wtorek, 6 listopada 2018

Zeszwajcarzenie. (Albo i nie).

Zdaję sobie sprawę, że nie pisałam bardzo długo - i biję się w piersi! Na usprawiedliwienie dodam, że działo się w moim życiu nadzwyczaj dużo; sporo zarówno podróży, jak i czasochłonnych zmian... część z nich zresztą czeka na opisanie tutaj, ale jak szybko uda mi się to nadgonić - czas pokaże. 
W każdym razie od pewnego czasu jestem znów zatrudniona - tym razem, dla odmiany, w banku. Ponieważ to moja pierwsza praca w tej branży, mam okazję do przyswojenia zupełnie nowej wiedzy (skądinąd - wbrew stereotypom i początkowym moim obawom - interesującej). Oczywiście, wraz z powrotem do pracy, mój czas wolny znacząco się skurczył, co jest jednym z wyjaśnień dla tak drastycznego zaniedbania bloga. (Zastanawiam się, ile osób zdążyło go już usunąć z czytnika czy zakładek... aczkolwiek i tak tu przecież prawie wcale nie komentujecie, pff!) 

Tymczasem, podczas wdrażania się w nowe, minęła mi niepostrzeżenie siódma rocznica pobytu w Szwajcarii (*przerwa na wznoszenie okrzyków o treści zbliżonej do jak-ten-czas-leci*), co uświadomiłam sobie tak naprawdę dopiero teraz. Sprowokowało mnie to do przemyśleń, jak bardzo "zeszwajcarzałam" podczas mieszkania tutaj: zarówno jeśli chodzi o większe sprawy, jak i zupełne drobiazgi... 

Cóż. Nie ma się czym chwalić, ale po siedmiu latach nadal miewam/mam potężne problemy z rozumieniem dialektu(ów). O ile najczęściej nie zmuszam już ludzi do przechodzenia na Hochdeutsch w sprawach drobno-codziennych typu sklep czy recepcja u lekarza, o tyle wciąż jestem bez szans, gdy rozmowa wchodzi w ramy swobodnej konwersacji o czymkolwiek. Oczywiście, wiele zależy od tego jaki to dialekt; akcentu i szybkości wypowiedzi osoby mówiącej; czy rozmowa jest twarzą w twarz czy przez telefon... niemniej problem jak był, tak wciąż jest. (Na szczęście tym razem pracuję w środowisku międzynarodowym, więc na co dzień mówię nawet nie po niemiecku, tylko po angielsku; banał. No chyba, że rozmawiam z kimś z Indii).

W dalszym ciągu mam też, że tak pojadę stereotypem, stosunek do pieniędzy zdecydowanie raczej polski niż szwajcarski (w tym miejscu przepraszamy oszczędnych i/lub skromnie żyjących Polaków oraz hojnych i/lub rozrzutnych Szwajcarów... znam oczywiście wielu zarówno jednych, jak i drugich, ale czym byłoby życie bez stereotypów!) - co oznacza między innymi, że w dalszym ciągu wydaje mi się, iż wydawanie na prezent urodzinowy dla kolegi/koleżanki raptem 30 CHF przez dobrze (a nawet bardzo dobrze) zarabiającą osobę to śmiesznie mało... aleee... w tym miejscu przychodzi mi na myśl anegdota opowiedziana mi przez przyjaciółkę. Otóż zjawiła się ona wraz z mężem na przyjęciu urodzinowym jego szefa (człowiek z dochodami ok. 2 mln CHF rocznie) i tenże szef urządził zbiórkę na... zwrot kosztów, jakie poniósł w związku z urodzinowym cateringiem. Czy mają Państwo jeszcze jakieś pytania? 

Po siedmiu latach w dalszym ciągu nieodmiennie raduje mnie uprzejmość obsługi w sklepach (najwidoczniej kilkudziesięcioletnie zbiory ran, zadanych w tej materii w kraju mym rodzinnym, wciąż jeszcze nie uległy zagojeniu). W ogóle - uprzejmość. Takt. I dobre wychowanie. Wciąż na to zwracam uwagę.

Na co uwagi już nie zwracam, a na czym złapałam się, porządkując szafę... ha, nie do uwierzenia, że kiedy tu przyjechałam, praktycznie wszystkie moje buty miały wysokie obcasy; i letnie i zimowe. Teraz wkładam takie buty z tzw. okazji (a i to nie zawsze, bo mi się najzwyczajniej w świecie nie chce). Kiedy tu przyjechałam, nie potrafiłam też automatycznie odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech nieznajomej osoby na ulicy - teraz już umiem, nawet nie wiem od kiedy, wydaje się to tak naturalne... Od bardzo długiego też czasu irytują mnie ludzie wiecznie skrzywieni, narzekający i nieszczęśliwi - co rzuca mi się czasem w oczy, gdy bywam w Polsce (acz najczęściej, gdy czytam tzw. polskie internety).    

W dalszym ciągu (po, przypominam, siedmiu latach!) trochę przeszkadza mi brak handlu w niedzielę (otwarte są tylko sklepy w pasażach przy dworcach głównych) - podobnie jak przeszkadza mi, że nikomu to nie przeszkadza (co oznacza brak nadziei na zmianę).

Przyzwyczaiłam się do panującej wszędzie czystości (razi mnie teraz jej brak w wielu innych krajach), do tego, że urzędnicy są mili i kompetentni (j.w.). W dalszym ciągu natomiast cieszy, że w większości przypadków wierzy się tu ludziom na słowo, a sprawy rozstrzyga na ich korzyść. Przyzwyczaiłam, że codzienność nie szykuje utrudnień ani pułapek, czyhających na niczego nieświadomego mieszkańca kraju. Że tenże mieszkaniec w opałach nie jest pozostawiony sam sobie. Przyzwyczaiłam do większej liczby słonecznych dni niż w PL - i mniejszej liczby mroźnych (przynajmniej na płaskim, czyli tzw. Flachland, bo w górach - wiadomo). Przyzwyczaiłam, że góry są w zasięgu ręki, a dobre pączki (i drożdżówki!) bardzo daleko. Że wszyscy podróżują do fajnych miejsc i zawsze jest kogo spytać o wskazówki, bo ktoś już na pewno tam był. Do systemu płatności za śmieci w postaci albo specjalnych worków albo naklejek. Do recyklingu praktycznie wszystkiego co możliwe. Do ciasnych miejsc parkingowych (ale parkowania równoległego wciąż, jeśli tylko mogę, unikam).

Zauważyłam też (co pewnie dość oczywiste), że - wolno acz stopniowo - powiększa się moja wiedza odnośnie Szwajcarii jako takiej. Historii, kultury, gospodarki. Nazwy firm, które kiedyś nic mi nie mówiły, dziś są oczywiste. Podobnie dania kuchni szwajcarskiej czy nazwy popularnych miejsc albo kurortów. I oczywiście, pewnych informacji szukam aktywnie - ale mowa o tych, które po prostu przesączyły się do mojej świadomości na skutek życia tutaj. 

Podobnie dotarło do mnie, że mój ukochany styl życia ("Ordnung muss sein!") wbrew stereotypowi nie jest, niestety, podzielany tu przez wszystkich (wyjątki - co nie dziwi - to najczęściej pracownicy nisko opłacani). Że tu także zdarzają się czasem irytujący kurierzy (składałam na delikwenta skargę trzykrotnie i pewnie nie byłam jedyna, bo w końcu go zwolnili), opóźnienia czy pomyłki, za które nie zawsze ktoś jest chętny wziąć odpowiedzialność. Opisywałam zresztą kiedyś tu na blogu sprawę składania reklamacji w Manorze (przysłano mi bluzkę w złym kolorze i żądano najpierw odesłania jej na mój koszt; paradne). Jakiś czas temu reklamowaliśmy też uszkodzoną nawigację - trwało to prawie dwa miesiące, bo... zaginęła w trakcie. (Przysłano nam nową). W poprzednim mieszkaniu z kolei dwukrotnie doliczono nam do kosztów telewizję kablową (której ani nie zamawialiśmy, ani z niej nie korzystaliśmy) - trzeba było więc reklamować rachunki (wystawili potem skorygowane). Bank, który przechowywał moje pieniądze, zgromadzone na drugim filarze emerytalnym, zamiast po prostu przelać je do kasy nowego pracodawcy, zażądał wypełnienia specjalnego dodatkowego formularza, nim to zrobił - a potem jeszcze musiałam wysłać dodatkowo wzór mojego podpisu, bo ten na formularzu nie zgadzał im się z tym, który mieli (w wywołanym irytacją akcie zemsty zabrałam od nich również środki zgromadzone na filarze trzecim). Będąc w Ticino, zdarzyło mi się natomiast nabyć zapleśniały dżem. Wysłałam sklepowi zdjęcia dżemu i paragonu, prosząc zarazem grzecznie (po niemiecku i angielsku, włoskiego nie znam) o zwrot kosztów na podany rachunek. Po dwóch miesiącach bez reakcji wystawiłam negatywny komentarz m.in. na Google - wraz ze zdjęciami - który zresztą do tej pory obejrzało już ponad tysiąc osób. Dopiero wówczas sklep się odezwał: odpisując mi po... włosku - jeśli Google translate przetłumaczył poprawnie - że mogę do nich przyjechać, to wymienią mi dżem na inny. (Tak, już biegnę jechać 200 km, oczywiście).

A poza tym zaczęłam lubić listopad. Gdy mieszkałam w Polsce, był to zawsze najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc - deszczowy, szary i ponury... a do tego ten zimny wicher... Tu dni słonecznych jest więcej - także w listopadzie - co zupełnie zmienia postać rzeczy. Wciąż jest zimno, owszem, ale po lecie i początku jesieni, które tu zwykle są cudownie ciepłe (a już w tym roku w ogóle CUDOWNE!), o tej porze roku nie brakuje mi jeszcze przemieszczania się na zewnątrz (to przyjdzie w styczniu). Przemieszczam się od podziemnego garażu do podziemnego garażu, w trakcie jazdy ciesząc oko barwą liści na drzewach; a w weekendy i po powrocie z pracy moszczę pod miękkim kocykiem, wkładam ciepłe i puchate kapcie, piję gorącą herbatę - i oddaję orgii czytelniczej/oglądaniu seriali/głaskaniu kotów/zakupom online/itp. I powoli-powolutku czuję już w powietrzu zapach moich ukochanych Świąt*...  






* tak, tak, wiem, że wielu z Was nie cierpi Bożego Narodzenia. A ja uwielbiam - i już.    

4 komentarze:

  1. Tęskniłam. Oraz ja bardzo lubiłam pracować w banku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie znów widzieć notkę na Twoim blogu!
    U mnie jesteś w folderze 'blogi inne', czyli nie takie, których autorzy piszą raz w tygodniu lub częściej; zaglądam od czasu do czasu, w nadziei na nowe wieści. I proszę, doczekałam się ;).
    Refleksje szwajcarskie mam w znacznej mierze podobne do Twoich; dodałabym jeszcze, że tu nie ma BĘDĘ WINNA GROSIKA :D. Niby drobiazg, ale przez 4 lata nikt nigdy nie miał problemu z wydaniem mi reszty. No kurczę, da się, jak się chce.
    Pozdrowienia i pisz!
    novembre

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi



    1. To prawda, też nigdy w ciągu tych 7 lat mi się nie zdarzyło, żeby ktoś nie miał wydać! :-)

      Z pisaniem - staram się, ale jak widać - różnie mi to wychodzi ;-) Na więcej niż raz w tygodniu nie mam się co porywać, ale powzięłam postanowienie, żeby choć raz w tygodniu... zobaczymy, jak mi się uda.

      Pozdrawiam ciepło :-)

      Usuń