolwiek zaświadczenia wynosił minimum dwa tygodnie (!) Tu mogłabym wstawić np. jeszcze rozkoszną historię o tym, dlaczego nigdy nie dostałam zwrotu podatku za mój ostatni rok pracy w Polsce, ale ta notka jest już i tak długa; może innym razem. 
  
Jednym słowem, widać jasno, że cały ten system, z urzędnikami na czele, został stworzony i jest prowadzony w taki sposób, żeby obywatelowi maksymalnie utrudnić życie i wskazać mu, że jego miejsce jest na samym, samiutkim dole hierarchii. Że urzędnik nie jest po to, żeby petentowi pomóc - ale by mu przeszkodzić, nawet jeśli ma być to równoważne z łamaniem prawa. Oczywiście, każdy ma prawo złożyć skargę lub podać do sądu (czy to jest skuteczne, to już zupełnie inny temat). Mieszkając w Polsce, wielokrotnie to robiłam - acz nie uważam, że życie wypełnione ciągłym składaniem skarg jest życiem przyjemnym i optymalnym. 

Szkoda, że Polska tak bardzo nienawidzi własnych obywateli. 

Komentarze

  1. Wspolczuje przebojow z administracja :(
    A moze uda Ci sie zalatwic takie sprawy przez konsulat ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałam się tam dodzwonić (z dowodem osobistym w niczym mi nie pomogą, ale może pozwoliliby uwierzytelnić nowe konto ePUAP przy użyciu niepolskich dokumentów). Niestety telefonu nikt nie odbierał, a na mejla też w ciągu paru dni nie odpisali...

      Usuń
  2. Wyobraź sobie moje zdziwienie kiedy przyszedłem do skarbówki we Francji: http://blog.lrem.net/2011/05/25/urzad-skarbowy/ ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten pozytywny szok ;-) Tak to wygląda w normalnych krajach. Szkoda, że Polsce wciąż pod tym względem do nich tak daleko.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Szwajcarska emerytura.

Co prawda, jest to w moim przypadku pieśń bardzo odległej przyszłości, niemniej jakiś czas temu uznałam, że pora temat zgłębić i przedsięwziąć coś konkretnego. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że na przykład za pięć lat wielki meteoryt wymaże rasę ludzką z powierzchni tego pięknego globu, ale póki mamy status quo, lepiej jest sobie jednak tę przyszłość choć minimalnie zaplanować.
Emerytura w Szwajcarii składa się z trzech filarów. Dwa z nich są obowiązkowe, trzeci dobrowolny. 
Filar pierwszy to tak zwane AHV (Alters- und Hinterlassenenversicherung). Jest to, ujmując rzecz skrótowo, emerytura gwarantowana przez państwo (a także ubezpieczenie zapewniające rentę inwalidzką). Składki na ten cel odciągane są z pensji, a ich wysokość jest procentowa (dokładnie wynosi ona 8.4%), czyli osoby zarabiające lepiej będą wpłacać do kasy AHV więcej, niemniej nadwyżki zostaną w tym wypadku przeznaczone na "wyrównanie" dla osób zarabiających bardzo mało (tzw. system sprawiedliwości społeczn…

Motoryzacyjnie.

Dla tych, co tl;dr - ja vs samochód, historia prawdziwa. 
Moja historia, związana z prowadzeniem pojazdów typu samochód jest długa - i gdyby miała konto na Facebooku, niewątpliwie musiałybyśmy ustawić status relacji na "to skomplikowane". 
Większość osób z mojego otoczenia zdała prawo jazdy w wieku lat szesnastu, tuż przed lub po tym fakcie rozpoczynając regularną jazdę i ćwicząc tym samym na co dzień świeżo nabyte umiejętności. Ja zaś żyłam sobie w wersji "jestem dzieckiem", czyli wożona od czasu do czasu tu i tam - wkrótce zaś potem "wybyta" na studia, daleko od domu rodzinnego. Tym samym woziłam się już sama - komunikacją miejską. Nie było niestety opcji, by ktoś kupił mi samochód, sama również nie miałam na to środków - kwestia posiadania prawa jazdy nie zaprzątała mi zatem zbytnio głowy.  
Nadszedł wszakże moment w moim życiu, gdy odpowiednie władze zadecydowały, że dziś co prawda jeszcze kurs prawa jazdy kosztuje x, wszelako od dnia n, w związku z …

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …