Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2018

Rozważania mediowospołecznościowe (aka social media rozdrapy).

Dla tych, co tl;dr - notka o tym co mam nt. w głowie, sama nie wiem, co z tego wyjdzie. Takie tam smęcenie.
Z natury mam tak, że chciałabym zjeść ciastka - i mieć zarazem pełny ich koszyk. To się uwidacznia w dość wielu aspektach mojego życia. I tak z jednej strony chciałabym całkowicie chronić moją prywatność i nie marnować czasu (czemu sprzyjałoby nieudzielanie się na absolutnie żadnych mediach społecznościowych), z drugiej - mam przecież znajomych internetowych. Mowa o osobach, z którymi w jakiś sposób trzymam stały kontakt, nawet nieregularny. Z niektórymi raz na ileś widzimy się w tzw. realu, z niektórymi nie, ale jakaś więź jest. Niektórych po prostu lubię czytać, oglądać ich zdjęcia, kibicuję ich życiu, lubię wiedzieć, co u nich. To raz. Dwa, że czasem są takie sytuacje, że potrzeba powiedzmy tego konta na fejsie, żeby dostać free wifi zagramanicą (gdzie się karty SIM nie kupiło, bo było to niemożliwe lub się nie opłacało, bo za krótki pobyt, na przykład na jeden dzień tylko),…

New York, New York, czyli USA cz. I.

W maju tego roku wyruszyliśmy w prawie miesięczną podróż po USA (kolejna zresztą przyczyna niepisania na blogu). Pierwszym przystankiem było wschodnie wybrzeże - a konkretnie Nowy Jork.
Był to mój pierwszy raz w Stanach Zjednoczonych. Do tamtej pory "znałam" je wyłącznie z filmów, seriali i książek. Nikogo chyba nie zdziwię, pisząc, że na filmach wszystko wygląda lepiej: ładniej, czyściej, wreszcie - bogaciej. To ostatnie było chyba moim największym zaskoczeniem, jeśli chodzi o USA. Wystarczy bowiem wyjechać z wielkich miast (a czasem nawet i to nie jest potrzebne) i już widać biedę - i to biedę taką, że przypomina tę w tzw. krajach trzeciego świata. Zaskoczeniem było dla mnie też ubóstwo infrastruktury - kiepska (widać od dawna nieremontowana) nawierzchnia wielu autostrad czy brak zasięgu telefonu.

Potwierdził się natomiast mój prywatny stereotyp, dotyczący wszystkich Amerykanów, których miałam okazję poznać - że są to ludzie niezwykle kontaktowi. Bardzo łatwo wejść z nimi…

Ślub i wesele.

Dla tych, co tl;dr - szczegóły i wspomnienia odnośnie mojego ślubu i wesela.

Jedną z rzeczy, które zajęły mnie tak bardzo, że nie miałam czasu na bloga, była organizacja własnego ślubu i wesela. Ślub cywilny, jak niektórzy z Was może pamiętają, wzięliśmy w Szwajcarii - była to jednak ceremonia skromna, wyłącznie w gronie najbliższej rodziny i mojej przyjaciółki, która była świadkową. Drugi ślub i wesele natomiast zdecydowaliśmy się urządzić w Polsce - z kilku powodów. Po pierwsze, oboje uwielbiamy polskie wesela; natomiast szwajcarskie tradycje weselne właściwie nie istnieją. Drugi powód był oczywiście finansowy (za tę samą liczbę jednostek monetarnych w Polsce można mieć znacznie więcej), trzecim - finansowy ze względu na polskich gości (uznaliśmy, że to rodzinie i przyjaciołom A. będzie łatwiej przemieścić się do Polski). Czwartym - większość osób z rodziny i przyjaciół A. nigdy nie była w Polsce, toteż nadarzała się doskonała okazja, żeby pokazać mój kraj od najlepszej strony (jeś…

Dżungla i wodospady - czyli Foz do Iguaçu (Brazylia, cz. III).

Wreszcie nadszedł trzeci etap podróży po Brazylii - czyli dżungla. A konkretnie: Foz do Iguaçu. W miejscu tym stykają się trzy państwa: Brazylia, Argentyna i Paragwaj. Właśnie tam znajduje się też największy na świecie kompleks wodospadów. 
Dżungla (a w niej - wodospady) stanowi park narodowy. Znajdują się w nim dwa hotele - jeden po brazylijskiej, a drugi po argentyńskiej stronie. My zdecydowaliśmy się na ten po stronie brazylijskiej: hotel Belmond, skądinąd uroczy budynek (argentyński Sheraton wygląda z kolei jak budowla z czasów socrealizmu), a co najważniejsze... trzy minuty na piechotę od tarasu widokowego na wodospady! Jako że park otwierany jest dopiero o 09:00 (a zamykany już o 17:00!), jeśli mieszka się w hotelu w środku parku i wstanie się rano (lub podejdzie wieczorem), nietrudno ponapawać się widokiem wodospadów tylko we dwoje. I tak właśnie też robimy.


Widok zapiera dech w piersiach - żadne zdjęcia nie są w stanie oddać majestatu i piękna tego miejsca... to po prostu trz…

Rasizm (kulturowy) w Szwajcarii.

Tak właściwie nie jestem do końca pewna, jakiego tu użyć słowa, aczkolwiek podgatunkiem rasizmu jest rasizm kulturowy - i chyba to określenie pasuje tu najtrafniej. Jako osoba biała, dodatkowo o jasnym fenotypie, jestem uprzywilejowana: nie mam żadnych możliwości przekonać się, czym jest dyskryminacja oparta o kolor skóry. Mam natomiast niestety możliwość - jak każdy z nas, pochodzący np. "zza muru" (mimo że muru od tylu lat już nie ma!...) - doznawać rasizmu kulturowego.
Nie od dziś wiemy, że Europa od lat dzieli sie na tę "lepszą" i "gorszą". Ta "lepsza" to np. Niemcy, Szwajcarzy, Francuzi, Holendrzy czy Brytyjczycy... "gorsza" to natomiast Grecy, Portugalczycy, Polacy czy Ukraińcy. Oczywiście, w "gorszej" dla wielu ludzi istnieją jeszcze podpodziały, ale nie widzę żadnego sensu, by się w to zagłębiać i spierać, czy więcej rasizmu doznają Polacy, czy Portugalczycy. Myślę też, że nie ma to znaczenia - każda forma rasizmu je…

Zeszwajcarzenie. (Albo i nie).

Zdaję sobie sprawę, że nie pisałam bardzo długo - i biję się w piersi! Na usprawiedliwienie dodam, że działo się w moim życiu nadzwyczaj dużo; sporo zarówno podróży, jak i czasochłonnych zmian... część z nich zresztą czeka na opisanie tutaj, ale jak szybko uda mi się to nadgonić - czas pokaże.  W każdym razie od pewnego czasu jestem znów zatrudniona - tym razem, dla odmiany, w banku. Ponieważ to moja pierwsza praca w tej branży, mam okazję do przyswojenia zupełnie nowej wiedzy (skądinąd - wbrew stereotypom i początkowym moim obawom - interesującej). Oczywiście, wraz z powrotem do pracy, mój czas wolny znacząco się skurczył, co jest jednym z wyjaśnień dla tak drastycznego zaniedbania bloga. (Zastanawiam się, ile osób zdążyło go już usunąć z czytnika czy zakładek... aczkolwiek i tak tu przecież prawie wcale nie komentujecie, pff!) 
Tymczasem, podczas wdrażania się w nowe, minęła mi niepostrzeżenie siódma rocznica pobytu w Szwajcarii (*przerwa na wznoszenie okrzyków o treści zbliżonej d…

Kwietniowe wspominki.

Czas pędzi, tematy do notek pojawiają się w mojej głowie najczęściej wtedy, gdy słucham radia (czyli też wtedy, gdy prowadzę samochód i nie mam jak ich zanotować); lista spraw do załatwienia, choć wciąż się skraca, jednocześnie też wciąż się wydłuża - a jednocześnie człowiek nie jest przecież taki, żeby nie pójść w góry, jeśli tylko pozwala na to pogoda. Tym też sposobem minął cały kwiecień i - czego wszyscy jesteśmy świadomi - zaczął się już piąty miesiąc tego roku.
W międzyczasie zdążyłam odwiedzić polską stolicę. Kibicujących mi w dramatycznej historii dowodu osobistego informuję, że urząd stołeczny stanął na wysokości zadania i wyprodukował go na czas - znowu mogę więc być identyfikowana jako Polka. Poza tym Warszawa zaprezentowała wersję Polski w demo, czyli pogoda była cudowna, ciastka od Lukullusa i chleb z Rozbrat20 rewelacyjne, ślub i wesele kumpla nad wyraz udane, a taksówkarze... eee... taksówkarze to już nie była wersja demo (podobnie jak hotel i smog, ale nie bądźmy drob…

Kwestie ważne i ważniejsze.

Gdy jechałam dziś o poranku na spotkanie, w radiu szwajcarskim SRF 1 w międzyczasie roztrząsano ważną kwestię. Zadzwonił otóż słuchacz, mający za sobą dłuższe już doświadczenie życiowe - i oznajmił, że kiedyś, gdy jadło się jajka ugotowane na twardo, skorupka odchodziła od nich bez problemu. Dziś zaś - człowiek próbuje usunąć skorupkę, a ta odchodzi wraz z białkiem; marnotrawstwo! Radio zwróciło się o pomoc w wyjaśnieniu tego jakże ważnego problemu do specjalisty. Specjalista zaś oznajmił, że kiedyś jajka docierały do sklepów po znacznie dłuższym czasie niż dziś; a ponoć im świeższe jajko, tym gorzej odchodzi od niego skorupka po ugotowaniu. Nie wiem, jak Państwo, ale ja czuję ulgę, że ten ważki problem nie będzie mi spędzał już snu z powiek!*
Poza tym nie wiem, może być, że urzędnicy polscy śledzą mojego bloga!... Po wylaniu z siebie goryczy w jednej z ostatnich notek, podjęłam trud komunikacji z polską ambasadą w Szwajcarii. Po dłuższej wymianie e-maili udało mi się ustalić, że amb…

Kilka puzzli codzienności.

Dopiero co miałam pisać notkę o tym, jakie to uczucie gdy prowadzi się samochód po autostradzie w śnieżycy i ciemnościach. Gdy śnieg sypie obficie i gęsto, a płatki wirują w ten sposób, że człowiek ulega złudzeniu optycznemu, że oto nie ma świata wokół, tylko tunel podprzestrzenny, jak z filmów s-f... 
...a wtem przyszła już wiosna. Pierwszy jej dzień tutaj - taki naprawdę ciepły, że mogę siedzieć na tarasie restauracji: bez płaszcza i grubych ubrań; i rozkoszować się słońcem. Co prawda, sądząc po wolno, ale nieubłaganie nadciągających z boku chmurach, rozkoszowanie się będzie mieć przedwczesny koniec, ale cóż. Carpe diem.
Za każdym razem, gdy parkuję na moim ulubionym parkingu w samym centrum miasta, widzę ten sam billboard: uświadamiający ludzkości, jak straszną rzeczą są choroby płuc, poprzez obraz dziecka, jeżdżącego na rowerku po wypełnionym wodą pokoju i z trudem utrzymującego głowę nad powierzchnią. Za każdym razem mam wrażenie, że to ja się duszę - i rozmyślam posępnie nad wr…

O absurdach i łamaniu prawa, czyli skrótowo o polskich urzędach.

Jakiś czas temu, podczas bytności w Polsce, założyłam sobie profil ePUAP. Bardzo się ucieszyłam, że jest taka możliwość i odtąd większość spraw (niestety nie np. złożenie wniosku o paszport) będę w stanie załatwić przez internet. W Polsce bywam rzadko, więc jest to mi bardzo na rękę. 
Biorąc pod uwagę, że jakiś czas temu wyszłam za mąż, a przy tej okazji zmieniłam nazwisko - myślałam, że jak tylko polski urząd zostanie o mojej zmianie nazwiska poinformowany, wprowadzą zmiany (lub ja sama będę mogła je wprowadzić) w systemie ePUAP i tym samym bez kłopotu złożę wniosek o nowy dowód: z nowym nazwiskiem. Jakaż byłam naiwna...
Pomijam już fakt, że USC z jakichś przedziwnych względów potrzebuje trzech tygodni (!) na przyjęcie do wiadomości zmiany stanu cywilnego - i że odmówili przyjęcia tej informacji, gdy próbowała to załatwić upoważniona osoba spoza rodziny... Otóż taka osoba rzekomo potrzebuje upoważnienia notarialnego. Przypominam, że aby je dostać, trzeba stawić się u notariusza we d…

Odpowiedź to 42*. Pytanie - ile plaż znajduje się w Florianopolis (Brazylia, cz. II)

Kolejnym, dwutygodniowym etapem naszej podróży po Brazylii było Florianopolis, zwane też "miastem tysiąca wysp". Rozciąga się ono częściowo na kontynencie, częściowo zaś na pobliskich wyspach i wysepkach, z których największą jest Santa Catarina Island. Przyznam szczerze, że na Floripę (jak nazywają je pieszczotliwie mieszkańcy) ostrzyłam sobie zęby od paru lat -  polecił mi ją mój kolega (który kilka lat tam przemieszkał i wciąż tam bywa), zachwalając piękno tamtejszych plaż i najlepsze owoce morza na świecie.
typowa ulica na wyspie 
plaża Forte
Florianopolis znane jest jako najlepsze miejsce do życia w Brazylii - w związku z tym bardzo bezpieczne. Było to widać: w dzielnicy, w której mieścił się nasz hotel, było bardzo wiele domów - żaden z nich nie był otoczony płotem; wszystko wyglądało czysto, schludnie i zasobnie (w Rio co "bogatsze" budynki mieszkalne bez wyjątku otoczone były płotami z drutem kolczastym czy pod napięciem, w oknach były kraty, itp.) Jedynym…

Wielki powrót #mzf.

Im dłużej tu mieszkam, tym ciężej jest mi kontynuować cykl #mzf - z uwagi na to, że wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie nowe i kontrastowe w stosunku do rzeczywistości polskiej, przeszły płynnie w coś zupełnie normalnego, do czego jestem w pełni przyzwyczajona. Niemniej parę rzeczy wciąż jeszcze się uzbiera.
W przypadku wznoszenia toastu w Szwajcarii, używa się słowa "prosit" lub - znacznie częściej - dialektowej wersji "pröstli" (słowo to pochodzi z łaciny i oznacza w wolnym tłumaczeniu "niech idzie na pożytek", "niech uczyni dobrze" - czyli po prostu "na zdrowie!") Niemieckie "zum Wohl" słychać tu raczej rzadko. Co natomiast przy wznoszeniu toastu ze Szwajcarem jest bardzo istotne - to, żeby w momencie, gdy stukamy swoim kieliszkiem/szklanką w jego, patrzeć mu prosto w w oczy. Jeśli tego nie robimy, zostanie to źle odebrane.
W bardzo wielu szwajcarskich restauracjach sztućce przewidziane są do... wielorazowego użytku.…

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.
Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną …