niedziela, 11 lutego 2018

Wielki powrót #mzf.

Im dłużej tu mieszkam, tym ciężej jest mi kontynuować cykl #mzf - z uwagi na to, że wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie nowe i kontrastowe w stosunku do rzeczywistości polskiej, przeszły płynnie w coś zupełnie normalnego, do czego jestem w pełni przyzwyczajona. Niemniej parę rzeczy wciąż jeszcze się uzbiera.

W przypadku wznoszenia toastu w Szwajcarii, używa się słowa "prosit" lub - znacznie częściej - dialektowej wersji "pröstli" (słowo to pochodzi z łaciny i oznacza w wolnym tłumaczeniu "niech idzie na pożytek", "niech uczyni dobrze" - czyli po prostu "na zdrowie!") Niemieckie "zum Wohl" słychać tu raczej rzadko. Co natomiast przy wznoszeniu toastu ze Szwajcarem jest bardzo istotne - to, żeby w momencie, gdy stukamy swoim kieliszkiem/szklanką w jego, patrzeć mu prosto w w oczy. Jeśli tego nie robimy, zostanie to źle odebrane.

W bardzo wielu szwajcarskich restauracjach sztućce przewidziane są do... wielorazowego użytku. Czyli jeśli jemy dwa dania, wymagające widelca i noża, po zjedzeniu pierwszego powinniśmy sztućce odłożyć na bok, a nie na brudny talerz. Niemniej jeśli zapomnimy się i zostawimy je na talerzu, obsługa zabierająca go położy je nam z powrotem na stole. Mnie najwyraźniej wciąż nie do końca mieści się to w głowie, bo nagminnie o tym zapominam.
W Szwajcarii czynnością w restauracjach bardzo częstą, która nikogo nie krępuje, jest też wycieranie chlebem resztek sosu z talerza.

Jak mawia moja koleżanka, mieszkająca tu od ponad dekady, w przypadku konwersacji ze Szwajcarami zwrócić uwagę trzeba nie tylko na to, co mówią - ale też na to, czego nie mówią. Powszechnie akceptowanym sposobem konwersacji jest tutaj owijanie w bawełnę - z zachowaniem wszelkiego rodzaju możliwych form grzecznościowych (typu "mógłbyś" zamiast "możesz" czy używaniem eufemizmów - eufemizmy są zresztą czymś BARDZO szwajcarskim). Bezpośredniość bywa uważana tu za niegrzeczną czy wręcz prostacką; a czasami nawet szokującą. Jako osobie ceniącej sobie szczerość i bezpośredniość, zdarzyło mi się już kiedyś usłyszeć np. na rozmowie kwalifikacyjnej, że jestem "szokująco szczera". 
   
W związku z powyższym, czasami mam też wrażenie, że Szwajcarzy nie wiedzą co to bunt. Raz, że kontrola okazywanych emocji jest w tutejszym społeczeństwie bardzo silna, dwa - mam wrażenie, że ten niemalże genetyczny sprzeciw, cechujący większość Polaków, tutaj praktycznie nie istnieje; że ludzie przyjmują zmienne okoliczności losu z eleganckim, pełnym doskonałego opanowania uśmiechem, kwitując je co najwyżej nacechowaną subtelną ironią uwagą. Czasami to podziwiam - a czasami irytuje mnie tak, że miałabym chęć nimi potrząsnąć i wrzasnąć "ale powiedzże, co naprawdę myślisz!"             

2 komentarze:

  1. oo we Francji też obowiązuje patrzenie w oczy, też się często zachowuje sztućce, i też można, a nawet należy "saucer" - jest nawet na to specjalny czasownik! jak się nie wytrze, znaczy, że nie smakowało. za to eufemizmów nie ma. szkoda, mnie by pasowały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O popatrz! "Saucer" zapamiętam. Ale ze sztućcami zabiłaś mi teraz ćwieka. Jeśli chodzi o Francję -bywa(ła)m dość często w Alzacji i nie przypominam sobie, żeby tak robili... i teraz pytanie: czy w Alzacji tak nie robią (wątpliwe, biorąc pod uwagę to, co napisałaś), czy też ja nie zwróciłam na to uwagi, bo Niemcy i Francja to dla mnie taka pół-zagranica (raz, że kiedyś mieszkałam bardzo blisko: do Niemiec jeździłam na zakupy, do Francji biegałam; dwa - w Szwajcarii mówią po niemiecku i francusku, a tam, gdzie bywam, wygląda też często jak w Szwajcarii). Następnym razem muszę koniecznie zwrócić uwagę :-)
      A eufemizmy... kwestia gustu. Osobiście wolałabym usłyszeć np. "nie cierpię tego" niż "to rozwiązanie jest dla mnie nie do końca satysfakcjonujące". Skąd bowiem potem człowiek ma wiedzieć, kiedy traktować wypowiedź nr 2 dosłownie, a kiedy nie?... Nawet gdy mówi się wprost, słowa mogą być źródłem nieporozumień - a co dopiero, kiedy trzeba dekodować jakieś ukryte znaczenia.

      Usuń