Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2012

Notka reanimacyjna (albo rezurekcyjna, jak kto woli).

Jako że zarzucono mi niedawno, że jogguś kona, spieszę zapewnić, że nie jest to związane z konaniem właścicielki. Fakt faktem, że dawno nie pisałam - obiecane notki wakacyjne pewnie w końcu kiedyś powstaną, acz zdjęcia koniec końców wrzucone zostać muszą i tak tam, gdzie wcześniej (na Flickra, znaczy). Usprawiedliwiając się, mogę powiedzieć, że sama jeszcze nie wszystkie swoje zdjęcia wakacyjne oglądałam - czas wolny bowiem poświęcam wyłącznie na sen i/lub oglądanie seriali. Oraz głaskanie kotów. Nudne, dorosłe życie. Tydzień mija za tygodniem, czas gna jak szalony, z sierpnia raptem robi się listopad... a z listy TODO wykreślam wyłącznie te rzeczy, które absolutnie muszą zostać zrobione. Co mi zresztą przypomina, że jeszcze dziś muszę wybrać nowego ubezpieczyciela, jako że poprzedni po mojej kwietniowej przeprowadzce zwiększył składkę o ponad 150 CHF, skutkiem czego odprowadzam obecnie miesięcznie ponad pięć stów. Co jest - jak na składkę zdrowotną tutaj - kwotą sporą. Oczywiście, j…

O dżemie i butach, czyli co ja tu właściwie robię.

Na wszelkich wyprawach mam aktualnie okazję zapoznać się zjawiskiem, które niestety nie występuje w Polsce - mianowicie przydrożnymi/przydomowymi sklepikami/straganami, sprzedającymi domowe owoce/warzywa/przetwory (np. dżemy, konfitury, soki)/jajka/pieczywo itp. Co jest w nich takiego specyficznego? Samoobsługowość - nikt tych sklepików ani straganików nie pilnuje. Towar leży wyłożony, są karteczki z ceną, jest też metalowa kasetka, do której należy wrzucić odliczoną kwotę pieniędzy. Liczy się na uczciwość przechodzącego potencjalnego klienta - i najwyraźniej uczciwi wciąż są w większości, skoro stragany i sklepiki nadal mają rację bytu. Dla mnie jest to zjawisko absolutnie urocze - i bardzo praktyczne. Wędruje się bowiem z dala od sklepów, a tu człowiek zaczyna być głodny czy spragniony... z domu wziął tylko wodę i praktyczne, nierozpuszczające się w upale ciastka, na które nie ma ochoty - i nagle, proszę, stragan, koszyczek czereśni za 3,50; nic, tylko kupować i jeść. A domowej rob…

Garść przemyśleń, czyli - ile ja tu już jestem?!...

Nieoczekiwanie dla samej siebie odkryłam, że w Szwajcarii mieszkam już ponad pół roku (ba, ponad siedem miesięcy... przyjechałam tu przecież w połowie października). Nie będę oryginalna, stwierdzając kolokwialnie, że czas zapieprza jak dziki - i o osłupienie przyprawia mnie fakt, że od roku n, który był dopiero co i który tak świetnie pamiętam, minęło już TRZYNAŚCIE lat. Dzieci, które wtedy się urodziły, mają dziś trzynaście lat!... Brrr, straszne. Ktoś z pewnością coś zepsuł, to przecież nie powinno być tak? Nie tak szybko? W każdym razie, powracając od dygresji do meritum - przyszło mi do głowy podsumowanie czasu spędzonego tutaj. Ciąg dalszy traktował będzie (co za niespodzianka!) również o mnie - a konkretnie moich odczuciach, wrażeniach, tęsknotach itp. itd., tak więc jeśli ktoś nie jest zainteresowany tym tematem, to lojalnie uprzedzam, że nie ma po co czytać dalej tej konkretnej notki. 
To, co nie uległo jak dotąd zmianie, to pierwsze wrażenie: podoba mi się tutaj. Najważniejs…

Powrót do przeszłości, czyli bazylejski karnawał.

Karnawał w Bazylei obchodzony jest hucznie - wiele firm/sklepów w tym czasie krócej pracuje; niektóre firmy przewidują dla pracowników kilka dni urlopu lub pracę zdalną, żeby można było należycie się skupić... jako że każdego dnia ulicami miasta maszerują przebierańcy, grający na najrozmaitszych instrumentach. Bazylea nie jest bardzo dużym miastem (jakieś 3x mniejszym od Gdańska), pojęcia zatem nie mam, skąd bierze się aż tylu uczestników parady karnawałowej - wygląda, jakby absolutnie każdy mieszkaniec miasta brał w tym udział. Zadziwiające dla mnie jest też to, że każdy z tego nieprzebranego tłumu ludzi potrafi na czymś grać (flet, perkusja, trąbka itd.)
A jak wygląda karnawałowa parada? Są to tłumy przebierańców - zarówno dzieci, osób dorosłych, jak i starszych (w wózkach ciągnięto nawet zupełnie małe dzieciaki) - ze zorganizowanych grup/kół/związków (nie wiem, co jest tu najwłaściwszym określeniem) [11.02.2018 - właściwym określeniem jest "clique", czyli klika], przecho…

Dużo tekstu bez obrazków, czyli jak to w przerwie na pisanie było.

Widzę, że do napisania nowej notki zbierałam się tym razem półtorej miesiąca... Wspomniany w notce poprzedniej brak netu doskwierał nam co prawda zaledwie półtorej dnia (tj. niedzielę i ten fragment poniedziałku, nim zjawił się był przemiły pan monter), natomiast w ferworze przeprowadzki, świąt i wreszcie - po rozpoczęciu pracy, nie miałam za bardzo czasu/siły na cokolwiek innego niż nadrabianie zaległości serialowych/czytanie kolejnego tomu "Gry o Tron".
Jeśli chodzi o nową pracę - póki co, jestem bardzo zadowolona. Widzę natomiast spore różnice pomiędzy moją poprzednią firmą a obecną - o czym poniżej.
Kwestia pierwsza i najważniejsza - po raz pierwszy w życiu nie czuję się niedopłacana. W poprzedniej firmie płacono mi (jak na szwajcarskie warunki) słabo - podejrzewam, że szef wykorzystał fakt, iż nie miałam wtedy pojęcia, jak kształtują się tutaj płace. W obecnej firmie zaproponowano mi więcej niż żądałam na rozmowie, a na rozmowie żądałam więcej, niż sądziłam że mi zapła…

Notka o kwestiach złych, kiepskich i niewiele lepszych - czyli pesymizm stosowany.

Jako że pogoda za oknem nie zachęca do niczego (= brak słońca), temperatura spadła z powrotem tak, że trzeba znów nosić płaszcz (a jeszcze tydzień temu nie trzeba było i myślałam, że już tak zostanie...), dzisiaj zaserwuję - zgodnie ze staropolską tradycją - solidną porcję narzekania. Tak więc czujcie się ostrzeżeni.
Ostatnio miałam nieprzyjemność zwiedzić tutejszy szpital. Okazuje się, że w ramach podstawowego - najtańszego - ubezpieczenia szpitalnego przysługuje tu miejsce w pokoju dwuosobowym (acz leżałam w nim na całe szczęście sama), zaopatrzonym we wszelkie niezbędne meble, łazienkę, dostęp do internetu (po kablu, ale kabel pani pielęgniarka przyniosła mi natychmiast, gdy tylko wypakowałam laptopa) oraz smaczne posiłki (wraz z menu do wyboru: a) zwykłe, b) dla dbających o linię oraz c) dla wegetarian). Zarówno lekarze/lekarki, jak i pielęgniarze/pielęgniarki są bardzo mili i uprzejmi - nie napotkałam żadnego wyjątku. Pacjent, ujmując rzecz z grubsza, traktowany jest po prostu j…

Kwestie mieszkaniowe, czyli "szukajcie, a znajdziecie".

Tytułem wstępu - nieco wyjaśnień, jak wygląda tutaj kwestia mieszkaniowa. Stosunkowo niewielu Szwajcarów posiada mieszkania własnościowe. Wynajmowaniem ludziom mieszkań zajmują się tutaj zazwyczaj firmy (banki, towarzystwa ubezpieczeniowe itp.), które kupno bloku czy kamienicy traktują jako sposób na inwestowanie pieniędzy. (Niektóre budynki zaś, podobnie jak w Niemczech, należą do miasta. Osoby prywatne zdarzają się dużo rzadziej, acz natrafiliśmy na paru właścicieli kamienic czy bloków). Tego typu mieszkania mają zazwyczaj mniej lub bardziej nową łazienkę oraz umeblowaną kuchnię (wraz z lodówką, często też ze zmywarką), zaś pokoje są puste.
Można również wynająć komuś mieszkanie, samemu będąc głównym najemcą - takie mieszkania zazwyczaj są kompletnie umeblowane i wyposażone, a często wręcz znajdują się tam nawet i rzeczy osobiste wynajmującego. Gdy tu przyjechaliśmy, wynajmowaliśmy przez pierwsze dwa tygodnie mieszkanie od przemiłej L., akrobatki cyrkowej, teraz zaś wynajmujemy od …