sobota, 17 grudnia 2011

O podłych szwajcarskich wirusach, kalendarzach adwentowych i płatnościach.

Chodziłam sobie do pracy w listopadzie, chodziłam sobie do pracy w grudniu; wszyscy wokół chorowali, a ja gratulowałam sobie żelazobetonowej odporności. Aż we wtorek jakiś podły wirus przedarł się przez linie obrony i leżę chora. W związku z tym, jako że dzisiaj już umieram trochę mniej, nadrabiam zaległości joggerowe.

Jak wygląda tutaj wizyta u lekarza, gdy nie ma się jeszcze wykupionego ubezpieczenia? (A nie ma się, bo opcji jest milion pięćset sto dziewięćset, oferty tylko po niemiecku* i jeszcze się nie podjęło decyzji, co i jak - podjąć zaś ją trzeba w ciągu 3 miesięcy od pierwszego dnia pracy tutaj). [11.02.2018 - nie wiedziałam też wtedy o istnieniu portalu http://comparis.ch] Ano, chora i konająca zadzwoniłam do pierwszego lepszego lekarza (o specjalności Hausarzt) z mojej miejscowości, wyjaśniłam pani, że ja nieubezpieczona, ale w potrzebie - no i zarejestrowali mnie na za dwie godziny. Powlokłam się na miejsce, gdzie założono mi kartę i z opóźnieniem sześciominutowym poproszono do gabinetu. Pani doktor na powitanie uścisnęła mi rękę i przywitała się, potem zaś mnie zbadała i uznała, że powinnam poleżeć w domu do pon. włącznie - co potwierdziła stosownym zwolnieniem, wydrukowanym po prostu na zwykłej kartce, acz opatrzonym, rzecz jasna, pieczątką i (nieczytelnym) podpisem. Następnie wydzieliła mi bezpłatnie (?) 2 blistry tutejszego odpowiednika ibuprofemu, dołączając wydrukowaną ulotkę do tegoż. Na moje zapytanie, co z forsą (w sensie - komu ja mam tutaj zapłacić) powiedziała, że zapłacę przy wizycie kontrolnej, w poniedziałek. Po czym mile się pożegnała.
Najwyraźniej nikomu nie przyszło tu do głowy, że mogłabym nie przyjść na wizytę kontrolną - i co wtedy z zapłatą za wizytę. Na porządku dziennym stosowana jest tu bowiem taka (prawie zupełnie niestety nieznana w Polsce) zasada, jak zaufanie - do pacjenta/pracownika/klienta/obywatela itd. Jest to oszałamiające, ale i bardzo przyjemne: że prawie nikt (poza pojedynczym przypadkiem w sklepie, który już opisywałam - oraz celnikami na granicy, o czym potem) nie zakłada, iż jestem oszustką/złodziejką/naciągaczką. To takie... fajne, kiedy człowiek nie musi udowadniać, że nie jest wielbłądem. Widać to w wielu aspektach życiowych - nagminnie opóźniających się rachunkach za wszystko (parkowaliśmy od początku listopada, a rachunek za listopad i grudzień przyszedł na początku grudnia; z internetu korzystamy tu od początku listopada, zaś rachunek jeszcze nie dotarł); w tym, że klientom z czystą historią płatniczą wiele sklepów najpierw wysyła produkt, zaś klient płaci potem. W tym, że ludzie beztrosko zostawiają tutaj nieprzypięte rowery z pełnym wyposażeniem, rzeczy typu kask czy rękawiczki... Owszem, w pociągach są plakaty proszące, aby uważać na kieszonkowców - którzy mają tu zapewne bardzo ułatwione zadanie, jako że ludzie zupełnie nie pilnują plecaków czy torebek. Jak już wspominałam, w pralniach stoją pralki i suszarki (firm takich jak Miele - kto zna rynek pralek, wie, jaka jest wartość tej marki), w piwnicach i garażach ludzie również trzymają mnóstwo rzeczy... Jeśli coś stoi w przestrzeni tzw. publicznej - np. na klatce schodowej albo przed blokiem - ludzie wezmą to dopiero wtedy, gdy danej rzeczy towarzyszy karteczka z napisem "gratis". Wystawia się tu w taki sposób np. używane telewizory. Nie wiem oczywiście, jak byłoby ze zgubionym portfelem (i nie zamierzam testować), niemniej bardzo fajne jest uczucie, że możesz spokojnie zostawić nawigację samochodową i radio w środku auta; że jeśli zostawisz zakupy na chwilę na klatce niepilnowane, to nikt Ci się do nich nie dobierze... W Polsce próbkę tego miałam w poprzedniej pracy - można tam było zgubić dowolnie wartościową rzecz (z pieniędzmi włącznie) i zawsze wszystko się znajdowało. Tutaj rozciągnięte jest to na znacznie większy obszar. Bardzo mi się to podoba.

Szwajcarzy dbają także o prawo każdego człowieka do wypoczynku - co wiąże się niestety z tym, że sklepy są tutaj czynne bardzo krótko (w dni powszednie do 18.30, z wyjątkiem czwartków - wtedy do 20.00; w niedzielę zaś otwarte są tylko pojedyncze sklepy spożywcze - najczęściej te znajdujące się w pobliżu dworców) [11.02.2018 - godziny otwarcia sklepów zależne są od kantonu. Teraz mieszkam w miejscu, w którym w sobotę sklepy czynne są tylko do 16:00... i to, że w czwartki i piątki do 21:00, bynajmniej tego nie wynagradza] Innymi słowy, jedyny sensowny dzień na zakupy to sobota - co wiąże się niestety z dzikimi tłumami innych kupujących. Nie powiem, żeby to rozwiązanie podobało mi się jakoś bardzo - za to owszem, bardzo podoba mi się, że mnie nikt nie zmusza (czy też zachęca, bo przymusu przecież nigdzie nie ma, nieprawdaż) do nadgodzin. Jedyna osoba w mojej pracy, która wyrabia nadgodziny (i to sporo), to szef. Nikt więcej. Inna sprawa, że z tego co wiem, za nadgodziny pracodawca jest tu zobowiązany płacić - i nie ma zmiłuj w tej kwestii ani sztuczek umożliwiających, żeby nie. Najwyraźniej żadnej firmie się to nie opłaca.

Rzeczą, która zaszokowała mnie tu jak dotąd najbardziej, jest ubezpieczenie od bezrobocia, które nabywa każdy Szwajcar po pół roku pracy na etacie (nie wiem, czy cudzoziemcy też) [11.02.2018 - tak, cudzoziemcy też] Polega ono na tym, że jeśli dana osoba straci pracę, wówczas przez 1,5 roku otrzymuje 80% (jeśli ma dzieci) lub 70% (jeśli nie ma) swojej poprzedniej pensji.
...To tyle w kwestii lęku przed bezrobociem.

Zaś z ciekawostek mniej lub bardziej przyjemnych, jakie nas tu ostatnio spotkały, jedną była wizyta policji w środku nocy. Spaliśmy sobie smacznie, kiedy nagle ktoś zadzwonił do drzwi wejściowych i otworzył je, przyświecając sobie latarką i wołając "Policja!". Półprzytomna, zastanawiając się, czy to mi się śni, otuliłam się w szlafrok i powlokłam do drzwi. Jak się okazało, po powrocie do domu jakimś cudem nie domknęliśmy drzwi wejściowych, zostawiając małą szparę. Policjanci zaś poszukiwali jakiegoś naszego sąsiada - dorosłego mężczyzny, który od 8 (tak, ośmiu! I już zaczęli go szukać!) godzin nie pojawił się w domu i rodzina zgłosiła jego zaginięcie. Zaczęli od przeszukiwania bloku i zauważyli, że drzwi do naszego mieszkania są uchylone - stąd postanowili sprawdzić, czy coś się stało. Poprosili mnie, żebym upewniła się, czy poszukiwanego nie ma w naszym mieszkaniu (mieli kartkę z jego zdjęciem), a następnie bardzo przeprosili za najście i sobie poszli.

Inną sytuacją, w jakiej mieliśmy do czynienia z tutejszymi służbami umundurowanymi, było ostatnie przekraczanie granicy, gdy wracaliśmy z zakupów w Niemczech. Do tej pory zatrzymywano nas ze dwa razy - ale tylko po to, żeby zapytać, po co byliśmy w Niemczech - i gdy się wyjaśniło, że na zakupach i że tak, jesteśmy świadomi przepisów celnych i nie, nie przewozimy więcej niż kilogram czerwonego mięsa na dwie osoby, puszczali nas dalej bez jakiegokolwiek sprawdzania czy nakazu zjazdu na bok. Tym razem nie mieliśmy włączonych świateł (zupełny przypadek, ot, roztargnienie kierowcy) - i najwyraźniej celnicy pomyśleli, że było to celowe, aby ukryć rejestrację (nie pomyśleli za to, że gdybyśmy naprawdę chcieli nie zwracać na siebie uwagi, to a) nie zrobilibyśmy nic podejrzanego b) każdy przy zdrowych zmysłach, kto przemycałby coś do Szwajcarii, jechałby szwajcarskim autem, a nie polskim). Kazali nam zjechać na bok, obejrzeli pobieżnie samochód, szukając najwyraźniej skrytek przemytniczych i kazali pokazać dokumenty nasze oraz samochodu. Deliberowali nad nimi dłuższą chwilę, by wreszcie zapytać nas, czy mamy kartę parkingową. Mieliśmy, pokazaliśmy. To ich najwyraźniej nieco skonfundowało; znowu coś omawiali. Wreszcie jeden z nich zapytał, czy nie mamy Papierka Uprawniającego Do Regularnej Jazdy Samochodem Na Obcych Rejestracjach Po Terenie Szwajcarii. Nie mieliśmy, bo też mimo n-krotnego przekraczania granicy w tę i z powrotem, nikt do tej pory nie powiedział, że coś takiego powinniśmy mieć - co też wyjaśniliśmy panom celnikom. W efekcie tego wyjaśnienia, po uiszczeniu stosownej, urzędowej Opłaty Za Wystawienie Papierka (bez dramatu, 25 CHF), otrzymaliśmy PUDRJSNORPTS i mogliśmy ruszać. Nikt nawet nie zajrzał do naszych zakupów, a nieco się tego obawiałam, nie będąc pewną, czy przypadkiem nie przemycamy alkoholu (nie wiedzieliśmy, jakie są limity. Jak się potem okazało, nie przekroczyliśmy ich. Dozwolone na głowę: litr alkoholu powyżej 15%, 2l poniżej 15%). [11.02.2018 - uwaga: obecnie te limity są inne, bo zmieniają się przynajmniej raz na rok; trzeba trzymać rękę na pulsie]

A na zakończenie jeszcze o kalendarzu adwentowym, bowiem oszołomiło mnie bogactwo wyboru tychże. Otóż: można tu kupić oczywiście te tradycyjne z czekoladkami, wielu różnych firm, łącznie z np. sygnowanym znakiem M&M's; są takie z szufladkami/skarpetkami/pudełeczkami, które można napełnić dowolną zawartością; są takie z zabawkami, herbatami i takie z piwem (tak, 24 różne puszki piwa). A także dietetyczne - tzn. z samymi obrazkami, bez czekoladek. Ot, każdemu wedle potrzeb. Nie zajrzałam do seksszopu - może tam byłyby z 24 różnymi prezerwatywami? [11.02.1018 - a najlepszy i tak jest od Läderacha]

I to tyle na dzisiaj - jako, że święta coraz bliżej, czas na tradycyjne oglądanie "Love Actually".



*no dobra, jeszcze czasem po francusku i włosku, bardzo śmieszne

"O Tannenbaum, o Tannenbaum...", czyli rzecz o bombkach i szaszłykach.

Tydzień temu zdecydowaliśmy się wybrać na Jarmark Świąteczny - dość szeroko rozreklamowany i wyglądający bardzo zachęcająco, zwłaszcza po zmroku (jestem wielbicielką ładnych iluminacji). Swego czasu czytałam na necie co nieco na temat jarmarków świątecznych w Niemczech i bardzo chciałam zobaczyć, jak wygląda to tutaj. (Ponieważ - jak ta ostatnia - zapomniałam aparatu, zdjęcia robiłam komórką; co oczywiście odbiło się w fatalny sposób na ich jakości).

Pierwsze wrażenie z Jarmarku: zapach grzanego wina (ja osobiście nie znoszę, ale tu najwyraźniej jest to popularny napój świąteczny i wiele osób się nim raczyło). [11.02.2018 - naprawdę kiedyś nie lubiłam grzanego wina?!] Wszystkie stoiska ozdobione motywami świątecznymi - każde inne. Najbardziej podobała mi się restauracyjka z jeżdżącym i gwiżdżącym pociągiem. (Niestety akurat te zdjęcia nie wyszły).

Dużo punktów gastronomicznych - dla każdego coś dobrego. Tradycyjne potrawy szwajcarskie: raclette i fondue. Po raz pierwszy w życiu jadłam raclette (nie mogłam się nie skusić, zapach mnie spętał i zniewolił!) Danie to jest bardzo proste, a polegało na tym, że z topiącego się w specjalnym ustrojstwie bloku żółtego sera pan ściągnął łopatką to, co było roztopione (trochę tak, jak przy okrawaniu kebaba), dorzucił dwa ziemniaki w mundurkach, korniszony i cebulki marynowane. Niektórzy posypywali sobie jeszcze ser czymś, co wyglądało jak papryka w proszku - więc w ramach eksperymentu i testowania nowych smaków, posypałam częściowo i ja. Korniszony i cebulki do raclette mi nie podpasowały, toteż nimi wzgardziłam, natomiast gorący ziemniak maczany w żółtym serze okazał się być poezją smaku. (Zawsze uwielbiałam ziemniaki prosto z ogniska, z masłem i solą - teraz okazało się, że żółty ser też może być rewelacyjnym dodatkiem. Zapewne związane jest to z gatunkiem sera - ja tutejsze po prostu uwielbiam; w niczym nie przypominają gumowatych wyrobów seropodobnych czy też - równie gumowatych - plasterkowanych Hochlandów). Ale dość o serze... zwłaszcza, że zrobiłam się głodna...) Na jarmarku nabyć można było także precle, od maleńkich aż po gigantyczne. Sprzedawano także szaszłyki z owoców (np. truskawek, bananów czy ananasa) w mlecznej lub gorzkiej czekoladzie - które właściwie powinny zostać zakazane prawnie, ponieważ są mocno uzależniające (odkąd w zeszłą niedzielę zjadłam jednego, codziennie o nich myślę... a że się rozchorowałam i leżę w łożku już piąty dzień, to nie po drodze mi na jarmark ( aaaa, szaszłyka!...)

Były też prażone migdały w różnych smakach... i pączki (nie dziwota, że z Toblerone; oni tu używają Toblerone do rozmaitych rzeczy, m.in., jak mi powiedziano, do czekoladowego fondue), a także naleśniki, gorąca czekolada z bitą śmietaną i mnóstwo innych przysmaków. To co, kto wpada do nas w odwiedziny w przyszłym roku przed Bożym Narodzeniem?

Na Jarmarku pojawiły się firmy nie tylko ze Szwajcarii, ale i także z Niemiec czy Belgii. Nabyć można było najróżniejsze świąteczne (i nie) akcesoria i prezenty. Mnie najbardziej zachwyciło stoisko z kotami (magnesy, świeczniki, notatniki, figurki, świeczki, torebki, przywieszki, obrazki... wszystko z motywem kota) i tam zostawiłam najwięcej pieniędzy, ale te klasyczne świąteczne też były bardzo ładne (śliczne były zwłaszcza bombki - niestety ceny w stosunku do pensji podobne jak w Polsce, tj. ok. 30 CHF - lub więcej - za sztukę). Były m.in. bombki recyklingowe, zrobione ze starych sztućców; był pan, modyfikujący szklane produkty na oczach widzów - oraz knajpka, mieszcząca się w karuzeli (karuzela obracała się cały czas).

Były także stoiska ze smokami, blokami czekolady, świątecznymi ciasteczkami, poduszkami, formami do ciast i ciasteczek, biżuterią, piernikami, pieczątkami, zabawkami i licho wie, z czym jeszcze. Spędziliśmy na Jarmarku trzy bardzo miłe godziny, a najbardziej oczywiście żałowałam, że nie miałam więcej pieniędzy do wydania...

wtorek, 6 grudnia 2011

Obrazki.

Czekam na przystanku na autobus. Podjeżdża wcześniej, jak zwykle - kierowca gdzieś jeszcze idzie, a pasażerowie mogą zaczekać w środku, żeby nie marznąć. Drzwi zamykają się automatycznie za każdym wchodzącym - tak, aby osobom siedzącym w środku nie było zimno.

Idę ulicą. Mężczyzna idący przede mną pali - podobnie jak chyba większość Szwajcarów. Czując smród papierosowego dymu, z irytacją po raz setny myślę o tym, jak do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i jak bardzo brakuje mi zakazu palenia na przystankach czy dworcach. [11.02.2018 - obecnie obowiązuje zakaz palenia m.in. w halach dworcowych. Pali ok. 25% Szwajcarów - do roku 2011 liczba palaczy sukcesywnie malała, a od 2011 roku jest mniej lub bardziej stała]

Czekam na peronie na pociąg. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu (jedyny taki przypadek w ciągu paru tygodni) przez megafon informują, że pociąg jest opóźniony dwadzieścia minut.
- Zwanzig Minuten?! - powtarza stojący obok chłopak z taką grozą w głosie, jakby właśnie mu powiedziano, że opóźnienie pociągu wynosi trzy godziny (i "może ulec zmianie...", nieprawdaż - to znaczy wydłużyć się jeszcze bardziej, bo przecież nie skrócić; nigdy się nie skraca). Oczywiście wszyscy spieszący się do pracy nie muszą się martwić, bo spóźniającym się pociągiem jest dalekobieżny, a za trzy minuty będzie kolejny podmiejski - czy jakikolwiek inny, bowiem posiadając bilet miesięczny na dany region kraju, jechać można jakimkolwiek pociągiem, jaki nadjedzie.

Tłumaczę kolegom z pracy, że chciałabym skrócić sobie lunch - z przewidzianych pięćdziesięciu minut do dwudziestu, tak żeby móc wyjść z pracy te pół godziny wcześniej. W odpowiedzi słyszę, że ustawa przewiduje, że lunch w żadnym razie nie może być krótszy niż pół godziny. Tłumaczę, że przecież nikt postronny nie musi wiedzieć, że skracam sobie lunch. W odpowiedzi słyszę, że przecież ustawa mówi, że pół godziny. Próbuję powiedzieć coś o uszczęśliwianiu na siłę, ale rezygnuję, widząc nierozumiejące spojrzenia. [11.02.2018 - to na szczęście zależy od firmy; w mojej ostatniej mój piętnastominutowy lunch nie spotkał się z żadnym protestem ani zdziwieniem]

Wracam pierwszego grudnia z pracy do domu. Blok wita mnie świątecznymi dekoracjami. Dekoracje te wiszą też... w windzie. Nie powinno mnie to właściwie dziwić, biorąc pod uwagę, że bardzo popularne jest tutaj dekorowanie drzwi w bloku czy przydomowych ogródków. Nikt tych dekoracji nie niszczy. Ani nie kradnie. [11.02.2018 - oj, czasem kradzieże się niestety zdarzają, ale rzeczywiście bardzo rzadko]

Od 12 grudnia w całej Europie obowiązuje nowy rozkład jazdy pociągów. Na dworcu o fakcie tym przypomina przechodniom gigantyczny transparent. Prócz tego ze skrzynki pocztowej już pod koniec listopada wyciągnęliśmy nowy (w formacie kieszonkowym) rozkład pociągów/tramwajów/autobusów na cały kanton.

Wchodzimy do cukierni Spruengliego na dworcowym pasażu. Zachwycam się jednym z bożonarodzeniowych pierniczków, biorę go do ręki, by sprawdzić cenę przyklejoną na folii (5 CHF), potem odkładam na miejsce, komentując jednocześnie z zachwytem pozostałe ciastka. Sprzedawczyni wychyla się zza lady i sprawdza, czy aby na pewno pierniczek został odłożony na miejsce, a nie do mojej kieszeni. Nie wiem, czy z tego powodu, że usłyszała język polski (który zapewne wzięła za rosyjski), czy też z tego powodu, że wyglądamy ubogo/nie dość elegancko jak na tutejsze standardy (buty, kurtki). To pierwszy raz, odkąd tu jesteśmy, że coś takiego się dzieje; niemniej niemiłe uczucie pozostaje. [11.02.2018 - taka sytuacja w ciągu minionych sześciu lat zdarzyła mi się bodaj jeszcze tylko raz - w pewnym sklepie z ubraniami, gdy rozmawiałam z moją mamą po polsku; więcej tam po prostu nie poszłam]

Jako że koleżanka z pracy się rozchorowała, zdaję sobie sprawę, że nie znam procedury postępowania w razie choroby, toteż pytam kolegów co i jak. Otóż: zwolnienie lekarskie przynieść trzeba, gdy choroba trwa dłużej niż 3 dni. [11.02.2018 - w wielu firmach jest to 5 dni] Każdy dzień chorobowego to 100% pensji. Koledzy robią wielkie oczy, gdy wyjaśniam, że w Polsce to 70-80% (zależnie od pracodawcy).

Idziemy nastawić pranie. Nastawiam pranie, zamykam pralkę, idziemy włożyć kartę do czytnika, sterującego dostawą prądu do pralki. Wkładamy - a czytnik wciąż mruga jednostajną informacją "włóż kartę". Ani chybi coś się zepsuło - a tymczasem ja zatrzasnęłam już drzwiczki pralki i jak je teraz otworzyć bez prądu?! Wściekła na głupi szwajcarski system prania jadę windą na ostatnie piętro, do gospodarza domu, może jakoś pomoże. Dzwonię raz i drugi; najwyraźniej nikogo nie ma w domu. Wracam na dół, przywalam pięścią w czytnik, próbuję go otworzyć, sprawdzamy kartę w pozostałych czytnikach (działa) - gapię się na czytniki w bezsilnej frustracji, po czym zauważam, że na tym niedziałającym jest wciśnięty przycisk zatwierdzania minut. Gdy tylko go wydłubuję, karta rzecz jasna zaczyna działać. (Ale co się sfrustrowałam, to moje).

Mieszkam w miejscowości, w której zatrzymują się wszystkie pociągi ze stolicy kantonu, tak więc wracając z pracy nigdy nie muszę czekać na pociąg dłużej niż trzynaście minut; niezależnie, o której wpadam na peron. (Te trzynaście minut czekałam wówczas, gdy przybyłam jakieś dwadzieścia sekund za późno). Na dworcu w stolicy kantonu pociągi są zawsze podstawiane sporo wcześniej, więc nie trzeba czekać na zimnie i wietrze. Co prawda, nawet gdyby nie były, to i tak istnienie na peronie zamykanych poczekalni eliminuje problem. Ja, pierwszy zmarzlak przystankowy Rzeczypospolitej, nie zmarzłam tu jeszcze ani razu.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Pralka, puste butelki i szampon, czyli sprzątanie, mycie i czyszczenie wszelakie.

Miał być ciąg dalszy, to i jest. Zacznijmy może od kwestii prania.
W Polsce, jak wiemy, standardem i normą jest, że każdy posiada pralkę automatyczną, a ograniczeniem w kwestii prania jest co najwyżej czas ciszy nocnej w przypadku zamieszkiwania w bloku czy kamienicy. W Szwajcarii, z niepojętych dla mnie powodów, gdy mieszka się w kamienicy lub bloku - korzysta się ze wspólnej pralni (znajdującej się najczęściej w piwnicy/na poziomie sutereny). Ludzie nie posiadają pralek w mieszkaniach (a co za tym idzie, nawet, gdyby się takową nabyło - nie ma jej gdzie podłączyć). [11.02.2018 - na szczęście posiadają, ale głównie w nowym budownictwie] Gdy wraz z koleżanką Hiszpanką omawiałyśmy podczas przerwy na lunch ten niewygodny i dziwny dla nas fakt, kolega Szwajcar zdziwił się z kolei, że u nas takie rozwiązania jak wspólna pralnia nie funkcjonują i że wszyscy mamy pralki w mieszkaniach, oh, really?! To się chyba nazywa różnice pralk^hhh kulturowe.

Wracając do meritum: pralki są dobrem wspólnym. Zależnie od budynku, można korzystać z nich bez ograniczeń lub ma się wyznaczone dni, w które wolno wykonywać pranie. W moim bloku jest tak, że z dwóch (na trzy) pralek wolno korzystać wyłącznie w przypisane sobie dni, czyli raz na dwa tygodnie. Sytuację ratuje fakt, że jest jeszcze trzecia pralka - dostępna na zasadzie "jeśli wolna, to pierzesz" i że soboty (i niedziele od 18.00) są Dniami Bez Zapisów, co umożliwia korzystanie w tym czasie z pozostałych dwóch pralek (chyba, że - naturalnie - ktoś nas uprzedził). Płyny i proszki w niektórych budynkach trzymane są w pralni, w innych nie - u mnie akurat nie, co jest równoznaczne noszeniu ich ze sobą wraz z koszem brudnego prania. Obowiązkowym dodatkiem do każdej pralki jest suszarka, z której jednakowoż - jako była mieszkanka Ojropy Cętralnej, nieobeznana z podobnymi cudamy cywylyzacyjnymy - jeszcze nie korzystałam. (Ale wszystko przede mną!) Pranie (i suszenie) nie jest oczywiście darmowe; w poprzednim naszym mieszkaniu kosztowała ta przyjemność 60 rappenów (niezależnie od czasu i temp. prania), tutaj jest drożej i zależnie od czasu prania i temperatury wody - z grubsza należy liczyć się z wydatkiem ~1,2 CHF za standardowe pranie w 40 stopniach. Płatności zaś dokonuje się, wsadzając kartę z chipem do licznika i wybierając czas prania, będący wielokrotnością dziesięciu minut. Jeśli przeszacowaliśmy czas prania, niezużyte minuty można oczywiście "odebrać" po jego zakończeniu. (Nie wiem, co dzieje się, gdy zapłaci się za zbyt krótki czas, ale nie zamierzam tego testować, bo zapewne zakończyłoby się to zatrzymaniem pralki w połowie prania). Karty doładowuje się u gospodarza domu. Pranie rozwiesza się w pomieszczeniach suszarni i powinno się je sprzątnąć w ciągu 24 godzin od rozwieszenia. Jeśli o tym zapomnimy, a następnemu piorącemu zabraknie wolnego miejsca na sznurkach, może zdarzyć się, że zbierze nasze suche pranie i ułoży je na znajdującym się w pralni stole. Jeśli miejsce na sznurkach jest, nikt naszych rzeczy nie ruszy (choć mnie natychmiast przypomniało się o istnieniu fetyszystów damskiej bielizny/rajstop/pończoch. Tyle że oni chyba lubią tylko brudne, nie? Uff). Kradzieży również obawiać się nie musimy (o czym bardziej szczegółowo później). Jak widać, pranie, które w Polsce jest czynnością hm, łatwo dostępną i pozwala np. na nastawienie prania przed wyjściem z domu i wyjęcie go po powrocie czy na rozbieranie się przy pralce celem wrzucenia do niej tego, co mamy na sobie, tutaj zostało dość znacznie skomplikowane. Moim zdaniem - niepotrzebnie. Pozwala to co prawda znacznie lepiej niż w Polsce kontrolować wydatki (płacimy niewielką i znaną nam z góry kwotę za prąd; opłata za wodę, jak mniemam, jest w czynszu, jako że na świecie nie ma nic za darmo), nie grozi nam zalanie sąsiadów, nie jesteśmy zmuszeni do kupna pralki czy suszarki, przygotowania sznurków itp., niemniej - ja wolę mieć pralkę w mieszkaniu. Tak jest po prostu wygodniej. A rozwiązanie w postaci pralni widziałabym jako dobre w Polsce w przypadku mieszkań wynajmowanych np. przez studentów, których zazwyczaj nie stać na nabycie pralki (oczywiście, gdyby jakimś cudem zapewnić to, że nikt nikomu nie ukradnie ubrań czy proszku do prania, a przede wszystkim - że z pralni nie znikną nagle pralki czy suszarki...) Do rozwiązania szwajcarskiego można się oczywiście przyzwyczaić (po wstępnych trudnościach ze zrozumieniem, jak to wszystko właściwie działa), ale jakieś to takie... nieintymne. No security. No nie wiem, nie podoba mi się. I już. [11.02.108 - o tak, po paru latach zdążyłam już zapomnieć, jakim koszmarem był brak pralki i suszarki w mieszkaniu]

Skoro już mowa o czyszczeniu (ubrań), to przejdźmy do czyszczenia czego innego: tzw. środowiska naturalnego. Się znaczy, recykling. W Polsce, mimo że nie jest to obowiązkowe, zawsze bardzo starannie segregowałam śmieci (nawet mimo świadomości tego, że ponoć część z nich - jeśli nie wszystkie - trafia potem i tak na wspólne wysypisko... Ale zawsze można mieć nadzieję, prawda. Może UE pilnuje. Czy coś. Nie wiem, cokolwiek. Nie mówcie, że całkiem nic i że bez sensu, bo będzie mi przykro). Podobała mi się bardzo organizacja kwestii recyklingu w Niemczech (obowiązkowy, wszędzie pojemniki na szkło, papier i plastik) i sądziłam, że tutaj będzie podobnie. Hm. Nie do końca. Szwajcarzy mianowicie postanowili pójść w tej kwestii o krok dalej i w związku z tym rozpisali szczegółowy kalendarz recyklingowy (dostaje się go przy zameldowaniu w danym mieście). Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, że pojemniki na szkło (osobno: brązowe, zielone i białe) oraz aluminium i puszki stoją sobie tu i tam, zaś pojemniki na butelki plastikowe - wyłącznie w/w pobliżu sklepów. Człowiek, z jednej strony zadowolony, że wreszcie ma pojemnik na puszki i że tak ładnie może posegregować szkło, a z drugiej zirytowany, że te pojemniki na butelki to tylko w pobliżu sklepów, zagłębia się w kalendarz recyklingu, zastanawiając się, co z papierem (tym zadrukowanym, nie toaletowym). I wyczytuje, że w określone dni miesiąca przed blok (lub drzwi domu) wystawiać można, a wręcz należy: w dany dzień papier (ułożony w stosik i związany sznurkiem), w inny - kartony, w jeszcze inne dni: ubrania (czyt. szmaty), meble, gruz, drewno i licho wie co jeszcze. Wszystko, co nie zalicza się do powyższych kategorii, zostanie wywiezione, a jakże - ale tradycyjnie i tak samo jak w Polsce, czyli odpłatnie. Płatność zaś, w przeciwieństwie do abonamentu w PL, polega na zakupie kolorowych naklejek, którymi w odpowiedniej ilości należy okleić worek na śmieci. Innymi słowy: im staranniej segregujesz, tym mniej inwestujesz w wywóz. Worki bez naklejek nie zostaną bowiem zabrane. Wot, technika. [11.02.2018 - tak naprawdę jest różnie w różnych gminach - gdzieniegdzie naklejki, gdzieniegdzie specjalne worki na śmieci. Funkcjonują również tzw. Sammelhofy - czyli miejsca przyjmujące absolutnie każdy rodzaj recyklingu]

Od czyszczenia środowiska naturalnego przejdźmy płynnie do czyszczenia się - kwestia ta zaś posłuży nam jako pretekst, by dotrzeć do właściwego tematu tego akapitu. Czyli kosmetyków (żel pod prysznic, który służy do ww. wspomnianego czyszczenia, to wszak też kosmetyk, prawda). O tym właśnie i tylko o tym (no dobra, także o reklamacji) traktować będzie niniejszy akapit, toteż niezainteresowani mogą przystąpić do czytania następnego.

Jak powszechnie wiadomo, kosmetyki dzielimy na tzw. kolorowe (jeśli czyta to ktoś niezorientowany, wyjaśniam, że chodzi o te do malowania się) i pielęgnacyjne. Jeśli chodzi o kolorówkę, to zarówno w CH jak i za północną jej granicą, znajdziemy standard tych samych korporacji, co wszędzie indziej na świecie, tyle, że w ilości znacznie obfitszej niż w Polsce (niestety wiele firm nie sprzedaje w Polsce swojej kolorówki, a tylko pielęgnacyjne) plus kosmetyki tych x firm, których w PL nie dostanie się w stacjonarnych sklepach w ogóle.
Ja, jako że malować się lubię, czuję się uszczęśliwiona podwójnie - raz, że mam tutaj o wiele większy wybór, dwa, że wydatek raptem 80 EUR pozwala mi na kupno np. paru tuszy Diora/Chanel/Guerlain itd. Tutaj bowiem taki tusz czy podkład to ok. 20-30 EUR/CHF (czyli jest w stanie pozwolić sobie na niego bez trudu 99% społeczeństwa). To samo dotyczy perfum. Moja kolekcja lakierów do paznokci również się powiększyła, bo jakoś łatwiej sięgnąć do portfela po parę franków czy euro, niż po kilkanaście złotych.
Dodatkowo bardzo mile zaskoczył mnie fakt, że kosmetyki kolorowe podlegają tu reklamacji. Tak się złożyło, że jeden z tuszy, który kupiłam, okazał się być kompletnie wyschnięty - zatem, zła jak osa, wyruszyłam po kilku dniach z reklamacją: bez nadziei, że mi ją w ogóle uwzględnią, ale dla porządku, żeby sobie nie myśleli, że mogą sprzedawać niepełnowartościowe produkty. Pani reklamację przyjęła, w ogóle nie próbując podważyć moich słów (co mnie zdziwiło, jako że, nauczona polskimi doświadczeniami, spodziewałam się usłyszeć, że to ja pewnie zostawiłam ten tusz otwarty i dlatego wysechł albo włożyłam go do piekarnika albo... więc won!); ba, przeprosiła mnie, zapytała czy jestem jeszcze zainteresowana tym tuszem (tzn. wymianą go na nowy), czy też wolałabym raczej zwrot gotówki. Następnie tusz wymieniła, upewniając się, że tym razem dostałam pełnowartościowy i powiedziała, że gdyby jeszcze przypadkiem coś było nie tak, żebym nie wahała się przyjść znowu. A wszystko to okraszone było miłym uśmiechem. Moja mentalna szczęka opadła mi ze zdziwienia aż do podłogi; wyszłam ze sklepu oszołomiona i kompletnie rozbrojona, jako że całe moje bojowe nastawienie, ostrzenie kłów i szponów, okazało się zupełnie niepotrzebnie. Czyli można. Miło, bez problemu i tak po prostu. Tak, żeby klient chciał wrócić - i to bynajmniej nie w celu awantury.
Ale ad rem, czyli kosmetyki pielęgnacyjne. Asortyment niemiecki (jako, że do tego mam blisko, więc i miałam okazję się z nim dobrze zapoznać) rozczarowuje. Oczywiście, mają więcej i dużo lepszej jakości niż ich polskie odpowiedniki kosmetyków tzw. koncernowych (L'oreale i reszta), ale - zwłaszcza w kwestii kosmetyków do pielęgnacji ciała i do kąpieli - nie mogą równać się z Polską i naszymi rodzimymi firmami kosmetycznymi (Ziaja, Farmona, Bielenda, Flos-Lek, AA itd.) Zwłaszcza, że jako konsumentka dość uświadomiona, od ładnych paru lat już nie czytam ulotek i opisów, a polegam na składzie chemicznym - z którego jasno i niezbicie wynika, że polskie firmy są po prostu lepsze. Kto nie wierzy, niech porówna np. skład masła do ciała Ziai i dowolnego l'orealowego balsamu. [11.02.2018 - nie odkryłam jeszcze wtedy istnienia biosklepów z kosmetykami. Niemniej wciąż uważam, że w Polsce da się kupić mnóstwo bardzo dobrej jakości i tanich kosmetyków]

Szwajcaria z kolei, jako kraj gardzący centrami handlowymi, hipermarketami i sieciowymi drogeriami typu Rossmann czy DM (mają tu tylko Body Shop, Yves Rocher i Douglasa), stawia na jakość. Nie zauważyłam tu zbyt wielu produktów koncernowych do pielęgnacji; są za to drogerie z kosmetykami ekologicznymi i/lub wyłącznie ze składników naturalnych (np. Weleda, które to produkty w PL występują bardzo nielicznie, tutaj zaś mają cały ich asortyment). W każdym razie, oprócz zapoznawania się z produktami rynku lokalnego, zamierzam również w dalszym ciągu wspierać polski kapitał w postaci firm kosmetycznych. Bo warto. (Hm. W sumie, to mogliby mi zapłacić za reklamę... choć podejrzewam, że nie zainteresowałby ich tak nieliczny target, jaki ma tu dostęp. Wzdech).

wtorek, 8 listopada 2011

Takie tam, czyli mój własny kawałek żółtego sera.

Wrażenia ogólne z pierwszych trzech tygodni (i rozpoczętego czwartego) pobytu w Szwajcarii. Bez jakiegoś większego ładu i składu; ot, w takiej kolejności, w jakiej mi przyszło do głowy.

Jedzenie. W stosunku do zarobków - porównywalnie lub taniej niż w Polsce (z wyjątkiem mięsa, o czym szerzej za chwilę); aczkolwiek Szwajcarzy i tak narzekają, że drogo, jako że Niemcy czy Francuzi mają taniej. Jakość - nieporównywalna. Mnóstwo produktów z upraw ekologicznych, pomijalnie droższych od tych "normalnych"; oczywiście ogromny wybór serów żółtych i pleśniowych. Mnóstwo różnorakich słodyczy, w tym czekolada Lindta za 2-3 CHF. Bardzo tanie i smaczne owoce i warzywa - chyba jeszcze nigdy w życiu nie jadłam ich w takiej ilości. Innymi słowy, nawet osobę kwalifikującą się do podlegania pod opiekę ichniego MOPS-u (tzn. dochody ~1700 CHF lub mniej...) stać na to, żeby porządnie, zdrowo i do syta zjeść. Drogie jest jedynie mięso (w popularnej sieci spożywczaków za 600 g zapłaciliśmy 16 CHF!), ale ten problem rozwiązują zakupy w Niemczech. Większość spośród mieszkających tu Szwajcarów zupełnie niepatriotycznie robi zakupy właśnie za granicą - niemiecką lub francuską - bo blisko, a dużo taniej. Jako że w Niemczech VAT na większość produktów to ok. 20%, a w Szwajcarii 8% (tak... kiedy spojrzy się na paragon z zakupów, podatek od jedzenia to znikoma, groszowa - a właściwie rappenowa - sprawa), można rzecz jasna ten podatek odzyskać, z czego Szwajcarzy skwapliwie korzystają (a jako że mam już wszelkie niezbędne papiery, będę mogła korzystać i ja!). Cała procedura polega na pobraniu formularza w sklepie niemieckim, następnie - po dokonaniu zakupów, a przed przekroczeniem granicy - okazania tegoż (wraz z rachunkiem za zakupy) w małej budce, gdzie siedzą celnicy, którzy przystawiają stosowną pieczątkę. Zwrot pieniędzy otrzymać można w momencie powrotu do sklepu, np. z okazji następnych zakupów.

Komunikacja miejska. Bilet tygodniowy dla osoby dorosłej (zniżki wyłącznie dla dzieciaków, nie dla studentów) to koszt 38 CHF; można nabyć także miesięczne (70 CHF) i roczne (700 CHF). Jak widać, na im dłuższy okres kupuje się bilet, tym więcej się oszczędza. Bilet upoważnia do: przejazdu dowolnym autobusem, tramwajem oraz pociągiem w całym naszym mieście, a także w całym okręgu (co oznacza mniej więcej cały kanton, czyli - przekładając na polski - województwo). Jeśli pociąg TGV staje na stacji A i stacji B, a obydwie te stacje znajdują się w obrębie okręgu - nie ma sprawy, jedziesz, nic nie dopłacasz. Moi znajomi Szwajcarzy mówią, że drogo i kręcą nosem, że bilet nie obowiązuje na statki ("bo w innym mieście mają też na statki"). O jakości pociągów się nie wypowiem, bo jeszcze nie korzystałam. Co do komunikacji miejskiej - autobusy bez wyjątku wszystkie nowe, tramwaje za to stare (tj. po renowacji), niemniej mało hałaśliwe; nie wiem, jak oni to tu zrobili. Jeśli chodzi o częstotliwość kursowania - wychodząc z domu na oślep, nie sprawdzając rozkładu, nigdy nie czekałam na autobus czy tramwaj dłużej niż 4 minuty. Nawet w dni świąteczne. Co może dowodzić, że mam niebywałe szczęście (i rujnuje zarazem piękną teorię, jaką wykładał był dr K.) albo też tego, że komunikacja miejska kursuje należycie często - interpretacja dowolna ;-) Tramwaje czasami się spóźniają - minutę, nie więcej. Wszędzie na przystankach są wyświetlacze informujące o czasie przyjazdu; takie, jak pojawiły się swego czasu gdzieniegdzie w Gdańsku i przez parę miesięcy bardzo fajnie funkcjonowały - do momentu, aż przestały (bo miały za zadanie pobierać dane o lokalizacji pojazdów z GPS-ów, a potem ponoć ZKM/ZTM dostało rachunek za net...

Samochód. Posiadanie samochodu w Szwajcarii, zwłaszcza jeśli jest się cudzoziemcem, jest sprawą trudną i/lub drogą. Generalnie rzecz biorąc, robi się wszystko, aby zachęcić ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. W ramach wszystkiego, stworzono trzy rodzaje stref parkowania. Strefa żółta - miejsca zarezerwowane (innymi słowy: człowieku, lepiej tam nie stawaj). Strefa niebieska - gdzie wolno parkować przez godzinę [11.02.2018 - to akurat nieprawda: dozwolony maksymalny czas parkowania jest natomiast napisany na parkomacie], jednocześnie zaś należy posiadać specyficzny papierowy zegar, umiejscowiony za przednią szybą. Na tymże zegarze ustawia się godzinę wedle odpowiednich reguł: jest to kolejne wpół do, tzn. jeśli przyjeżdżasz o 13.15, to ustawiasz na 13.30 i musisz zmyć się o 14.30. W strefie niebieskiej można parkować także - najczęściej - między 18 a 9 (czyli o godzinie 9 należy zabrać samochód, zanim zjawi się straż miejska lub policja). Wreszcie - strefa biała. Miejsca bezpłatne, o ile nie zaznaczono inaczej (tzn. o ile w pobliżu nie znajduje się parkomat albo znak zmieniający reguły). Jak można się domyślić, miejsca "białe" bez parkomatów i ograniczeń są cholernie trudne do znalezienia i zazwyczaj konkuruje się o nie z Niemcami i Francuzami. My mieliśmy szczęście, bo w pobliżu naszego pierwszego mieszkania odkryliśmy ulicę, gdzie zazwyczaj można było dorwać białe miejsce... a co, jeśli się szczęścia nie ma? Oczywiście można trzymać samochód na parkingu z parkomatem (zależnie od lokalizacji - od 1 do kilku CHF na godzinę, więc no, łatwo policzyć). Można też wykupić miejsce na Parkingu Dostępnym Dla Wszystkich, Niezależnie, Czy Jesteś Cudzoziemcem Czy Też Nie. Miejsce takie kosztuje ok. 200 CHF miesięcznie. Jednakowoż my jesteśmy uparci i wolelibyśmy jakąś inną opcję, bez grania z Niemcami i Francuzami w komórki do wynajęcia czy sponsorowania parkingowych. Co wtedy? Otóż wszystko jest łatwe i proste, jeśli jesteśmy zameldowani na terenie Szwajcarii. Wówczas kupuje się kartę parkingową (których to rodzajów kart jest od groma; np. karta dla pana/pani Złotej Rączki, ażeby mógł/mogła zaparkować sobie legalnie w dowolnym miejscu, gdy jedzie przetykać zlew) za ~40 CHF miesięcznie. (A właściwie dostaje się ją do rączki, z informacją, że rachunek przyślą później, pocztą). A jeśli meldunku się nie posiada? Cóż, wtedy można płakać, błagać i grozić samobójstwem, wszyscy są bardzo mili, ale nieustępliwi - karty się nie dostanie. Nie i już. Są papiery, jest karta. Nie ma rączek, nie ma ciasteczek. Proste. BTW, 99,99% miejsc parkingowych [11.02.2018 - na ulicy] w Szwajcarii to okazja do przećwiczenia parkowania równoległego. Jeśli ktoś lubi, to fajnie; ja zawsze wolałam prostopadłe i skośne.

Drogi i korki. Krótko: jakość Q. Jako bonus widoki na przepaście/doliny, w i na zboczach których znajdują się wsie i miasteczka. Z autostrad (płatne, winieta kosztuje 40 CHF rocznie) jeszcze nie korzystaliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Remonty oczywiście też są (w sporej ilości); każda mała dziurka w nawierzchni jest obficie oznakowywana i naprawiana. Korki niestety są również: w godzinach powrotu z pracy (18-20) - coś jak Słowackiego w godzinach szczytu. W innych godzinach korków - ku naszemu zdumieniu - brak. Znajomi Szwajcarzy narzekają, że korki to okropny problem. (Kusiło mnie, żeby spytać ich, co powinni powiedzieć Niemcy, gdzie korki - i to takie, że trzeba wyłączyć silnik - tworzą się nawet na autostradzie? W Polsce nie, bo jesteśmy cwani i nie mamy autostrad). Wrażenie ogólne: czysto i spokojnie. Mnóstwo starych kamienic, okiennice jak z klocków Lego. Tuż za miastem widoki jak pocztówki maźnięte Photoshopem. Jakimś cudem mury domów nie są pobazgrolone sprayem (gdzie np. mosty czy wiadukty już tak), co ciężko mnie zastanawia - jak oni tutaj to robią, że są w stanie upilnować?... Wszędzie pełno zieleni; minimum betonu, a jeśli już muszą użyć, to starają się obsadzać drzewami/krzewami/trawą. Ekrany wygłuszające przy drogach, jak i wszelkiego rodzaju płoty, są obsadzane krzewami i bluszczem, tak, że najczęściej są prawie całkiem zasłonięte. Zieleń nie przycięta pod sznurek na sposób Niemców, ale ograniczana w sposób racjonalny - wybujała, czasami wręcz chaszczowato. Ładnie. Wszędzie ogromna ilość miejsc parkingowych dla rowerów i skuterów (przy stacji głównej ichniego PKP - kilka tysięcy miejsc), wyznaczone pasy do jazdy - na poboczu dróg - oraz mnóstwo ścieżek rowerowych. Co chwilę - mimo, że jest już jesień - widzi się ludzi na rowerach; to tutaj chyba najpopularniejszy środek transportu. Ludzie w większości spokojni, wyluzowani, uśmiechnięci - potrafią pozdrowić zupełnie obcą osobę, mijaną na spacerze. Nie spieszą się, do czego staram się przyzwyczaić, ale co bywa czasami bardzo irytujące. Zauważyłam również, że pytanie "jak długo coś potrwa", nawet jeśli zadane spokojnym, normalnym tonem, potrafi wywołać ciężką urazę (pani z urzędu emigracyjnego) czy próby uspokojenia (pani w salonie sieci komórkowej - a ja byłam zmęczona i chciałam tylko wiedzieć, ile mam jeszcze czekać w tej cholernej kolejce!... I naprawdę byłam miła i spokojna, zadając to pytanie!...)

O pracy (w tym - godzinach pracy), praniu, języku, recyklingu, kosmetykach, laptopach i godzinach otwarcia sklepów - następnym razem, kiedy znajdę siły. (Oraz pewnie powinnam dorzucić jakieś fotki do tej ściany tekstu, ale to nie dziś).