sobota, 31 grudnia 2016

Mały skrawek raju - Dominikana.

Bardzo lubię wracać myślą do jedynych w moim życiu wakacji, na których byłam sama. Z jakichś przyczyn wiele osób obawia się samotnego podróżowania - czego nie potrafię zrozumieć. Owszem, zgadzam się, że najprzyjemniej jest dzielić radość z wyjazdu z kimś bardzo bliskim, ale jeśli takiej możliwości nie ma - zdecydowanie wolę pojechać sama niż w towarzystwie osób zaledwie lubianych albo całkiem przypadkowych (zwłaszcza na dłużej). Tak właśnie też zrobiłam w październiku 2013, udając się na Karaiby.

Wyczerpana psychicznie, ogromnie potrzebowałam wtedy odpoczynku. Był to dodatkowo mój pierwszy wyjazd poza Europę, toteż pamiętam do dziś uczucie ekscytacji, gdy koła samolotu, zabierającego mnie na Dominikanę, odrywały się od płyty lotniska. Jak nigdy wcześniej odczułam, że wreszcie opłacił mi się cały trud włożony zarówno w edukację, jak i zdobywanie doświadczenia zawodowego. Oto za własnoręcznie zarobione pieniądze uciekałam zimnu i niskim temperaturom, lodowatym deszczom i depresji jesiennej, lecąc w kierunku słońca i lata!... Upajające uczucie.
Lot był bezpośredni, trwał więc zaledwie siedem godzin; wylądowaliśmy w nocy. Wysiadając, poczułam zapach taki, jakbym znalazła się w szklarni - powietrze było wilgotne i ciepłe. Czekając na płycie lotniskowej na autobus, z coraz szerszym uśmiechem na twarzy pozbywałam się kolejnych warstw ubrań...
...i tak trafiłam do raju.


Dwa tygodnie cudownych upałów, rozkosznie oślepiającego słońca, oszałamiająco turkusowej wody, palm kołyszących się nad głową w podmuchu lekkiej bryzy. Dwa tygodnie naprzemiennego czytania, pływania, spacerów po plaży czy wreszcie - spania w słońcu. Dwa tygodnie ciszy i milczenia. (Jako że pojechałam sama, przez większość dnia nie muszę nic mówić - nie licząc składania zamówień w restauracjach czy krótkich konwersacji z tubylcami lub innymi turystami). Dwa tygodnie rozkoszowania się pysznym jedzeniem, zwłaszcza owocami tropikalnymi (w tym - najlepszym na świecie ananasem; a wcześniej sądziłam, że za nim nie przepadam!); a także doskonałą guacamole. Dwa tygodnie samej dla siebie, z własnymi myślami i cudownym spokojem w głowie.  


Dominikańczycy i Dominikanki, których przelotnie poznaję, są nastawieni bardzo przyjaźnie, a mężczyźni, choć nieodmiennie chętni do flirtu, nie są natrętni ani nie zachowują się w sposób obraźliwy po odrzuceniu propozycji (to samo dotyczy zresztą też współturystów). Po jakimś czasie męczy mnie co prawda nieco wyrażane przez dosłownie każdą osobę zdumienie, że przyjechałam na wakacje sama - niemniej wszechobecna atmosfera flirtu, ciągłe próby podrywu, uśmiechy i zasypywanie komplementami wprawiają w doskonały nastrój. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu Europejek Karaiby są zagłębiem seksturystyki, toteż cierpliwie odrzucam propozycje spotkań i tłumaczę, że nie, nie jestem zainteresowana. Większość przyjmuje to do wiadomości najdalej po kilku powtórzeniach, choć jest i wyjątek... Kelner z restauracji, gdzie codziennie jem śniadanie, bardzo przystojny chłopak o regularnych rysach i idealnych zębach, przez ponad tydzień nie daje za wygraną, nadskakując na wszelkie możliwe sposoby. Konsekwentnie odmawiam randki - by wreszcie znaleźć na stoliku napisaną łamanym angielskim wiadomość: z prośbą o spotkanie w konkretnym miejscu, o konkretnej godzinie. Na spotkaniu się nie zjawiam, a następnego dnia aż do końca pobytu mój stolik obsługiwany jest przez inne osoby; "mojego" kelnera widuję tylko w przelocie. Obsługuje stoliki położone daleko ode mnie i stara się w ogóle nie patrzeć w moim kierunku. 


Dzień, gdy poznaję zamieszkałych w Punta Cana Niemca i Szwajcarkę. Jedno z nich zawiezie mnie do, drugie zaś odwiezie z prowadzonego przez nich sklepu z biżuterią. (Tylko na Dominikanie znaleźć można pewien błękitny kamień, zwany larimar - a że ja uwielbiam biżuterię, to...) Szwajcarka, kobieta starsza, twarda i żylasta, narzeka na Dominikańczyków w roli pracowników. Twierdzi, że nie potrafią podjąć zobowiązań, że popracują miesiąc czy dwa i rzucają robotę bez słowa ostrzeżenia. Niemiec - mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki, o twardych rysach i czujnych oczach - zwiedził Karaiby bardzo dokładnie, mieszkając kolejno we wszystkich położonych na nich krajach. Mówi, że choć jego zdaniem najpiękniejsze kobiety to Kubanki, to najgorzej żyło mu się właśnie na Kubie. Opowiada o biednym życiu, jakie wiedzie większość mieszkańców Karaibów - i że mimo tej właśnie biedy umieją czuć się szczęśliwi i doskonale bawić; mam wrażenie, że w jego głosie pobrzmiewa nuta szacunku. Mówi, że przysłowiowy gorący temperament Dominikańczyków objawia się również w postaci gwałtownych kłótni i strzelanin - i że sam był już kilkakrotnie świadkiem takiej strzelaniny. Ostrzega mnie też, żebym w nocy nie wychodziła sama poza kompleks hotelowy, jako że na Dominikanie nie jest to dobra pora dla samotnej dziewczyny. W pewnej chwili zadaje mi też pytanie, czy jestem Ślązaczką - gdy potwierdzam i pytam zaskoczona, skąd wie, wyjaśnia, że rozpoznał to po moim akcencie - że identyczny miała jego babcia, która pochodziła właśnie ze Śląska. Czuję się w pewien absurdalny sposób miło zaskoczona - że ktoś jest w stanie zidentyfikować mnie tyle tysięcy kilometrów od domu.   


Wieczór, gdy spaceruję sama po ciemnej plaży. Gdzieś z oddali dobiegają mnie ludzkie śmiechy, ale na plaży nie ma nikogo. Piasek o tej porze dnia jest chłodny, bezszelestnie ugina się pod stopami. Jedyne źródło światła to blask księżyca w pełni. Panuje cisza - słychać wyłącznie plusk fal, a ja jestem bezpiecznie ukryta w ciemności i nikt na całym świecie nie wie, gdzie dokładnie się w tej chwili znajduję. Oczarowuje mnie ta świadomość, chwila samotności absolutnej. Przysiadam na dłuższą chwilę w tym utkanym z ciemności i ciszy kokonie - i wpatruję się w gwiazdy. Inne od tych, które znam, bo przecież jestem kilka tysięcy kilometrów od domu. 


Dzień, gdy płyniemy jachtem na niewielką sąsiednią wyspę, Isla Saona. Załoga hojnie rozdziela drinki z rumem. Współtowarzysze wycieczki - głównie Francuzi i Niemcy, ale też i kilka osób z Ameryki Południowej - piją ochoczo; robi się coraz bardziej wesoło. Ja także nie odmawiam drinków i słyszę kilka zdumionych szeptów, gdy po kolejnych nadal nie wykazuję zauważalnych oznak upojenia alkoholowego. (Na łodzi nie ma innych Polaków ani Rosjan, toteż jestem jedyną przedstawicielką narodów z przysłowiowo mocnymi głowami).
Wyspa jest częścią parku narodowego - zabronione jest wywożenie z niej czegokolwiek, toteż muszę powstrzymać mój odruch zbierania pięknych muszli i zadowolić się tylko ich widokiem. Plaża jest piękna, jak wszystkie tutaj - biały piasek, palmy kołysane delikatnymi podmuchami bryzy... Jest też niewielka - większość wyspy to bowiem dżungla, bez żadnych widocznych ścieżek. Spaceruję tylko chwilę - jako że zaraz podają posiłek (grillowane homary, jeden z głównych punktów, który przekonał mnie do wyboru tej właśnie wycieczki). Później odpoczynek w słońcu i pływanie; w pobliżu znajduje się też kolonia przepięknych rozgwiazd.      


Dzień, gdy decyduję, że chcę się nauczyć nurkować - nurkować naprawdę, z butlą, nie maską. W związku z tym z zapałem uczę się przez dwa dni teorii i oglądam filmy instruktażowe. Potem przychodzi czas na ćwiczenia w basenie, wreszcie - wypływamy na morze. Kolejnego dnia mam mieć egzamin - jestem szalenie podekscytowana i jednocześnie boję się tak bardzo, że nie powiedzie mi się ćwiczenie z gubienia i szukania na nowo aparatu oddechowego, że nie umiem zasnąć. Następnego dnia, częściowo pochłonięta lękiem, że zrobię coś nie tak i się utopię, częściowo rejestrująca z zachwytem podwodne krajobrazy, zdaję egzamin na podstawowy certyfikat. Jestem z siebie bardzo dumna, jako że od dziecka - choć wodę kocham - jednocześnie się jej boję i nurkowanie jest dla mnie nie tylko cudowną przygodą, ale też przełamywaniem lęku.    


Pojedynczy poranek, gdy wstaję i wtem! niebo zasnuwają szare chmury. Mży. Nie zwlekając, udaję się więc do SPA - na zabiegi i masaże. (Uwielbiam, gdy ktoś zajmuje się moją twarzą i ciałem - lubię być masowana, peelingowana, nacierana olejkami i balsamami, obkładana maseczkami...) Na sam koniec lokalna masażystka zabiera się za moją twarz. Gdy wychodzę i zerkam w lustro, jestem osłupiała ze zdziwienia. Wyglądam jak osiemnastolatka - wszystkie zarysowujące się oznaki wieku zniknęły. Niestety, cudów nie ma, efekt utrzymuje się tylko około kwadransa - czuję się jak po krótkiej podróży w wehikule czasu. (Niemniej do dziś żałuję, że nie mogłam spytać masażystki, jak właściwie udało się jej to osiągnąć. Niestety nie mówiła po angielsku, a moja znajomość hiszpańskiego po latach przerwy jest zdecydowanie bardziej bierna niż czynna).     


         
Dni kolejnych wycieczek - na wyspę Catalina, parowcem po rzece, na plantację kawy i czekolady. Po raz pierwszy w życiu widzę na żywo owoce kakaowca i krzewy kawowe. Nauka zwijania cygar. Popijanie mleka kokosowego. Podziwianie widoków na rzekę, na której filmowano bodajże "Rocky'ego". Fałszywe rzymskie ruiny, wybudowane przez kogoś z Hollywoodu. Jazda konno przez las, wzdłuż brzegu oceanu - chłonę rozpościerające się wokół widoki i czuję wręcz obezwładniająco szczęśliwa.    



Przejazd przez wsie i miasteczka pozwala mi też zobaczyć inną twarz Dominikany: domy (a właściwie baraki) z blachy falistej. Pilnujących posterunków na autostradzie mężczyzn z długą bronią. Śmieci na poboczu. Porzucone budowy. Ubogie kioski, pełniące rolę sklepów. Stragan rzeźnika, gdzie mięso wisi ot tak, w temperaturze +30 stopni C, bez żadnych chłodziarek. Wychudzone krowy, pasące się na poboczu. Wszechobecne skutery, jako że większości mieszkańców nie stać na kupno samochodu. Mówiąc w skrócie - biedę, biedę taką, jakiej w Europie już prawie nigdzie nie można zobaczyć. Ale też wciąż - nieodmiennie - zachwycająco piękną przyrodę. I wszystko zalane słonecznym blaskiem. 


I wreszcie - lokalna muzyka, bachata. Grana jest niemal wszędzie, także w każdej z hotelowych restauracji. Szczególnie podoba mi się jedna piosenka, nie mam jednak pojęcia, co to. Indagowana w tej materii obsługa restauracji nie zna tytułu. Gdy słyszę sprzątacza, pogwizdującego znaną mi melodię, pytam jego. Nie zna angielskiego, ale przy pomocy gestów, nucenia i hiszpańskiego słowa "tytuł" udaje mi się wreszcie uzyskać pożądaną informację - chłopak zapisuje mi na kawałku kartonu tytuł piosenki i nazwę wykonawcy. Do teraz, gdy tylko chcę powrócić znów na Dominikanę - wystarczy, że posłucham tego...

 

wtorek, 6 grudnia 2016

#Mzf odcinek kolejny, czyli zagadnienia różne.

Apostazja. W Szwajcarii, jeżeli jest się urodzonym z rodziców należących do kościoła katolickiego bądź protestanckiego, dziecko automatycznie także zostaje "przypisane" do danego kościoła. Nie jest jednak żadnym problemem wypisanie się z niego - załatwić tę kwestię można nawet poprzez e-mail. Dany kościół przysyła papierowe potwierdzenie wypisu wraz z wyrażeniem żalu, że dana osoba odchodzi - i nadziei, że jeszcze wróci. Wszystko w grzecznym, uprzejmym tonie, nie ma mowy o mnożeniu trudności (absurdalna konieczność sprowadzania kilku świadków czy jazdy do kościoła, w którym udzielono chrztu, itp. itd.) czy wręcz obcesowej odpowiedzi odmownej, jak często ma to miejsce przy próbie apostazji w Polsce. 

Mieszczaństwo. Jako że A. Szwajcarem jest z dziada pradziada, dowiedziałam się dzięki temu o interesującym fakcie. Otóż dzisiejsi Szwajcarzy - jak zresztą wszystkie narody europejskie - pochodzą od szlachty, chłopów oraz mieszczan (Bürger). W większości krajów nie ma to obecnie żadnego praktycznego znaczenia, w Szwajcarii jednak prawa miejskie dziedziczone są z pokolenia na pokolenie. A wraz z nimi - prawo do czerpania korzyści z gruntów/lasów/itp., które od stuleci należą do wszystkich mieszczan w danej gminie. W praktyce oznacza to doroczny wpływ pewnej (co prawda dość symbolicznej) kwoty na konto. A wszystko dlatego, że prapra... kiedyś tam uzyskał prawa miejskie. (Podejrzewam, że musi istnieć coś podobnego dla osób pochodzących ze szlachty; muszę przy następnej okazji wypytać o to ojca A.)   

Żebranina. Żebraków w Szwajcarii widuje się rzadko - w większości kantonów żebranina jest bowiem zabroniona. Udało mi się znaleźć informację, że np. w Basel-Stadt, przy złapaniu żebraka, policja zabezpiecza zebrane pieniądze, delikwenta obciąża zaś 50 CHF kary. Jestem w stanie zrozumieć ten zakaz, biorąc pod uwagę, jak niskie jest w Szwajcarii bezrobocie oraz że ponoć udzielanie pomocy osobom biednym jest tu dość efektywne (pomoc socjalna przysługuje osobom samotnym, których dochód wynosi 2200 CHF lub mniej, osobom samotnie wychowującym 2 dzieci przy 3800 CHF lub mniej, małżeństwu z 2 dzieci przy 4650 CHF lub mniej. Więcej informacji tutaj). W związku z powyższym, w ciągu minionych pięciu lat zaczepiono mnie z prośbą o pieniądze dosłownie cztery-pięć razy, z czego dwa razy był to ten sam człowiek (będący nader wyraźnie pod wpływem narkotyków).

Uliczne zarobkowanie. Dozwolonym sposobem zbierania pieniędzy jest granie/śpiewanie - przy czym prawnie regulowana jest konieczność zmieniania przez wykonawców miejsca, w którym się zatrzymali, np. co pół godziny (chodzi, jak domniemywam, o to, żeby nie zadręczać np. mieszkańców domu czy sprzedawców w sklepie, przy którym muzycy czy śpiewacy zdecydowaliby się zatrzymać na cały dzień bądź nawet codziennie). Skoro zaś już jesteśmy przy  zarabianiu pieniędzy na przysłowiowej ulicy - prostytucja jest w Szwajcarii legalna dla osób mających lat min. 16. Co  oznacza, oczywiście, że od parających się nią cudzoziemców wymagane jest posiadanie zezwolenia na pracę oraz że prostytuująca się osoba musi płacić podatki (źródło). 

Nawracanie. Innym typem zaczepiających, z jakimi (choć rzadko) możemy zetknąć się na szwajcarskich ulicach, są osoby usiłujące nawrócić na jakąś wiarę. Zazwyczaj jednak nie nagabują pojedynczych ludzi, tylko stoją w konkretnym miejscu, wygłaszając płomienne przemowy w kierunku przechodniów, z których większość wydaje się traktować to jak dobry żart. Nie są natrętni - przy zaczepkach personalnych zwykłam odpowiadać uprzejmie, że nie jestem zainteresowana i szłam dalej; skutkowało. Bardziej natrętni bywają działacze organizacji prozwierzęcych i innych ekologicznych, którzy często nie potrafią przyjąć odmownej odpowiedzi i nagabują dalej. I tu mała uwaga - jestem całą duszą zarówno za pomocą zwierzakom, jak i środowisku, z polskiego punktu widzenia wydaje mi się jednak nieco bezczelne, żeby pomoc tę wymuszać na zasadzie podpisania umowy (!), w myśl której konkretna suma będzie co roku odpływać z konta zaangażowanej osoby na rzecz organizacji. Podobnie zresztą nie rozumiem wręczania (lub wysyłania) formularzy wpłat, gdzie kwoty są już ustalone i najniższa możliwa to 50 CHF. Pomagam chętnie, wolę jednak decydować sama, kiedy i ile na rzecz takiej pomocy wpłacę. (Dla organizacji zresztą także, jak sądzę, lepiej byłoby otrzymać 5 wpłat na 20 CHF, niż 0 na 50). 

Tunele. Szwajcaria, jako kraj górzysty, tunelami stoi. Na terenie całego kraju znajduje się ich bardzo wiele, nie udało mi się znaleźć dokładnej liczby. Wikipedia podaje następująca listę tuneli dłuższych niż 2 km, ale czy jest to lista kompletna, trudno mi powiedzieć. Na pewno jednak w Szwajcarii właśnie znajduje się najdłuższy obecnie tunel świata (kolejowy, na przełęczy Gotthard, dłg. lekko ponad 57 km), tunel CERN-u (ponad 26 km), tunel prowadzący do Włoch (niecałe 20 km, do 1982 roku najdłuższy tunel świata), prawie 17 km tunel drogowy, najdłuższy w Alpach (przełęcz Gotthard) oraz kolejny 15 km tunel na przełęczy Gotthard, który zbudowano jeszcze w XIX wieku i był najdłuższym tunelem świata do roku 1905. Jeżdżąc po Szwajcarii, trzeba się zatem przyzwyczaić do zaników zasięgu sieci komórkowej (beton skutecznie tłumi sygnał, nie wszędzie niestety są wzmacniacze), podejrzewam też, że problem mogą mieć osoby z klaustrofobią. Niemniej wyobraźcie sobie, ile zajmuje droga naokoło, jeśli tunele - czyli droga na wprost - poprzez góry są takiej długości...

piątek, 2 grudnia 2016

Takie tam, językowo.

Dla tych, co tl;dr - dziś językowo. Oraz dużo dygresji w nawiasach, uwielbiam umieszczać dygresje w nawiasach!

No i mamy, proszę Państwa, grudzień. Sama nie wiem, jak to się stało [tu wstawić standardowy tekst o szybkości upływu czasu - w dowolnej ulubionej formie]. W tym zakątku Szwajcarii, gdzie mieszkam, koniec listopada i grudzień objawiły się temperaturą ujemną; co prawda śniegu niestety brak, ale... dobra, dosyć o pogodzie. Przecież wcale nie miało być o pogodzie, miało być o języku.

Okazało się otóż na przykład, że dzielimy z ojcem A. podobne irytacje, jeśli chodzi o szkołę Migrosa. Ja, jak zapewne wszyscy czytelnicy pamiętają (była o tym długa notka, być może to ta właśnie, którą pominęliście, bo nie zawierała w sobie nic oprócz narzekań), zapisałam się na francuski, on zaś zapisał się niedawno na arabski; natomiast on, w przeciwieństwie do mnie, nie na poziom dla początkujących. Czyli tym bardziej można by - teoretycznie - oczekiwać kompetencji nauczyciela oraz - teoretycznie - jakiejś tam wiedzy wśród osób z grupy. Tymczasem spotkało go to co samo, co mnie, czyli nieprzygotowana do przekazywania wiedzy nauczycielka oraz grupa, której znajomość języka nie jest bynajmniej na tym poziomie, na jakim być powinna. W przeciwieństwie do mnie natomiast, która wciąż tylko bezgłośnie marzy o poprowadzeniu lekcji za nauczycielkę (nie ze względu na jej braki w wiedzy, ale braki w umiejętnościach pedagogicznych), ojciec A. grzecznie nauczycielkę poprawiał... jako że okazało się, iż zna ona arabski gorzej od niego. Tak więc, jeśli czyta to ktokolwiek, kto zastanawia się nad skorzystaniem z oferty językowej Migrosa, zaprawdę powiadam Wam: spalcie lepiej te pieniądze w kominku, jeżeli już naprawdę chcecie je zmarnować. Będzie zabawniej, a i filmik na Insta czy inny Snapchat można przynajmniej nakręcić, ku uciesze (bądź nienawiści) tłumów. Nawet wypowiedzi mojej "ulubionej" koleżanki z francuskiego (anegdota z ostatnich zajęć: użyłam słowa "poliglota" i spytała, co to za zawód) nie są na tyle zabawne, żeby przesłonić fakt, że wyrzuciłam w błoto tyle jednostek monetarnych. 

O czym nie wspominałam też tu chyba, a co z mojej obserwacji jest zjawiskiem dla Szwajcarów (przynajmniej tych niemieckojęzycznych) dość znamiennym, jest to, że od czasu do czasu, z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, mówiąc po angielsku, wymawiają "w" zamiast "ł". I nie, nie dotyczy to żadnych konkretnych słów, ot, bardziej wygląda, jakby coś im się zacinało w mózgu. Obserwowałam i obserwuję to u kolegów z pracy; A., który angielskim włada biegle (znacznie lepiej niż ja, ale on np. od lat czyta właściwie tylko po angielsku, a ja, cóż, nie będziemy ukrywać tego smutnego faktu, po pracy de facto wyłącznie w języku ojczystym, żadnych szans na rozbudowę angielskiego czy niemieckiego wokabularza), też to ma - i irytuje się na siebie, ilekroć mu zwrócę uwagę. Statystycznie, rzekłabym, w 95% przypadków Szwajcar wymówi nam "ł" tam, gdzie być, po czym nastąpi te 5%, gdzie nagle mu się ta funkcja zatnie i będzie "w". Ciekawe, czy ktoś jeszcze to zauważył i robił kiedyś jakieś badania na ten temat. Nie zaobserwowałam tego zjawiska u przedstawicieli żadnej innej nacji, z jaką miałam do czynienia.

Gdyby ktoś spośród Czytelniczek i Czytelników zastanawiał się, dlaczego uważam, że szwajcarski dialekt jest ciężki do nauczenia (i mówimy tu o nauce rozumienia, mówienie to w ogóle nie jest opcja, o jakiej ośmielam się myśleć) dla osoby, która zna język niemiecki, gdyby wszystkie przykłady, jakie tu przytaczam, nie były jak do tej pory dość przekonujące, gdyby pozostał w Was jeszcze jakiś cień wątpliwości, proszę uprzejmie, oto służę przykładem słowa z dialektu berneńskiego. Chodzi mianowicie o piękny czasownik "hinhängen", który to w dialekcie, nieprawdaż, berneńskim, brzmi mniej więcej tak: "herehäncke". Czy czytające to osoby, władające niemieckim, pojmują skalę dramatu? Oto "hin" zostało zamienione na swój antonim, zostało zamienione na "her", bo dlaczegóż by nie! W ten prosty sposób przeczymy jakiejkolwiek logice tłumaczenia ze szwajcarskiego na niemiecki, w ten sposób nadzieje cudzoziemców, łudzących się, że kiedykolwiek zrozumieją szwajcarski, grzebiemy głęboko w ciemnym dole. I zasypujemy wapnem.

Na koniec tej notki zostawiłam informację, jaka mnie wzburzyła. Otóż jest sobie takie sympatyczne zwierzątko, jeżozwierz. Po polsku ładne i logicznie: "a, taki zwierz, co wygląda trochę jak jeż." A tymczasem jak nieszczęsnego, bogom ducha winnego jeżozwierza nazwali niemieckojęzyczni? Nazwali go otóż iglastą świnią! (niem. das Stachelschwein) Doprawdy, nie wiem, co zrobił jeżozwierz temu Niemcowi, który się pierwszy z nim zetknął, ale z pewnością nie zasługiwał od razu na miano świni! (w niemieckim brzmiące zresztą dużo bardziej obraźliwie niż w polskim). Użalmy się zatem nad losem jeżozwierzy w krajach niemieckojęzycznych, a tymczasem życzę Państwu miłego piątku.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Długie słowa, czyli Aufenthaltsbewilligung oraz Niederlassungsbewilligung.

O co chodzi? A mianowicie o to, co najważniejsze dla emigranta w Szwajcarii: zezwolenie na pobyt, zwane z angielska "permit".  
Aufenthaltsbewilligung to, jeśli wierzyć słownikowi Pons, "zezwolenie na pobyt okresowy dla określonych celów". Emigranci mogą znać je też pod nazwą permitu typu B. Niederlassungsbewilligung to zaś po prostu "zezwolenie na pobyt", znane też jako permit C. Jest kilka więcej typów tych zezwoleń, ale ze względu na to, że pozostałe znam tylko w teorii, skupię się na B i C.

Bez zezwolenia na pobyt obywatele UE mogą legalnie przebywać na terenie Szwajcarii do 3 miesięcy. Na szczęście, jeśli przyjeżdżamy tu do stałej pracy, uzyskanie zezwolenia typu B to czysta formalność - i z tym właśnie zezwoleniem zaczyna tutaj pracę każda obywatelka i obywatel Unii Europejskiej (dla ludzi spoza UE wygląda to inaczej; nie znam szczegółów). Permit typu B jest ważny 5 lat. Po upływie tego czasu bywa różnie (zależy od posiadanego obywatelstwa oraz innych zmiennych): część osób dostanie ponownie zezwolenie typu B (na kolejne 5 lat), część otrzyma typ C. 
Jako że od niedawna jestem posiadaczką permitu C, notka niniejsza służy krótkiemu opisaniu, co dokładnie zmienia się w naszym życiu, gdy przechodzimy z B na C.

Najważniejsza sprawa to podatki. W Szwajcarii ich wysokość zależna jest od kilku zmiennych: wysokości dochodu, miejsca zamieszkania, wyznawanej religii, posiadania dzieci oraz stanu cywilnego. Na permicie B podlegamy tak zwanemu Quellensteuer. Podatki odciągane są miesięcznie bezpośrednio z naszej pensji, a jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to ich wysokość zależna jest tylko od kantonu, w którym mieszkamy. (Najkorzystniejszy podatkowo kanton to Zug). Jeśli nasze dochody nie przekraczają 120 tys. CHF rocznie, mając permit B nie musimy też składać zeznania podatkowego (ale możemy, jeśli chcemy). W przypadku permitu C natomiast opodatkowani jesteśmy jak Szwajcarzy: tzn. rozliczamy się z podatków raz w roku (niektóre kantony oferują chętnym możliwość rozliczenia miesięcznego). W praktyce oznacza to, że na nasze konto wpływa miesięcznie większa kwota, a tym samym mamy możliwość obrotu tymi pieniędzmi i możemy je np. w coś zainwestować. Na permicie C wysokość podatku uzależniona jest nie tylko od kantonu zamieszkania, ale także gminy. Więcej informacji tu. Firma, w której pracujemy, powiadamiana jest o zmianie naszego sposobu opodatkowania przez urząd emigracyjny, nie musimy się tym kłopotać.

Permit B po pięciu latach traci ważność; może zostać przedłużony. Permit C ważności nie traci; po 5 latach wymaga natomiast tzw. odświeżenia, co ponoć - jeśli się jest w danej chwili zatrudnionym - odbywa się niemalże automatycznie. Prócz tego osobę na permicie C trudniej jest ze Szwajcarii wydalić, można też na nim czasowo (do 4 lat) Szwajcarię opuścić. (W przypadku B wyjazd ze Szwajcarii na dłuższy okres unieważnia permit). C umożliwia prowadzenie własnej działalności gospodarczej, a w niektórych przypadkach także głosowanie (ale tylko na poziomie gminy). Ostatnią - choć nie najmniej ważną kwestią - jest to, że aby ubiegać się o obywatelstwo szwajcarskie, również trzeba mieć permit C. 
Z pogłosek: podobno na C łatwiej jest też otrzymać kredyt w banku czy wynająć mieszkanie, ale tego póki co nie miałam okazji testować.

Dokumenty, które przedłożyć musiałam przy przechodzeniu z B na C, to wypełniony formularz, który mi przysłano oraz zaświadczenie o niekaralności (koszt bodajże 15 CHF, nie pamiętam dokładnie, można załatwić je na poczcie lub online). Na formularzu zebrać trzeba było pieczątki i podpisy kilku urzędów: zaświadczenie o braku długów (z Betreibungsamt, kilka CHF), zaświadczenie o niekorzystaniu z pomocy socjalnej (z Sozialamt, bezpłatne) oraz zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami (ze Steueramt, bezpłatne). Dodam, że z pomocy socjalnej nigdy tu nie korzystałam, długów żadnych nie mam oraz jestem niekarana (dla ciekawskich: jedyną karą, jaką w ciągu tych pięciu lat w Szwajcarii otrzymałam, był mandat za przekroczenie prędkości na autostradzie; na szczęście opiewał tylko na 30 CHF). Formularz wraz z zaświadczeniem o niekaralności i tracącym ważność permitem B dostarczyć trzeba było urzędowi emigracyjnemu; można wysłać pocztą. Koszt permitu C w moim kantonie to 110 CHF.

niedziela, 6 listopada 2016

Miasto pizzy i śmierci - Neapol.

W deszczową listopadową niedzielę, kiedy człowiek leży chory i z gorączką, spożywa prozdrowotnie wietnamski miód z rambutana i balijską szafranową herbatę, nad wyraz łatwo o to, żeby myśli pobiegły w kierunku dobrych wspomnień. Takich, w których niebo jest błękitne, słońce świeci i czuje się ten rozkoszny dreszczyk czystego szczęścia: bo ma się przed sobą cały dzień odkrywania nowego, w obcym kraju, daleko od domu.

Podróżowanie jest dla mnie jedną z najważniejszych części mojego życia i zarazem jedną z głównych przyczyn, dla których mam siłę wypełzać z domu o świcie w listopadowy czy styczniowy mrok i udawać się, chłostana deszczem, wiatrem lub śniegiem, w kierunku miejsca wypełniania obowiązków służbowych, wypełnionego sztucznym światłem jarzeniówek i niezliczonych monitorów oraz ludzkim gwarem; podczas gdy pozostawione w cichym, ciemnym mieszkaniu jeszcze ciepłe łóżko, na którym leżą śpiące koty, jest rajem codziennie na nowo utracanym. Pieniądze bowiem, w moim przynajmniej przypadku, nie zarabiają się same, a potrzebuję ich m.in. po to właśnie, żeby móc zaplanować kolejny (i kolejny... i kolejny...) wyjazd.

Ta notka inauguruje tym samym cykl notek z obrazkami - tymi słownymi i tymi dosłownymi - o moich podróżach. (Ba, był to właściwie jeden z głównych tematów, jakie planowałam poruszyć po wznowieniu bloga, ale wiadomo, plany sobie, a to, co się pisze, sobie). Chronologia nie będzie zachowana. Dzisiaj - miejsce, do którego pragnęłam pojechać od kiedy przeczytałam "Kłamstwa Locke'a Lamory" Scotta Lyncha (tom pierwszy trylogii, którą zresztą całą serdecznie polecam). Miasto kontrastów, kipiące życiem i hołdujące zarazem kultowi śmierci. Neapol.

Koniec maja 2014 roku. Przylot w nocy. Taksówkarz dowozi nas w pobliże ulicy, przy której położone jest nasze B&B i wysadza: dalej jechać nie możemy, zakaz wjazdu. Pierwsze wrażenie: ulica jest słabo oświetlona, kostka brukowa zniszczona i połamana, dzielnica nie sprawia wrażenia najlepszej. Tu i tam grupki młodych mężczyzn, przechodzących lub po prostu stojących w pobliżu; rzucają nam taksujące spojrzenia. Mam wrażenie, jakby oszacowywali potencjalną wartość naszego bagażu; mocniej ściskam uchwyt walizki. Po krótkiej chwili znajdujemy właściwą ulicę i usiłujemy znaleźć numer domu. W tym momencie jednak okazuje się, że ktoś uznał numerację "po kolei" lub "parzyste po jednej, nieparzyste po drugiej" za zbyt nudną... Domy - a właściwie ogromne kamienice, każda ukryta za gigantycznymi wrotami, przez które wjechać mógłby spokojnie powóz - ponumerowane są w sposób absolutnie zwariowany i nawet jeśli stoi za tym jakiś porządek, to w danej chwili wydaje się on raczej być teorią chaosu. A. wzrusza ramionami i dzwoni do właściciela naszego B&B; już za chwilę pojawia się błyskający zębami w uśmiechu Włoch, który prowadzi nas do właściwego budynku. I tu niespodzianka: w ogromnych wrotach wycięte są małe (choć grube na łokieć!) drzwiczki i przez te drzwiczki właśnie przechodzimy. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Za drzwiczkami rozciąga się wielkie podwórze, w tle, na planie kwadratu, majaczą budynki. Jeszcze wspinaczka po schodach, jeszcze kolejne drzwi, a właściwie drzwiska, grube i pancerne, wyposażone w kilka zamków - i jesteśmy na miejscu. Pokój i łazienka są małe i schludne, choć prawie pozbawione mebli. Rano okaże się, że właściciel (bo to nie on nas przyprowadził), choć bardzo miły i sympatyczny, prawie nie mówi po angielsku (będziemy dogadywać się z nim mieszanką angielsko-hiszpańską: ja i angielsko-francuską: A.), a wliczone w cenę śniadanie składa się głównie z różnych rodzajów... ciast. Przy śniadaniu poznamy sympatyczną parę z Australii, mieszkającą w pokoju u góry, a właściciel przekaże A. informację o najlepszej pizzerii w mieście.

Przy świetle dziennym okazuje się, że to nie dzielnica jest kiepska - że cały Neapol jest miastem pokancerowanym, miastem podniszczonym, zużytym i mocno poobtłukiwanym przez los. Przepiękne architektonicznie, choć bardzo zaniedbane budynki sąsiadują z zagrzybionymi, rozpadającymi się kamienicami. Drapieżnie nowe szkło i metal przeplata się ze zrujnowaną cegłą. Chodniki i ulice w stanie... zużycia, różnorakiego. Mnóstwo billboardów. Na chodnikach - śmieci. W trzewiach miasta - katakumby. Groby. Stosy czaszek. Na powierzchni - najpyszniejsze na świecie poziomkowe ciastka, pizza, lody. Kult śmierci, kult życia.



Capri. Niewielka wysepka, zaledwie godzinę rejsu od Neapolu. Kolejka szynowa (uwielbiam!) zabiera nas na szczyt. Zielono. Palmy, kaktusy; roślinność, której nie widuje się w naszych stronach, bo potrzebuje ciepła. Tu i tam śpiące w słońcu koty, błogo rozleniwione. Cytrynowa i pomarańczowa czekolada. Limoncello. Sklepy z cenami dla turystów - najpiękniejsze szpilki świata, ale osiemset euro?... Nie. Wąskie uliczki, widoki zapierające w dech piersiach. Gdzieś tam mozaikowa mapa świata, gdzieś tam czyjaś barwna papuga. Lunch jemy w zagubionej na obrzeżach miasteczka restauracji, a właściwie w przylegającym do niej niewielkim ogrodzie. Tym razem czuję się jak jedna z bohaterek książek L.M. Montgomery - ogród jest trochę dziki, nieco pokryty patyną lat, z łatwością można zapomnieć, że na zewnątrz króluje wiek XXI, a nie XIX. Czas mija błyskawicznie, a promy pływają krótko: nie zdążymy na drugą stronę wyspy i już wiem, że kiedyś muszę tu koniecznie wrócić. 


Podziemia miasta. Lochy, tunele, katakumby, cmentarze. Napoli Sotterranea: stare greckie akwedukty i cysterny, wąskie przejścia. Ciemno i zimno, gdzieś wolno kapie woda. Trzymamy w dłoniach świece i powoli posuwamy się naprzód. Myślę o ludziach, którzy wydrążyli te skały, tyle pokoleń temu - ciekawe, czy ktokolwiek z nich zastanawiał się nad tym, jak długo przetrwa dzieło ich rąk, czy podejrzewał, że tyle stuleci później wciąż będzie dla obserwatorów tak imponujące. Wreszcie wychodzimy na zewnątrz; światło dzienne jest oślepiające. Przewodnik zabiera nas jeszcze do pobliskiego domu, niepozornego, jednakże okazuje się, że w jego piwnicy znajduje się rzymski amfiteatr. Dzisiejszy Neapol zbudowano na rzymskich ruinach.


Katakumby San Gennaro: nekropolia założona w początkach naszej ery. Zwiedzamy w małej grupie, prócz nas dwojga jest tylko przewodniczka i dwie turystki. Ciemność rozświetlana pojedynczymi światłami. Cisza. Komory i kaplice, gdzie układano ciała tych biedniejszych. Nisze nagrobne dla bogatszych; w tym ta, gdzie pochowano małą dziewczynkę. (Myślę o tym, jak bardzo musieli rozpaczać jej rodzice - i czy gdyby żyła w naszych czasach, dałoby się ją uratować). Freski i mozaiki, imponujące mimo upływu tysiącleci. Zwiedzanie kończymy w ponurym i mrocznym - mimo barokowego przepychu - kościele.


I wreszcie cmentarz Fontanelle: korytarze, wzdłuż których znajdują się stosy ludzkich czaszek, głównie ludzi biednych bądź ofiar którejś z kolejnych fal zarazy. Neapolitańczycy wprowadzili zwyczaj "adopcji" czaszek - czyszczenia ich, polerowania, umieszczania w specjalnych skrzynkach: w zamian za przychylność zmarłego. Patrzę na czaszki i deprymuje mnie ulotność bycia człowiekiem; przecież byli ludźmi, żyjącymi i czującymi, a dzisiaj jedyne, co po nich pozostało, to kości: z których nie da się nic wyczytać, nijak dowiedzieć - o czym myśleli, jaka była historia ich życia, kim naprawdę byli. Myślę o tym, że za nieznaną liczbę kolejnych lat ja też do nich dołączę; zniknie to, co określa mnie jako istotę ludzką, pozostaną tylko takie właśnie szczątki. Być może kiedyś ktoś stanie nad moim grobem i będzie snuł analogiczne refleksje. Cykl życia. Cykl śmierci.


Najlepsza - podobno - pizza w mieście (Gino Sorbillo) wymaga odczekania w czterdziestopięciominutowej kolejce, ale zdecydowanie jest tego warta. Wgryzam się zachłannie w ciepłe ciasto, A. pochłania swoją; czekanie zaostrzyło nam apetyt. Już po chwili talerze są puste. Zwalniamy stolik, następne osoby z kolejki mogą wchodzić do lokalu.


Pompeje. Byłam tam już kiedyś, ale bardzo dawno temu, w roku 1999 - i to, co zostało w mojej pamięci, nijak ma się do tego, co zobaczyłam teraz. Spacer po ulicach sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Budynki, rzeźby, mozaiki; i widok na uśpiony Wezuwiusz, tuż obok, tak blisko. Amfiteatr i termy, domy mieszkalne i domy publiczne. (Te ostatnie zresztą z ciasnymi, maleńkimi pokoikami bez okien; prostytutki zaś, które tam pracowały - bardzo tanie - musiały ponoć przyjmować klientów przez cały dzień. Domyślam się, że przy takim trybie życia szybko umierały; a już z pewnością życzyły sobie szybkiej śmierci). Lada w sklepie, słoje na żywność. Wyrzeźbione tu i tam penisy (prawdopodobnie symbolizujące szczęście i mające przynosić płodność, naukowcy nie są zgodni w tej sprawie). I wreszcie sami Pompejańczycy - ci, którzy nie zdążyli uciec; zastygli na zawsze w ostatnim geście. Mężczyzna spoczywający na plecach, wyciągający rękę, by powstrzymać coś, co na niego spadało. Skuleni ludzie leżący twarzami do dołu, ochraniający dłońmi głowę. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Psy.


 


Wychodzimy poza bramę, bo zwiedzanie Pompejów rozłożyliśmy na rano i wieczór, a w południe zdecydowaliśmy się wybrać na Wezuwiusz. Świeci słońce, jest bardzo ciepło. Oglądam zawartość straganów i zachwycam się subtelnymi kolczykami z weneckiego szkła; A. kupuje mi dwie pary. Docieramy do budynku z niewielką restauracją na piętrze; spod niego ma odjeżdżać nasz autobus na Wezuwiusz. Sprzedawca biletów proponuje nam, żebyśmy coś jeszcze zjedli, jest czas. Kiedy ponownie pojawiamy się na dole, pozostały dwie minuty do odjazdu autobusu... i rzeczywiście, widzimy go - właśnie znika za zakrętem na górze. Opadają nam ręce. A. prosi biletera o wyjaśnienie sytuacji, ten gdzieś dzwoni i za kilka minut widzimy, że autobus wraca. Wsiadamy. Nikt niczego nie komentuje, najwyraźniej takie sytuacje są tu częste. W połowie szczytu przesiadamy się z autobusu do samochodów, by wysiąść kilkaset metrów przed szczytem. Wspinamy się we mgle, nic nie widać. Gdy dochodzimy do szczytu, chmura się rozsuwa i znów widzimy słońce. Oczarowana, chłonę widoki. W dole widać Pompeje, Neapol - i oczywiście Zatokę Neapolitańską... Sam krater jest rozczarowujący, nie sposób zajrzeć do wewnątrz, widać tylko brzegi. Marzę głośno o opcji dla turystów, żeby móc spuścić się na linie do środka, chociaż paręnaście metrów.


   
Kiedy wracamy do Pompejów, zatrzymuje nas strażnik. Okazuje się, że bilet ważny jest tak naprawdę nie cały dzień, jak na nim napisano, a tylko do momentu opuszczenia obiektu. Szkoda. Zrezygnowani, już chcemy zawracać, ale strażnik uśmiecha się chytrze i mówi coś po włosku, coś o papierosach. Długo nie rozumiemy o co chodzi, strażnik już się niecierpliwi, ale w końcu udaje się nam ustalić, że chce dwa czy trzy euro na paczkę papierosów. To moja pierwsza łapówka w życiu. Wręczam mu monety, a on kiwa dłonią, że możemy iść dalej i woła coś przyjaźnie po włosku, pewnie życzy nam miłego wieczoru. W Pompejach zostało już niewielu turystów, mamy całe fragmenty miasta tylko dla siebie. Wędrujemy wśród ruin, rozświetlonych zachodzącym słońcem.



W Neapolu odbywa się jakaś fiesta, środkiem ulicy wędruje korowód przebranych ludzi, grających na różnych instrumentach. Jest barwnie i radośnie, ludzie śmieją się, pokrzykują i klaszczą. Robię zdjęcie jednemu z mężczyzn z korowodu, uśmiechamy się do siebie. Polubiłam to miasto - dobrej pizzy i śmierci.




Więcej zdjęć tu, acz wtedy de facto uczyłam się je dopiero robić, więc.

czwartek, 3 listopada 2016

Kilka rzeczowników o tubylcach i różnicach kulturowych.

Dialekt. Po pierwsze i najważniejsze: to, co definiuje każdego Szwajcara: schwiizer Tüütsch (schweizer Deutsch). Zarazem przekleństwo każdego cudzoziemca, który przyjechał do Szwajcarii z przekonaniem, że mówi się tu po niemiecku. Szkoły językowe oferują co prawda kursy dialektu, ale wyłącznie jego wersji zuryskiej. Sami Szwajcarzy uważają zaś dialekt za swój język i to nim właśnie domyślnie się porozumiewają. Wielokrotnie zdarzyło mi się słyszeć tubylców twierdzących, że niemiecki to dla nich język obcy (!) Wielokrotnie byłam też świadkiem sytuacji, kiedy np. mieliśmy w pracy wspólnie rozwiązać jakiś problem i potrzebna była do tego osoba trzecia... i wtedy słyszałam "wiesz co, ja mu to wyjaśnię w Mundarcie [die Mundart - dialekt], będzie szybciej". Ekscytacja, irytacja, rozbawienie, stres - i już rozmówca odruchowo przechodzi z niemieckiego na dialekt. (Koledzy z pracy bardzo często upominają się nawzajem, żeby mówić w mojej obecności po niemiecku - bo co i rusz któryś o tym zapomina. A pracuję w obecnej firmie już rok). Ciekawostka: zdanie, jakie najczęściej się tu słyszy (co wiele mówi zresztą o kraju, pomyślmy, co najczęściej wyłapie cudzoziemiec na polskiej ulicy...) to "s isch guet" ("w porządku/ok").

Emocje. Emocje negatywne są tu głównie od tego, żeby ich nie okazywać. Silną agresję u tubylców rozpoznamy zazwyczaj po zaciśniętych zębach i złowieszczo jedwabistym tonie - ewentualnie zimnym spojrzeniu i przejściu na dialekt, jeśli wcześniej rozmawialiśmy po niemiecku. Zdarza się nieczęsto. (Usiłuję przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek byłam świadkiem Szwajcara krzyczącego na kogoś z wściekłości, ale wygląda na to, że nie). Takt i dyskrecja, nienaganne panowanie nad sobą... chyba że chodzi o śmiech; śmieją tu wszyscy często i chętnie. Śmiechem pokrywane jest zakłopotanie. Śmiech to też reakcja na problemy; nagminne obracanie ich w żart może na początku wydać się... dziwne - zwłaszcza osobom z naszego kręgu kulturowego, który na zwierzanie się z trosk reaguje pocieszaniem i współoburzaniem. Pamiętam początki swojego pobytu tutaj, gdy mojej szefowej z poprzedniej pracy ukradziono rower - wszyscy zareagowali na jej słowa jak na najlepszy dowcip i z rozbawieniem zaczęli opowiadać, w jaki sposób sami padli ofiarą kradzieży. Nie ma tu też żadnej tendencji do przeżywania problemu tygodniami czy miesiącami - stało się? Trudno, przecież się nie odstanie, skupmy się na jaśniejszych stronach rzeczywistości, po co o tym w ogóle jeszcze gadać.

Rodzina. Relacje tutaj - zwłaszcza na styku rodzice-dzieci - zauważalnie różnią się od polskich. Brak jest przede wszystkim ingerencji w życie dorosłego dziecka, zarówno tej pozytywnej (np. kupno dziecku mieszkania jest tu czymś nietypowym i to bynajmniej nie ze względu na brak środków), jak i negatywnej (dorosłe dzieci wiodą swoje własne życie, rodzice nie usiłują na nie w żaden sposób wpływać). Nie ma "obowiązku" zjawiania się z wizytą ani zagrożenia byciem nachodzonym; usiłowań wpływania na związek dziecka, jego pracę czy cokolwiek innego. Z tego co obserwuję, kontakty są regularne i przyjazne, ale z ogromną dozą, hm, wyluzowania. Dziecko nie wtrąca się w życie rodziców, a rodzice w życie dziecka. Poproszenie o pomoc czy radę oczywiście zazwyczaj skutkuje otrzymaniem tejże, ale bez tej prośby nie usłyszymy np. opinii rodziny odnośnie jakiegoś naszego wyboru. Reasumując - odcięcie pępowiny jest tu wyraźnie zauważalne.

Besserwisserstwo. W związku z tym, co opisałam w powyższym akapicie, popularne w Polsce zjawisko "a ja na Twoim miejscu to..." praktycznie tu nie istnieje. Szwajcarzy milcząco zakładają, że każdy swój rozum ma i wie, co robi, a nawet jeśli nie wie, to jest to jego sprawa. Brak jest polskich regularnych bitew o indywidualne wybory (typu np. aborcja czy religia). Oczywiście, milczenie w tej materii nie oznacza bynajmniej, że dany tubylec nasz wybór osobiście pochwala - ale nawet jeśli nie pochwala, to zachowuje tę opinię dla siebie. Jeśli cała grupa ludzi czuje się z jakiegoś powodu niezadowolona, zawsze może wystartować z inicjatywą odnośnie zmiany w danej kwestii, zebrać podpisy i poddać to pod głosowanie współobywateli. Jeżeli natomiast robimy coś, co komuś się nie podoba z przyczyn obiektywnych (np. łamiemy prawo), wówczas zostaniemy albo łagodnie upomniani (przy czym nie należy dać się tej łagodności zwieść! tak naprawdę jest to w takim przypadku rozkaz) albo ktoś nie będzie sobie nawet zaprzątał głowy dyskutowaniem z nami - tylko od razu zadzwoni po policję, straż miejską, itp. 

Pośpiech. Och, to czasem wystawia moją cierpliwość na najcięższe próby. Szwajcarzy bowiem z reguły się nie spieszą (chyba że biegną na pociąg). Czy chodzi o przedyskutowanie czegoś, czy bycie obsłużonym w sklepie lub urzędzie, czy wreszcie wsiadanie albo wysiadanie ze środków komunikacji miejskiej - nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie ponagla, wszyscy mają cały czas świata. Klient może do woli wybrzydzać i zadawać dziesiątki pytań, a obsługa ochoczo i uprzejmie na nie odpowie. (Oczywiście, jeśli samej jest się taką klientką, to fajnie; gorzej, jeśli stoi się za tą osobą w kolejce). Osobiście mam też wrażenie, że zadanie pytania "na kiedy coś będzie gotowe", jest odbierane przez niektóre osoby jako pewien nietakt. Zdaję sobie sprawę, że polska tendencja do pośpiechu nosi pewne znamiona nerwicowe i staram się zwolnić obroty, ale choć osiągnęłam w tej materii pewien sukces, wciąż zaciskam zęby i mamroczę w głowie tysiące inwektyw, kiedy np. dyskusja na spotkaniu przeciąga się w nieskończoność. 

Skromność. W Szwajcarii, mam wrażenie, jest to cecha wysysana z mlekiem matki. Oczywiście, Szwajcarzy doskonale zdają sobie sprawę, jakimi szczęściarzami są na tle globalnym, ale nie jest to coś, o czym się tu mówi. Peany na temat Szwajcarii, jeśli się gdzieś pojawiają, płyną z ust cudzoziemców, nie tubylców. To samo tyczy się chwalenia w jakikolwiek sposób statusem majątkowym. Spotykając na ulicy człowieka, nigdy nie mamy pewności, czy to nie na przykład jakiś milioner, który podróżuje do swojej firmy komunikacją miejską, bo po prostu tak jest rozsądniej, szybciej i wygodniej. Chwalenie się samochodami jest tu zarezerwowane - przysłowiowo już wręcz - dla cudzoziemców (usłyszałam tu zresztą raz, z ust kolegi z pracy, określenie pewnej marki auta jako "samochodu dla Jugo", czyli ludzi z terenów byłej Jugosławii; w Szwajcarii jest to najliczniejsza mniejszość). W parze ze skromnością idzie tu rozsądek i oszczędność: rozrzucanie pieniędzy garściami na prawo i lewo nie jest z pewnością cechą typowo szwajcarską. Jeśli w sklepie odmówimy nabycia produktu, wyjaśniając, że jest zbyt drogi lub spytamy o tańszą alternatywę, nikt nie obrzuci nas pogardliwym spojrzeniem, mówiącym "skoro Cię nie stać, to co tu w ogóle robisz". Bynajmniej, sprzedawca przyjmie rzecz z całkowitym zrozumieniem.

piątek, 28 października 2016

O tym, jak zobaczyłam, co jest za kloszem i dlaczego szkoła Migrosa nie jest dla mnie.

Dla tych co tl;dr - narzekam. Ale mam powód! 

Postanowiłam zapisać się na francuski. Uczyłam się go kiedyś, bardzo dawno temu i bardzo krótko, jeszcze w podstawówce - a potem nie miałam z nim styku w ogóle: póki nie wyjechałam do Szwajcarii. Co prawda mieszkam w części niemieckojęzycznej, ale w tej francusko- czasami bywam, podobnie jak w Alzacji (bo blisko). Jak we wszystkich miejscach, gdzie językiem dominującym jest francuski, nagle okazuje się, że prawie nikt nie mówi ani po angielsku, ani oczywiście po niemiecku (bo że po polsku nie, to wiadomo. Ilu spotkaliście w życiu cudzoziemców nie-Słowian, władających płynnie polskim? Ja jednego. Niemca.) Co prawda francuski zna A., ale ja, jako osoba z natury samodzielna, czuję się zdecydowanie lepiej, gdy sama mogę rozumieć i rozmawiać. Dodatkowo języków uczyć się lubię, kursy dla początkujących są tanie - wyszukałam więc ofertę ze szkoły Migrosa i wyklikałam uczestnictwo. Niestety nie było opcji lekcji próbnej (a dlaczego niestety, o tym za chwilę).
Pierwsze zajęcia przegapiłam, bo nie wpisałam sobie terminu ich rozpoczęcia do kalendarza, a mój mózg z jakiegoś względu zapisał w pamięci długotrwałej datę późniejszą niż faktyczna. Zdarzyło mi się takie coś pierwszy raz w życiu, ale cóż, trudno. Lekcja druga - a pierwsza dla mnie - odbyła się wczoraj. Nie podejrzewałam, że dostarczy mi tylu wrażeń...

Gwoli wprowadzenia: francuski jest tu pierwszym językiem obcym, uczonym w szkole, więc każda osoba wychowująca się w Szwajcarii miała z nim styk. Wielu ludzi ma również w rodzinie francuskojęzycznych krewnych. Ze względu na to, że przegapiłam pierwszą lekcję, gdy wszyscy przedstawiali się i mówili, czym się zajmują, nie mam pojęcia, kim są osoby chodzące ze mną na kurs. Wiem tylko, że to Szwajcarki (oraz jeden Niemiec). Nauczycielka jest prawdopodobnie albo Francuzką, albo Szwajcarką z francuskiej części. To młoda dziewczyna, nieśmiała i prawdopodobnie bez żadnego doświadczenia zawodowego ani, podejrzewam, stosownego wykształcenia pedagogicznego. (Jak wspominałam, kurs jest tani, a skądinąd wiem, że poniżej poziomu C1 niestety łatwo w szwajcarskiej szkole językowej o nauczycieli nie po filologii).

Ludzie są sympatyczni, owszem. To zresztą immanentna cecha Szwajcarów, nie jestem zdziwiona. Ale ich podejście... Po pierwsze, zachowują się jak rozbrykana grupka nastolatków. Zero skupienia, zamiast wykonywać ćwiczenia, przerzucają się żartami (oczywiście po niemiecku/w dialekcie, nie francusku), kierują rozmowę na zupełnie inne tory i marnują w ten sposób kolejne kwadranse. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko wesołej atmosferze w trakcie zajęć - ale, do cholery, to nie jest spotkanie towarzyskie, przyszliśmy po to (przynajmniej ja), żeby się czegoś nauczyć. Nauczycielka jest zupełnie bezradna i w ogóle nie wie, jak utrzymać grupę w ryzach. Prawdę mówiąc, współczułam jej; jednocześnie przez większość czasu miałam chęć wstać i poprowadzić tę lekcję osobiście (pracowałam kiedyś, na początku drugich studiów, jako nauczycielka angielskiego. Nieskromnie powiem, że moi uczniowie bardzo mnie lubili, mimo że byłam wymagająca i utrzymywałam dyscyplinę).

A dlaczego w tytule notki wspomniałam o kloszu? Otóż szczęka opadła mi dwa piętra niżej, kiedy parę osób z grupy (dorosłych, przypominam! i nie, to nie był żart, byli w tamtej chwili absolutnie poważni) wyraziło ogromne zdumienie faktem, że płeć rzeczowników we francuskim nie jest taka sama jak w niemieckim (!!!) I te okrzyki oburzenia i niedowierzania "ale jak to, to nie ma żadnej reguły, tego się trzeba nauczyć NA PAMIĘĆ?!" 
[... Nie, no skąd, gdzieżby. Niemiecki jest przecież językiem podstawowym wszechświata, a wszystkie inne języki na tym globie to tylko kopia, w której pozmieniano parę nieistotnych rzeczy.
...
...]

Chwilę później jedna z dziewczyn oznajmiła rozkosznie, że nie ma pojęcia co to spółgłoska, bo nie przypomina sobie, żeby uczono ją w szkole o czymś takim. [Oczywiście, spółgłoski zostały wymyślone zupełnie niedawno, wprowadzono ten termin do użycia dokładnie dwa miesiące temu, pamiętam to jak dziś!] Za chwilę okazało się również, że obce jest jej słowo "aleja". [Wiadomo, kto by używał na co dzień takiego wyszukanego słownictwa!] 

Nikt w mojej grupie nie był również w stanie zauważyć banalnego - jak mi się wcześniej wydawało - faktu, że "e" na końcu wyrazu czytamy tylko wtedy, kiedy jest nad nim akcent. [Kto by tam zwracał uwagę na jakieś kreski, w niemieckim ich przecież nie ma, więc na pewno niczego nie znaczą!]

O tym, że w mojej grupie nikt nie wydaje się władać angielskim, chyba nie warto wspominać. (A wiem to stąd, bo dwa słowa, które wczoraj poznaliśmy, próbowałam im przetłumaczyć na angielski, nie umiejąc sobie przypomnieć ich niemieckiego odpowiednika. W odpowiedzi widziałam tylko pustkę w oczach).

Wykonanie prościuteńkich ćwiczeń, które zlecała nauczycielka, zajmowało im oceany czasu. Zgrzytałam zębami, patrząc na wskazówki przesuwające się na zegarze.   

Zdaję sobie sprawę, że w pewnym sensie żyję pod kloszem. Że na co dzień styk mam wyłącznie z ludźmi inteligentnymi, rozumującymi szybko, którym nie trzeba tłumaczyć niczego dwa razy. Posiadającymi sporą wiedzę i najczęściej także jakieś wykształcenie. Że ostatni raz z osobami pokroju mojej aktualnej grupy kontakt miałam pewnie jakoś w liceum (fakt, w klasie było kilka osób, których zaletą z pewnością nie była inteligencja; pamiętam też np. osiemnastoletnią koleżankę, która nie potrafiła przeczytać tekstu po polsku bez zająkiwania się i przekręcania słów). Ale... Naprawdę? Naprawdę można nie wiedzieć, nie widzieć, nie rozumieć tak oczywistych rzeczy?... 

Gdyby była to lekcja próbna, z całą pewnością więcej już bym się tam nie zjawiła. Jako że zrezygnować z opłaconego kursu nie można, nie pozostaje mi nic innego, jak tam chodzić, a w domu uczyć się we własnym tempie i przerabiać też te ćwiczenia, których nauczycielka nie zleca. (Jeśli ktoś zna jakąś appkę/stronę godną polecenia do nauki francuskiego, to napiszcie w komentarzu albo na mejla, proszę!) Coś bowiem czuję, że najważniejszym walorem lekcji będzie nie edukacja, a niewyczerpane źródło anegdot.

czwartek, 20 października 2016

[na znaną melodię]: Pięć lat minęło... jak jeden dzień.

Dla tych co tl;dr - o emigracji, bardzo osobiście. Czujcie się ostrzeżeni.

Za oknem złota szwajcarska jesień. Dokładnie tak piękna, jak pięć lat temu, kiedy rozpoczęła się moja emigracja. Trudno uwierzyć, że to już pięć lat; wydaje się, jakby przed chwilą. Czas gna jak szalony, a im starsza jestem, tym prędzej. Za pięć minut obudzę się na emeryturze...
Ale nie o tym chciałam. Okrągła (przynajmniej w systemie dziesiętnym) rocznica jest, jak wiadomo, dobrą okazją do podsumowań. O tym, dlaczego emigrację uważam za jeden z najlepszych pomysłów mojego życia, co w Szwajcarii mi się podoba, a co nie, pisałam kilka miesięcy temu. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, nie ma sensu się powtarzać. Dziś mam ochotę ugryźć temat od drugiej strony, dla wielu osób zresztą kontrowersyjnej: o czuciu się Polką/Polakiem na emigracji. Na przykładzie, rzecz jasna, własnym.

Nie będę ukrywać, że z Polski wyjechałam, bo było mi tam po prostu źle. Źle pod wieloma względami - których nie zamierzam tu opisywać, bo to temat na zupełnie inną notkę, sens pisania której jawi mi się zresztą mocno wątpliwym. W każdym razie - źle, do tego stopnia, że nie planuję tam wracać. W związku z tym jednak, bycie na emigracji dostarcza mi przeżyć w pewnym sensie schizofrenicznych. Emigracja bowiem w pewien szczególny sposób czyni Cię ambasadorem kraju, z którego pochodzisz. Wielu ludzi, których spotkasz, postrzegać będzie cały naród przez Twój pryzmat właśnie. Nie oszukujmy się, mało kto wolny jest od szufladkowania w stopniu takim, żeby całkowicie móc odrzucić pewne zmienne, określające człowieka (takie choćby jak kraj pochodzenia, religia czy zawód wykonywany). Jako cudzoziemiec, podlegasz mniej lub bardziej widocznej ocenie. Oczywiście, możesz się tą oceną nie przejmować w żaden sposób, jeżeli jednak chcesz się zintegrować ze społeczeństwem Twojego nowego kraju, jest ona dla Ciebie przynajmniej w pewnym stopniu istotna. 

Jesteś cudzoziemką. Tubylcy są zainteresowani. Zadają pytania. Również o kraj, z którego pochodzisz. I tu zaczyna się wyżej wspomniana schizofrenia. Z jednej strony, jako osoba z natury prawdomówna, miałabym chęć odpowiadać szczerze na pytanie, dlaczego wyjechałam. Z drugiej strony - wiem, że każda odpowiedź negatywna, jakiej udzielę, wpłynie w pewien sposób na postrzeganie mnie samej. Nie mam ochoty, żeby ktoś się nade mną litował albo traktował moje odpowiedzi jako zabawne anegdotki o dzikim kraju. W efekcie - wolę mówić jak najmniej. Oczywiście, rozjuszonej informacją o tym, co w polskiej polityce (niezależnie, jak bardzo unikam - Twitter dostarcza...), wymknie mi się czasem coś, co dla Szwajcarów będzie szokująco dziwne - albo po prostu potwierdzeniem, że ta Polska to wiadomo... wschód. (Na szczęście polityka jest tu tematem poruszanym ogromnie rzadko). Głównie jednak milczę w tej kwestii - albo udzielam pozytywnych informacji (piękno polskiej przyrody, smakowitość i różnorodność jedzenia, zawsze bezpieczny i radosny temat, polecam. Radzę omijać ulubione przez niektórych tematy historyczne - wywołują w najlepszym razie niezrozumienie, w najgorszym narazicie się na śmieszność). I znów schizofrenicznie: biorąc pod uwagę moją relację z krajem pochodzenia, wcale nie jestem chętna, żeby go wychwalać. Niemniej krew mi się burzy, gdy jakiś cudzoziemiec w negatywny sposób komentuje Polskę; i czuję się w obowiązku kształtować - moją osobą - wizerunek pozytywny. Gdy tak o tym teraz myślę, dochodzę do wniosku, że jest to ni mniej ni więcej, tylko hipokryzja typu "wszystko zostaje w rodzinie". Trudno. Można ją też zapewne nazwać patriotyzmem.   

Jednym z pytań, które słyszę co jakiś czas, jest również to, czy tęsknię za Polską. Za każdym razem, kiedy mówię "nie" (i szybko zmieniam temat, bo: patrz wyżej), widzę w oczach rozmówcy zdziwienie. Najwyraźniej tęsknota za ojczyzną jest wartością domyślnie przypisywaną dowolnemu emigrantowi, a ja, zaprzeczając, niszczę schemat. Prawda jest jednak taka, że nie tęsknię. W świecie prawie idealnym, w Szwajcarii mówiono by po polsku, a wszyscy moi bliscy i przyjaciele mieszkaliby tutaj; w sklepach zaś można byłoby nabyć bez problemu kabanosy, słonecznik "z głowy", żurek czy kaszę. To jest bowiem dokładnie to, kogo/czego mi tutaj brakuje. Niczego więcej. To, że latam co jakiś czas do Polski (mniej więcej raz-dwa razy na rok), robię ze względu na przyjaciół właśnie - i chęć pokazania A. kraju, z którego pochodzę. Nie, nie twierdzę, że pobyt tam jest dla mnie nieprzyjemny - wręcz przeciwnie, odkąd zjawiam się wyłącznie jako turystka, jest bardzo fajnie. Po prostu nie lubię latać tam zbyt często. 

Na przeciwnym biegunie pytań znajdują się osobnicy mieszkający w Polsce, a programowo zajmujący się odsądzaniem od czci i wiary wszystkich emigrantów. (Nie mam nieprzyjemności znać osobiście, ale internet dostarcza w tej materii nader obficie). Najłagodniejszym chyba powtarzającym się wykrzyknikiem jest to, czy/jak śmie jeden z drugim czuć się Polakiem, skoro mieszka na obczyźnie. Absurdalność tego zdumiewa mnie zawsze jednakowo. Czy jeśli przeniesiemy takiego delikwenta do stajni, zacznie uważać, że jest koniem? Oczywiście, że czuję się Polką. Jestem Polką i niezależnie od tego, czy mi się to podoba czy nie, nic tego nie zmieni. Urodziłam i wychowałam się w Polsce, w konkretnym kręgu kulturowym i regionie, wśród ludzi o takiej, a nie innej mentalności, zwyczajach, tradycji, historii - i to wszystko jest częścią mnie, to mnie w dużej mierze ukształtowało, wpłynęło na to, że jestem tym, kim jestem. Dotyczy to też języka, jakim mówię (zwanego po polsku ojczystym, po niemiecku czy angielsku zaś, dużo trafniej, językiem matki). Emigrowałam jako osoba dorosła, nie wychowałam się w domu dwujęzycznym, przeczytałam po polsku tysiące książek - żaden język obcy nigdy nie będzie mi tak bliski jak polski właśnie. 

Emigracja w dzisiejszym świecie pozwala, jeśli ktoś chce, na bycie na bieżąco np. z wiadomościami z kraju. (Tych staram się zresztą unikać, w trosce o moje dobre samopoczucie i zdrowie psychiczne). Ale... czas płynie. Tam - w kraju pochodzenia - zmienia się. Naturalna kolej rzeczy, naturalny proces. I w pewnej chwili przyłapujesz się na refleksji, że nie nadążasz za tymi zmianami. Że niepostrzeżenie oddaliliście się od siebie bardzo - kraj i Ty. Że to już nie jest dom. I nawet nie ze względu, że tego nie chcesz - po prostu tak się stało, poszliście w innych kierunkach. Już tam nie pasujesz. Już nie jesteś stamtąd i nigdy już nie będziesz. Życie w nowym kraju zmieniło Cię - trwale. Ale też - niezależnie, jak bardzo lubisz swój nowy kraj i jak bardzo się zintegrujesz - nigdy nie będziesz w pełni stąd. Do tego bowiem trzeba by się tu urodzić i wychować. Są kody kulturowe, które poznasz po latach albo może nigdy - tylko dlatego, że wyrosłaś tam, nie tu.

Gratulacje! Stała(e)ś się częścią nowego narodu: narodu emigrantów. Bo tylko oni są w stanie naprawdę to zrozumieć.    

środa, 19 października 2016

Zakupy internetowe.

Przyzwyczajona do rynku online w Polsce, w Szwajcarii przeżyłam niemiłe zaskoczenie. Nie dość, że sklepów internetowych jest relatywnie niewiele, to jeszcze bardzo często - wbrew, wydawałoby się, logice - w wielu z nich nie jest taniej niż w tych stacjonarnych. Dobrym przykładem są tu zoologiczne - korzystałam z kilku różnych (najczęściej Zooplus i Tautiershop) i choć jakość produktów jest bez zarzutu, a w zamówieniach nigdy niczego nie pomylono, to ceny są takie same, a czasem wręcz wyższe niż w sklepach stacjonarnych. Z szybkością wysyłki też bywa różnie; Zooplus potrzebuje czasem nawet i ponad tygodnia. 

Jeżeli chodzi o ubrania, buty i dodatki, wolę kupować je stacjonarnie. Ostatnio jednak, próbując się przełamać, robiłam zakupy w Zalando, Globusie i Manorze - w tym ostatnim po raz pierwszy. Paczka z Manora doszła dość szybko, ale jedna z bluzek była w kolorze innym niż zamówiłam. Może się zdarzyć, nieprawdaż, nikt nie jest idealny. Niezrażona, zadzwoniłam do BOK-u i spytałam, czy mogą przysłać do mnie kuriera z bluzką we właściwym kolorze - który to kurier zabrałby zarazem tę w niewłaściwym. Dodałam, że za dwa dni wyjeżdżam na wakacje i że zależy mi na czasie, bo zakupy robiłam z myślą o wyjeździe właśnie. Pracownica Manora uprzejmie wyjaśniła, że kurierem potrwałoby to ze dwa-trzy dni i że najlepiej zrobię, kontaktując się z najbliższym fizycznym sklepem i pytając, czy mogę dokonać wymiany tam. To był pierwszy zgrzyt - oczekiwałabym, że to ona powinna dla mnie sprawdzić tę informację; miała wszystkie dane zamówienia, a o ile wiem, system pokazuje im dostępność produktów na terenie całego kraju. Ale cóż robić, zadzwoniłam sama. W efekcie przekierowywano mnie od osoby do osoby tylko po to, żebym po półgodzinnym wiszeniu na telefonie mogła wreszcie dowiedzieć się, że możliwości wymiany bluzki nie ma. Zadzwoniłam więc ponownie do BOK-u. Tym razem pracownik, spytany o kuriera, powiedział mi, że absolutnie nie ma takiej opcji i że bluzkę  mogę wymienić tylko odsyłając ją do Manora - na własny koszt - i zamawiając jednocześnie nową (ponownie: na własny koszt). Odparłam na to, że błąd jest ich i w związku z tym koszty wymiany powinni pokryć też oni. W odpowiedzi usłyszałam bezradne, że w takim razie zakłada zgłoszenie z tą sprawą. Upewnił się dwukrotnie co do mojego numeru telefonu, po czym powiedział, że ktoś do mnie oddzwoni. Nauczona pozytywnymi doświadczeniami ostatnich pięciu lat, nie pomyślałam nawet o tym, żeby poprosić o numer zgłoszenia lub nazwisko rozmówcy. Pojechałam na urlop, wróciłam; minęło ponad pół miesiąca i nikt się nie odezwał. Wystawiłam zatem Manorowi negatywną recenzję, a jednocześnie wysłałam do biura obsługi klienta mejl z opisem sprawy. Zareagowali szybko: już na następny dzień otrzymałam informację, że mój komentarz został odrzucony (!) (W roli wyjaśnienia "dlaczego" wystąpiła standardowa, nic nie mówiąca formułka; zdecydowanie lepiej wypadliby, pisząc szczerze "nie publikujemy negatywnych komentarzy"). Z BOK-u przyszedł natomiast mejl, składający się głównie z: przeprosin, stwierdzenia, że wspomniane zgłoszenie w ich systemie nigdy nie zaistniało oraz informacji, że pieniądze zostaną mi zwrócone, a bluzkę mogę sobie zatrzymać. (Mejl o zwrocie pieniędzy przyszedł kilka sekund później). Tym samym w efekcie końcowym zostałam z darmową bluzką w niewłaściwym kolorze i stanowczą decyzją, że już nigdy więcej nie kupię niczego w Manorze online. Abstrahując nawet od tego, że nie potrafią poprawnie reagować na spowodowane przez siebie problemy - ale ciuchowy sklep internetowy, w którym klient musi ponosić koszty zwrotu i wymiany?! 
Zwłaszcza że konkurencja - czyli Zalando i Globus - oferuje dużo lepszą jakość usług: przede wszystkim umożliwia bezpłatną odsyłkę, zarówno zwrotu, jak i wymiany. W przypadku Globusa rzeczy można zwrócić też do ich najbliższego sklepu. Do każdej paczki załączony jest wypełniony formularz zwrotu (łącznie z powodami) - wystarczy tylko odhaczyć kilka pól i gotowe, nie trzeba niczego wypisywać. Dodatkowo, kiedy zwrot dociera i zostaje zaksięgowany, otrzymuje się mejla z informacją o tym.
Płatności w Globusie dokonywać można za pomocą karty klienckiej, działającej podobnie jak karta kredytowa, tyle że bez opłat rocznych. Pieniądze zwracane są tym samym po prostu przez zaksięgowanie na tej karcie. Wysokość limitu ustalana jest na podstawie podanej przez siebie wysokości rocznych zarobków. Paczki docierają w miarę szybko; dwa-trzy dni po złożeniu zamówienia.

Zdecydowanie najlepiej przedstawia się nabywanie sprzętu elektronicznego. Raz, że to fajne zakupy: nie trzeba dotknąć ani przymierzyć, a wiadomo, czego się spodziewać i że nie będzie źle na nas leżało. Dwa - w przypadku tych sklepów ceny zazwyczaj są niższe niż w sklepach. Trzy - w Szwajcarii zabawki elektroniczne są tanie nie tylko w stosunku do pensji, ale często najzupełniej dosłownie. Przykład - produkty Apple. Po przeliczeniu cen szwajcarskich i polskich na jedną walutę przekonać się można, że w Szwajcarii jest sporo taniej.
Jeśli polujemy na okazje, warto zaglądać na Daydeal. Z własnych doświadczeń polecić mogę też sklepy takie jak Brack, Galaxus, Digitec, Internet czy Fust. Z każdym z nich mam dobre doświadczenia; zarówno wysyłka, jak i odbiór osobisty (w przypadku Fusta) były bezproblemowe i błyskawiczne (czasami towar przy zamówieniu późnym wieczorem dociera już następnego dnia). Nigdy nie trafiło mi się nic uszkodzonego, niewłaściwy produkt ani żadne inne przykre niespodzianki. 

Zamawiając coś spoza Szwajcarii, warto pamiętać o tym, że nie należy ona do Unii Europejskiej - w związku z czym, jeśli wartość paczki przekroczy 62 CHF, płaci się cło. Zwolnione z niego są chyba tylko książki (do kwoty ok. 200 CHF). Więcej informacji - tutaj.

środa, 12 października 2016

Kilka (no dobra, dużo) słów o sporcie.

Dla tych, co tl;dr - ewangelizacja truizmem nt. jakim i dlaczego dobrem jest sport. 

Przyznaję się bez bicia, że do tak zwanej aktywności fizycznej latami podchodziłam jak pies do jeża. Wuef był koszmarem dzieciństwa i wczesnej nastoletniości (do dziś zresztą żywiołowo nienawidzę siatkówki i koszykówki i namawiana do tychże, uciekam z krzykiem człowieka słusznie rozjuszonego). Z prawdziwą ulgą przyjęłam zwolnienie lekarskie, które pozwoliło mi nie zaprzątać sobie więcej głowy obowiązkowymi ćwiczeniami, aż do skończenia studiów. Owszem, wspinaczkę po górach, spacery nad morzem czy jazdę na rowerze lubiłam od zawsze - ale były to sporty uprawiane przez mnie okazjonalnie: góry z okazji wyjazdów na ferie czy wakacje, spacery i rower zaś tylko wtedy, gdy było słonecznie i ciepło (czyli, w najlepszym wypadku, jakaś 1/4 roku). Miałam też szczęście otrzymać w prezencie genetycznym szybki metabolizm, toteż nie pojawił się nigdy w moim życiu czynnik motywujący do ruchu pod hasłem "nadwaga". Żyłam więc sobie, spędzając wiele miesięcy w roku w pozycjach siedząco-leżących i z lekkim smuteczkiem odnotowując, że nawet najlepszy metabolizm z wiekiem zaczyna się delikatnie nadpsuwać, zwłaszcza gdy pochłania się nieustająco porcje godne drwala. 

Jako nastolatka przez jakiś czas jeździłam konno, jako studentka - chodziłam regularnie na basen (szczytowym osiągnięciem było wtedy dla mnie przepływanie dwóch jego długości, potem mięśnie ramion bolały tak bardzo, że zawsze musiałam parę sekund odpocząć), ale pogorszenie sytuacji finansowej to ukróciło. Rok przed wyjazdem do Szwajcarii otrzymałam od ówczesnej firmy kartę Multisport, zjawiałam się więc czasem na zajęciach stretchingu (i raz, przypadkiem, na treningu mięśni brzucha. Jedna z najgorszych godzin mojego życia). Usiłowałam też biegać na bieżni, wyszło to jednak dosyć słabo, ponieważ nikt nie udzielił mi żadnych instrukcji, sama też nic na temat nie przeczytałam, a biegałam na zasadzie "ja? ja nie dam rady biec przez godzinę, mimo braku jakiegokolwiek przygotowania, rozgrzewki, kondycji?!" - i tak sobie biegałam, zaciskając zęby i bliska omdlenia przy schodzeniu z bieżni, z tętnem milion (dobrze, że serce mam zdrowe). Błyskawicznie skończyło się to więc przeciążeniem kolan i lekarskim zakazem używania bieżni. 

Potem wyjechałam do Szwajcarii, rozpoczynając zarazem pierwszą w życiu pracę na pełen etat. Jako że licznik lat szczęśliwie, lecz nieustająco tyka, szybko okazało się, że przesiadywanie godzinami przed komputerem nie jest już dla mnie tak bezproblemowe jak w czasach przed- i studenckich - i że bolą mnie plecy, bolą bardzo, co dość znacząco obniża komfort życia codziennego. Poszłam do lekarza, lekarz wysłał mnie na fizjoterapię. Fizjoterapeuta wyraził po szwajcarsku subtelne, lecz czytelne zdziwienie (żeby nie rzec: politowanie połączone z niedowierzaniem), kiedy okazało się, że nie uprawiam regularnie żadnego sportu. (Większość Szwajcarów prowadzi bardzo aktywny tryb życia, co widać zresztą na ulicach. Nie będę ukrywać, że wrażenia estetyczne, dostarczane tu przez męską część społeczeństwa, są nader miłe oku - zarówno jeśli chodzi o szczupłość i wysportowanie, jak i zresztą gust w kwestii ubioru, schludność, zadbaną skórę i włosy, itd.)
Fizjoterapia była fajna tak długo, jak długo mnie masowano, natomiast w momencie, kiedy musiałam wykonywać te wszystkie ćwiczenia, fajna być przestała. Oczywiście, teoretycznie miałam wykonywać te ćwiczenia również w domu, ale ponieważ były niefajne, jakoś mi było z tym nie po drodze. Tym samym, co było do przewidzenia, efekt fizjoterapii nie utrzymał się długo.

Wtedy po raz pierwszy zawzięłam się tak naprawdę i zdecydowałam, że coś ze sobą zrobić muszę. Nie pamiętam już z jakiego powodu, ale padło na bieganie. Poczyniwszy krótki research internetowy, nabyłam buty, wyciągnęłam z szafy jakieś legginsy i t-shirt. Obowiązujący rytuał: dziesięciominutowa rozgrzewka (żeby uniknąć kontuzji), godzina biegania (interwały, bo biec bez przerwy nie dałabym rady), a na koniec pół godziny na rozciągnięcie całego ciała. Dwa, czasami trzy razy w tygodniu. Zawsze ze słuchawkami na uszach, nie umiem biegać bez muzyki. I... się zaczęło. A konkretnie, zadziałały te słynne endorfiny. Okazało się, że bieganie jest przyjemne. Że kiedy tak biegnę, czuję się jak młode, zdrowe zwierzę. Że świadomość sprawności własnego ciała jest upajająca. Że czas, przez jaki mogę biec bez przerwy, szybko wydłużył się ponad dwukrotnie w porównaniu do początkowego. Że regularne rozciąganie magicznie zniwelowało bóle kręgosłupa. Że nieważne, jak przed treningiem byłabym zła czy smutna - po bieganiu tryskałam radością życia i energią. Było pięknie... 

...do czasu. Konkretnie do czasu pierwszej kontuzji, jaką było przeciążenie kolan. Największą karą był nie ból w kolanie, bo ten był do zniesienia - ale zakaz biegania, póki ból nie minie. I znowu fizjoterapia, tym razem na wzmocnienie kolan. I znowu nie robiłam ćwiczeń po jej skończeniu, więc - znowu - za jakiś czas wszystko się powtórzyło. Jakiś czas bujałam się z takim cyklem rzeczy, po czym - po kolejnej kontuzji - powzięłam postanowienie. Żeby było banalniej: noworoczne. O zapisaniu się na siłownię. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam; jeszcze w styczniu pojawiłam się tam po raz pierwszy. 

Ten pierwszy raz na siłowni był dziwny. Czułam się nieswojo i nie na miejscu, obserwując ludzi, którzy - zajęci ćwiczeniami - wydawali się uczestniczyć w jakimś obcym rytuale. Maszyny wyglądały kosmicznie i (poza bieżnią) nie miałam pojęcia, jak się z nich korzysta. Tym razem jednak w pakiecie miałam opiekę trenera, który najpierw przeprowadził ze mną wywiad odnośnie moich oczekiwań, a następnie przygotował dla mnie plan treningowy i pokazał, jak korzystać z każdego potrzebnego mi urządzenia. (Ustawienia każdej z maszyn, ich kolejność i zakres wykonywanego ruchu można było zapisać na czymś w rodzaju pendrive'a, więc nie musiałam tego pamiętać). 

Zaczęłam treningi, dwa razy w tygodniu. Rozgrzewka (wzmacniająca zarazem kolana), godzina ćwiczeń siłowych, pół godziny aerobów. Z duszą na ramieniu: obawiając się nadmiernego rozbudowania mięśni; a zarazem oczekując na szybkie efekty (cierpliwość nie zalicza się do cnót, którymi mogę się pochwalić). Pierwszym efektem, jaki się pojawił, a jakiego zupełnie się nie spodziewałam, były endorfiny. Okazało się, że to lubię: że wykonywanie ćwiczeń siłowych poprawia nastrój dokładnie tak samo jak bieganie, mimo że bieganie to faworyzowane przeze mnie pęd, szybkość, energia, a nie - z pozoru nudna - konieczność powolnych i starannych ruchów. 

Wkrótce potem pojawiły się kolejne efekty. Okazało się, że można pozbyć się bólu pleców, nie wykonując regularnego rozciągania - wystarczyło wzmocnić ich mięśnie. Okazało się, że przeciążenie kolan to przeszłość. Okazało się, że wtem! jestem silniejsza, sprawniejsza, że zwiększył się zakres moich ruchów, że mogę sięgnąć po coś bez najmniejszego trudu, że mogę wyginać ciało w najróżniejszych pozycjach i nie odczuwam żadnego bólu, dyskomfortu czy sztywności, że mogę bez trudu nieść torbę, która jeszcze niedawno była za ciężka. Mówiąc wprost, okazało się, że czuję się nagle tak, jakby ktoś odmłodził mnie o dobre piętnaście lat.
Niedawny urlop wykazał też coś absolutnie dla mnie szokującego - a mianowicie, że nagle mogę przepłynąć pięćset metrów i nie wiąże się to bynajmniej z wyczerpaniem ani przedramionami, płonącymi żywym ogniem; ba, nawet mogę pływać dalej! Dla osoby, której szczytowym osiągnięciem (przy regularnym pływaniu!) były dwie długości basenu - i to bynajmniej nie olimpijskiego - jest to niemałe osiągnięcie. 

Oczywiście, pozytywne zmiany nie ominęły też wyglądu ciała (kwestie typu ujędrnienie czy spadające obwody), ale mimo że nadzieja na nie była de facto myślą przewodnią zapisu na siłownię - okazały się nieoczekiwanie mało ważne w obliczu zmian opisanych powyżej. Okazało się też, że mięśnie wcale nie rozbudowują się tak szybko, jak mi się wydawało i że właściwie to chciałabym rozbudować je bardziej... i że poczucie siły i sprawności jest dużo, dużo fajniejsze niż jakieś tam schudnięcie czy ujędrnienie.

Oczywiście, najtrudniejszą rzeczą jest zawsze tak zwane zebranie się. Zebranie się do wyjścia, żeby pobiegać - nawet jeśli jest zimno i pada (swoją drogą, biegałam już i w deszczu i podczas burzy - to bardzo przyjemne doświadczenie). Pójście na siłownię, nawet jeśli jest się zmęczonym, zniechęconym, w złym nastroju, a jedyne, czego człowiek wydaje się pragnąć, to zalegnięcie na sofie z pudełkiem pralinek czy kieliszkiem wina w ręku. Oczywiście, może zdarzyć się i tak, że czuję się naprawdę bardzo źle - i wtedy sobie odpuszczam, świat nie zawali się od jednego ominiętego treningu, a przecież trenuję dla przyjemności, a nie po to, żeby wykazać stuprocentowe wykonanie planu. Ale zazwyczaj zmuszę się, zbiorę, zaciągnę sama siebie za fraki - i nagle okazuje się, że wracam promieniejąc, w doskonałym humorze i pełna energii.

Bywałam przez znajomych pytana o bieganie, o siłownię - jak zacząć, jak to u mnie było, po co w ogóle. O tym właśnie jest ta notka. Najkrócej da się to ująć w jednym słowie: polecam. 

czwartek, 22 września 2016

Jak to z kupowaniem biletu było, czyli historyjka z morałem*

Bilety kolejowe można w Szwajcarii nabywać przy pomocy aplikacji na telefon. Jest to bardzo wygodne, dlatego od długiego czasu kupuję je tylko w ten sposób. A że rzadko kiedy chce mi się przejazd dokładnie zaplanować, najczęściej nabywam je w drodze na dworzec albo wręcz tuż przed wejściem do pociągu. 
Jakiś czas temu zdarzyło się, że zdążyłam (w ostatniej chwili!) na wcześniejszy pociąg niż sądziłam, że zdążę. Bilet kupowałam - dosłownie - wsiadając. Naciśnięcia przycisku "kupuj" dokonałam w momencie, kiedy zamknęły się za mną drzwi, a pociąg ruszył. Ale... zamiast zobaczyć powiadomienie o pomyślnie zakończonej operacji, widziałam wciąż ekran oczekiwania. A za chwilę - timeout. Operacja nie powiodła się, brak kontaktu z serwerem. Nic to, zdarzyć się przecież może, pomyślałam, klikając znowu w "kupuj" i jednocześnie przypominając sobie o tym, że jestem w wagonie pierwszej klasy, a bilet kupuję na drugą, więc trzeba by do tej drugiej klasy przejść. No to idę. Tymczasem znów - timeout. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale kliknęłam w "kupuj" po raz kolejny... a za chwilę po raz kolejny... jednocześnie idąc i szukając wolnego miejsca. Zamiast wolnego miejsca wtem! objawił się konduktor. I w tym momencie - mimo pięciu lat pobytu tutaj - z niewiadomego powodu odruchowo zareagowałam po polsku, a mianowicie strachem, że nie mam biletu i że lepiej, żeby tego nie widział. W efekcie, zamiast po prostu normalnie wyjaśnić sprawę (jak już kiedyś zrobiłam na przykład w zbliżonej sytuacji w pociągu niemieckim - i jak najbardziej poskutkowało), naiwnie spróbowałam pójść dalej, wciąż wpatrując się gorączkowo w telefon.

Konduktor oczywiście zatrzymał mnie, zwracając się z uprzejmą prośbą o bilet. Gdy nie zareagowałam, zajęta telepatycznym wspieraniem wysłanych do serwera kolejowego pakietów - powtórzył prośbę, zdecydowanie chłodniej. Bąknęłam, że biletu nie mam, ale cały czas próbuję go kupić i nie mogę... tu, o tu! - podstawiłam mu pod nos mój telefon, który był uprzejmy po raz kolejny wyświetlić informację o timeoucie. Wciąż jeszcze miałam szansę, jako że konduktor - choć nastroszony - najwyraźniej miał po szwajcarsku dobre serce i zdecydował się odpuścić mi winę (mimo widocznego przekonania, że próbowałam go oszukać). Już-już miał wypisać mi bilet papierowy, z ceną powiększoną tylko o opłatę manipulacyjną za wypisanie w pociągu, gdy kolnęło mnie coś w serce, że oto biorą mnie za oszustkę, a ja przecież chciałam kupić ten cholerny bilet i to ich wina, że serwer im nie działa!... W efekcie z ust wyfrunęło mi pytanie, gdzie mogę złożyć skargę na niedziałający serwer. Konduktor spojrzał na mnie wrogo i oznajmił krótko, że jemu działa i że skoro chcę, proszę bardzo, wystawi mi tu oto papier za jazdę bez ważnego biletu, a w zgłoszeniu opisze zaraz dokładnie moją skargę, ależ proszę bardzo. Wszelkie moje dyplomatyczne wysiłki naprawienia błędu spełzły oczywiście w tym momencie na niczym, z pociągu zaś wysiadłam z podpisanym przez siebie mandatem, rozżalona sama nie wiem czym bardziej: czy tym, że oto bezpowrotnie straciłam sto franków, które mogłam była wydać na milion przyjemniejszych rzeczy, czy też tym, że zostałam ukarana za niewinność, bo przecież chciałam ten nieszczęsny bilet jak najbardziej kupić!...

Ponieważ jednak z mlekiem matki wyssałam piękną narodową cechę, a mianowicie to, że poddawanie się (zwłaszcza w obliczu sytuacji wyglądających na beznadziejne!) jest mi obce - po powrocie do domu napisałam mejla. No dobra, "napisałam" nie jest do końca prawdziwe, jako że tekst pierwotnie napisany przeze mnie został przez A. przyobleczony w znacznie zgrabniejsze frazy i konstrukcje - ale sens był mój. (Poza tym, gdybym pisała po polsku, machnęłabym takie pismo od ręki, więc pff). W każdym razie w piśmie tym wyłuszczyłam kolejom szwajcarskim całą prawdę i tylko prawdę: a mianowicie, że bilety zawsze kupuję przez ich aplikację na telefon, że aplikacja do tej pory działała absolutnie bezawaryjnie, skutkiem czego pokładałam w niej takie zaufanie, że do głowy mi nie przyszło, iż któregoś dnia może nie zadziałać; że bilet intensywnie próbowałam nabyć i mimo najszczerszych chęci - nie mogłam. I że proszę o skreślenie z listy oszustów. (W Szwajcarii, gdy dostanie się mandat za jazdę bez biletu, sprawdzane jest, czy zdarzyło się to delikwentowi po raz pierwszy. Jeśli tak - płaci kwotę a. Jeśli jest recydywistą, płaci podwyższoną kwotę b). 

Po tygodniu koleje odpisały uprzejmie, że biorąc pod uwagę moją regularność w korzystaniu z ich aplikacji, wierzą w prawdziwość mojej wersji wydarzeń i w związku z tym nie zostanę obciążona mandatem, a li tylko opłatą za bilet (plus, oczywiście, opłatą manipulacyjną). Innymi słowy, stratna z powodu niedziałającego serwera będę o dziesięć franków, nie sto. Co robi różnicę. Oczywiście, finansowo taki efekt mogłam osiągnąć z konduktorem. Konduktor jednakże mi nie wierzył, a koleje uwierzyły - co miało spore znaczenie w tej historii. Właściwie nawet - zdecydowanie większe niż pieniądze.


*historyjka zawiera kilka prostych morałów; wyciągnięcie ich pozostawiam jednak czytelniczce/czytelnikowi

czwartek, 15 września 2016

Takie tam, o szukaniu pracy w Szwajcarii.

Przyszła jesień. Dzisiaj. Coś chciałam, ale co? Miałam jakieś tematy na notkę, ale już nie pamiętam. Marznę w pracy, jak zwykle. Koledzy nie marzną, jak zwykle. Nie wiem, ile razy już usłyszałam w Szwajcarii "ale jak to, przecież Ty jesteś z Polski, a tam to w ogóle jest ZIMNO!" Szczytem wszystkiego było, kiedy w poprzedniej pracy ja trzęsłam się z zimna, a kolega twierdził, że jest przyjemnie rześko. Kolega pochodził z Kamerunu.
Życie jest niesprawiedliwe, a mężczyźni bardziej odporni na zimno. Udowodnione badaniami naukowymi, opisane np. tu. (Kiedy nadejdzie ten dzień, że będę ścigana przez headhunterów, ścielących mi pod stopy niesamowite kontrakty, zażyczę sobie własnego biura, w którym temperatura nie będzie nigdy spadać poniżej +30 C. Howgh).

A właśnie, co do headhunterów, a właściwie zatrudnienia jakiego takiego w pięknym kraju nadreńskim... Co się przydaje, żeby mieć i za co ceni się tu polskich pracowników? Rozpatrzę to na przykładzie dobrze mi znanym, czyli inżynierów/magistrów "technicznych" płci obojga.

Jeśli pracy szukamy po prostu z ogłoszenia, nie znając tu nikogo (i nie mając tym samym szansy na bycie przez kogoś poleconym) - niewątpliwie przydaje się dyplom ukończenia szkoły wyższej. Szwajcarzy cenią bowiem dyplomy, certyfikaty i wszelkiej maści papiery potwierdzające oficjalnie, że umiemy to co umiemy. Najwyżej cenione są oczywiście papiery wydane przez uczelnie szwajcarskie, ze szczególnym uwzględnieniem ETH, ale jako że miejsc pracy jest dużo, a wykwalifikowanych pracowników helweckich o wiele mniej, nie gardzi się też kandydaturą absolwentów z innych rejonów Europy (i świata). 
Oczywiście pod warunkiem, że w ślad za tą kandydaturą idzie wiedza i jakieś - przynajmniej niewielkie - doświadczenie zawodowe. Naturalnie, im doświadczenie większe, tym lepiej dla delikwenta. W przypadku wielu stanowisk otrzymanie ich jest uzależnione od lat doświadczenia zawodowego. W związku z czym na przykład szansa, żeby ktoś z doświadczeniem zaledwie paroletnim pracował na stanowisku seniorskim, jest w Szwajcarii nader nikła (być może takie przypadki istnieją, ale osobiście nigdy o żadnym nie słyszałam). 
Doświadczenie zawodowe rodem ze Szwajcarii cenione jest wyżej niż to z innych krajów; podobnie jak dużym plusem dla nas jest posiadanie szwajcarskich świadectw pracy. Zawierają one opis zadań, wykonywanych przez pracownika, a także opis pracownika jako takiego. W trakcie rekrutacji musimy być przygotowani na to, że potencjalny pracodawca zadzwoni do pracodawców poprzednich (z wyłączeniem aktualnego, oczywiście - jeśli szukamy nowej pracy będąc wciąż zatrudnieni) i ich o nas wypyta. Niektórym ciężko jest wytłumaczyć, że na przykład w kraju Polska większość firm nie daje pracownikowi żadnych referencji i że ten stek bezużytecznych informacji o wykorzystanych dniach urlopu czy chorobowego to naprawdę jest polskie świadectwo pracy, tak, tak ono właśnie wygląda.
Jeśli pracy szukamy poza wielkimi korporacjami w Zurychu czy Genewie, nie od rzeczy jest także znać niemiecki (a w części francuskojęzycznej - obowiązkowo francuski, we włoskiej zaś włoski. Retoromańskiego szczęśliwie nikt nie oczekuje). Z samym angielskim pracę da się tu co prawda znaleźć - przynajmniej w części niemieckojęzycznej; we francusko- podobno to niewykonalne - ale jest to dużo trudniejsze. W przypadku nieznajomości niemieckiego plusem będzie chęć szybkiego nauczenia się go. Wiele tutejszych firm chętnie opłaca pracownikom takie kursy; sama chodziłam przez trzy semestry, celem odświeżenia języka.

A za co polski pracownik jest w Szwajcarii ceniony? Przede wszystkim za cechy, których większość Szwajcarów nie posiada lub posiada w stopniu relatywnie niewielkim: umiejętność improwizacji, myślenia poza schematem i znajdowania wyjścia z sytuacji pozornie beznadziejnej. Innymi słowy za to, do czego świetnie przygotowało nas życie w kraju pochodzenia! 
Cenne w oczach szwajcarskiego szefostwa jest również przyjmowanie na barki zadań wykraczających poza zwykły poziom trudności - bez kręcenia nosem, że nie, tego nie chcemy robić, bo nie umiemy, a w ogóle to nam się nie chce i nie mamy już więcej pomysłów i niech ktoś inny to zrobi. Niepoddawanie się w takiej sytuacji i ślęczenie nad problemem tak długo, aż go rozwiążemy, wywoła zachwyt. Jeśli do tego potrafimy pracować samodzielnie, bez nękania współpracowników co minutę pytaniami, zachwyt wzrośnie jeszcze bardziej. (Wzrost zachwytu przekłada się zazwyczaj po podsumowaniu rocznym na podwyższenie kwoty wpływającej miesięcznie na nasze konto, dlatego warto go wywoływać). 
Szwajcarscy szefowie cenią też u pracownika umiejętność szybkiej nauki i (uprzejme!) wypowiadanie swojego zdania podczas dyskusji. W oczach szwajcarskich współpracowników statystycznie zaplusujemy uprzejmością, starannością wykonywania zadań i słownością; a także - podobnie jak u szefostwa - wypowiadaniem swojego zdania podczas dyskusji. Niestety umiejętność dyskusji konkretnej i krótkiej cenię w tym kraju chyba tylko ja.
Odporność na stres i umiejętność pracy pod presją czasu jest tu też naszym dużym atutem, ponieważ stresu w pracy się tu właściwie nie doświadcza, podobnie jak pośpiechu. (To znaczy Szwajcarzy twierdzą, że tak, ale kogoś, kto pracował w Polsce, może to wyłącznie rozbawić).

Jeśli zaś chcemy do siebie szwajcarskich kolegów czy szefostwo zrazić i błyskawicznie wylecieć z pracy, nic prostszego - musimy tylko być agresywni, chamscy oraz ostentacyjnie ignorować obowiązki służbowe. Wilczy bilet gwarantowany!