niedziela, 4 listopada 2012

Notka reanimacyjna (albo rezurekcyjna, jak kto woli).

Jako że zarzucono mi niedawno, że jogguś kona, spieszę zapewnić, że nie jest to związane z konaniem właścicielki. Fakt faktem, że dawno nie pisałam - obiecane notki wakacyjne pewnie w końcu kiedyś powstaną, acz zdjęcia koniec końców wrzucone zostać muszą i tak tam, gdzie wcześniej (na Flickra, znaczy). Usprawiedliwiając się, mogę powiedzieć, że sama jeszcze nie wszystkie swoje zdjęcia wakacyjne oglądałam - czas wolny bowiem poświęcam wyłącznie na sen i/lub oglądanie seriali. Oraz głaskanie kotów. Nudne, dorosłe życie. Tydzień mija za tygodniem, czas gna jak szalony, z sierpnia raptem robi się listopad... a z listy TODO wykreślam wyłącznie te rzeczy, które absolutnie muszą zostać zrobione. Co mi zresztą przypomina, że jeszcze dziś muszę wybrać nowego ubezpieczyciela, jako że poprzedni po mojej kwietniowej przeprowadzce zwiększył składkę o ponad 150 CHF, skutkiem czego odprowadzam obecnie miesięcznie ponad pięć stów. Co jest - jak na składkę zdrowotną tutaj - kwotą sporą. Oczywiście, jako że już dość dawno temu przekroczyłam kwotę franczyzy, ubezpieczyciel zwraca mi obecnie 90% kwoty rachunków za lekarzy i leki, co jest miłe, niemniej jednak styczeń blisko - a w styczniu się franczyza tak czy siak wyzeruje. Kiedyś już pisałam dokładniej o szwajcarskim systemie zdrowotnym, więc jak kto zainteresowany, to sobie zerknie do wcześniejszych notek. W każdym razie ubezpieczyciela mogę zmienić li tylko do końca listopada, więc jeśli nie przygotuję papierów w ten weekend, to mi potem cały listopad tylko mignie i będzie po sprawie.

Postaram się zamieszczać notki nieco częściej, acz nic nie obiecuję. Formuła joggusia tak czy siak nieco się zmieni - jako że ponad roczny pobyt w Szwajcarii sprawia, że opisałam już dość dobrze wszystkie najważniejsze różnice między polską a moją nową rzeczywistością. Tym samym to, o czym mogę pisać, to po prostu o tym, co się u mnie dzieje - a to z krajem pobytu powiązane będzie mniej lub bardziej. Jeśli zatem ktoś jest niezainteresowany, niech czuje się ostrzeżony.

Szwajcarskie urzędy, ich bezproblemowość w działaniu i pójście na rękę petentowi chwalę sobie nie od dziś. Ostatnio znów miałam do z nimi do czynienia, jako że musiałam wymienić prawko na szwajcarskie. Tzn. przymusu oczywiście nie ma, ale jeśli nie zrobiłabym tego przed upływem roku od momentu zameldowania tutaj, a chciałabym prowadzić tu samochód, musiałabym zdawać ponownie egzamin. Pod koniec sierpnia przyszło zatem uprzejme pismo z policji, przypominające, że jeno te dwa miesiące zostały na wymianę prawka (formularz i instrukcję postępowania też załączyli, owszem). Cała procedura polegała na wypełnieniu formularza, odbyciu badania u okulisty (wynik lekarz wypisuje na tym samym formularzu), a następnie dostarczeniu tegoż formularza, starego - polskiego - prawka i jednego zdjęcia do właściwego urzędu. Dostaje się karteczkę, zaświadczającą, że taki to a taki prawko ma w wymianie i że niniejsza karteczka je zastępuje - oraz rachunek (do opłacenia w ciągu 30 dni, tradycyjnie). Nowe prawko otrzymałam pocztą w ciągu dwóch czy trzech dni. Szczęśliwie nie wymagali zdjęcia biometrycznego, więc nie muszę się wstydzić potencjalnego pokazywania go policji.

Poza tym znalazłam tutaj rewelacyjnego fryzjera (najlepszy fryzjer w moim życiu; uwielbiam go), tak więc zadomawiam się coraz bardziej - oprócz "swoich" lekarzy, mam i "swojego" fryzjera. Wypadałoby jeszcze znaleźć jakąś sensowną kosmetyczkę, krawcową i szewca - będzie komplet.

Co poza tym... w ramach tzw. Herbstmesse odbywało się niedawno Oktoberfest, ale jako że jestem stara i zmęczona, wolałam spędzić tę niedzielę w piżamce z Hello Kitty, leżąc w łóżku i oglądając seriale, niż pić piwo na zimnie. W sumie najbardziej żałuję, że ominęła mnie jazda na karuzelach i rollercoasterach, których mnóstwo do Basel zwieziono - ale cóż, lenistwo über alles. Może za rok.

niedziela, 15 lipca 2012

O dżemie i butach, czyli co ja tu właściwie robię.

Na wszelkich wyprawach mam aktualnie okazję zapoznać się zjawiskiem, które niestety nie występuje w Polsce - mianowicie przydrożnymi/przydomowymi sklepikami/straganami, sprzedającymi domowe owoce/warzywa/przetwory (np. dżemy, konfitury, soki)/jajka/pieczywo itp. Co jest w nich takiego specyficznego? Samoobsługowość - nikt tych sklepików ani straganików nie pilnuje. Towar leży wyłożony, są karteczki z ceną, jest też metalowa kasetka, do której należy wrzucić odliczoną kwotę pieniędzy. Liczy się na uczciwość przechodzącego potencjalnego klienta - i najwyraźniej uczciwi wciąż są w większości, skoro stragany i sklepiki nadal mają rację bytu. Dla mnie jest to zjawisko absolutnie urocze - i bardzo praktyczne. Wędruje się bowiem z dala od sklepów, a tu człowiek zaczyna być głodny czy spragniony... z domu wziął tylko wodę i praktyczne, nierozpuszczające się w upale ciastka, na które nie ma ochoty - i nagle, proszę, stragan, koszyczek czereśni za 3,50; nic, tylko kupować i jeść. A domowej roboty dżem, np. z truskawek i rabarbaru - którego się samemu nie zrobi, bo się nie umie, a i w zwykłym sklepie się nie kupi? (Ostatnio zjadłam cały - malutki, to prawda - słoiczek*, zanim udało się wrócić do domu).  Bardzo, bardzo mi się ta idea podoba: to, że ktoś chce się podzielić - za niewysoką opłatą - zebranymi przez siebie owocami czy upieczonym przez siebie chlebem. Zwłaszcza dziś, w świecie produkcji masowej, gdzie o zdrowe, smaczne, domowe produkty coraz trudniej (a ja gotować ani nie umiem, ani nie lubię, więc).

Przejdźmy do obserwacji ulicznych, czyli zabawy w Pudelka albo innego Kozaczka: zauważyłam, że bardzo niewiele kobiet tutaj chodzi w butach na obcasach (chyba, że wieczorami, gdy idą na imprezę). Większość preferuje płaski obcas (najczęściej balerinki czy płaskie sandały). Bardzo rzadko widuje się osoby spalone na solarium czy ufarbowane na tzw. "kruka" czy "borsuka". Oczywiście, jest tu sporo kobiet farbujących włosy, ale na kolory raczej zbliżone do naturalnego albo po prostu dobrane tak, że efekt nie jest oszpecający. Jest tu również bardzo dużo osób z naturalnie rudymi włosami. Nigdzie dotąd nie widziałam aż tylu; zastanawiam się, z czego to wynika - pewnie z tutejszej mieszanki genetycznej. Jeśli chodzi o makijaż i tzw. zadbanie ogólne - jest przeróżnie; od zupełnych abnegatek (ale raczej w starszym wieku), aż po dziewczyny wyglądające, jakby dopiero co zeszły z planu filmowego. Informacja dla panów: nie należy mylić Szwajcarek z Niemkami; powiedziałabym, że jest tutaj tyle samo pięknych kobiet, co i w Polsce (choć jeden mój znajomy twierdził zawsze, że najpiękniejsze kobiety świata to Ukrainki). Informacja dla dziewczyn: większość mężczyzn tutaj jest bardziej zadbana niż w Polsce - lepiej się ubierają, ładniej pachną; rzadziej widuje się też tutaj takich z twarzą zmasakrowaną trądzikiem, otyłych i z nadwagą. To ostatnie to być może kwestia tego, że większość Szwajcarów do 30 roku życia [11.02.2018 - nie do 30, a do 40 r.ż. muszą wyrobić określoną liczbę dni służby wojskowej] podlega obowiązkowi służby wojskowej (dwa tygodnie rocznie), a może tego, że tu chyba wszyscy są wielbicielami uprawiania wszelkiego rodzaju sportów. Nie wiem; tak czy siak, efekt jest miły dla oka.

Czas prywatny, prócz biegania po ruinach (o czym jest w notce już napisanej, ale jeszcze nie opublikowanej), poświęcam na nadrabianie zaległości filmowo-serialowych, choć marnie to widzę - jako że wciąż pojawiają się nowe seriale (ten Sherlock to faktycznie taki dobry?). Mam też nowy obiekt uwielbienia - Sheldona z TBBT... ujął mnie za serce, zwłaszcza tym wysprzątaniem pokoju. I to tyle na dziś... z deszczowej i lodowatej (15 stopni Celsjusza) pozdrawiam Państwa ja; a nowy odcinek, jako się rzekło, już niedługo!



*zawartość tegoż, rzecz jasna; szkła - póki co - nie spożywam

poniedziałek, 28 maja 2012

Garść przemyśleń, czyli - ile ja tu już jestem?!...

Nieoczekiwanie dla samej siebie odkryłam, że w Szwajcarii mieszkam już ponad pół roku (ba, ponad siedem miesięcy... przyjechałam tu przecież w połowie października). Nie będę oryginalna, stwierdzając kolokwialnie, że czas zapieprza jak dziki - i o osłupienie przyprawia mnie fakt, że od roku n, który był dopiero co i który tak świetnie pamiętam, minęło już TRZYNAŚCIE lat. Dzieci, które wtedy się urodziły, mają dziś trzynaście lat!... Brrr, straszne. Ktoś z pewnością coś zepsuł, to przecież nie powinno być tak? Nie tak szybko? W każdym razie, powracając od dygresji do meritum - przyszło mi do głowy podsumowanie czasu spędzonego tutaj. Ciąg dalszy traktował będzie (co za niespodzianka!) również o mnie - a konkretnie moich odczuciach, wrażeniach, tęsknotach itp. itd., tak więc jeśli ktoś nie jest zainteresowany tym tematem, to lojalnie uprzedzam, że nie ma po co czytać dalej tej konkretnej notki. 

To, co nie uległo jak dotąd zmianie, to pierwsze wrażenie: podoba mi się tutaj. Najważniejszym czynnikiem, wpływającym na to podobanie się, jest hm, społeczna atmosfera. Lubię życzliwość tubylców, ich chęć niesienia pomocy, brak niechętnych czy pełnych nienawiści spojrzeń/szturchnięć/nadepnięć np. w komunikacji miejskiej, brak wszechobecnej w Polsce agresji, brak obmacywania wzrokiem/wulgarnych/ordynarnych zaczepek - ze względu na niewielką możliwość napotkania tego wspaniałego elementu społecznego, jakim jest dresiarnia... (Tak, zdarzyło mi się napotkać tutejszych "dresów", miasto nie jest od nich wolne - można napotkać ich w najgorszej dzielnicy Bazylei. Zajmują się patrolowaniem chodników i obmacywaniem wzrokiem przechodzących kobiet - czyli tak jak u nas - z tym, że są bardziej śniadzi w kolorycie. Licho wie, Arabowie, Hindusi czy kto, nie jestem biegła w rozpoznawaniu nacji. W każdym razie ich w miarę stała lokalizacja wiele ułatwia, bo wystarczy się tam nie pojawiać).

Jedzenie. Odkąd tu jestem, odżywiam się o niebo lepiej niż w Polsce - nie tylko dlatego, że moja sytuacja finansowa się poprawiła. Dostępność warzyw, owoców, mięsa czy ryb z hodowli ekologicznych nie jest tutaj żadnym problemem - tak jak i produktów z Fair Trade, takich jak np. lody czy banany. W Polsce za produkty ekologiczne zapłacić trzeba co najmniej kilka razy więcej niż za te "zwykłe" (chyba, że ktoś ma dobrego znajomego na wsi, zapewniającego mięso bez hormonów itp.), tutaj różnica cenowa między zwykłym a ekologicznym produktem to góra 2-3 CHF na kilogramie. Oczywiście, nie samą zdrową żywnością człowiek żyje - co prowadzi do kolejnej kwestii, którą sobie cenię: dużego wyboru dobrych jakościowo słodyczy i lodów, łącznie z produktami, których w Polsce dostać w ogóle nie można, bo nikt ich tam nie eksportuje (nie wiem właściwie czemu - byłyby zbyt drogie i popyt byłby zbyt mały?...)

Zieleń. Absolutnie wszędzie - w miastach i wsiach, na dachach garaży i domów, trawnikach, chodnikach... wszędzie jest pełno kwiatów - nie tylko na klombach, ale i "wolno rosnących"; beton obsadzany jest trawą, mchem, zasłaniany bluszczem. Ku mojej radości, Szwajcarzy nie mają niemieckiego zwyczaju cięcia wszystkiego pod tzw. sznurek - pozwalają roślinności bujać w miarę swobodnie. Można tu też znaleźć gęsto zarośnięte łąki czy uroczo zachwaszczone zakątki, co dla kogoś może być nieestetyczne, ale ja bardzo lubię także i taką półdziką roślinność.

Spokój. Odkąd tu jestem, uspokoiłam się i odstresowałam - znacząco zmalał mi też poziom agresji. Myślę, że wpływ ma na to ogólnie życie, jakie się tu prowadzi - zaczynając od braku psich kup na ulicach i regularnie kursującej komunikacji miejskiej, kończąc zaś na braku nacisku, terroru i agresji w pracy zawodowej, bezproblemowym załatwianiu spraw zarówno w urzędach, jak i ogólnie w kontaktach z ludźmi - społeczne zaufanie i zakładanie uczciwości (niebezpodstawnej) drugiego człowieka wiele zmienia i wiele ułatwia.

Zapach. Jako że cechuję się czułym powonieniem, ogromnie cenię sobie osoby czyste i ładnie pachnące. W Polsce, niestety, wielu ludzi ma problem z higieną osobistą (tu dygresja: problem ten dotyczy też przyszłych tzw. elit, co miałam nieprzyjemność wielokrotnie stwierdzić, siedząc na wykładzie i czując unoszący się w auli smród przetłuszczonych włosów czy przepoconych koszulek szacownych kolegów z roku... bleee. Ci pachnący czysto i świeżo, w odprasowanych ciuchach, byli niestety w zdecydowanej mniejszości). Nie umiem tego pojąć, bo ani woda ani mydło nie są, doprawdy, aż TAKIE drogie. W każdym razie co się w PL z tego powodu nacierpiałam, to moje. Tu wciąż nie mogę się nacieszyć faktem, że aż tylu mijanych ludzi ładnie pachnie. Niezależnie od wieku i płci, tak.

A czego mi tutaj brakuje? Przede wszystkim: rodziny i znajomych. Brakuje mi możliwości zrobienia imprezy (tak jak miałam je w zwyczaju robić dość regularnie, mieszkając w Polsce), wyskoczenia na piwo, pogadania. Ludzie w pracy są mili i życzliwi, ale mało kto chce rozmawiać po angielsku - a ja wciąż nie umiem wypowiedzieć się po niemiecku tak ładnie i precyzyjnie, jak potrafię po angielsku (o polskim nie wspominając). Oczywiście, jest internet, SMS-y... ale to nie to samo. Tęsknię za Wami.

Pralka w mieszkaniu. Pralnia to nie jest dobre rozwiązanie, naprawdę - to jest workaround, a nie solution, o. I tak będę zawsze twierdzić - i mam szczerą nadzieję, że następne mieszkanie będzie już z pralką, bo naprawdę, nie ma nic fajnego w tym, że gdy coś się stanie i potrzeba coś pilnie wrzucić do pralki - to nie można, bo nie nasza kolejka, tylko trzeba czekać te parę dni.

Miejsca. Teraz, gdy zrobiło się tak pięknie i ciepło, jakże chętnie wyskoczyłabym na spacer na Stogi, Brzeźno czy do Nowego Portu (tak, bywałam tam i w dzień i w nocy, nie, nikt mnie nie zabił ani nawet krzywo nie spojrzał, nie, nie wiem, skąd ta opinia o Nowym Porcie), przeszła się z Gdańska do Gdyni, pojechała na Hel albo do Chłapowa... Miałam w zwyczaju odwiedzać wszystkie te miejsca przynajmniej raz w roku i cholernie mi brakuje teraz tej możliwości. Tutaj też jest pięknie, ale ja bardzo lubię te piosenki, które już słyszałam. [11.02.2018 - o, ta akurat tęsknota minęła z czasem - do tego stopnia, że nie pamiętam, że ją odczuwałam]

Książki. Owszem, przyznaję rację osobom, które twierdzą, że nic tak nie rozwija umiejętności językowych, jak czytanie książek w oryginale. Niemniej ja czytam przede wszystkim dla przyjemności - a prawdziwą przyjemność z czytania odczuwam wtedy i tylko wtedy, gdy czytam po polsku. Niestety wszystkie internetowe księgarnie mają zbójeckie stawki, jeśli chodzi o wysyłanie książek za granicę, toteż w tej chwili świeżą "dostawę" otrzymuję wraz z odwiedzinami kogoś z Polski. [11.02.2018 - notka sprzed posiadania Kindle, od razu widać]

Tyle podsumowania. Odpowiadając na pytanie Au.: póki co, wracać do Polski nie zamierzam. Chcę spróbować zbudować sobie swój kawałek podłogi właśnie tutaj - a jak się wszystko potoczy, to się zobaczy. Ot i tyle.

Powrót do przeszłości, czyli bazylejski karnawał.

Karnawał w Bazylei obchodzony jest hucznie - wiele firm/sklepów w tym czasie krócej pracuje; niektóre firmy przewidują dla pracowników kilka dni urlopu lub pracę zdalną, żeby można było należycie się skupić... jako że każdego dnia ulicami miasta maszerują przebierańcy, grający na najrozmaitszych instrumentach. Bazylea nie jest bardzo dużym miastem (jakieś 3x mniejszym od Gdańska), pojęcia zatem nie mam, skąd bierze się aż tylu uczestników parady karnawałowej - wygląda, jakby absolutnie każdy mieszkaniec miasta brał w tym udział. Zadziwiające dla mnie jest też to, że każdy z tego nieprzebranego tłumu ludzi potrafi na czymś grać (flet, perkusja, trąbka itd.)

A jak wygląda karnawałowa parada? Są to tłumy przebierańców - zarówno dzieci, osób dorosłych, jak i starszych (w wózkach ciągnięto nawet zupełnie małe dzieciaki) - ze zorganizowanych grup/kół/związków (nie wiem, co jest tu najwłaściwszym określeniem) [11.02.2018 - właściwym określeniem jest "clique", czyli klika], przechodzące i przejeżdżające głównymi ulicami miasta (wyłączonymi na ten czas z ruchu). Osoby grające na instrumentach idą, na wozach - ciągniętych najczęściej przez traktory - jadą natomiast ci, którzy rzucają w tłum słodyczami/owocami/kwiatami/warzywami/zabawkami i sypią gigantycznymi ilościami konfetti. Na słodycze czy owoce polują zarówno dorośli, jak i dzieci - z przyjemnością zaobserwowałam natomiast, że nie ma wśród dzieciaków bicia się o łup ani wyszarpywania sobie zdobyczy; wszystko jest traktowane jako zabawa. Najwięcej łupów trafia oczywiście w ręce dzieci, jako że podbiegają tuż do wozów i wyciągają ręce, ale i mnie się coś niecoś trafiło, choć niespecjalnie się starałam o zdobycz. (Trochę później żałowałam, jako że okazało się, iż rzucali wyjątkowo smacznymi mandarynkami). Wozy i wszelkie inne pojazdy są oczywiście udekorowane - a samo przebranie jest tematyczne, nawiązujące aluzyjnie do sytuacji politycznej, gospodarczej, bajek, czegokolwiek; pomysły są bowiem przeróżne. Nie byłam, niestety, w stanie wychwycić większości aluzji, jako że raz, iż na polityce szwajcarskiej słabo się wyznaję, a dwa - napisy były po szwajcarsku, co znacząco utrudnia zrozumienie. Nieliczne aluzje, jakie pojęłam, odnosiły się do (tonącego) euro i ogólnie UE, produktów Apple'a (Szwajcarzy, podobnie jak Niemcy, bardzo lubią Apple'a i większość społeczeństwa jest tu obficie w produkty applowe zaopatrzona), USA, franka szwajcarskiego (Szwajcarzy wydają się lubić swoją walutę) czy kwestii bezrobocia (haha, bardzo zabawne). Widziałam także jakieś aluzje do papieża (jeden z uczestników parady był za niego przebrany - uwieczniłam to na zdjęciu) i do krzyża - stwierdzam zatem, że najwyraźniej pojęcie "urażonych uczuć religijnych" tu nie istnieje. Na karnawale spędziłam kilka godzin jednego dnia - przez ten czas nie powtórzył się ani jeden zespół paradujący (a parady trwają codziennie przez ileś dni!) Zdjęcia znajdują się tutaj.

piątek, 25 maja 2012

Dużo tekstu bez obrazków, czyli jak to w przerwie na pisanie było.

Widzę, że do napisania nowej notki zbierałam się tym razem półtorej miesiąca... Wspomniany w notce poprzedniej brak netu doskwierał nam co prawda zaledwie półtorej dnia (tj. niedzielę i ten fragment poniedziałku, nim zjawił się był przemiły pan monter), natomiast w ferworze przeprowadzki, świąt i wreszcie - po rozpoczęciu pracy, nie miałam za bardzo czasu/siły na cokolwiek innego niż nadrabianie zaległości serialowych/czytanie kolejnego tomu "Gry o Tron".

Jeśli chodzi o nową pracę - póki co, jestem bardzo zadowolona. Widzę natomiast spore różnice pomiędzy moją poprzednią firmą a obecną - o czym poniżej.

Kwestia pierwsza i najważniejsza - po raz pierwszy w życiu nie czuję się niedopłacana. W poprzedniej firmie płacono mi (jak na szwajcarskie warunki) słabo - podejrzewam, że szef wykorzystał fakt, iż nie miałam wtedy pojęcia, jak kształtują się tutaj płace. W obecnej firmie zaproponowano mi więcej niż żądałam na rozmowie, a na rozmowie żądałam więcej, niż sądziłam że mi zapłacą. Jak widać, opłaca się walczyć o swoje. Narzekać w żadnym razie nie mogę - co najwyżej na podatki... w Szwajcarii bowiem im więcej się zarabia, tym wyższe podatki się płaci. Podatki, ubezpieczenia i inne Rzeczy-Odciągane-Od-Pensji kosztują mnie łącznie prawie 21% pensji - przy czym to kanton w którym mieszkamy jest tak drogi. We wszystkich sąsiednich kantonach płacilibyśmy niższe podatki. W Zurychu przy mojej pensji podatek byłby niższy o połowę! Co prawda, plusem mieszkania tutaj jest zaledwie dwadzieścia minut drogi do pracy. Coś za coś.

Przy okazji zaś interesowania się kwestiami podatkowymi, odkryłam w tym skądinąd miłym kraju obrzydliwy szowinizm. Otóż o ile osoby stanu wolnego opodatkowane są tutaj wyłącznie zależnie od wysokości pensji, o tyle po zmianie stanu cywilnego kobiety zaczynają płacić wyższe podatki niż wcześniej, mężczyźni zaś - niższe. Nie wiem, czy polityka ta ma celu zniechęcanie kobiet, a zachęcanie mężczyzn do małżeństwa, jest to w każdym razie rozwiązanie nad wyraz paskudne i cholernie niesprawiedliwe. A biorąc pod uwagę, że - z tego co słyszałam - polityka prorodzinna w kontekście ciężarnych i rodzących kobiet nie ma się tutaj najlepiej, wychodzi na to, że dla kobiet najlepiej jest żyć w wolnym związku i bezdzietnie. [11.02.2018 - to się na szczęście w międzyczasie zmieniło, stan cywilny nie ma już znaczenia]

Cóż jeszcze o firmie. Ludzie wydają się być sympatyczni (bardziej niż w poprzedniej). Firma jest nieduża liczebnie, ale szczęśliwie szefostwo nie oszczędzało na przestrzeni, w efekcie czego pokój dzielę z jednym tylko kolegą - w poprzedniej firmie zaś siedzieliśmy w pokoju najpierw w trzy osoby, potem już w pięć. W przeciwieństwie do poprzedniej firmy, tu dba się też o ciszę i spokój pracowników, którzy muszą się skupić - nie ma zatem pod bokiem jazgoczącej/wiecznie śmiejącej się obsługi klienta. Ogromnym plusem jest także i to, że - znowu: w porównaniu do poprzedniej firmy - nie ma tzw. integracji na siłę. W poprzedniej mojej firmie była bowiem ustalona jedyna słuszna godzina lunchu, wszyscy siedzieli przy jednym stole i rozmawiali. Oczywiście, można było wyjść i zjeść coś na mieście, ale na pozostawienie w spokoju, możliwość zjedzenia przy komputerze itp. nie można było liczyć (teoretycznie oczywiście tak, ale wiadomo, że alienowanie się w takich sytuacjach nie jest najlepszym pomysłem). Tutaj zarówno godziny lunchu, jak i pracy są dość elastyczne. Jest wyznaczony przedział czasowy, w którym powinnam być w firmie, ale nie jest to bardzo restrykcyjne; natomiast lunch musi trwać min. pół godziny (w poprzedniej firmie musiał trwać 50 min. + obowiązkowe przerwy na śniadanie i podwieczorek). Kiedy się na ten lunch pójdzie, jest sprawą wyboru - nikt nikogo do niczego nie zmusza ani nie namawia. Można zjeść w kuchni, można przy komputerze, można wyjść z firmy. W tej firmie bowiem, podobnie jak w ostatniej, w której pracowałam w Polsce, nikt nikogo nie gani za jedzenie przy komputerze (w poprzedniej szwajcarskiej nie można było), co bardzo mnie uszczęśliwia, jako że lubię sobie nieraz przy lunchu poczytać coś na necie.

Czas pracy. W poprzedniej firmie było to 43,3 h tygodniowo plus, jak wspomniałam, 50-min. lunch i 2 kolejne przerwy - tu to normalny 40 h tydzień pracy (plus lunche, które ja sobie minimalizuję do 30 minut, co daje mi tym samym zaledwie pół godziny w pracy ponad polską "normę"). W poprzedniej firmie szefostwo nie oferowało żadnego socjalu, tutaj co poniedziałek idziemy do restauracji, jako że poniedziałkowy lunch funduje firma. Od czasu do czasu karmieni też jesteśmy jakimiś innymi dobrymi rzeczami - dzisiaj były różne lody Magnum do wyboru. Jak można się domyślić, gorąco popieram akcję dokarmiania pracowników.

Tu mogę mieć polską klawiaturę i dopieścić sobie system wedle własnych upodobań - w poprzedniej firmie obie te rzeczy były niemożliwe. 

Mieszkanie... wszystko byłoby dobrze, gdyby nie cholerny Junkers (tak czułam, że będą z nim problemy!) Jako że jest on niezabezpieczony zarówno od dołu, jak i góry (ponoć inny nie nadaje się do tutejszej instalacji), zdarzyło mi się już parę razy niechcący go zalać/zaparować, w efekcie czego mogłam się przekonać empirycznie, na czym polegają mini-eksplozje gazu. Serdecznie nie polecam. Fachowcy byli, a jakże, bojler obejrzeli/wyczyścili/wymienili jakieś tam części, ale problem pozostał. W zasadzie to powinni przyjść drugi raz i właściciel mieszkania ich umawiał, ale jakoś się nie odezwali... a że na razie wszystko znowu działa, to i mnie się nie chciało dzwonić w tej sprawie. A poza tym wolałabym mieć pralkę w mieszkaniu i mieszkać na dziesiątym albo i piętnastym piętrze, ale jak się nie ma, co się lubi... Koty za to są ucieszone, bo mają ciekawe widoki z balkonów (np. inne koty - albo jeże - w ogrodzie). Umeblowaliśmy się w pierwszym rzucie na tyle, że możemy wygodnie mieszkać (tribute to Ikea - notabene, najtańszy tutaj sklep z meblami), a i gości przyjmować, więc wiecie - jakbyście się wybierali do Szwajcarii... 

Poza tym oglądam seriale (aktualnie - durny serial o głupich istotach, czyli "True blood"; czwarty sezon), czynię wolne, acz systematyczne postępy w jeździe na rolkach i czasami sobie biegam. Czego i Wam życzę.

niedziela, 11 marca 2012

Notka o kwestiach złych, kiepskich i niewiele lepszych - czyli pesymizm stosowany.

Jako że pogoda za oknem nie zachęca do niczego (= brak słońca), temperatura spadła z powrotem tak, że trzeba znów nosić płaszcz (a jeszcze tydzień temu nie trzeba było i myślałam, że już tak zostanie...), dzisiaj zaserwuję - zgodnie ze staropolską tradycją - solidną porcję narzekania. Tak więc czujcie się ostrzeżeni.

Ostatnio miałam nieprzyjemność zwiedzić tutejszy szpital. Okazuje się, że w ramach podstawowego - najtańszego - ubezpieczenia szpitalnego przysługuje tu miejsce w pokoju dwuosobowym (acz leżałam w nim na całe szczęście sama), zaopatrzonym we wszelkie niezbędne meble, łazienkę, dostęp do internetu (po kablu, ale kabel pani pielęgniarka przyniosła mi natychmiast, gdy tylko wypakowałam laptopa) oraz smaczne posiłki (wraz z menu do wyboru: a) zwykłe, b) dla dbających o linię oraz c) dla wegetarian). Zarówno lekarze/lekarki, jak i pielęgniarze/pielęgniarki są bardzo mili i uprzejmi - nie napotkałam żadnego wyjątku. Pacjent, ujmując rzecz z grubsza, traktowany jest po prostu jak podmiot, a nie przedmiot - nie mówiąc już o tym, że poświęca się mu czas i tłumaczy, co się dzieje (a nie jak najspieszniej odsyła za drzwi, bo kolejna stuzłotówka czeka w kolejce - vide większość prywatnych lekarzy specjalistów w Polsce). Niemniej, nawet biorąc pod uwagę komfortowe warunki, pobyt w szpitalu do przyjemnych nie należy - zwłaszcza, gdy boli, gdy człowiek się boi, co będzie dalej, a łazić musi wszędzie z uroczym stojaczkiem z kroplówką, bo w rękę ma wbity wenflon. No, ale po paru dniach mnie wypuścili - a co będzie dalej, zobaczymy. Jak się można domyślić, z leczeniem wiążą się także koszty - i to spore, jako że wizyty i badania tutaj są równie drogie jak w Polsce w przypadku wizyt prywatnych. Lekarze zaś nie są skłonni do wypisywania leków (zwłaszcza antybiotyków) na oko, tylko robią w cholerę i trochę badań, żeby wiedzieć na pewno. Z tego właśnie powodu zostałam wysłana do szpitala - plus chciano mnie mieć na obserwacji, w razie gdyby cokolwiek.

A jak wygląda tutaj kwestia ubezpieczenia zdrowotnego, bo chyba o tym nie pisałam? Ano wygląda tak, że ubezpieczycieli jest w cholerę i trochę - każdy wybiera sobie takiego, który mu pasuje. W zależności od miejsca zamieszkania, wybranie danego ubezpieczyciela wiąże się z większymi lub mniejszymi zniżkami, jakie zapewnia ponoć urząd miasta. Czy coś. Coś kantonalnego, w każdym razie. Wracając do meritum: po wybraniu ubezpieczyciela, wybieramy wysokość tzw. franczyzy. Franczyza wynosi 300, 500, 1000 lub 2500 CHF. Jeśli wybierzemy większą franczyzę, płacimy mniejsze składki miesięczne i analogicznie - jeśli wybierzemy mniejszą franczyzę, płacimy większe składki miesięczne. A czym franczyza jest? Otóż jest to kwota, do wysokości której musimy samodzielnie uiścić rachunki za lekarzy/leki/pobyt w szpitalu. Gdy przekroczymy tę kwotę, wówczas ubezpieczyciel zwraca nam 90% kwoty z każdego kolejnego rachunku. Innymi słowy: jeśli ktoś mało choruje, opłaca mu się franczyza 2,5k. Jeśli dużo - opłaca się mniejsza. (Niestety, w przypadku wyboru franczyzy 300 CHF np. mój ubezpieczyciel ustanawia składki nie miesięczne, a roczne - nie wiem, czy inni też). [11.02.2018 - nie, inni niekoniecznie] Ponoć przy rozliczeniu podatkowym można odliczyć sobie od podatku całość sumy wydanej na opiekę medyczną, ale nie wiem, czy tyczy się to wszystkich, czy też tylko ludzi z obywatelstwem szwajcarskim. [11.02.2018 - wszystkich] Co do rachunków lekarskich/szpitalnych - przysyłane są (z mniejszym lub większym opóźnieniem, ale nigdy nie dostaje się ich od razu) albo wprost do ubezpieczyciela albo do pacjenta (który po uiszczeniu przesyła oryginał rachunku ubezpieczycielowi). Apteki natomiast ślą rachunki do ubezpieczyciela, więc kupowanie leków na receptę to tutaj operacja de facto bezgotówkowa. Przychodzisz, pokazujesz kartę ubezpieczenia, odbierasz leki, wychodzisz. Aha - ubezpieczenie jest tutaj obowiązkowe dla każdego. Składka miesięczna w wersji dość podstawowej (tzn. z dodanym ubezpieczeniem na zdrowie i życie) to - zależnie od franczyzy - między 250 a 400 CHF/mies. Oczywiście zawsze można wykupić ubezpieczenie dodatkowe, które obejmuje m.in. medycynę chińską, akupunkturę, masaże, medycynę estetyczną (operacje plastyczne). Ubezpieczenie dentystyczne jest tutaj również osobno; zapewne z uwagi na fakt horrendalnych cen - ponoć koszt plomby to 400 CHF (!!!) Z tego względu podobno Szwajcarzy latają do dentystów z krajów uboższych (np. na Węgry). Mam nadzieję, że nieprędko zweryfikuję prawdziwość powyższych dwóch zdań.

Co mnie jeszcze denerwuje/zdenerwowało w Szwajcarii? (Oprócz, rzecz jasna, tego, że nikt mnie nie będzie leczył za darmo - a szkoda, fajnie by było). Język. Oficjalne źródła twierdzą, że mówi się tu po niemiecku, francusku, włosku i retoromańsku. W praktyce zaś ludzie posługują się tu nader dziwacznym narzeczem i dopiero, gdy wypowie się magiczne zaklęcie "Können Sie Hochdeutsch sprechen?" zaczynają mówić zrozumiale (w 95% przypadków). Dialektów jest tutaj w cholerę i ciut-ciut - jak mi powiedziano w byłej pracy, rodowity Szwajcar jest w stanie zrozumieć jakieś 90% innych Szwajcarów. Niemcy Szwajcarów nie rozumieją. Podejrzewam, że podobnie jest z Francuzami i Włochami. Najgorsze zaś jest to, że Szwajcarzy cenią sobie swoje dialekty bardziej niż to, czego uczą ich w szkole i rozmawiając z obcą osobą, zaczynają najpierw mówić po szwajcarsku. (To tak, jakby Ślązak czy Kaszub uważał, że wszyscy powinni go rozumieć i mówiłby po śląsku czy kaszubsku np. w urzędzie - albo zagadnięty po polsku przez obcą osobę). Owszem, są mili, życzliwi i uprzejmi - ale dlaczego, do cholery, nie mogą mówić od razu Hochdeutschem?! Zwłaszcza, że te ich dialekty to pff, nie dość, że zwiejszczona wersja niemieckiego, to nawet Dativu nie używają. Próbka szwajcarskiego poniżej - osoby znające niemiecki mogą sobie porównać:
Ych bin en aechte Schwizer-Schnaegg -
finf Frangge gilt my Waert
und s'Volgg - das schlaeggt kai Gaiss ewaegg
duet mit mer handlen uffem Maert!
Sytt 1919 gitt's mi scho -
kraisrund und biggelhart!
Mit starggem Bligg - so stand ych doo
im Sennenchutteli - apart!

Telefony na kartę. W Polsce idziesz do kiosku, kupujesz kartę pre-paid i dzwonisz. Tutaj - musisz okazać jakiś dokument: Twoje dane zostaną wprowadzone do bazy, a Twój numer telefonu zostanie z Tobą powiązany. Kontrola: nie ma anonimowego dzwonienia. [11.02.2018 - w Polce już też niestety nie...] Dobrze chociaż, że można bezpłatnie numer zastrzec, żeby nie znalazł się w ogólnodostępnej książce telefonicznej.

Poczta szwajcarska. Dwa rodzaje znaczków: A i B. A - przesyłka na 100% następnego dnia jest w rękach adresata. B - przesłanie przesyłki trwa 2-3 dni. Cena - 1 CHF za znaczek A, 0.85 CHF za znaczek B. Obsługa zazwyczaj (o wyjątku opowiem za chwilę) miła i uprzejma (np. pewien pan skserował mi za darmo to, co miałam do skserowania), acz najczęściej inteligencją nadmierną - podobnie jak i polski odpowiednik - nie grzeszy. A kiedy przestają być mili i uprzejmi?
Swego czasu potrzebowałam wysłać paczkę do Polski. Byłam wtedy chora, gorączkowałam, nie myślałam jasno. W efekcie - nadałam paczkę, a jakże, ale nie ze wszystkim, co powinno było się w niej znaleźć. Fakt ten odkryłam - grzebiąc w torebce - gdy wyszłam już z poczty, a zbliżałam się do lekarza. Po wizycie lekarskiej powlokłam się zatem z powrotem na pocztę i - robiąc minę skamlącego zająca - poprosiłam, żeby panie mi moją przed godziną nadaną paczkę oddały, bo ja tam coś jeszcze dołożyć muszę... Panie się zgodziły, choć pomysł wydał im się dziwny - acz kiedy musiały wycofać z systemu stary numer nadania i wprowadzić nowy, przestały być miłe (tzn. przestały się uśmiechać i przerzuciły z niemieckiego na szwajcarski) i próbowały mnie namówić, żeby jednak tego nie robić, tylko żebym nadała drugą paczkę. Ja powiedziałam, że to znacznie zwiększa koszty, na co panie nie mogły rzec już nic, albowiem argument finansowy dla Szwajcarów jest święty. Niemniej ostatecznie nieszczęsną paczkę wycofały, ja dołożyłam co trzeba i paczka została wprowadzona do systemu na nowo. Ale szwajcarska poczta i tak mi podpadła, bo raz nie zostawili mi awiza, przez co przesyłka do mnie została odesłana z powrotem do Polski i musiała zostać wysłana jeszcze raz. To zaś kosztowało mnie 25 PLN, pff.

I to tyle z okazji tej pesymistycznej, niesłonecznej niedzieli.

środa, 22 lutego 2012

Kwestie mieszkaniowe, czyli "szukajcie, a znajdziecie".

Tytułem wstępu - nieco wyjaśnień, jak wygląda tutaj kwestia mieszkaniowa. Stosunkowo niewielu Szwajcarów posiada mieszkania własnościowe. Wynajmowaniem ludziom mieszkań zajmują się tutaj zazwyczaj firmy (banki, towarzystwa ubezpieczeniowe itp.), które kupno bloku czy kamienicy traktują jako sposób na inwestowanie pieniędzy. (Niektóre budynki zaś, podobnie jak w Niemczech, należą do miasta. Osoby prywatne zdarzają się dużo rzadziej, acz natrafiliśmy na paru właścicieli kamienic czy bloków). Tego typu mieszkania mają zazwyczaj mniej lub bardziej nową łazienkę oraz umeblowaną kuchnię (wraz z lodówką, często też ze zmywarką), zaś pokoje są puste.

Można również wynająć komuś mieszkanie, samemu będąc głównym najemcą - takie mieszkania zazwyczaj są kompletnie umeblowane i wyposażone, a często wręcz znajdują się tam nawet i rzeczy osobiste wynajmującego. Gdy tu przyjechaliśmy, wynajmowaliśmy przez pierwsze dwa tygodnie mieszkanie od przemiłej L., akrobatki cyrkowej, teraz zaś wynajmujemy od pana R., który zrobił był sobie pięciomiesięczną przerwę w życiorysie i wyjechał na Tajlandię. Zarówno poprzednie, jak i to mieszkanie, jest - jak wspominałam - wyposażone kompletnie. Od zastawy stołowej, garnków i sztućców poczynając, na płynie do mycia podłóg czy workach na śmieci kończąc. Ot, tak jakby się wyszło ze swojego mieszkania z niewielką walizeczką, po czym wynajęło je komuś obcemu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z polskiego punktu widzenia - nieprawdopodobne, chyba że to wynajem dla jakiegoś krewnego lub bliskiego przyjaciela.

Pierwsze nasze mieszkanie - to na dwa tygodnie - było w mieście, w starej kamienicy. Do pracy miałam pięć minut tramwajem, więc na lunch wpadałam do domu. Była to kawalerka, słoneczna i bardzo przyjemna; o pozwolenie na trzymanie kotów nie trzeba było pytać, jako że koty były jeszcze w tym czasie w Polsce. L. sprzątnęła wcześniej takie swoje rzeczy jak np. ubrania, upychając je w pobocznych szafach, więc od razu mogliśmy się rozgościć. Dwutygodniowy wynajem był to koszt 400 CHF. Od listopada zamieszkaliśmy poza Basel (ze względu na koszty - to już inny kanton, więc płaci się niższe podatki; a i ceny mieszkań poza miastem są niższe niż w mieście). R. wyjechał na Tajlandię chyba w wielkim pośpiechu, jako że nie zwolnił dla nas miejsca w szafach i szafkach (a na środku pokoju zostawił zapakowaną walizkę; widać miał nadbagaż). Musieliśmy więc zrobić to sami - na szczęście w mieszkaniu jest mały składzik, a i my nie przywieźliśmy ze sobą aż tak wielu rzeczy, więc nie było problemu. R. nie miał zastrzeżeń co do kotów, więc mogliśmy je tu spokojnie przywieźć. Mieszkanie jest dwupokojowe, ok. 60 m^2, a płacimy za nie 700 CHF za miesiąc. W kwocie tej zawarte jest wszystko, prócz abonamentu za internet. Jak widać, koszt wynajmu w stosunku do pensji jest tutaj nieporównywalnie niższy niż w Polsce.

Główna różnica między mieszkaniami wynajmowanymi od najemców głównych (Hauptmieter), a wynajmem bezpośrednim od jakiejś firmy jest taka, że w przypadku firm jest to wynajem na czas nieokreślony. Okres wypowiedzenia to najczęściej trzy miesiące. Poprzednie dwa mieszkania wynajęliśmy, przebywając jeszcze w Polsce (internet to piękny wynalazek, a i Szwajcarzy, respektujący dokumenty skanowane tak samo, jak papierowe i/lub nie mający oporów przed wysyłką dokumentów DHL-em za granicę, wiele ułatwiają) i zależało nam przede wszystkim na szybkim znalezieniu jakiegoś lokum - a najlepiej lokum niedrogiego i umeblowanego. Było nam też na rękę, że wynajem jest na krótki okres, jako że potrzebowaliśmy tych paru miesięcy na zorientowanie się, co i jak - i czy nam się tu podoba i chcemy tu dalej być. Teraz, gdy mamy w planach zostać tu na stałe (a przynajmniej na kilka lat), potrzebne nam było mieszkanie na dłużej. I tu zaczyna się cała nasza (na szczęście już miniona) epopeja mieszkaniowa.

Szukanie mieszkania to jest praca na co najmniej pół etatu. Przeglądanie ogłoszeń, dzwonienie do firm, wypytywanie o wszystko, co musi się wiedzieć (np. czy można w danym mieszkaniu mieć koty), jeśli wszystko wygląda obiecująco, to bądź umawianie się na oglądanie z pracownikiem danej firmy, bądź też dzwonienie do aktualnego najemcy z pytaniem, kiedy można mieszkanie obejrzeć; ustalanie terminów w odpowiednich odległościach czasowych (żeby nie zamarznąć, czekając pół godziny na mrozie ani też się nie spóźnić - raczej niemile tu widziane), wyznaczanie tras dojazdu do wszystkich mieszkań (wszak nie znamy miasta) - czym, o której, gdzie wysiąść i jak potem iść... I - oczywiście - wszystkie rozmowy po niemiecku, a jedna z częściej powtarzanych kwestii "Können Sie Hochdeutsch sprechen?" (Szwajcarski niemiecki - czyli Schwyzertüütsch - nie jest językiem zrozumiałym nawet dla Niemców. Szwajcarzy jednakowoż lubują się w swoich dialektach i wolą mówić po szwajcarsku).

Garść statystyk (kogo nudzą, może przejść do następnego akapitu): szukaniem mieszkania zajmowaliśmy się przez 3 tygodnie. Dzięki moim wysiłkom, w ciągu 16 dni (roboczych i dwóch sobót, jako że w niedziele nikt się nie umawia na oglądanie mieszkania) miałam/mieliśmy obejrzeć 49 mieszkań. Udało się obejrzeć 46, co daje 2,87 mieszkania dziennie. Najwięcej mieszkań, ile udało nam się obejrzeć w ciągu jednego dnia, to 7 (byłoby 8, ale spóźniłam się w jedno miejsce). Ubiegaliśmy się o 11 mieszkań (czyli ~22% obejrzanych), udało nam się wygrać w konkursie 1 (z 3 miejsc jeszcze nie mamy odpowiedzi, w pozostałych przypadkach przegraliśmy). Te 3 mieszkania, których nie udało nam się obejrzeć, to przypadki, gdzie a) nie poinformowano nas, że mieszkanie już zostało wynajęte b) podano nam błędny termin oglądania c) wystawiono oglądających (facet - bez żadnego wytłumaczenia - po prostu się nie zjawił). 2 razy jechałam/liśmy na próżno, bo wynajmujących nie było w mieszkaniu (w jednym przypadku kobieta głupio się tłumaczyła, że próbowała mnie zawiadomić - ciekawe jak, skoro żadnych SMS-ów/połączeń na telefonie nie było), w drugim przypadku wynajmująca powiadomiła firmę (właściciela mieszkania), że jej nie będzie, ale firma nie powiadomiła oglądających, czyli m.in. mnie. (Zdecydowaliśmy się wziąć to mieszkanie, które "wygraliśmy", nie czekając na odpowiedzi z pozostałych trzech miejsc, jako że zależało nam na tym, żeby mieć już podpisaną umowę i pewność co do dalszych naszych losów).

Czego szukaliśmy? Cóż, dla mnie najważniejszą kwestią przy wynajmie mieszkania jest to, żeby było ono słoneczne. Interesują mnie zatem okna od południowej strony, tak, żeby przez większość dnia było jasno i ciepło (kto był rano lub w południe w moim polskim mieszkaniu, ten wie, co mam na myśli). Niestety, Szwajcarzy - z niepojętych dla mnie względów - preferowali/preferują budowanie mieszkań skierowanych na wschód i zachód; południowo-północnych jest mniej (ze skierowanych tylko na południe - udało nam się znaleźć zaledwie jedno). W dalszej kolejności interesowała mnie kwestia pralki (i suszarki) w mieszkaniu, zmywarki, dużej lodówki i okna w łazience. Oraz istnienie garażu. K. zależało głównie na metrażu - chciał, żeby były to 3 pokoje. Odpadły też mieszkania na parterze (z wyjątkiem tzw. wysokiego parteru) - nie lubię mieszkać na poziomie gruntu. Ważna też była cena - zależało nam, żeby czynsz wraz z opłatami nie przekraczał 1500 CHF - i żeby kaucja (pobierana w większości przypadków) była dwu-, a nie trzykrotnością czynszu. Ogłoszeń szukałam oczywiście na portalach internetowych. Niestety, w większości z nich (ogłoszeń, nie portali) zdjęć jest mało (czasem nie ma ich wcale) - toteż trzeba się umawiać na oglądanie. Bardzo rzadko jest też napisane, od której strony świata są okna. Moje pytania o to wywoływały najczęściej zaskoczenie.

W Szwajcarii nie buduje się zbyt wiele [11.02.2018 - wprost przeciwnie, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałam], raczej remontuje stare budynki. Najniższy standard tutejszych mieszkań określiłabym - porównując z warunkami polskimi - jako dobry (czyli mieszkanie spore metrażowo, czyste, odmalowane, z niezniszczonymi oknami i podłogami, ale bez zmywarki, z małą lodówką, bez pralki i suszarki, bez garażu). Najwyższy... tu narzucają się określenia typu "rewelacyjny", "wypaśny", "megazarąbisty", itp. itd. (czyli: świeżo malowane, duży metraż, nowiutkie okna i podłogi, wielka łazienka z wanną, prysznicem, pralką, suszarką; toaleta - albo i dwie - osobno; nowiutka umeblowana kuchnia - z kuchenką, wielką lodówką, zmywarką, zabudowane szafy w przedpokoju, lustra; garaż podziemny). Jeżeli chodzi o ceny, za ok. 1300 wynająć można duże i ładne mieszkanie 2-pokojowe, za ok. 1500 - 3-pokojowe; za niecałe 2000 CHF można bez trudu znaleźć stumetrowe, z wielkim tarasem. (Ceny te zawierają w sobie całość ponoszonych opłat minus internet). [11.02.1018 - ceny są BARDZO zależne od kantonu, gminy, miejscowości]

Jak wygląda ubieganie się o mieszkanie? Po jego obejrzeniu wypełnia się formularz (bądź w wersji papierowej, bądź elektronicznej) i wysyła - najczęściej wraz z załącznikami takimi jak: kopia dowodu osobistego (dla cudzoziemców - kopia zezwolenia na pobyt), zaświadczenie ze stosownego urzędu, że nie jest się zadłużonym i/lub ściganym przez firmy windykacyjne (zaświadczenia wydano nam w urzędzie od ręki, za 17 CHF od głowy) oraz referencje (od właściciela poprzednio wynajmowanego mieszkania, od pracodawcy itd.)

Co biorą pod uwagę i kto ma największe szanse na wygranie konkursu? Po pierwsze, oczywistość - im większe zarobki, tym lepiej (osoba zarabiająca kilka tysięcy CHF miesięcznie jest tu uważana za osobę raczej biedną; tzw. klasa średnia zaczyna się tu od mniej więcej 10k CHF/mies.). Im więcej pracujących zawodowo osób w rodzinie, tym lepiej. Im dłużej jest się zatrudnionym, im dłużej przebywa się w Szwajcarii (cudzoziemcy), im mniej ma się zwierząt (zwłaszcza psów) i użytkowanych intensywnie instrumentów muzycznych - tym lepiej*. Ważną kwestią jest też to, od kiedy chce się w danym mieszkaniu mieszkać - jeśli jest ono wolne np. od marca, wówczas osoby, które chcą mieszkanie od marca mają większe szanse niż te, które chcą od kwietnia.

Koniec końców, podpisaliśmy umowę i mamy mieszkanie. Niezbyt duże (63 m^2), niemniej przytulne i słoneczne. Trzypokojowe, z małą i pozbawioną okna - niestety - łazienką. Okna, drzwi i podłogi są nowe, mieszkanie jest świeżo pomalowane, nowa jest też kuchnia i łazienka. Lodówka jest na szczęście duża, będziemy też dysponować zmywarką. Pralki nie ma (zresztą i tak by się nie zmieściła), ale jest oczywiście pralnia. Nie ma garażu - być może uda nam się znaleźć jakiś w okolicy. Jest też oczywiście - jak w każdym szwajcarskim domu - rowerownia i wózkownia. Człowiek, z którym podpisaliśmy umowę, jest sympatycznym, kulturalnym starszym panem, tak więc mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów.



*Jasnym zatem jest, dlaczego nie mieliśmy szans w batalii o najfajniejsze mieszkania. Niemniej - wszystko przed nami; kolejnego mieszkania zamierzamy szukać za parę lat (minimum dwa), a wtedy zapewne będziemy się już prezentować lepiej w ankiecie personalnej. [11.02.2018 - owszem, kolejne szukanie mieszkania nie było żadnym problemem, acz szukałam go już z A. - obejrzeliśmy z pięć, aplikowaliśmy do 2, w obydwu nas chciano, więc mogliśmy wybrać]